Oligarchowie, zawodowcy i lojalni ludzie prezydenta. Kto tworzy gabinet Donalda Trumpa?
Donald Trump, Elon Musk, Tulsi Gabbard, RFK Jr. i Mike Johnson na gali UFC w 2024, źrodło: wikimedia commons; Public Domain
11 marca, wraz z zatwierdzeniem kandydatury Lori Chavez-DeRemer na stanowisko sekretarz pracy, zakończył się proces kompletowania najważniejszych stanowisk w Gabinecie Stanów Zjednoczonych. Jako że Partia Republikańska sprawuje kontrolę nad Senatem, nominowani przez prezydenta kandydaci nie napotkali większych oporów ze strony izby wyższej parlamentu. Proces przesłuchań i zatwierdzeń poszczególnych kandydatów przyniósł nam bardzo istotne wnioski na temat tego, kto tak naprawdę przejmuje stery władzy supermocarstwa zza Atlantyku.
Gabinet składający się z doradców prezydenta USA pełni w amerykańskim systemie rolę podobną do tej zajmowanej przez rządy w państwach europejskich. Choć nie ma władzy podejmowania decyzji kolegialnych (takich jak np. wydawanie rozporządzeń przez polską Radę Ministrów), to wchodzący w jego skład sekretarze są urzędnikami sprawującymi kontrolę nad podległymi sobie departamentami, tak jak ma to miejsce w przypadku szefów resortów państw europejskich.
Mimo iż amerykańska konstytucja nadaje wyłączną władzę wykonawczą prezydentowi, to zapoczątkowana przez Jerzego Waszyngtona tradycja wspólnych spotkań sekretarzy (początkowo bez udziału wiceprezydenta) wyewoluowała w znany dziś model, w którym członkowie gabinetu odgrywają istotną rolę w amerykańskiej polityce – jak Henry Kissinger podczas prezydentur Richarda Nixona i Geralda Forda lub George Marshall (autor planu nazwanego jego imieniem) urzędujący pod Harrym S. Trumanem.
Pomijany w polskiej publicystyce i analizie gabinet ma znaczący wpływ na kierunek amerykańskiej polityki. Już same personalia wybrańców Trumpa ujawniają zamiary nowej amerykańskiej administracji.
Oligarchowie
Tak jak kończący historię Niemiec weimarskich rząd Franza von Papena określano złośliwie „gabinetem baronów” (od dominujących w nim przedstawicieli szlachty), tak druga administracja Trumpa zasługuje na miano rządu krezusów. Grono bliższych i dalszych współpracowników i nominatów prezydenta bije rekordy, jeżeli chodzi o liczbę należących do niego miliarderów (do których zalicza się zresztą sam Trump z majątkiem szacowanym przez „Forbes” na ponad 3,5 miliarda dolarów).
Aż trzynastu spośród członków gabinetu szczyci się tym statusem majątkowym. Nawet pomijając Elona Muska (najbogatszego człowieka na świecie), łączny majątek sekretarzy wynosić będzie co najmniej 7 miliardów USD, wyraźnie kontrastując z „zaledwie” 118 milionami dolarów jako sumą majątków sekretarzy gabinetu Joe Bidena.
Bogacze obejmujący stanowiska rządowe nie tylko w gabinecie, ale także na placówkach dyplomatycznych (jak w przypadku nowego ambasadora USA we Francji Charlesa Kushnera, ojca Jareda, zięcia prezydenta) wskazują na kolejny etap oligarchizacji amerykańskiej sceny politycznej, w której najzamożniejsi nie tylko udzielają finansowego wsparcia kandydatom w wyborach, ale sami w nich startują lub obejmują urzędy pochodzące z nominacji.
Co charakterystyczne, wielu spośród rekinów biznesu obejmie departamenty związane z polityką gospodarczą. Sekretarzem energii został Chris Wright, związany w przeszłości z przemysłem wydobywczym (wykorzystującym m.in. kontrowersyjną formę szczelinowania hydraulicznego, tzw. frackingu), zaś sekretarzem handlu – finansista i miliarder Howard Lutnick – zwolennik agresywnej polityki celnej prezydenta, który deklarował, że cła są niezbędnym instrumentem procesu deglobalizacji, który trzeba zastosować, nawet jeżeli doprowadzi to do gospodarczej recesji.
Najwyższe pod względem hierarchii miejsce obejmie Scott Bessent – nowy sekretarz skarbu, dawniej inwestor związany m.in. z firmami George’a Sorosa. Swoją filozofię polityki ekonomicznej wyłożył w kontrowersyjnym stwierdzeniu: „dostęp do tanich towarów nie jest istotą American Dream”, przedkładając tym samym długoterminowe cele protekcjonistycznych ruchów, takich jak cła, nad krótkoterminowymi turbulencjami na rynku.
Jak mówił Bessent, „amerykański sen jest zakorzeniony w koncepcji zakładającej, że każdy obywatel może osiągnąć dobrobyt, awans społeczny i bezpieczeństwo ekonomiczne. Przez zbyt długi czas autorzy wielostronnych umów handlowych tracili to z oczu. Międzynarodowe stosunki gospodarcze, które nie działają na korzyść narodu amerykańskiego, muszą zostać poddane weryfikacji”.
Czy takie nagromadzenie przedstawicieli najwyższych sfer majątkowych w kręgu władzy może zwiastować coś pozytywnego dla dobra ogółu? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi. Jednakże tak duży udział oligarchów budzi niezadowolenie nie tylko wśród amerykańskiej lewicy, ale i w kręgach populistycznej, pro-trumpistowskiej prawicy.
Zwłaszcza tej, która pamięta zblatowanie miliarderów, takich jak obecni na inauguracji prezydentury Mark Zuckerberg czy Jeff Bezos, z Demokratami. „Ci ludzie nas nie popierają. Porzucili postępową lewicę, porzucą także nas. Zależy im tylko na władzy” – stwierdził Steve Bannon, były doradca Trumpa z pierwszej kadencji.
Lojaliści i neofici
Nie bez znaczenia pozostaje to, że Donald Trump obejmuje urząd po raz drugi. W 2017 roku był osobą stosunkowo nową w głównym nurcie amerykańskiej polityki. Zmuszało go to do oparcia administracji – przynajmniej częściowo – o aparat Partii Republikańskiej (jak w przypadku jej nominalnego przewodniczącego Reince’a Priebusa, który został szefem personelu Białego Domu).
Obecnie głowa państwa może opierać swój aparat polityczny na osobach, które zdołały dowieść mu swojej lojalności, i z którymi zdążył wypracować silniejsze relacje. Czas pokaże, czy pozwoli mu to na uniknięcie chaosu z pierwszej kadencji, znanej polskiemu czytelnikowi chociażby z książki Michaela Wolffa Ogień i furia. Biały Dom Trumpa.
Szczególnym testem na lojalność była postawa poszczególnych aktorów amerykańskiej sceny politycznej, gdy po przegranych przez Trumpa wyborach z 2020 roku budował on legendę „sfałszowanych wyborów”. Zaufanie byłego wówczas prezydenta stracił m.in. wiceprezydent Mike Pence czy też szef personelu John Kelly, który posunął się nawet do nazwania Trumpa „faszystą”.
Dlatego też np. stanowisko sekretarz bezpieczeństwa obejmie Kristi Noem, była gubernator Dakoty Południowej. Noem została wybrana na przywódczynię stanu w 2018 roku z silnym poparciem Trumpa, wobec którego dochowała lojalności w późniejszych latach.
Nie bez znaczenia jest także łączący ich postulat wydalenia z terytorium USA wszystkich imigrantów nieposiadających legalnych dokumentów. Z kolei istotną funkcję szefowej personelu Białego Domu przypadła Susie Wiles, jednej z nielicznych osób, które współpracują z Trumpem niemal nieprzerwanie od 2016 roku.
Jednak największe kontrowersje wzbudził wybór dwojga polityków, którzy porzucili swoje dawne obozy polityczne, by zasilić ekipę Donalda Trumpa. Choć tego typu transfery nie są niczym nowym (jeszcze do niedawna dobrym politycznym zwyczajem było powołanie choć jednego przedstawiciela konkurencyjnej partii na członka prezydenckiego gabinetu lub inny ważny urząd), to przypadki Tulsi Gabbard i Roberta F. Kennedy’ego juniora są czymś więcej.
To nie nimb „zdrajców”, ale same sylwetki uchodźców z centrolewicy podzieliły amerykańską scenę polityczną, idąc niekiedy w poprzek podziałów partyjnych. Powołanie na stanowisko sekretarza zdrowia znanego z antyszczepionkowych poglądów RFK, a na szefową wywiadu byłej deputowanej z Hawajów (kojarzonej między innymi z niesławną wizytą w Syrii i spotkaniem z Baszszarem al-Asadem w 2017 roku) było krytykowane zarówno przez Demokratów, jak i Republikanów.
Celebryci i zawodowcy
Mający doświadczenie w show-biznesie (za sprawą prowadzenia programu „The Apprentice”) prezydent nie omieszkał włączyć do swojego zespołu polityków o podobnych korzeniach. Przykładem jest nowy szef Pentagonu – wcześniej wieloletni dziennikarz Fox News i były wojskowy PeteHegseth, który wnet przystąpił do cięcia wydatków militarnych o 8% co roku, przez najbliższe pięć lat.
Sprawami urbanistycznymi i mieszkalnymi pokieruje Scott Turner, były zawodnik futbolu amerykańskiego, a także przedsiębiorca, mówca motywacyjny i pastor kościoła baptystów. Turner już w trakcie pierwszej kadencji Trumpa z nominacji prezydenta zasiadał w radzie ds. rewitalizacji obszarów borykających się z zapaścią ekonomiczną i problemami społecznymi.
Trumpistowski think-tank America First Policy Institute, z którym związany jest Turner, wskazuje inwestycje i współpracę sektorów publicznego i prywatnego jako remedia na poprawę sytuacji obszarów biedy.
Za najbardziej „profesjonalnego” polityka w ekipie Trumpa należy uznać Marca Rubio, byłego senatora i konkurenta Trumpa z republikańskich prawyborów w 2016 roku. Mimo licznych różnic z tamtego okresu obu panów łączy silny afekt antychiński, choć w przypadku Rubioa ma on charakter bardziej etyczny (łamanie praw człowieka przez ChRL) niż ekonomiczny. Rubio pała również silną niechęcią wobec Rosji, posuwając się do określania Putina mianem „gangstera”.
Do kategorii zawodowców zalicza się również John Lee Ratcliffe, były kongresmen, który pełnił stanowisko szefa wywiadu w poprzednim gabinecie Trumpa. Tym razem stanie na czele CIA. Jednym z zadań agencji związanych z agendą prezydenta będzie walka z meksykańskimi kartelami narkotykowimi, o czym informowała stacja CNN.
***
Nowa amerykańska administracja stanowi mozaikę osobowości, które łączy posiadanie wielkiego majątku oraz podporządkowanie osobie prezydenta i jego agendzie politycznej. Zapowiada to bardziej zwarty i uporządkowany układ władzy aniżeli w czasie pierwszej prezydentury Trumpa.
Obsadzenie stanowisk rządowych osobistościami podobnymi do samego prezydenta umożliwili Trumpowi łatwiejsze sprawowanie władzy. Politycy i urzędnicy z otoczenia prezydenta posługują się w większości handlowo-transakcyjnymi schematami myślenia (większość z nich wyniosła je z kariery w biznesie). Przez najbliższe lata to oni będą realizować politykę nowego prezydenta (nacjonalizm, protekcjonizm, izolacjonizm, antyglobalizm i sprzeciw wobec imigracji).
Mimo że ustrój Stanów Zjednoczonych zazwyczaj określa się jako demokratyczny i republikański (do czego odnoszą się wszak nazwy obu głównych sił politycznych), to także inna arystotelesowska kategoria – oligarchia – służy opisowi tego systemu politycznego. Trump zapowiada nadejście nowej „złotej ery” w dziejach USA i trzeba zaznaczyć, że uda mu się przynajmniej powołać nową oligarchię.
Objęcie bezpośredniej władzy przez miliarderów pozwoli nie tylko zerwać z grą pozorów, lecz również, być może, przyczynić się do poprawy standardów etycznych w amerykańskiej polityce. Nominaci Trumpa teoretycznie będą musieli wykluczyć wszelkie potencjalne konflikty interesów, nad czym kontrolę sprawować powinny organy państwowe.
Wyjątkiem od tej reguły będzie jednak najbogatszy z nich, Elon Musk, którego firmy korzystają w ogromnych kontraktów rządowych, ale formalny status „doradcy prezydenta” nie nakłada na niego surowych ograniczeń.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
