PiS dokona wolnorynkowego zwrotu? Tak, choć nie do końca
To, co nas czeka w kwestii gospodarczej, to realizacja późnego kapitalizmu po polsku, a więc hybryda opiekuńczości i aktywnej roli państwa z sankcjonowaniem swoistych wysp deregulacyjnych, gdzie pozostawiony samemu sobie obywatel będzie uzależniony tylko od własnego portfela, przy znikomym zainteresowaniu instytucji publicznych.
Tekst jest częścią dyskusji o gospodarczej linii prawicy. Niebawem ukażą się polemiki Damiana Adamusa i Łukasza Warzechy. Chętnych do zabrania głosu zapraszamy do kontaktu.
Niespodziewana (mimo wszystko) wygrana Nawrockiego przyprawiła o ból głowy nie tylko Koalicję 15 Października, ale także Prawo i Sprawiedliwość. Zwycięstwo nowego prezydenta umożliwili bowiem wyborcy Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna.
Oznacza to, że perspektywa samodzielnych rządów partii Jarosława Kaczyńskiego się znacznie oddaliła. I trzeba będzie iść na, czasem bolesne, kompromisy z Konfederacją.
Nielewicowa partia wprowadza lewicowe postulaty
Wielu komentatorów zwróciło uwagę, że z tą koalicją to może nie tak szybko, bo przecież prezes Kaczyński dość obcesowo odmówił Mentzenowi rozmów o rządzie technicznym. I chociaż sam fakt odmowy pokazuje, jak bardzo lider PiS-u nie chce symbolicznie płaszczyć się przed „Sławkiem z Tik Toka”, to w tym jego zachowaniu jest jeszcze coś, co umknęło uwadze publicznej.
Na sam koniec prezes Kaczyński stwierdził bowiem, że rząd techniczny jest konieczny, gdyż Polska codziennie… zadłuża się o miliard. Tak, lider PiS tą wypowiedzią zdaje się wyrzucać do kosza całą pracę lewicowych ekonomistów, przekonujących od lat, jak bardzo szkodliwe jest postrzeganie długu publicznego, zwłaszcza kontrolowanego, jako zła absolutnego. Wedle teorii MMT, deficyt budżetowy jest po prostu nadwyżką sektora prywatnego.
Wiara w zły dług jako żywo przypomina nie tylko poglądy Leszka Balcerowicza, ale także wypowiedź Beaty Szydło z czasów, gdy Tusk rządził drugą kadencję, PiS obniżał składkę rentową przedsiębiorstwom i wierzył Zycie Gilowskiej, a niegdysiejsza pani premier myliła nieco dług publiczny z deficytem budżetowym.
Przypominam to nie z czystej złośliwości, ale po to, aby podkreślić, że „lewicowa polityka ekonomiczna” nie stanowiła wcale DNA PiS-u. Wręcz przeciwnie, wyrosło ono na podzielaniu klasycznych czy wręcz neoliberalnych teorii ekonomicznych.
W DNA tej partii był i jest nadal sprzeciw wobec elit okrągłostołowych, chęć reformowania wymiaru sprawiedliwości (patrz: nazwa Prawo i Sprawiedliwość), próba budowy własnego kontr-układu i swoich elit czy – wbrew temu, co się zarzuca w mainstreamie – antyrosyjskość i karykaturalna wręcz proamerykańskość. Poglądów ekonomicznych w owym DNA nie ma.
Nie znaczy to jednak, że PiS lewicowego zwrotu ekonomicznego nie dokonał. Ba, nie tylko dokonał, ale polityka gospodarcza tego ugrupowania była prawdopodobnie największym osiągnięciem lewicowej agendy w całej historii III RP.
Oto bowiem nie tylko wprowadzono małą rewolucję w redystrybucji i częściowo zmniejszano nierówności przez transfery socjalne, ale także obniżono wiek emerytalny czy ozusowano śmieciówki. Przy tak potężnych zmianach, dzisiejsze gardłowanie Nowej Lewicy o „rencie wdowiej” brzmi jak dość żałosne popiskiwanie.
Słowem, partia, która nie ma w swym programie socjaldemokratycznych dogmatów gospodarczych, wprowadziła najwięcej owej lewicowej ekonomii w życie, co notabene dało jej nowych wyborców i całkowicie zmieniło scenę polityczną.
Kaczyński nie jest przywiązany do „lewicowej ekonomii”
Sęk w tym, że to już być może przeszłość. PiS może dokonać kolejnej wolty i wiele wskazuje na to, że będzie do niej zmuszony. „Lewicowa ekonomia”, przy wszystkich zastrzeżeniach do tego terminu, nigdy u Kaczyńskiego nie była celem, a jedynie środkiem do celu.
Toteż i „wolnorynkizm”, jeśli tylko okaże się skuteczny, może się nim stać. Jeśli da się w jakiejś sprawie mieć pewność co do postawy prezesa PiS, to jest nią właśnie brak sentymentu ideologicznego w sprawach ekonomicznych.
Oznak odchodzenia PiS-u od modelu etatystyczno-redystrybucyjnego na rzecz neoliberalizmu wolnorynkowego jest bowiem coraz więcej. To nie tylko wciąż niedoceniane podpisanie przez Karola Nawrockiego u Mentzena zakazu podnoszenia podatku, ale cały program podatkowy dziś już nie kandydata, a prezydenta-elekta.
Obniżka VAT-u, obniżka podatków dla przedsiębiorców na ryczałcie albo „liniówce”, podwyższenie progu podatkowego czy zakaz podatku katastralnego w konstytucji – to postulaty, których nie powstydziłby się Ryszard Petru. Ktoś powie, że to tylko gra wyborcza. Pamiętajmy jednak, że Nawrocki będzie bił się o drugą kadencję, której nie wywalczy bez głosów wolnorynkowców z Konfederacji.
Zresztą pojawiają się już zapowiedzi pierwszych inicjatyw ustawodawczych nowego prezydenta. Jedną z nich będzie, co za niespodzianka, obniżka podatków dla rodziców co najmniej dwójki dzieci, w skrajnej wersji nawet bez względu na dochody tychże rodziców!
Bez głosów wolnorynkowców walkę o władzę przegra w przyszłości także Prawo i Sprawiedliwość. Jeszcze do niedawna, zwłaszcza jego lewicowe skrzydło, na czele z tzw. altleftem, przekonywało, że ta partia w życiu nie pójdzie z Konfederacją w alianse.
Wedle tej teorii, to Tusk się zbrata z Mentzenem, bo przeszkodą w sojuszu PiS-Konfederacja jest „lewicowa wrażliwość” tego pierwszego. Dziś jednak zarówno politycy partii Mentzena oraz Bosaka, jak i ugrupowanie Kaczyńskiego wprost mówią, że będą rządzić razem. Nagle lewicowa wrażliwość przestała mieć znaczenie.
Mało tego, PiS nagle staje się partią, która coraz częściej używa wolnorynkowej retoryki. To właśnie politycy tej formacji popędzają rząd Tuska w sprawie deregulacji i zwiększenia limitu zwolnienia z VAT.
Nawet blokada obniżki składki zdrowotnej nie była w ich wykonaniu specjalnie ostentacyjna, bardziej furiacki atak przypuściła w tej sprawie lewica. Zresztą 7 posłów PiS się wstrzymało w tej sprawie od głosu, a kilkunastu nie przyszło na głosowanie. „Lewicowe sprawy” nie są więc tym, co przykuwa uwagę posłów Kaczyńskiego.
Prawdopodobny czy – przy tej słabej jakości rządów Tuska – wręcz przesądzony sojusz PiS i Konfederacji tylko przyspieszy przeobrażenie ugrupowania Kaczyńskiego w stronę dawnej partii Zyty Gilowskiej. Zwłaszcza że, jak pokazuje sukces i późniejsza klęska Szymona Hołowni, najbardziej labilny jest właśnie elektorat wolnorynkowy, a to on decyduje, kto zdobywa władzę.
Gdy Ryszard Petru brylował na wiecach Mentzena i niszczył go merytorycznie wolnorynkową argumentacją, to wraz z Hołownią zbierał tę część liberalnego elektoratu, dla której ekscesy Konfederatów to było wówczas za wiele. Gdy Petru, jak cała Polska 2050, skompromitował się brakiem realizacji wolnorynkowych obietnic, ci wyborcy uciekli do partii Mentzena i Bosaka. Niewykluczone, że również PiS zechce zawalczyć o te głosy.
A chcieć może także dlatego, iż zmienił się ideologiczny zeitgeist, czego najlepszą oznaką były słynne już okrzyki „Donald Trump! Donald Trump!” na sali plenarnej. Jeszcze niedawno debata wyborcza na prezydenta Warszawy pełna była kandydatów, dla których najważniejszym był cały „lewicowy pakiet”.
Mimo że nawet Patryk Jaki ujawniał swój wolnorynkowy mindset, gdy na wizualizacjach Warszawy swych marzeń pokazywał marinę i prywatne jachty, to jednak dla większości polityków najważniejsze były takie sprawy jak ochrona lokatorów, budownictwo mieszkaniowe czy komunikacja publiczna.
Dziś jednak dyskusja wygląda zupełnie inaczej. Nawet najbardziej progresywny w Koalicji Obywatelskiej Rafał Trzaskowski mówi językiem prawicy o uchodźcach, zielonym ładzie i obniżce podatków. Gdy w społeczeństwie, które w 90% głosuje na prawicowe partie, minęła moda na lewicowe postrzeganie świata, trudno, aby PiS marzył o pójściu pod prąd.
Nawet Konfederacja nie zlikwiduje „socjalu”
Jak jednak uczy nas dialektyka, żadna kontrrewolucja nie znosi rewolucji całkowicie, toteż PiS-owski neoliberalizm będzie miał kilka istotnych ograniczeń, których nie przeskoczy nawet perspektywa sojuszu z Konfederacją. Zresztą nie przeskoczą ich także Mentzen z Bosakiem.
Przede wszystkim nie do cofnięcia będą transfery gotówkowe. Zakorzeniły się one bowiem tak głęboko w świadomość wyborców i tak bardzo dziś wydają się oczywiste, że rezygnacja z nich byłaby kolejnym kopernikańskim przewrotem w polskiej polityce.
Podobnie z dopłatami do energii, które także wydają się być dziś absolutnym fundamentem wsparcia państwa. Neoliberalne pieklenie się na „rozdawnictwo nierobom” nic tu nie da. Transfery zostaną.
Wsparcie państwa jako głównego inwestora także pozostanie nienaruszone, a być może nawet zwiększone. Wbrew temu, co mówi chociażby Rafał Brzoska, problem największych polskich biznesów nie polega na rzekomych biurokracjach i regulacjach, czego dowodzi dorobek zespołu samego Brzoski, sprowadzający się do drobnych zmian.
To raczej osamotnieni i relatywnie słabo opłacani radcowie prawni urzędów mają małe szanse z całą armią prawników o stawkach taksujących w euro za godzinę.
Problemem polskiego biznesu jest brak kapitału. Nieprzypadkowo na liście Fortune 500 Europa jest tylko kilka polskich spółek, co do zasady na dalszych miejscach i są to spółki Skarbu Państwa.
Ów kapitał spółka teoretycznie może pozyskać na giełdzie, ale w Polsce jest to zbyt płytki rynek (inwestor indywidualny woli kupić mieszkanie pod wynajem) albo w bankach, ale przy ogromnych inwestycjach ryzyko dla tych drugich jest zbyt wielkie. One także mają swoje ograniczenia kapitałowe.
Jedynym inwestorem, czy szerzej: partnerem, który może zapewnić kapitał, jest więc państwo 20. gospodarki świata. Neoliberalny dogmat, że państwo głównie szkodzi, a to wolny rynek wszystko załatwi, przy problemach z pozyskiwaniem kapitału, okazuje się niewiarygodny także dla prawicy.
Ba, dyskusja o CPK pokazała, że wyborcy, także prawicy, nie tylko wolnorynkowo nie prychają na wizję publicznych inwestycji, a wręcz się ich domagają. Co znamienne, to KO próbowała językiem liberałów wyśmiewać gigantomanię samego pomysłu i dowodzić, że niczym w PRL publiczne znaczy nieefektywne, podczas gdy prawa strona apelowała o jeszcze większą skalę inwestycji.
Dużo w tym oczywiście leczenia kompleksu i głodu idei wielkiej sprawy, ale faktem jest, że w przypadku CPK totalnie porzucono neoliberalny frazes o niewidzialnej ręce rynku, która dostarczy nam infrastruktury.
Podobnie jest zresztą z mieszkalnictwem. Konfederacja może utyskiwać, że w Polsce ceny mieszkań zdeterminowane są kosztami biurokracji, ale przecież nawet szybka deregulacja prawa budowlanego nie sprawi, że nagle deweloperzy obniżą marże, Polacy przestaną przybywać do miast szukać pracy a w tychże miastach cudownie znajdą się nowe tereny pod zabudowę, najem wyprze fetysz własności.
I chociaż mieszkania komunalne to dla neoliberała koszmar, to bardzo szybko także koalicja PiS-Konfederacja będzie musiała pokazać, że coś w tej sprawie robi. Pozostawienie tej sprawy w rękach deweloperów, dziś chyba najbardziej znienawidzonej grupy społecznej, jest prostą droga do PR-owej katastrofy.
Wolnorynkowy zwrot PiS-u będzie więc manewrem, który siłą rzeczy będzie musiał uwzględniać pewne nowe dogmaty świadomości społecznej – transfery (nie tylko pieniężne) czy aktywną rolę państwa, której daleko do koncepcji nocnego stróża.
Czeka nas hybrydowe państwo
Jednocześnie nie ma się chyba co łudzić, że inne elementy lewicowej polityki nie zostaną zdemolowane. Przede wszystkim opodatkowanie stanie się jeszcze bardziej niesprawiedliwe.
PiS może opowiadać o walce z mafiami VAT-owskimi, ale z pewnością nie postawi się wielkiemu kapitałowi i nie zasypie luki CIT. Służalczość – by nie powiedzieć wręcz poddaństwo – wobec Trumpa pozwoli kapitałowi amerykańskiemu na jeszcze większą penetrację polskiej rynku.
Obciążenia zostaną też pewnie obniżone małym przedsiębiorcom. Wbrew propagandzie, przecież na tym poniekąd polegał także słynny Polski Ład, który miał suma summarum obniżyć podatki.
Postępować będzie degrengolada usług publicznych innych niż te, które łatwo zdyskontować politycznie. Mozolną poprawę jakości publicznych instytucji, niczym drobne kroki żółwia, trudno dostrzec, a więc i niełatwo wykorzystać wizerunkowo.
Dobrym tego przykładem była niedawna wypowiedź rzecznika rządu, który, owszem pomylił się co do procentów poprawy punktualności pociągów, ale bez względu na to w przypadku pociągów dalekobieżnych owa punktualność poprawiła się o niemal 10%.
Gdyby jednak spytać o to przeciętnego Polaka, to wyśmiałby on ten fakt. Wiadomo przecież, że PKP nie działa i jest coraz gorzej.
Podobnie jest ze stosunkiem społeczeństwa do urzędów, chociaż – jako bywalec urzędów Warszawy – z ręką na sercu muszę powiedzieć, że poprawiło się naprawdę wiele (także dzięki cyfryzacji części usług). W końcu w ilu państwach na świecie większej części społeczeństwa PIT wypełniają urzędnicy?
Wreszcie dostaniemy prawdopodobnie kolejną, tym razem naprawdę hardcorową wersję deregulacji. Wolnorynkowa nienawiść do biurokracji, kontroli i nadzoru współgra w Polsce z oburzeniem na to, że po jakiejś katastrofie zastanawiamy się, dlaczego, państwo jej nie zapobiegło, nie wykryło, nie zabezpieczyło.
Imperatyw niekontrolowanej swobody działania połączony z imperatywem państwa silnego i reagującego jest oczywiście paradoksem polskiej duszy, czego najlepszym dowodem jest chociażby służba zdrowia. Wedle wolnorynkowej propagandy, jest ona niczym przeciekające wiadro, więc dolewanie do niego pieniędzy ma się mijać z celem.
Zatkanie dziur w wiadrze jednak kosztuje (kontrola jest droga) i kojarzy się z biurokracją, a na to dawać pieniędzy nie można, bo po co dawać na urzędasów, skoro powinno się na pacjentów. W ten sposób system nie tylko faktycznie, ale także narracyjnie się nie spina i nie można go poprawić. Dlatego lepiej dokonać cichej drugiej fali prywatyzacji, o której m.in. właśnie na przykładzie służby zdrowia pisał Łukasz Pawłowski.
To, co nas czeka w kwestii gospodarczej, to zatem pewna realizacja późnego kapitalizmu po polsku, a więc hybryda opiekuńczości i aktywnej roli państwa z sankcjonowaniem swoistych wysp deregulacyjnych, gdzie pozostawiony samemu sobie obywatel będzie uzależniony tylko od własnego portfela przy znikomym zainteresowaniu instytucji publicznych.
Ogromnego przełomu jednak nie będzie, albowiem w Polsce, jeśli chodzi o ekonomiczne ramy, panuje pewien konsens, a ewentualne korekty są drobne i polegają głównie na kolejnych przywilejach dla „klasy (ideologicznie) panującej” – przedsiębiorców.
Owe zmiany jednak niewiele poprawią ich los, gdyż za głównych rywali mają nie biurokrację, a automatyzację, onlinizację biznesu czy ekspansję na gwałt szukających rynku zbytu Chińczyków.
Koalicja PiS i Konfederacji tych problemów nie rozwiąże, ale być może skutecznie przekieruje uwagę społeczną na obcych czy lewaków, którzy hamują ekonomiczne sukcesy i aspiracje Polaków. Czy taka strategia odniesie sukces, zobaczymy. Nie ma co się jednak łudzić, że takie próby nie zostaną podjęte.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
