Co zrobić z Ruchem Obrony Granic? Wyszkolić!
screenshot; youtube, TV Republika; https://www.youtube.com/watch?v=_fN80ve0WPE
W epoce regularnych nalotów czarnych łabędzi polskie państwo potrzebuje nabrać zdolności błyskawicznego wyposażania obywatelskich zrywów w propaństwowe kompetencje i przekształcania ich w lekką, republikańską strukturę. Co zgodnie z zasadą pomocniczości rząd Tuska powinien zrobić z ludźmi broniącymi zachodniej granicy?
Ruch Obrony Granic jak pomoc Ukraińcom? Nie wolno porównywać!
We wtorkowy poranek opublikowałem niewinnego – jak mi się wydawało – tłita, który wywołał spore kontrowersje. Napisałem, że państwo polskie powinno umieć zagospodarować obywatelskie zrywy, takie jak ten pomocowy po wybuchu wojny na Ukrainie czy obecnie obserwowany na granicy zachodniej, do swoich celów.
Państwo 🇵🇱 powinno umieć blyskawicznie profesjonalizować i lekko wspierać obywatelskie zrywy takie jak pomoc uchodźcom z Ukrainy w 2022 czy ruch kontroli granicy w 2025.
W epoce czarnych łabędzi to wielki potencjał.
W narodzie staropolskich konfederatów – realna subsydiarność.
— Piotr Trudnowski (@pio_tru) July 8, 2025
Sprawa wydawała mi się niekontrowersyjna, bo mówiłem to samo przy każdej dotychczasowej okazji. Nawet w czasie zeszłorocznej powodzi – gdy wbrew większości prawicy broniłem koncepcji, by wykorzystywać w tamtej sytuacji lokalne struktury organizacji takich jak sztaby Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Okazało się, że nastąpiłem na odcisk wielu zwolennikom społeczeństwa obywatelskiego, oddolnego zaangażowania i zasady pomocniczości. Społeczeństwo obywatelskie w oczywisty sposób tworzą warszawscy działacze albo lewicowi aktywiści, ale jak ktoś się mobilizuje przeciw niekontrolowanej migracji, jest ostrym prawicowcem albo, co gorsza, kibicem – to reprezentuje zwykłe warcholstwo, a nie społeczeństwo obywatelskie.
Konsekwentnie zwalczam takie myślenie. Ordo Iuris ma takie samo prawo działać jak Fundacja Batorego, kółko różańcowe przy parafii jest równie cenne jak klub czytelnika na Żoliborzu, a koło gospodyń wiejskich – jak ruch miejski na Mokotowie.
Czasem obywatelskie zrywy mają kontrowersyjny charakter. Protesty proabrocyjne w 2020 r. odrzucały mnie formą i treścią, ale nie przyszłoby mi do głowy uznawać, że nie są przejawem oddolnej, obywatelskiej mobilizacji.
Nie uważałem za stosowne opowiadać z grymasem urażonej dumy mędrca, że to tylko antypaństwowe działanie – chociaż, przypominam, działo się to w szczycie fali zachorowań – wzmagające podziały i liczbę zachorowań na korzyść ruskich. Niestety, wielu nie potrafi w ten sposób podejść do mobilizacji tych, którzy pojawili się na granicy.
Pozwólcie, że odniosę się do najczęściej powtarzających się zarzutów.
„Na granicy nie ma żadnego problemu, jest tylko histeria”
To fundamentalny argument wielu krytyków. Rozumiem, że nie mają oni zbyt wiele zaufania do rządu Donalda Tuska, ale jako państwowiec staram się zawsze śmiertelnie poważnie traktować komunikaty polskich władz.
Tydzień po tym, jak na granicy pojawił się spontanicznie ruch obywateli, rząd przywrócił kontrole graniczne z dwoma naszymi sąsiadami i sojusznikami w UE. Dostaliśmy o tym wszyscy w niedzielę alert RCB.
Nie chcecie chyba powiedzieć, że rząd wprowadza kontrole na granicach i mobilizuje żołnierzy do ich ochrony tylko dlatego, że przejmują się happeningami Roberta Bąkiewicza i filmikami z lasu posła Mateckiego?
Żeby było jasne – nie wiem, podobnie jak wiele osób komentujących ten temat, jaka jest skala problemu. Wiem jednak, że moje państwo komunikuje obywatelom, że stoi przed poważnym wyzwaniem. Uważam, że obywatelskim obowiązkiem jest brać ten przekaz na serio.
„Służby sobie poradzą, nie trzeba angażować żadnych warchołów”
Czy aby na pewno? Zerknijmy do branżowych mediów. „Wojsko na granicy to oznaka słabości państwa”, „Wojsko to nie graniczna straż pożarna” – pisze na łamach defence24.pl Jakub Palowski.
Autor zwraca uwagę, że w operacje „Bezpieczny Zachód” i „Bezpieczne Podlasie” ma być zaangażowane 5 brygad WOT, dodatkowo żandarmeria wojskowa i wojskowi z jednostek podległych Inspektoratowi Wsparcia Sił Zbrojnych.
Palowski przekonuje – to tak nie może działać, żołnierze są już od lat, bo od początku kryzysu na białoruskiej granicy, angażowani w obronę granicy, a to na dłuższą metę dezorganizuje szkolenia i ich podstawową misję, czyli budowanie zdolności stricte wojskowych.
Rozumiem i nie mam do nikogo pretensji, że po 20 latach w strefie Schengen nie mamy zdolności do pełnej kontroli granic wewnętrznych UE. Ale zakładanie, że skoro sytuacja się zmieniła, to wszystko ogarniemy na trytytkę terytorialsami, nie jest rozwiązaniem.
Potrzebujemy nowych pomysłów i nowych inicjatyw budujących antykruchość państwa w sytuacjach kryzysowych. Owszem, żołnierze, w tym ci z WOT, są od ochrony granicy. Ale przed zagrożeniem militarnym, a nie hybrydowym czy migracyjnym.
„To są bojówki Bąkiewicza, a nie żaden oddolny ruch”
Sądzę, że nikt z piszących w ten sposób nie wie, jaka jest rola i waga Bąkiewicza w tej mobilizacji. Bardzo trudno to ocenić. Ale na podstawie doświadczeń z proaborcyjnych marszów czy zeszłorocznych protestów rolniczych wiemy, że coraz częściej w Polsce tego typu zrywy mają charakter oddolny, lokalny, pozbawiony przywództwa czy struktury organizacyjnej. To naturalne w epoce mediów społecznościowych.
A co do samego Bąkiewicza – ani mi to brat, ani swat. Gdy w 2021 r. wprowadzano stan wyjątkowy na wschodniej granicy, pisałem wprost, że w takich miejscach polityczni atencjusze – bez względu na to, czy chodzi o Roberta Bąkiewicza czy Bartosza Kramka – bardziej szkodzą niż pomagają.
Nie zmienia to jednak faktu, że oddolną mobilizację ludzi stojących z nimi – czy to ratujących migrantów przerzucanych przez białoruski reżim, czy organizujących dzisiaj kontrole na granicy – należy szanować.
„Państwo ma monopol na przemoc”
Pełna zgoda. Właśnie z tego powodu chciałbym, by państwo zdołało wziąć pod skrzydła ludzi, którzy chcą je w tym wspierać.
Po to, by nie pozwolić na prywatyzację, ale zachować ten monopol, stawiając na subsydiarność, jedną z naczelnych, konstytucyjnych zasad naszego ustroju. Jestem przekonany, że w sytuacji tak radykalnych niedoborów osobowych naprawdę dałoby się sensownie zagospodarować zaangażowanych obywateli do zadań wspierających, a nie do stosowania przemocy.
A konkretnie? Do dokumentowania sytuacji na granicy, filmowania i robienia zdjęć. Znów odwołam się do tekstu z 2021 r. o stanie wyjątkowym na wschodniej granicy – pisałem wtedy, że stan nadzwyczajny ma sens, ale nie powinno się ograniczać działalności mediów.
Jeżeli chcemy, by w efekcie polityki rządu zaufanie do państwa rosło, to wprowadzając czy to stan wyjątkowy, czy uznając przejścia graniczne za infrastrukturę krytyczną, powinniśmy dbać o to, by obywatele mieli dostęp do nagrań i zdjęć z tamtego obszaru. Przejrzystość zawsze zwiększa zaufanie.
„Państwo powinno ich rozgonić, a nie wspierać”
Cóż za znakomity pomysł! Mamy ruch obywateli, którzy wątpią w skuteczność działań państwa – bez znaczenia, czy w sposób uzasadniony czy nie – i zamiast na niego odpowiedzieć tak, by to zaufanie zwiększyć, chcemy traktować ich jak wrogów.
To zupełnie kontrskuteczne. Podczas każdego kryzysu rolą rządu jest przekonać obywateli do skuteczności działań państwa i doceniać ich niepokój.
Ktoś użył argumentu: „ROG ma więcej wspólnego z giertychowcami chcącymi przeliczania głosów niż z pomocą w 2022”. Podzielam ten pogląd. I w tym samym duchu, o którym napisałem we wpisie na X, uważam, że efektem tegorocznej awantury o błędy w komisjach powinna być nie tylko reforma Kodeksu wyborczego, ale też profesjonalne, organizowane przez PKW i KBW szkolenia dla obywatelskich obserwatorów. Zarówno tych z KOD i od Giertycha, jak i tych z RKW i od Mateckiego. Tak działa odpowiedzialne państwo.
„To jest marzenie o Falandze, hitleryzmie i antypaństwowych bojówkach”
Tu prośba do wszystkich powielających te argumenty rodem z prawa Godwina. Przypomnijcie sobie, co mówiliście czy pisaliście, gdy tworzono WOT. Ileż było zarzutów o ORMO, prywatnej armii Macierewicza czy bojówkach do bicia opozycji.
Pomyślcie, gdzie byśmy byli w pandemii, kryzysach na obu granicach, w katastrofie na Odrze czy w czasie powodzi, gdyby nie ta formacja. Mam nadzieję, że dla części z krytyków to ćwiczenie będzie jak chociaż szklanka zimnej wody.
Co robić? Szkolić!
Co w praktyce ci obywatelscy obrońcy granic powinni robić? Jak państwo powinno ich zagospodarować? Co miałem na myśli, pisząc o „błyskawicznej profesjonalizacji” i „lekkim wsparciu”?
Po pierwsze, państwo powinno ich zaprosić na szkolenia prawne. W maksymalnie 2 godziny dałoby się wytłumaczyć obywatelom, co im wolno robić, a czego nie; kiedy popełniają przestępstwo, a kiedy jakaś interwencja – np. zatrzymanie obywatelskie – jest uzasadnione.
Po drugie, należy im się przeszkolenie, które nazywam umownie „psychologicznym” – jak działać w realnej sytuacji kryzysowej. Jak się komunikować, by nie eskalować określonej sytuacji, ale próbować rozwiązać problem. Jak radzić sobie ze stresem; kiedy odpuścić, zejść z mobilizacji. Uwierzcie, ludzie zaangażowani w 2022 r. w pomoc uchodźcom naprawdę przeżywali głębokie kryzysy wypalenia, a jednocześnie uważali, że skoro się podjęli czegoś, to nie mogą odpuścić. To wcześniej czy później kończy się tragediami.
Po trzecie, powinno się przypisać konkretnych ludzi czy organizacje do konkretnego terytorium. Chcesz w legalny sposób obserwować, monitorować, filmować? Świetnie, ale musimy to sensownie uporządkować, bo inaczej będziemy mieli bałagan, a pomoc służbom przerodzi się w przeszkadzanie. Zamiast poszukiwania inby i zasięgów, weź, obywatelu, odpowiedzialność za określony kawałek terytorium, np. powiat.
Po czwarte, na tym obszarze, do którego jest się przypisanym, ma się bezpośredni kontakt do lokalnej Straży Granicznej, policji, być może dowódcy WOT. Wiesz, obywatelu, gdzie dzwonić, gdy potrzeba interwencji i masz pewność, że zostaniesz potraktowany poważnie. Nie jak troll, ale jako zaufany człowiek, ktoś kogo znają. Bo znajomość rodzi zaufanie. Ty traktujesz służby jako swojego sojusznika, służby – tak samo traktują ciebie.
Po piąte, być może osoby, które przeszły przez powyższe formy szkolenia – które zajmą nie więcej niż pół dnia i mogą zostać zrealizowane przez policjanta z WOT-owcem na poziomie powiatu – otrzymują jakiś certyfikat, np. kod QR w mObywatelu. Nie daje on oczywiście żadnych uprawnień, ale umożliwia służbom państwowym szybką weryfikację, z kim mają do czynienia i czy mogą danej osobie ufać w otoczeniu infrastruktury krytycznej albo w sytuacji kryzysowej.
Po szóste, w efekcie państwo polskie ma bazę ludzi, którzy weszli w ten cały proces. Z jednej strony – to wielki zasób, bo będzie można próbować mobilizować tych ludzi w każdej sytuacji kryzysowej, być może nie tylko na granicy, ale też gdy trzeba będzie sypać worki z piaskiem. Ale też z drugiej strony – to okazja do tego, by państwo prowadziło wobec takich osób osłonę kontrwywiadowczą.
Po siódme, dokładnie wśród takich ludzi należy prowadzić rekrutację do WOT czy straży granicznej. Grzecznie się przeszkolili, ujawnili realnie patriotyczne motywacje, a nie chęć dymienia? Dajmy im szansę na poważniejsze zaangażowanie. Wierzę polskiemu państwu i ufam, że będzie w stanie takich ludzi przy okazji werbunku zweryfikować.
Po ósme, być może warto tych ludzi jakoś docenić. Przykłady? Niewielka gratyfikacja pieniężna albo środki na sfinansowanie swoich potrzeb, kamizelek, łączności. Niewielkimi pieniędzmi można zdziałać cuda.
Dokładnie to zrobił PiS, dofinansowując koła gospodyń wiejskich. Dokładnie to samo robi rząd PO, uruchamiając program grantowy „Moc małych społeczności” dla organizacji z małych miejscowości, który wprost wpisuje się w wyzwanie odbudowy obrony cywilnej w Polsce. Skoro możemy uznać KGW czy wiejskie stowarzyszenie za element obrony cywilnej, to czemu nie zrobić tego samego z obrońcami granic?
Albo inny przykład docenienia, który wymyśliłem i promowałem przy okazji wniosków z mobilizacji pomocowej 2022 r. Być może dla tych najbardziej zaangażowanych warto stworzyć jakiś specjalny status, jak dla krwiodawców.
Można by dać im np. prawo do dodatkowego urlopu za czas, który przepracowali w tej czy innej formie obywatelskiej służby. Bez względu na to, czy mowa o narodowcach, którzy podporządkowani służbom patrolowali granicę, czy o ekologach, którzy razem ze strażą pożarną wyławiali śnięte ryby z Odry.
Konfederacja przy władzy
Na koniec dwie refleksje bardziej ogólne, z porządku filozofii politycznej i polityki publicznej. Od wybuchu wojny na Ukrainie powtarzam z pełnym przekonaniem, że formą istnienia Polaków w historii jest staropolska konfederacja. Że jesteśmy znakomici w krótkoterminowych, spektakularnych zrywach, gdy państwo sobie nie radzi albo gdy naruszane są nasze wolności czy poczucie bezpieczeństwa.
Nie obrażajmy się na rzeczywistość, tacy jesteśmy. Ale starajmy się na tym pracować i próbować te odruchy instytucjonalizować, budując długofalową odporność. Kto chce więcej dowiedzieć się o tym, czym była staropolska konfederacja i nie chce na nią patrzeć tylko przez pryzmat raczej negatywnych przykładów z XVIII wieku – tego odsyłam do tekstu śp. Tomasza Merty w Teologii Politycznej pt. Konfederacja Barska – odnowienie polskiego republikanizmu.
Co kluczowe, konfederacje miały zasadniczo trzy formy: zastępującą państwo w okresie bezkrólewia; przeciwko królowi w obronie wolności, która często przeradzała się w rokosz; i tę odbudowującą zaufanie szlachty i króla, „konfederację przy królu”.
Chciałbym, by ta konfederacja na granicy, powstała z poczucia „bezkrólewia”, nie przekształciła się w konfederację przeciwko rządzącym, ale stała się właśnie „konfederacją przy władzy”. Wymaga to jednak roztropnego, rozumnego, poszukującego odbudowy zaufania przywództwa. Narracja części rządu, w myśl której Ruch Obrony Granic to warcholstwo i należy go rozgonić, z pewnością na to nie pozwoli.
Ale chcę wierzyć, że wobec powagi zagrożeń będziemy się uczyli działać w takich sytuacjach i budować potencjał na przyszłość z tego, co dziś rządzącym wydaje się zagrożeniem.
Pewnie w tej konkretnej sytuacji już się nie da, ale można ją wykorzystać do tego, by nabyć taką zdolność w przyszłości. To, co można dziś zrobić, to zrezygnować z antyobywatelskiej i antagonizującej retoryki. Docenić, wezwać do dobrej współpracy, apelować o umiar i szacunek do munduru.
Nie bez powodu uważam, że swoją rolę do spełnienia ma troje ministrów – Władysław Kosiniak-Kamysz, Tomasz Siemoniak i Adriana Porowska. Wiedzą oni doskonale, jakie są potrzeby agend państwa. Odpowiadają za resorty i obszary, które predestynują ich do liderowania w tym obszarze.
Mam nadzieję, że nie dadzą się oni wkręcać w polaryzacyjne narracje i wstrzymają retorykę rządowych kolegów. Zamiast szukać w obywatelach wroga, należałoby zastanowić się w trakcie tego kryzysu, do czego realnie obywatele mogliby się im przydać przy kolejnym.
Trzeba zacząć pracować nad tym, żeby przy okazji kolejnego takiego kryzysu być gotowym, aby typowo polski „konfederacki zryw” czy „sarmacki zwrot” wykorzystać błyskawicznie na rzecz odporności i antykruchości państwa.
Gwarantuję, że w efekcie takiego podejścia kryzys polityczny towarzyszący temu realnemu skończy się szybciej niż tym razem. Przemienienie „rokoszu” w „konfederację przy państwie” może być zasługą tych właśnie polityków. A o tym, że na kolejne kryzysy musimy się szykować, w epoce nalotów czarnych łabędzi chyba nie trzeba nikogo przekonywać.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
