Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Dialog to nie wszystko. Szymon Hołownia przegrywa, bo z niczym się nie kojarzy

Dialog to nie wszystko. Szymon Hołownia przegrywa, bo z niczym się nie kojarzy screen z: https://youtu.be/wlxJqXe32Bg

Wszyscy pamiętamy, jak w poprzedniej kampanii wyborczej marszałek Szymon Hołownia popłakał się nad Konstytucją RP. Czy potrafimy sobie jednak przypomnieć, co on w tym filmie powiedział? Pokazując do kamery ustawę zasadniczą, stwierdził: „Chciałbym, żeby Polska była właśnie taka”. Czyli jaka? Taka jak w 1997 roku? Trudno o lepsze podsumowane działalności Hołowni w polskiej polityce. Polska 2050 to partia nijaka, której nie da się skojarzyć z żadną konkretną agendą.

Szymon wentylownia

Janusz Palikot, Ryszard Petru, Paweł Kukiz, Szymon Hołownia. Wszyscy ci gracze mieli jedną prostą funkcję w polskim systemie politycznym: byli wentylem bezpieczeństwa. Każdy z nich pozwalał na kanalizację frustracji i pokazanie znudzenia PO-PiS-em.

Po pewnym czasie wszyscy się zużyli i jeszcze bardziej niż dotąd konserwowali system. „Jesteśmy skazani na duopol” – podpowiadała nam każda z nieudanych prób jego podważenia.

Były prezenter „Mam Talent!” znajdował na prostej ścieżce, by dołączyć do tego grona. Był chwilową obietnicą zmiany, tym razem kończącą jako przybudówka Platformy Obywatelskiej i kolejny po Kukiz’15 dopalacz dla PSL-u, pozwalający mu przekroczyć próg wyborczy.

Problem w tym, że Hołownia nie podołał nawet temu modelowi aktywności politycznej. Tak mdłej i niewyrazistej trzeciej opcji jeszcze nie było. Dotąd bowiem każdego z kandydatów antysystemowych można było skojarzyć z jakimiś konkretnymi postulatami.

Palikot? Legalizacja marihuany, deregulacja gospodarki, laicyzacja urzędów, zniesienie Senatu, likwidacja ZUS i KRUS. Kukiz? JOW-y, sędziowie pokoju, ustawa antykorupcyjna, dzień referendalny.

Petru? Odejście od węgla, deregulacja, uproszczenie podatków. Możemy dzisiaj z tych projektów i liderów szydzić, ale przynajmniej każdy śledzący polską politykę potrafi wymienić coś dla nich charakterystycznego. Inaczej jest jednak w przypadku marszałka Sejmu.

Owszem, Hołownia ma program, ale jak słusznie zauważył już Antoni Dudek, polskiemu wyborcy trudno jest odpowiedzieć na pytanie, czym oferta lidera Polski 2050 różni się od tego, co do zaproponowania ma PO.

OZE? Atom? Obniżenie składki zdrowotnej? To nie są projekty, których nie podnosiłaby partia Donalda Tuska. Nie sposób zostać głową państwa, ani nawet „tym trzecim” czy – jak się okazało – także „tym czwartym”, jeśli idzie się do wyborów z pakietem zużytych już bon motów.

Deideologizacja to nie bezideowość

Z przykładem Hołowni kontrastuje kampania Adriana Zandberga. Ostatnio na łamach Klubu Jagiellońskiego Roch Zygmunt słusznie chwalił ją za deideologizację przekazu. Przesunięcie kwestii aborcji czy praw mniejszości na dalszy plan okazało się strzałem w dziesiątkę. Koncentracja na tzw. sprawach światopoglądowych dała bowiem Robertowi Biedroniowi w wyborach w 2020 roku ledwie 2%.

Konieczne było więc zaprezentowanie innego lewicowego role model. „Adison”, który jest w polskiej polityce dłużej niż Hołownia, bo aż od dekady, okazał się powiewem świeżości.

Podatek katastralny, polityka przemysłowa oparta na nowych technologiach, patriotyzm gospodarczy, budownictwo społeczne – to tylko kilka z pomysłów Zandberga. Czy nam się to podoba, czy nie, zwyczajnie łatwo to wymienić. Lider Razem miał na swoją kampanię pomysł, a grając kartą kontestatora systemu, wypadał wiarygodnie.

Tymczasem Hołownia nie ma ani pomysłu (kto z ręką na sercu pamięta jego hasło wyborcze?), ani nie jest wiarygodny. Sukcesy i Zandberga, i Sławomira Menztena pokazały, że konsekwencja zwyczajnie się opłaca. Lepiej stać twardo przy swoich przekonaniach, niż – jak Hołownia – sugerować się tym, z której strony wieje polityczny wiatr.

Kiedy prezes Nowej Nadziei był na fali wznoszącej, Polska 2050 forsowała obniżkę składki i głaskała po głowie przedsiębiorców (jeszcze niedawno marszałek Sejmu proponował podwyższenie składki!). Kiedy podskoczyły sondaże współprzewodniczącego Partii Razem, Hołownia mówił, że podatek katastralny to dobre rozwiązanie. Wyborcy nie są głupi i widzą tę niekonsekwencję. To nie jest deideologizacja, to bezideowość.

Syndrom Żukowskiej

Hołownia nie zrobił nic, żeby pokazać, że te wybory są czymś więcej niż plebiscytem nad rządem Koalicji 15 października. Ilekroć wchodził w rolę krytyka ekipy Tuska, wywoływał dysonans poznawczy.

Nie może brzmieć wiarygodnie ten, kto jest u steru władzy i jednocześnie proponuje jej zmiany. Przypomina to przypadek Anny Marii Żukowskiej, która sama chętnie wchodzi w rolę recenzentki rządu. „Anka, wy jesteście w rządzie” – piszą jej komentujący, ilekroć bawi się na Twitterze w opozycjonistkę. Hołowni najwyraźniej trzeba przypominać to samo.

O czym w takim razie jest ten plebiscyt? Jakie są dokonania Hołowni i Polski 2050 w tej kadencji? Głównie porażki. Afera wiatrakowa, kilometrówki, tanie kredyty dla powodzian, bezdomni w Watykanie i pusta sala w trakcie czytania ustawy o asystencji osobistej.

Oczywiście były też sukcesy. Reforma Regulaminu Sejmu czy zablokowanie programu „Kredyt 0 proc.” przez minister Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz to jasne strony działalności ugrupowania Hołowni. Nie da się jednak z nich uczynić stawki tych wyborów.

Nie da się być w koalicji z PSL-em, a więc też z ministrem rozwoju Krzysztofem Paszykiem, i wiarygodnie proponować zmianę polityki mieszkaniowej. Nie da się jednocześnie dokonać moralnej odnowy Sejmu RP i bronić nadużywania kilometrówek. Nikt przytomny w to po prostu nie uwierzy.

Zgoda! A Bóg wtedy rękę poda

Przynajmniej od 2020 roku obiektem żartów jest silnie koncyliacyjna postawa Hołowni. „Wojna z Kartaginą? To nie lepiej się z nimi dogadać? Plebejusze, patrycjusze, bądźmy po prostu milsi” – to tylko pierwszy przykład z brzegu.

Kompromis, referendum, dialog. To wszystko na pierwszy rzut oka dobrze brzmi – jak odtrutka na wzrost toksycznej polskiej polaryzacji. Przecież wolność słowa i debata to fundamenty demokracji liberalnej. Tyle tylko, że wyborcy połapali się, że to też wygodna ucieczka od odpowiedzialności.

Dobitnym przykładem hamletyzowania Hołowni jest sprawa kilometrówek. Otóż Polska 2050 w tej kadencji w ramach kilometrówek wzięła łącznie 1,18 mln zł. Co na to Hołownia?

„A kto wybrał tych posłów? Kto z Państwa (…) zapytał kogokolwiek z kandydatów na posłów, których wybiera (…), czy będziesz uczciwy i nie będziesz nadużywał kilometrówek?” – mówił w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim. Rozumiem, że wystarczyło dwa lata temu zapytać ludzi startujących z list Trzeciej Drogi, czy będą okradać Polaków na kilometrówkach? Oni wtedy odpowiedzieliby, że tak, my byśmy ich nie wybrali i problem zostałby rozwiązany.

A może – drugi pomysł – trzeba zrobić referendum z pytaniem, czy Polacy chcą być okradani? Jak na dłoni widać, że nie da się wiecznie grać kartą bycia ugodowym. Są materie, w których jest to pożądane, jak w przypadku rozwiązania dualizmu prawnego, ale są też takie, gdzie nie ma to zastosowania.

Rację miał Dominik Janicki, kiedy na tych łamach pisał, że Hołownia ma dobre intencje. Jednak pomimo tego, że koncyliacyjne uprawianie polityki jest samo w sobie wartościowe, to ma ono swoje poważne ograniczenia.

Nie da się robić kompromisu między Polakami a bankami, deweloperami, flipperami, podatkami czy inflacją prawa. Albo politycy zrealizują program budownictwa społecznego, albo nie zrealizują; albo wprowadzą kataster, albo nie wprowadzą.

To jest wybór albo-albo. Nie da się, Panie Marszałku, zawsze zatrzymywać się w pół drogi. Czasem trzeba wyłożyć karty na stół. Zandberg i Mentzen to czują.

***

Rację miał profesor Dudek, kiedy ubolewał, że Hołownia i Polska 2050 nie mają pomysłu na nasze państwo. Politolog i historyk polecał wówczas marszałkowi Sejmu przyjrzenie się pomysłom z książki Umówmy się na Polskę. Była to bardzo dobra rada, z której Hołownia nie skorzystał.

Nie chodzi o to, żeby koniecznie reformować Senat, urząd Prezydenta RP czy zdecentralizować polską edukację. Sęk w tym, żeby mieć coś. Postulaty, za które można położyć się przed Tuskiem Rejtanem; projekty, z którymi wyborcy kojarzą czyjąś polityczną działalność, dzięki którym potrafią rozróżnić jeden program od drugiego. Hołownia tego po prostu nie ma i zapewne przez to trafi na polityczną emeryturę, zasilając – w najlepszym razie – obóz Koalicji Obywatelskiej.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.