Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Paolo Sorrentino. Reżyser metafizyczny czy nihilistyczny?

Paolo Sorrentino. Reżyser metafizyczny czy nihilistyczny? screenshot; źródło: https://www.youtube.com/watch?v=uT5PGHBugic

Paolo Sorrentino, twórca Młodego papieża, Wielkiego piękna czy ostatnio Bogini Partenope, jest jednym z najczęściej komentowanych reżyserów ostatniej dekady. Mistrz estetyki, który łechce filmowe podniebienia ludzi szczególnie lubujących się w pięknie. I to – zdaniem wielu – „Pięknie” przez duże „P”. Jego filmami zachwyca się też wielu chrześcijan, dopatrując się w twórczości reżysera okruchów katolickiej metafizyki. Czy takie postrzeganie Sorrentino jest słuszne? Mam wątpliwości.

Wielkie Piękno – najbardziej chrześcijański film dekady?

Damian Jankowski, eseista „Więzi”, w swoim liczącym już prawie 5 lat (ale bez wątpienia dalej aktualnym) tekście pt. Sorrentino – metafizyk niespełnienia, wyraził opinię na temat twórczości Paolo Sorrentino, która jest, jak sądzę, emblematyczna dla wielu – zwłaszcza zakotwiczonych w imaginarium chrześcijańskim – intelektualistów.

Jankowski uważa Wielkie piękno za najbardziej chrześcijański film poprzedniej dekady. Samego Sorrentino zaś nazywa „metafizykiem niespełnienia”, człowiekiem ujawniającym kruchość doczesnych planów i pragnień.

Podobne zdanie w prywatnej rozmowie wyraził też mój dobry kolega twierdząc, że dostrzega w filmach Sorrentino – a zwłaszcza w ostatnim jego dziele Bogini Partenope – „logikę eucharystyczną”, w której reżyser „świat doczesny momentami przeistaczał w wieczność”.

Po takich rekomendacjach, jako katolik nie mogłem zrobić inaczej, jak nadrobić filmowe braki. Jednakże po odbytych seansach muszę zgłosić votum separatum do powyższych opinii. Sorrentino nie jest reżyserem chrześcijańskim. Jak więc tak naprawdę postrzega świat?

Następca wielkiego Felliniego?

Pochylmy się najpierw nieco nad sylwetką reżysera. Paolo Sorrentino urodził się 31 maja 1970 r. w Neapolu. Nakręcił do tej pory 13 dzieł, z czego największy rozgłos zyskał dzięki Wielkiemu pięknu (m.in. Oscar za najlepszy film nieanglojęzyczny) oraz serialowi Młody papież. Mniej więcej od czasu Wielkiego piękna każdy jego kolejny film jest wyczekiwany przez amatorów kina.

O życiorysie reżysera – jak zauważył w przytaczanym tekście Damian Jankowski – wiemy niewiele. Jego rodzice zginęli w wypadku, gdy miał 17 lat. Podobno jest reżyserem samoukiem – tak jak chociażby Quentin Tarantino – zaś jego formalnym wykształceniem jest ekonomia.

Z tego co wiadomo reżyser uważa się za człowieka niereligijnego. Ani ateistę, ani agnostyka, lecz kogoś, kto, będąc ukształtowanym przez kulturowy katolicyzm, przygląda się fenomenowi wiary z zaciekawieniem. Robi to jednak jako zewnętrzny obserwator.

Wydaje się, że Sorrentino wplata do filmów bardzo liczne elementy swojej biografii. Dobrym tego przykładem jest To była ręka Boga. W innym swoim tekście Damian Jankowski pisze, że Sorrentino jest tam „bezwstydnie osobisty, bezwstydnie sentymentalny, bezwstydnie szczery”. Główny bohater – młody Fabietto Schisa – tak samo jak Sorrentino rodzi się i wychowuje w Neapolu.

Podobnie jak on chce zostać reżyserem. I podobnie jak reżyser traci rodziców w tragicznym wypadku – w filmie śmierć spowodowania jest zatruciem gazem. W końcu podobnie jak on opuszcza Neapol, by spróbować sięgnąć po marzenia i zostać profesjonalnym reżyserem.

Neapol – rodzinne miasto Sorrentino – jest także bohaterem jego ostatniego filmu, Bogini Partenope. Zresztą tytuł nie jest przypadkowy – Partenope to starożytna nazwa polis, w miejscu której powstał Neapol.

Można więc bez dużego ryzyka błędu domniemywać, że Paolo Sorrentino jest kimś w rodzaju nostalgika, nieustannie trawiącego w filmach swoją przeszłość. Wspominającego krajobraz, w którym wzrastał i który go jako człowieka – i reżysera – ukształtował.

Niejednokrotnie jest porównywany do największego chyba włoskiego reżysera Federico Felliniego. Zresztą – jak pisał Damian Jankowski – sam Sorrentino przyznał, że filmy Felliniego ukształtowały jego kinową wrażliwość.

„Ekranowy świat Sorrentino składa się przecież z mniej lub bardziej dosłownych odniesień i cytatów z dorobku poprzednika – choćby scena pochodu kuracjuszy w Młodości przypomina sanatoryjne ujęcia z Osiem i pół, nocny spacer wśród zabytków w Wielkim pięknie – dworską eskapadę ze Słodkiego życia, z kolei uśmiech przez łzy Piusa XIII w ostatnich ujęciach Młodego papieża i polecenie, by wierni się do siebie uśmiechnęli, przywodzi na myśl poruszającą ostatnią scenę Nocy Cabirii” – pisał Jankowski.

Podobnie jest z tematyką filmów. Gdy oglądałem Wielkie piękno, od razu na myśl przyszło mi La dolce vita. Jeden i drugi film portretuje beztroskie, opływające w dostatki i rozrywki życie „okołorzymskiej” bohemy artystycznej. I jeden, i drugi opowiada o dekadencji i pustce, kryjącej się pod rzekomo „słodkim życiem”.

„Wszyscy stoimy na krawędzi rozpaczy, jedyne co możemy, to spojrzeć sobie w oczy, dotrzymać towarzystwa, zabawić się” – mówi w pewnym momencie Jep Gambardella, główny bohater Wielkiego piękna. Nic się nie zmieniło. Egzystencjalna pustka przeżywana przez bohaterów filmów Felliniego jest prawie 60 lat później udziałem bohaterów Paolo Sorrentino.

„Pozostają tylko emocje”

Nadszedł czasy, by odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: o czym są filmy reżysera? Jaki jest świat według Paolo Sorrentino? Jest to przede wszystkim świat pozbawiony transcendentnego sensu.

Bohaterowie filmów reżysera najpierw jako młodzi ludzie upatrują szczęścia w doczesności i przyszłości – jak młody Fabietto, który marzy by zostać reżyserem. Poszukują „wielkiego piękna”, miłości, która sprawi, że każda chwila będzie nasycona sensem i przepełniona taką intensywnością, jaką mogą odczuwać chyba tylko rzucający się w swoje objęcia zakochani.

Podobnie jest i z tytułową Partenope z ostatniego filmu reżysera. Nieziemsko piękna bohaterka stara się smakować każdą chwilę, być w niej maksymalnie obecna. Idzie za głosem serca, za tym co ją pociąga – w jej przypadku jest to antropologia, w której robi karierę i osiąga niemałe naukowe sukcesy.

Ostatecznie jednak bohaterowie filmów Sorrentino, w momencie osiągnięcia wieku dojrzałego, zaczynają spoglądać z nostalgią w przeszłość. Dopada ich niespełnienie, jakiś rodzaj zawodu. To, co miało dać im szczęście i realizację, okazało się ułudą.

Jepowi z Wielkiego Piękna przynależność do artystycznej elity Rzymu nie daje żadnej głębszej radości. Towarzyskie pogawędki, wino, seks stanowią tylko chwilową ucieczkę od toczącej go pustki. To, co w młodości miało dać spełnienie– kariera czy nadzieja wielkiej miłości – zawiodło.

Jep ucieka w nostalgię, rozpamiętuję dawną miłość, która z tajemniczych przyczyn porzuciła go, gdy był młody. I to pomimo tego, że – jak się okazuje podczas seansu – przez całe życie darzyła go niegasnącym miłosnym uczuciem.

Gambardella mógłby w tym miejscu zostać pouczony przez Partenope, która w pewnym momencie filmu, rozmawiając z dawnym chłopakiem, uświadamia go, że przecież „to była tylko młodzieńcza miłość”.

Coś bez przyszłości, coś co można tylko przeżywać „tu i teraz”, a następnie wspominać jako pełne intensywności doznanie, moment, w którym chciałoby się za Faustem powiedzieć: „chwilo trwaj, jesteś piękna!”. Coś, co po zrealizowaniu natychmiast zostałoby unicestwione. Sorrentino – świadomie czy nie – zgrabnie ilustruje Lacanowską teorię pożądania. Pożądanie istnieje samo dla siebie. Cel jest drugorzędny.

Co więcej, w momencie gdy osiągamy cel pożądania, automatycznie przestajemy pożądać. Pożądanie okazuje się czczą ułudą. Sama Partenope mówi o tym wprost, gdy stwierdza, że seks zabija pożądanie.

Czy jednak Jep z Wielkiego piękna mógłby porzucić iluzję dawnej miłości i rozpamiętywanie pięknych chwil przeszłości, nie mając nic w zamian? Żadnej perspektywy czegoś „dalej”? Żadnej obietnicy przyszłości?

„Emocje to wszystko, co mamy” – mówi Mick w Młodości. Zatem skoro nie ma żadnej perspektywy wieczności, to cóż innego nam pozostaje, jak gromadzenie w pamięci pięknych chwil. A następnie wspominanie, wspominanie i wspominanie…

Ciekawym wątkiem filmów Sorrentino jest obarczenie Kościoła katolickiego niezdolnością do odpowiedzi na pustkę współczesnego świata. Jep Gambardella w Wielkim pięknie chce w pewnym momencie zebrać się na odwagę i zadać pytanie o sprawy ducha kardynałowi Bellucciemu – podobno wielkiemu egzorcyście, a więc komuś w domyśle uduchowionemu.

Ten jednak Jepa najzwyczajniej w świecie zlewa. Bardziej interesuje go dyskusja o kulinariach niż poważne egzystencjalne rozterki współczesnego człowieka.

Duchowni przedstawieni w Wielkim pięknie czy Bogini Partenope są egotykami, pasterzami, którzy pasą samych siebie. Tak jakby Sorrentino chciał – niczym starotestamentalni prorocy – oskarżyć Kościół o to, że nie jest – wbrew temu czego chciał Chrystus – źródłem wody żywej, lecz wyschniętą studnią.

Jedyne co ma do zaoferowania, to estetyka starożytnych oraz średniowiecznych kościołów, intrygujące cuda (jak cud św. Januarego przedstawiony w Bogini Partenope), ale żadnej poważnej duchowości. Nie inaczej jest ostatecznie – pomimo pewnych niuansów – w Młodym Papieżu.

Powracający z zaświatów Pius XIII mówi, że w niebie jest „dokładnie tak jak tu, tylko inaczej, bo dostrzegamy Boga”. To, że ma to niewiele wspólnego ze zmianą jakościową, jaką przynosi ze sobą visio beatifica (wizja uszczęśliwiająca – stan oglądania Boga), będąca całkowitym nasyceniem tego, co na ziemi było nienasycone – ot, drobny szczegół. Kościół u Sorrentino jest bezpłodny, nierozumujący siebie i własnej duchowości.

Życie estetyczne jako plaster na pustkę

Nim przejdę do „procesu inkwizycyjnego” nad Paolo Sorrentino, w którym wykażę jego „niechrześcijańskość”, oddam reżyserowi, co mu się słusznie należy. Dość uczciwie obrazuje on w swoich filmach stan świadomości człowieka postchrześcijańskiego.

Świat Sorrentino to świat post-nadziejny. Bez perspektywy wieczności. Dlatego jego bohaterowie zwracają się ku przeszłości i wspomnieniom. Bo pamięć daje namiastkę zmartwychwstania.

Sorrentino świetnie też obrazuje źródłową niewystarczalność tego co ziemskie. Ani kariera, ani nawet wielka miłość ostatecznie nie nasyca. Wszystko okazuje się rozczarowaniem, zaś człowiek u kresu swego życia pozostaje z rozrywającym jego duszę nienasyceniem.

Dość ciekawy trop – w jakiś sposób pokrewny chrześcijańskiemu rozumieniu duchowości – znajdujemy w Bogini Partenope. W pewnym momencie stary profesor antropologii Devoto Marotta dzieli się swoimi przemyśleniami na temat „widzenia”.

Przez widzenie Marotta rozumie postrzeganie rzeczywistości taką jaką ona jest. Mówi, że jest to możliwe dopiero w wieku starczym. Wtedy, gdy kończy się miłość, radość, ustępują siły witalne i namiętności. Dopiero wówczas możliwa jest prawdziwa kontemplacja.

Jest to wizja nieco podobna do chrześcijańskiej koncepcji kontemplacji, możliwej, gdy człowiek uwolni się od wszelkich namiętności, zachłanności i chęci posiadania czegokolwiek dla siebie. Tylko nie zawłaszczając, mogę widzieć rzeczy i osoby w ich prawdzie. Tylko wtedy mogę widzieć Boga. „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”.

Jest jednak w twórczości reżysera wiele elementów dalekich od chrześcijaństwa. Propozycję Sorrentino Søren Kierkegaard zaklasyfikowałby co najwyżej jako „życie estetyczne”. Według duńskiego filozofa życie ludzkie może być wiedzione na trzech poziomach. Każdy z nich definiowany jest przez cel.

Pierwszym poziomem jest życie estetyczne. Polega ono na poszukiwaniu i kolekcjonowaniu doświadczeń, w których dotykamy piękna. Teatr, opera, wykwintne dania, uniesienia miłosne, podróże – to wszystko przynależy do estetycznego rodzaju bytowania.

Drugi poziom to życie etyczne, które zasadza się na moralnym postępowaniu. Krótko mówiąc – celem takiego życia jest czynienie dobra i unikanie zła. W końcu, najwyższą formą życia według Kierkegaarda jest życie religijne.

Polega ono na pójściu – niczym Abraham – za wewnętrznym wezwaniem, głosem powołania, niezależnie od tego, jakie by ono było i jak bardzo szalone mogłoby się wydawać. Tylko wówczas człowiek staje się w pełni jednostką. Według Kierkegaarda tylko w samotności przed Bogiem człowiek zyskuje pełnię swej osobowości.

Bohaterowie Sorrentino prowadzą życie głównie na tym pierwszym poziomie. „Całe życie szukałem wielkiego piękna i nie znalazłem”, podsumowuje swoje życie Jep Gambardella. I choć reżyser w ten sposób pozornie przyznaje, że życie estetyczne jest niewystarczające, to jednocześnie wyklucza możliwość alternatywy. „Emocje to wszystko, co mamy”.

Co więcej, owo życie estetyczne, poszukiwanie piękna jest oderwane od dwóch innych członów klasycznej triady – dobra i prawdy. Partenope, nie chcąc zaprzepaszczać szansy na wielką akademicką karierę, dokonuje zabiegu aborcji.

I choć już jako starsza kobieta zdaje się żałować tej decyzji (ale nie jest to jednoznaczne), to nie dlatego, że odebrała komuś prawo do przyjścia dla świat, lecz ponieważ nie została matką. Robi to więc z powodów egoistycznych, z nurtującego jej serce niespełnienia.

Takich wątków jest więcej. Ciężko mi zgodzić się z Damianem Jankowskim, że zatrzymywanie się nad wspomnieniami z przeszłości, ciepła nostalgia z jaką myślimy o młodości, miałaby być „oddechem wieczności”.

Być może jestem ograniczony, ale ciężko mi uznać za „oddech wieczności” dość niesmaczną scenę seksu z ponad 80-letnią staruszką w To była ręka Boga czy quasi-kazirodcze fantazje seksualne o ciotce z tego samego filmu.

Owszem, u Sorrentino występują wątki wskazujące na to, że samo piękno nie wystarcza, zaś w bohaterach obecny jest głód życia co najmniej na poziomie etycznym. Przykładem może być postać kardynała Angelo Voiello, człowieka na wskroś makiawelicznego, który tajemnie opiekuje się niepełnosprawnym chłopcem.

Odnoszę jednak wrażenie, że finalnie owa opieka jest jedynie funkcją moralnych niepokojów sekretarza stanu, zaś niepełnosprawny chłopiec ostatecznie staje się instrumentem mającym ukoić zbrukane sumienie Voiello.

Nie wiem też za bardzo, gdzie u Sorrentino teraźniejszość miałaby przechodzić w wieczność. Jak słusznie zauważył C.S. Lewis – analizując miłość romantyczną – fakt, że stworzenie jest podobne do Boga nie oznacza, że do Boga przybliża. Wielka miłość może prowadzić i do wielkiego dobra, i do wielkiej zbrodni.

Przenosząc tę refleksję do świata przedstawionego przez Sorrentino trzeba powiedzieć, że traktowanie stworzenia, które z pewnością odbija piękno swego Stwórcy, w oderwaniu od dobra i prawdy, jest z perspektywy chrześcijańskiej bałwochwalstwem. Reżyser pokazuje więc rzeczywistość – póki co – nieodkupioną. Z pewnością wołającą o odkupienie, lecz jeszcze nieprzemienioną.

I nie chodzi o to, że mam jako chrześcijanin pretensje do reżysera, że nie sprzedaje chrześcijańskiej wizji świata. Sorrentino – mam nadzieję – pokazuje rzeczywistość tak, jak ją widzi. I chwała mu za to. Zgłaszam jednak daleko idące votum separatum do tych, którzy zdają się widzieć w Wielkim pięknie chrześcijaństwo.

***

Sorrentino jest dobrym reżyserem. Nie wiem czy wybitnym, ale dobrym. Zobrazowanie przez niego kondycji współczesnego człowieka Zachodu jest uczciwe i celne. Czy jednak jego twórczość rzeczywiście może stanowić preparatio evangelica?

Sorrentino, choć kondycję ponowoczesności diagnozuje celnie, ostatecznie zastawia na widzów pułapkę. Jego odpowiedzią na pustkę jest nostalgia i nurzanie się we wspomnieniach piękna. To zaś zamiast przygotować człowieka na przyjęcie Ewangelii, może stać się opium na bezsens istnienia.

Mimo wszystko warto by chrześcijanie – a zwłaszcza Kościół hierarchiczny – potraktowali filmy reżysera jako wezwanie do praktykowania pogłębionej duchowości. By spotykając Jepów Gambardellów tego świata byli w stanie odpowiedzieć na nurtujące ich dusze pytania.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.