Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Kultura terapeutyczna tworzy społeczeństwo narcyzów. Co jest źródłem problemu?

Kultura terapeutyczna tworzy społeczeństwo narcyzów. Co jest źródłem problemu? John William Waterhouse, „Echo i Narcyz”; źródło: wikimedia commons; Public Domain

Kultura terapeutyczna wychowuje jednostki wypalone – ludzi niezdolnych do nawiązania głębszego porozumienia i osamotnionych (mimo nieustannego mówienia o sobie). Wydaje się, że w swoich szlachetnych założeniach psychoterapia miała nam zaoferować dokładnie coś odwrotnego. Dziś szczególnie potrzebujemy, aby w swojej służbie społeczeństwu wyzwalała jego członków z sideł narcyzmu, w które coraz ciaśniej oplata nas współczesna kultura.

„Główną pożywką współczesnych więzi między przyjaciółmi jest otwartość, z jaką przyznajemy się do emocjonalnej słabości – do strachu, gniewu, upokorzenia. Nic nie zbliża nas do siebie bardziej niż gotowość do zmierzenia się z najgłębszym wstydem w obecności drugiej osoby” – pisała Vivian Gornick w autobiograficznej książce Kobieta osobna i miasto. Amerykańska eseistka dotknęła tym samym jednego z istotnych elementów kultury terapeutycznej, który można określić mianem psychicznego ekshibicjonizmu.

Wedle nowego, terapeutycznego paradygmatu budowanie intymności równoznaczne jest z „wybebeszeniem się”. Taki sposób funkcjonowania został już wdrukowany w umysły odbiorców współczesnej kultury. Codziennie zauważam jego przejawy u osób, którymi się otaczam.

Chłopaka, który na drugiej randce z Tindera przez trzy godziny opowiada o krzywdzie doznanej ze strony apodyktycznych rodziców.

Prawie czterdziestoletniego mężczyzny, w którym się zakochuję, choć nasze rozmowy nieustannie krążą wokół jego słabości – do tego stopnia, że po miesiącu znam już na wylot charakter jego matki.

Koleżanki, dla której rozpamiętywanie rozlicznych traum (w tym gwałtów) stało się nieodzownym elementem wspólnych posiłków.

Przypadkowo spotkanego dawnego znajomego, który w kolejce do sauny wylewa na mnie brudy o ojcu alkoholiku i źle prowadzonej (w jego mniemaniu) terapii.

Oczywiście otwarte mówienie o swoich uczuciach i trudnych doświadczeniach bywa zbliżające. Nie sposób tego zupełnie unieważnić. Problem pojawia się, gdy ta ekspresja staje się jedyną lub nadrzędną formą budowania intymności.

Dumni z ułomności, brudów i traum

Przekonanie, że im więcej wewnętrznego mięsa wyłożymy na stół, tym bliższy stanie się nam zaproszony do uczty partner, jest zgoła fałszywe.

Przede wszystkim dlatego, że piękno bliskości między ludźmi zawiera się również – a nawet głównie – w tym, co ukryte. W tkliwości spojrzeń, dyskretnej łagodności gestów, bezinteresownej trosce.

To koszyk darów, który nieustannie pragniemy nieść. Można je znaleźć w filuternym uśmiechu, mocnym uścisku dłoni, komforcie wspólnego milczenia, przyzwoleniu na niedoskonałości.

Owo piękno jest permanentnym towarzyszem tego, co niewypowiedziane. Działanie ukierunkowane raczej na przekroczenie siebie i powściągliwość własnego ego w kontakcie z drugim człowiekiem.

Słowem, to wcale nie nasz psychiczny ekshibicjonizm, a ufność w cudzy gest, takt czy umiejętność wspólnego przechowywania tajemnicy bliskości buduje zdrowe więzi. Związki, które summa summarum sprawiają, że czujemy się mniej pogubieni w naszej życiowej tułaczce.

Po drugie, serwując gościom potrawkę z własnych  wewnętrzności, możemy osiągnąć paradoksalny efekt. Wszyscy mamy jakieś ułomności, słabości, brudy, smrodki. Mówiąc językiem psychoanalizy, są to cechy, impulsy, pragnienia i, dewiacje, które uznajemy za nieakceptowalne lub sprzeczne z naszym świadomym obrazem siebie. Carl Gustav Jung określił je mianem „cienia”.

Oczywiście, zbliżając się do drugiego człowieka, oprócz pociągających doznań estetycznych i zmysłowych, trafiamy czasem na głęboko skrywany bałagan i rozliczne śmieci. Z czasem jednak zaczynamy się z nim oswajać, co pozwala nam przyjąć tę osobę w całości – razem z jej osobliwymi przywarami. Bo przecież tam, gdzie światło, zawsze jest i cień.

Sęk w tym, że każdy z nas ma inny aparat zmysłowości. Paradoks psychicznego ekshibicjonizmu polega na tym, że im szybciej i bardziej nachalnie ujawnimy nasze najmroczniejsze strony, tym większe ryzyko, że wywołamy w kimś wstręt. Gwałtowne serwowanie innym własnych „smrodków” może być – i bywa – wprost odpychające.

Uzależnieni od zwierzeń

Bardzo ciekawą diagnozę na tym polu postawił profesor socjologii Richard Sennett, wykładowca London School of Economics. Twierdzi on, że współcześnie międzyludzką zażyłość traktuje się w kategoriach wymiany rynkowej, co jest destrukcyjne dla naszego społecznego funkcjonowania.

„Jeśli warunkiem wzajemnej bliskości ma być wymiana informacji o sobie, wiedza interpersonalna sprowadza się do wzajemnych zwierzeń. Gdy dwoje ludzi nie ma już nic do ukrycia, gdy rynkowa wymiana dobiegła końca, nazbyt często znajomość lub związek kończy się. Wyczerpuje się, ponieważ nie ma już sobie nic do powiedzenia, każde z partnerów przyjmuje drugiego za coś oczywistego” – tłumaczy w książce Upadek człowieka publicznego.

Nic dziwnego, że w tak pojmowaną zażyłość wkrada się po prostu nuda. Według Sennetta to wyczerpanie relacji może być powiązane z narcystycznym przekonaniem, że otrzymywane przez nas dary nie są jeszcze wszystkim, co możemy od danej osoby dostać.

Albo na odwrót: że doznajemy niewystarczających uczuć, a więc związek nie jest „prawdziwy”. Taka relacja opiera się de facto na nieustającej pogoni za własną gratyfikacją i nie ma nic wspólnego z prawdziwą bliskością.

Narcyz – człowiek seksualnie upośledzony

Narcystyczne struktury osobowości potrafią zrujnować też sferę erotyczną. Symptomatyczne dla tego zaburzenia – według Sennetta – jest „uświęcanie ciała jako absolutnego stanu seksualnego”. Za sprawą narcyzmu seksualność staje się wyłącznie atrybutem danej osoby, co w efekcie całkowicie oddziela ją od własnych doświadczeń.

Socjolog przywołuje paryskie badanie, które wykazuje, że w im większym stopniu ludzie przyjmują swoje ciała za kompletne definicje własnej seksualności, tym trudniej przychodzi im ich symbolizowanie.

Takim osobom ciężko dostrzec na przykład formy falliczne w przyrodzie. Jak wnioskuje badacz, narcyzm prowadzi do zaniku metaforycznego wyobrażania sobie ciała, tym samym zubażając ważną aktywność poznawczą, jaką jest przekształcanie rzeczywistości fizycznej w symboliczną.

Symbolizacja aktu erotycznego wydaje się istotna, ponieważ pozwala na jego szerszą interpretację – odnalezienie znaczeń wykraczających poza czysto biologiczne działanie. Dzięki niej możemy nadawać seksualnym zbliżeniom głębszą wartość emocjonalną, a tym samym budować bliskość z drugim człowiekiem. Bliskość opartą na trosce, której nieodzowną częścią – jak już wspominałam – jest dbałość o wspólną tajemnicę.

W przypadku seksu pięknie określa się ją „tajemnicą alkowy”. Alkowa – czyli średniowieczna sypialnia – to przestrzeń skryta, prywatna, objęta szczególną ochroną. Oddzielenie życia intymnego od publicznego za pomocą kotary można wręcz uznać za emblematyczne dla miłosnego wymiaru związku.

W kulturę obnażania dusz wpisuje się dziś także seksualny ekshibicjonizm. Jak to zwykle w świecie Zachodu bywa – również ten proces uległ mechanizmowi wahadła: z totalnej tabuizacji życia erotycznego przeszliśmy do przesady w jego prezentowaniu.

Współcześnie seks stał się częścią powszechnego dyskursu – rozmawia się o nim publicznie, pokazuje go w mediach społecznościowych. Ludzka intymność coraz częściej traktowana jest jako towar na sprzedaż – w zamian za like na Instagramie czy parę złotych na OnlyFans.

Zanik dyskrecji

Kultura terapeutyczna wychowuje jednostki wypalone – ludzi niezdolnych do nawiązania głębszego porozumienia i osamotnionych (mimo nieustannego mówienia o sobie). Wydaje się, że w swoich szlachetnych założeniach psychoterapia miała nam zaoferować dokładnie coś odwrotnego. Dziś szczególnie potrzebujemy, aby w swojej służbie społeczeństwu, wyzwalała jego członków z sideł narcyzmu, w które coraz ciaśniej oplata nas współczesna kultura.

Tymczasem współczesny dyskurs terapeutyczny, który dawno już wyślizgnął się poza ściany gabinetów, obciąża nasze relacje naciskiem na bezwstyd. Tracimy tym samym bardzo cenną wartość – dyskrecję. A przecież to właśnie ona często bywa najgłębszym wyrazem szacunku – zarówno wobec drugiego człowieka, jak i siebie samych.

Vivian Gornick pisała, że przez wieki każda definicja przyjaźni odnosiła się do pojęcia „lepszego ja” – przyjaciel był dla człowieka szlachetnym bliźnim, który przemawiał do jego własnej szlachetności. Według niej nie potrafimy dziś dostrzec w drugim człowieku lepszej wersji siebie ani tym bardziej jej afirmować. Dziś uwielbiamy całkowicie się obnażać.

„Przekonanie, że jesteśmy tym, do czego się przyznajemy, to wielkie złudzenie naszej kultury” – konstatowała pisarka.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.