Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Niewierzący apologeta chrześcijaństwa. Kim jest Tomasz Stawiszyński?

Niewierzący apologeta chrześcijaństwa. Kim jest Tomasz Stawiszyński? Autor ilustracji: Rafał Jękot

Tropiciel pułapek kultury terapeutycznej. Krytyk kapitalistycznych mitów. „Studziciel” rozgrzanej polaryzacją debaty publicznej. Badacz obecnej w modzie na astrologię ucieczki od  wpisanej w kondycję ludzką bezradności. Ostatnio zaś apologeta chrześcijaństwa. Kim jest Tomasz Stawiszyński i jak ocenić jego twórczość?

Tomasz Stawiszyński to autor niezwykły. Słuchany z uwagą zarówno przez lewicę, liberałów, jak i konserwatystów. Co takiego jest w myśli Stawiszyńskiego, że większość stron światopoglądowego krajobrazu polskiej debaty publicznej postrzega go jako człowieka wartego posłuchania? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, omawiając trzy z jego książek: Potyczki z Freudem, Ucieczkę od bezradności oraz ostatnią, chyba najgłośniejszą – Powrót fatum.

Zacznijmy od pierwszej z nich. Freuda, tytułowego bohatera, Stawiszyński traktuje symbolicznie. Książka jest nie tyle polemiką z koncepcją psychoanalizy jednego z XIX-wiecznych mistrzów podejrzeń, co raczej z popularnym dyskursem, który m.in. w tejże psychoanalizie ma swoje źródła. Chodzi o zjawisko tzw. kultury terapeutycznej. Polega na przenikaniu języka charakterystycznego dla psychoterapeutycznych gabinetów do innych sfer rzeczywistości.

Potyczki z Freudem dzielą się na pięć części, z których każda poświęcona jest dyskursowi na temat jednego obszaru ludzkiego życia: dzieciństwu, doskonałości, zdrowiu, szczęściu i wolności. Co charakterystyczne, każda z nich w tytule zawiera sformułowanie: „wolność od…”. Wolność od dzieciństwa, doskonałości, zdrowia, szczęścia. Wolność od… wolności.

Wygląda to tak, jakby autor już w spisie treści chciał przekazać główną tezę swojej książki: to, co w popularnym dyskursie pokazuje się nam jako obietnicę szczęścia i wolności, obraca się – ku naszej zgubie – w niewolę. Jak to wygląda w praktyce?

Naiwny dziecięcy determinizm

Zacznijmy od dzieciństwa. W naszej kulturze do dziś pokutuje przeświadczenie o kluczowej roli pierwszych lat życia i środowiska rodzinnego. Źródło tego przekonania tkwi w myśli Zygmunta Freuda i jego koncepcji kompleksu Edypa. „Hans jest w rzeczy samej małym Edypem, który chciałby pozbyć się ojca, aby samemu być z piękną matką, aby spać z nią” – pisał Freud w Analizie fobii pięciolatka.

Rozwiązanie i przezwyciężenie tego kompleksu – od tego zależy nasze szczęście jako ludzi dorosłych. Ma to swoje praktyczne konsekwencje. Stawiszyński zauważa, że ten swoisty dziecięcy determinizm prowadzi do sposobu myślenia, wedle którego całą winą za nasze aktualne nieszczęścia możemy obarczyć rodziców.

„Jesteś efektem. Efektem matki neurotyczki. Efektem ojca alkoholika. […] Efektem tego, że rodzice nadmiernie Cię kochali. Efektem tego, że kochali Cię niewystarczająco. […] Nie jesteś indywidualnością. Nie jesteś zdolna, nie jesteś zdolny do podejmowania wyborów, bo za wszystkimi Twoimi decyzjami stoją apodyktyczne widma rodziców (albo przodków), które poruszają twoją wolą i świadomością niczym władcy marionetek” – pisze Stawiszyński.

Czy jesteśmy więc niewolnikami rodzinnych fatów? Niekoniecznie. Stawiszyński, przywołując badania i poglądy takich badaczy, jak Thomas Bouchard, Judith Harris, David Rowe czy Steven Pinker, pokazuje, że przekonanie o kluczowej dla kształtowania się osobowości człowieka roli dzieciństwa nie wytrzymuje próby naukowej weryfikacji.

Jak czytamy, „Judith Harris […] opublikowała w 1998 roku książkę Geny czy wychowanie?, która zdaniem Stevena Pinkera, jednego z najwybitniejszych współczesnych psychologów akademickich, jest czymś na kształt przewrotu kopernikańskiego w psychologii. […] Harris przeprowadziła bardzo drobiazgową metaanalizę większości danych. […] Wniosek jest jednoznaczny: wpływ wychowania na osobowość człowieka jest nikły. Liczą się geny. […] Oraz kontakt z rówieśnikami”.

Co więcej, autor Potyczek pokazuje, że na traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa można spojrzeć inaczej. Tu pojawia się główny – obok Carla Gustava Junga – intelektualny patron tej książki i autorytet samego Stawiszyńskiego. Mowa o Jamesie Hillmanie, nieżyjącym już amerykańskim psychologu. Jak dzieciństwo, zwłaszcza te traumatyczne, proponuje odczytywać Hillman, a za nim – jak sądzę – Stawiszyński?

„Ludzie zawsze mieli poczucie, że istnieje coś takiego jak los, przeznaczenie czy powołanie. […] zdarzenia, z których splata się linia naszego życia, nie są wyłącznie kompozycją chaotycznych elementów. […] trudne i dramatyczne przeżycie otworzyło nam oczy na takie wymiary rzeczywistości, których wcześniej nie dostrzegaliśmy” – pisał amerykański psycholog.

Stawiszyński, opierając się na Hillmanie, proponuje postawę zupełnie odmienną od kultury terapeutycznej. Miałeś ojca alkoholika? Nauczył cię, jakim ojcem nie być. Miałeś nadopiekuńczą matkę? Rozumiesz wagę samodzielności.

Oczywiście nie chodzi o to, by stworzyć kult cierpienia, krzywd i traum. Propozycja ta polega na retroaktywnym nadaniu sensu i wyciągnięciu dobra z czegoś, co samo w sobie dobre nie było. Chodzi więc ostatecznie o sensowne przeżycie tego, co w życiu trudne.

„Psychika – mówi Hillman – jest właśnie «rzeczywistością tak jakby». Ani […] prawdziwą niczym stół albo drzewo, ani też pozbawioną sensu iluzją. […] Hillman proponuje […], żebyśmy spróbowali popatrzeć na te wszystkie obszary, t a k j a k b y rządziły się zupełnie innymi prawami, niż nam to przedstawia współczesna kultura” – zauważa Stawiszyński.

Wierzy on – jak sądzę – w moc narracji, zaś kryterium ich prawdziwości jest praktyczny skutek, który powinien odpowiadać na zakorzenione w każdym człowieku potrzeby godności, wolności oraz – a może przede wszystkim – sensu. Nie jest to do końca wiara w moc jednostkowego, świadomego podmiotu (choć Stawiszyński nie odmawia mu sprawczości), lecz przede wszystkim w moc społecznych opowieści.

Na przykładzie dzieciństwa dobrze widać, jaką metodą posługuje się autor Potyczek. Stawiszyński dokonuje dekonstrukcji mitów kultury popularnej. Najpierw rekonstruuje pewną narrację – jej poszczególne elementy, źródła oraz logiczne relacje między twierdzeniami. Następnie ujawnia jej praktyczny skutek oraz społeczną funkcję. Najczęściej okazuje się, że owa narracja służy gospodarce kapitalistycznej i napędza konsumpcję.

Na koniec poprzez odwołanie do nauki lub oryginalnych koncepcji filozoficznych Stawiszyński pokazuje, że na analizowane zjawisko można spojrzeć inaczej. Ostatecznie o prawdziwości konkretnego światopoglądu lub narracji stanowi elementarna zgodność z faktami, zwykłym, ludzkim, codziennym doświadczeniem oraz pragmatyczne skutki danej narracji, które powinny odpowiadać przeczuwanej przez autora ludzkiej naturze.

Żeby tylko nie bolało

W dalszej części książki podobnej analizie Stawiszyński poddaje resztę wymienionych wyżej obszarów. Spójrzmy na zdrowie. Jak wskazuje autor, nasza kultura cierpi na swoistą obsesję zdrowia, polegającą na chęci wyeliminowania bólu, dyskomfortu, a także perspektywy śmierci z naszego życia. Zredukowaliśmy rzeczywistość do tego, co materialne, dlatego zachowanie życia stało się wartością najwyższą.

Czy rzeczywiście pogoń za zdrowiem pociągnięta aż do obsesji jest czymś racjonalnym? Nikt nie chce umierać, to prawda. Fakt przemijania jest dla każdego z nas mniejszym lub większym skandalem. Czy aby na pewno unikanie nieuniknionego odpowiada prawdzie rzeczywistości?

Idąc dalej – czy unikanie każdego możliwego bólu czyni nas bardziej ludźmi? A co, jeżeli jest na odwrót? Może powinniśmy potraktować chorobę, zwłaszcza psychiczną, jako pewien komunikat wysłany z naszego wnętrza do świadomego ego? Co w sytuacji, gdy jest to komunikat domagający się od nas odpowiedzi, zmiany kierunku życiowego, gruntownej transformacji?

„«Nie lubię czuć się zdrowy. Potrzebuję więcej depresji» – odpowiedział kiedyś James Hillman na uwagę pewnej dziennikarki «The New York Times»”, która oznajmiła mu, że mimo swoich siedemdziesięciu lat (rozmowa odbyła się w 1995 roku) wygląda niezwykle krzepko” – czytamy u Stawiszyńskiego.

Potrzebuję więcej depresji? Czy to wyznanie jakiegoś szalonego masochisty? Współczesnego Wertera, który w tajemniczy sposób przeniósł się do końcówki XX w., by pod płaszczykiem psychologii uprawiać publicznie pretensjonalny pasjonizm?

Oddajmy dalej głos Hillmanowi: „«Co depresja nam odsłania?» […] rana jest okiem, za jego pomocą dostrzegamy takie wymiary rzeczywistości, które inaczej są niewidzialne. W depresji odczuwamy ciemny, zimny szkielet rzeczywistości. Depresja konfrontuje ego z całą iluzją jego mitu opartego na pragnieniu omnipotencji; konfrontuje ze śmiercią, skończonością, poczuciem winy, rozbicia czy cierpienia […]”.

W tym ujęciu choroba – czy to psychiczna, czy fizyczna – jest bezcenna. Wyrywa nas z normalnego biegu życia i konfrontuje z nagą, surową i prawdziwą rzeczywistością. Stawia twarzą w twarz z naszą skończonością i bezradnością wobec śmierci.

Stawia nas w prawdzie. W rzeczywistości kapitalistycznego fetyszu produktywności, który wymaga ciągłego ruchu, łatwo spychamy myśli o śmierci i chorobie do przyszłości, kiedy to bezdzietni i samotni spędzimy nasze ostatnie lata życia w jednym z domów opieki społecznej.

Warto zwrócić uwagę, że podobne tezy stawia w książce Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje popularny ostatnio filozof Buyng Chul-Han. Dziś ból może być skutecznym lekiem wytrącającym nas z rozkładającej nasze bycie-w-świecie nadmiarowej konsumpcji.

Tomasz Stawiszyński w Potyczkach z Freudem jawi się jako filozof podejrzeń. W popularnych narracjach, które prezentują się jako ścieżki szczęścia i modele wolności, dostrzega zniewolenie i zubożenie ludzkiej egzystencji. Uznaje koniczność respektowania danych nauki, a jednocześnie zauważa ich niewystarczalność. Uzupełnienia niedostatków naukowego światopoglądu szuka zaś w propozycjach Junga i Hillmana.

Choć z pewnością niektóre tezy przywoływane przez Stawiszyńskiego są kontrowersyjne, a niektóre mogą zostać uznane wręcz za niebezpieczne, jak chociażby wywód dotyczący samobójstwa, to właśnie na tym polega wartość tej książki – pozwala spojrzeć na wiele spraw zupełnie inaczej. Bez poręczy i tabu.

Freud i pierwszy guru coachingu

Wiele wątków i sam sposób patrzenia na współczesną kulturę Tomasz Stawiszyński kontynuuje w Ucieczce od bezradności. Wątkiem jest relacja kapitalistycznej logiki maksymalizacji zysku i opisywanej w Potyczkach kultury terapeutycznej.

Widać to na przykładzie analizowanego już w Potyczkach dziecięcego determinizmu. Stawiszyński, powołując się na Evę Illouz, izraelską socjolożkę, opisuje przedziwny mariaż Freuda z kapitalizmem. Jego źródła datuje się na epokę jeszcze przed freudowską. Chodzi o XIX-wieczne dziełko Self-help autorstwa Samuela Smilesa.

Autor tej prawdopodobnie pierwszej książki coachingowej twierdził odważnie, że nie determinują nas ani pochodzenie, ani żadne zewnętrzne uwarunkowania. Wszystko, co osiągamy w życiu, zależy wyłącznie od naszych dobrych chęci.

Sukces jest funkcją wystarczająco zdeterminowanej woli i uporu. „Jesteś kowalem własnego losu” – oto pierwsze przykazanie Smilesa, które stało się również fundamentem kapitalistycznego mitu.

Jak się to łączy z Freudem? Psychoanalityk, pozostawiając przekonanie o niemalże absolutnej odpowiedzialności jednostki za własne życie i możliwość osiągnięcia sukcesu, przesuwa akcent na przepracowanie dzieciństwa.

Tak pisze o tym Stawiszyński: „To zatem nie tyle wewnętrzny upór albo zdolność do pozytywnego myślenia uchodzą dzisiaj za niezbędne warunki sukcesu, ile raczej przepracowanie traum z dzieciństwa, wyzwolenie się z toksycznych nawyków myślowych, pogodzenie się z trudną przeszłością czy też wybaczenie tym, którzy nas skrzywdzili”.

Jedna i druga narracja zastawia jednak na jednostkę pułapkę – nakłada na nią ciężar nie do uniesienia. Pomija fakt, że jesteśmy zależni od warunków społecznych, indywidualnych ograniczeń fizycznych i psychologicznych, od tego, że w każdej chwili może dosięgnąć nas śmiertelna choroba lub przydarzyć się nieszczęśliwy wypadek, bliscy mogą nas zdradzić, a przypadkowy osiłek na ulicy śmiertelnie ranić nożem. Jesteśmy wobec wielu niezależnych od nas czynników najzwyczajniej w świecie bezradni.

Co ciekawe, jak zauważa za Illouz Stawiszyński, sam ojciec „dziecięcego determinizmu” – Zygmunt Freud – był umiarkowanie optymistycznie nastawiony co do możliwości przepracowania za pomocą terapii każdej możliwej nerwicy.

Stawiszyński pisze, że „dobitnie potwierdzają to fragmenty, w których [Freud] wprost podkreślał, że wypracowane przez siebie techniki introspekcji rekomenduje właściwie wyłącznie przedstawicielom klasy średniej i wyższej, ich zastosowanie mogłoby bowiem «odebrać im [tj. robotnikom] nerwicę», a tym samym boleśnie skonfrontować z całą mizerią ich sytuacji”.

Stawiszyński słusznie krytykuje wszelkiego rodzaju coachingowe pozycje i poppsychologiczne poradniki mające rzekomo dać klucz do pełni wolności i szczęścia. Jesteśmy ograniczeni i wiele niekorzystnych sytuacji, w których postawiło nas życie, trzeba po prostu zaakceptować.

Żałoba? W kapitalizmie nie ma na to miejsca!

Chyba najciekawszym casusem przywoływanym przez Stawiszyńskiego jest stosunek współczesnej kultury do żałoby. Jej przeżywanie zostało niemal całkowicie wyparte. Niegdyś była publicznie obecna w społecznych rytuałach, odpowiednich strojach i celebrowana wspólnie z sąsiadami, np. w polskiej tradycji na stypach.

Dziś żałoba została całkowicie sprywatyzowana, zaś jej okazywanie jest postrzegane jako towarzyski nietakt. Co gorsza, owa niechęć do żałoby nie ujawnia się jedynie w kulturze. W tym powszechnym wyparciu uczestniczy również… nauka.

W 2012 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zapowiedziało zmiany w piątej edycji DSM (jednej z dwóch najważniejszych klasyfikacji zaburzeń na świecie), według której z kryteriów orzekania o depresji miał zostać całkowicie wyłączony tzw. wyjątek żałoby.

Od tej pory psychiatrzy w orzekaniu o ciężkiej depresji nie musieli brać pod uwagę poprzedzającego wystąpienie objawów doświadczenia straty. I choć żałoba jest wspomniana w sekcji poświęconej zjawiskom mogącym przypominać zaburzenia psychiczne, to jednak w samej diagnostyce depresji została pominięta.

Nie był to jednak pierwszy „antyżałobny” ruch Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. W trzeciej edycji DSM z 1980 r. czas trwania zdrowej żałoby był określany na 12 miesięcy. Jeżeli przedłużałaby się powyżej tego okresu, można było zastosować farmakoterapię.

Z kolei w pochodzącej z 1994 r. czwartej edycji okres ten został skrócony do… dwóch miesięcy. Czy można sobie wyobrazić, by np. matka, która straciła swoje maleńkie dziecko, miałaby się „wyrobić” ze smutkiem w dwa miesiące, później zaś w świetle psychiatrycznych kryteriów należałoby ją naszprycować lekami?

Jak potem wykazało dziennikarskie śledztwo „Washington Post”, kilkunastu członków Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, którzy zasiadali w gremiach przygotowujących DSM, miało powiązania z firmami farmaceutycznymi wprowadzającymi do obrotu leki przeciwdepresyjne.

Choć Stawiszyński podkreśla, że nie ma bezpośrednich dowodów na to, że mieliśmy do czynienia ze spiskiem koncernów farmaceutycznych, które chciały sprzedać jak najwięcej leków antydepresyjnych, to zaufanie do instytucji, jaka powinna cieszyć się niebudzącym wątpliwości autorytetem, zostało nadszarpnięte.

W całej tej historii autor Ucieczki od bezradności zwraca jednak uwagę na drugie dno. W rzeczywistości kapitalistycznej, gdzie reguły gry wyznacza rynek, nie ma miejsca na żałobę.

„Pogrążona w żałobie jednostka jest nieproduktywna […]. Nic więc dziwnego, że na rozmaite sposoby próbuje się […] stworzyć taki model przeżywania żałoby, który nie będzie wchodził kapitalistycznym imperatywom zysku i wzrostu. Patologizacja i medykalizacja smutku czy lęku […] wydaje się w tym kontekście posunięciem całkowicie zrozumiałym i uzasadnionym na gruncie drapieżnej logiki rynku”.

Tomasz Stawiszyński w Ucieczce od bezradności kreśli przed nami kolejnego „faraona” naszych czasów: turbokapitalizm. Logikę rynku, która dąży do tego, by ogarnąć każdą sferę człowieczego życia.

Logikę, która nie akceptuje nieproduktywności i słabości. Karmi się nieokiełznaną konsumpcją i wrzuca nas w owczy pęd. Przy pomocy popkulturowych mitów nas niewoli i utrzymuje w de facto antyludzkim systemie.

Astrologia i nauka

Na koniec postanowiłem zostawić swoistą wisienkę na torcie, jaką jest ostatnia książka Tomasza Stawiszyńskiego – Powrót fatum. Wywołała niemałe poruszenie, zwłaszcza w środowiskach katolickich, a także pierwsze głośniejsze pomruki krytyki czy wręcz niechęci, np. Łukasza Łacheckiego w Krytyce Politycznej.

„W pewnej telewizji, do której zostałem kiedyś zaproszony, spotkały się w poczekalni trzy – wyłączając piszącego te słowa – osoby” – tak rozpoczyna Powrót fatum Stawiszyński. Te trzy osoby to naukowiec, astrolożka i katolicki zakonnik. Trzy figury reprezentujące trzy spojrzenia na świat. Trzy światopoglądy, trzy konkurujące wizje rzeczywistości.

Zacznijmy od światopoglądu naukowego. „Dawkins i Stenger twierdzą, że przyglądając się światu przy użyciu naukowego instrumentarium, nie odnajdujemy żadnych śladów «inteligentnego projektu», a zamiast tego cały szereg dowodów, że mamy do czynienia z procesem kształtowania się kolejnych form organicznych (i nieorganicznych) drogą przypadku, a także adaptacji” – czytamy.

Scjentystyczny światopogląd naukowy mówi nam, że istnienie jest dziełem przypadku. Nie ma żadnej przyczyny ani żadnego celu. To, co jest pewne, to naukowe fakty poddane procedurze empirycznej weryfikacji.

Wszystko, co nie podpada pod kryterium naukowości, nie istnieje we właściwym sensie. Wszelkie dyskursy metafizyczne, religijne czy jakiekolwiek inne próbujące doszukiwać się w materialnym świecie śladów logosu/sensu to bełkot.

Oczywiście, jak zauważa Stawiszyński, z samej nauki nie wynika koniecznie ów scjentystyczny światopogląd naukowy. Przykładem może być wizja wybitnego filozofa – Thomasa Nagela – ujęta w książce Umysł i kosmos. Faktem jednak jest, że konsekwentna redukcja świata do tego, co weryfikowalne naukowo, prowadzi do poczucia, że świat jest pozbawiony jakiegokolwiek sensu.

Jedną ze współczesnych prób odpowiedzi na naukowe odczarowanie świata jest astrologia. Nadejście mody na nią przewidywał już na początku lat 50. XX w. jeden z najwybitniejszych przedstawicieli neomarksistowskiej szkoły frankfurckiej – Theodore Adorno. „Z tego bowiem świata […] nieodwołalnie wyparował głębszy sens, o którym uczyły ongiś wielkie tradycje religijne czy filozoficzne. […] Nawet jeśli ów sens jest ukryty, to straciliśmy do niego dostęp” – twierdził myśliciel.

Jak to się stało? „Przyczyna tkwi w mechanizmie «urzeczowienia», czyli odarcia świata z wszelkich pozamaterialnych jakości – za co odpowiedzialna jest bezduszna, zredukowana do języka danych narracja propagowana przez naukę oraz brutalna ekonomia” – czytamy dalej.

Na to zjawisko dziś próbuje odpowiadać wszelkiego rodzaju ezoteryka. „«Okultyzm jest reakcją na subiektywizację sensu […] dopełnieniem urzeczowienia. Skoro obiektywna rzeczywistość okazuje się wobec żywych głucha, jak nigdy przedtem, starają się wszelkimi hokus-pokus wydobyć z niej sens. Sens jest bez wyboru przypisywany pierwszej byle jakiej instancji, która się nawinie»” – takie słowa frankfurtczyka przytacza Stawiszyński.

Po kulturowej „śmierci Boga” człowiek rzuca się ku „byle jakim duchowościom”, które – a jakże by inaczej – bezwzględnie monetyzuje kapitalizm. Wróżki, astrolodzy, ayahuasca, tarot. Oczywiści wszystko za odpowiednia opłatą. W odczarowanym świecie tyle nam zostało – zaczarować świat na własną rękę. Pozostał nam – używając słów Pierre’a Legendre’a – „normatywny self-service”.

Światopogląd astrologiczny uwalnia człowieka od bezsensu istnienia poprzez wrzucenie go w rzeczywistość deterministyczną.

Jednostka jest całkowicie zależna od żywiołów ją przekraczających – gwiazd. To „w tych kostropatych bryłach nieożywionej materii […] miałby znajdować swoje odzwierciedlenie porządek indywidualnego i społecznego życia”.

Taki światopogląd ma swoje oczywiste plusy. Oswaja chaos i daje poczucie oparcia w bezsensownym świecie. Jednak ów gwiezdny determinizm – podobnie jak krytykowany wcześniej determinizm dziecięcy – jest dla autora Powrotu fatum nie do zaakceptowania.

Dla Stawiszyńskiego „astrologiczny odruch”, choć zrozumiały, stanowi dość powierzchowną, a w konsekwencjach przerażającą odpowiedź na odczarowanie świata. Jeżeli wszystko jest zdeterminowane i kierowane przez zimne i bezduszne siły, to skąd możemy wiedzieć, ku czemu nas prowadzą. Ku szczęściu czy zatraceniu?

Chrześcijaństwo wraca do gry

Autor Powrotu fatum w poprzednich swoich dziełach był raczej umiarkowanie krytycznie nastawiony do chrześcijaństwa. W Potyczkach z Freudem dostrzega w chrześcijańskiej duchowości niechęć do tego, co negatywne, podobieństwo do współczesnej obsesji na punkcie zdrowia.

W rozdziale o depresji przywołuje on poglądy Ewagriusza z Pontu, który zjawisku acedii – utożsamianemu dziś często z tym, co nazywamy depresją – przypisuje demoniczne źródło. Acedia jest czymś, co należy wyprzeć. Ten sam wątek Stawiszyński rozwija w Ucieczce od bezradności.

Depresja jest negacją piękna stworzonego przez Boga, „umiłowaniem życia demonów”. Zdaniem Stawiszyńskiego paradoksalnie światopogląd chrześcijański okazuje się zgodny z założeniami współczesnej obsesji na punkcie zdrowia, która nie znosi słabości. „Podstawowe założenie, jakie stoi u podstaw zarówno medycznej, jak i religijnej postawy wobec symptomów, jest identyczne: ma ich nie być” – pisze w Potyczkach.

Ucieczce od bezradności Stawiszyński dodaje: „Właśnie w tym momencie analogia pomiędzy chrześcijaństwem a kapitalizmem staje się widoczna […] we współczesnym kapitalizmie, obowiązującą doktryną jest […] optymistyczny indywidualizm. […] Wszyscy mają równe szanse, a rzeczywistość ekonomiczna oraz reguły, które nią rządzą, są czymś niekwestionowanym, zrozumiałym samo przez się. […] W chrześcijaństwie natomiast na analogicznej zasadzie funkcjonuje […] nakaz potępienia jej [acedii] jako stanu, który neguje wspaniałość nieskończenie dobrego bóstwa i stworzonego przez nie świata”.

Stawiszyński widzi więc chrześcijaństwo, kulturę terapeutyczną i kulturę kapitalistyczną jako te narracje, które za wszelką cenę chcą stłumić w życiu ludzkim negatywność. Samemu autorowi najbliżej jest do perspektywy Junga czy Hillmana, którzy starają się traktować ciemne strony ludzkiego życia jako komunikat ze strony naszej duszy, który powinien zostać przez świadome ego uważnie i bez wstępnych osądów wysłuchany.

Stawiszyński sprzed Powrotu fatum pozostaje w dużej mierze jungistą. Blisko mu do postrzegania rzeczywistości na wzór szwajcarskiego psychoanalityka jako ambiwalentnej.

Tak samo złej i dobrej, zawierającej w sobie pięknie i straszne miejsca. Rzeczywistości, która zarówno na zewnątrz człowieka, jak i w jego wnętrzu znajduje się w nieustającym konflikcie, którego rozwiązanie dokonuje się przez integrację przeciwieństw.

Powrocie fatum następuje jednak pewien zwrot. Autor, co prawda, na początku punktuje obecne w chrześcijaństwie sprzeczności, np. stosunek do in vitro. Z jednej strony Kościół uznaje poczęcie za tajemniczy akt, w który jest wmieszany Bóg, zatem nie należy w niego ingerować, a z drugiej strony domaga się ochrony poczętych poza tak rozumianym aktem zarodków.

W wielu wywiadach podkreślał także, że katolicka moralność dotycząca homoseksualizmu jest nie do utrzymania. A jednak finalnie spośród trzech figur naukowca, astrolożki i zakonnika staje po stronie tego ostatniego. Co go do tego skłoniło?

Dawno nie czytałem tak imponującej apologii chrześcijaństwa!

Stawiszyński jako punkt wyjścia brawurowej apologii chrześcijaństwa przywołuje sytuację, gdy ze względu na błąd odczytu pracy serca w trakcie badań lekarskich żył przez kilkadziesiąt minut w przeświadczeniu, że oto jego życie dobiega kresu. Jak sam przyznaje, w tym momencie wszystkie jungowskie koncepcje na temat bóstwa i źródła rzeczywistości wydały mu się odpychające.

Jung interpretował bóstwo – zostawmy w tym miejscu kwestię, czy rozumiał je metafizycznie, czy po prostu jako źródłowy fenomen życia psychicznego człowieka – jako wewnętrznie ambiwalentne. Tak samo dobre jak i złe.

W momencie, gdy Stawiszyński w myślach żegnał się już z życiem, stwierdził, że byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby po drugiej stronie zamiast jungowskiego dobro-złego Abraxasa czekał na niego Bóg, który „jest światłością i nie ma w nim żadnej ciemności” (1J 1, 5b).

Co warto podkreślić, powyższy opis nie jest sprawozdaniem z osobistego nawrócenia. Stawiszyński nie stał się chrześcijaninem. Przywołuje tę sytuację jako pewien obraz, który w ramach namysłu nad książką interpretuje.

Autor Powrotu stwierdza, że spośród wszelkich wypracowanych przez ludzkość wizji świata chrześcijaństwo jest najlepszą dostępną opcją. Opcją, która stanowi złoty środek pomiędzy ezoterycznym determinizmem gwiazd a scjentystyczną przypadkowością.

Wizją świata, która w swojej warstwie ideowej – autor abstrahuje tu od historycznych realizacji – zachowuje idealny balans między wiarą w Opatrzność źródłowej Miłości a tragicznością i tajemniczością świata. Wyzwala z objęć astrologicznego fatum i bezsensowności scjentyzmu.

Idealnie balansuje między podziałem na to, co świeckie, a co święte. Pomiędzy nauką a wiarą. Światopoglądem, który zachowując wiarę w celowość świata, nie próbuje tłumaczyć łatwo i tanio – jak to czyn astrologia – zła, które w świecie nieustannie obserwujemy.

„Chrześcijaństwo jawi się jako najbardziej kompletna, najbardziej rozbudowana spośród dostępnych dzisiaj odpowiedź na nieodłączny tragizm ludzkiego życia […], jest odpowiedzią na tragizm, ale odpowiedzią, która tragizmu nie pudruje, nie odkształca, nie obiecuje, że się tu i teraz uda go zniwelować. Jest odpowiedzią, która nie tylko nie unieważnia pytania, lecz przeciwnie – podkreśla jego adekwatność” – pisze Stawiszyński.

Autor zmienia też swój pogląd na obecną w doktrynie katolickiej dogmatykę, jaką uznawał za poznawcze roszczenie, do którego żaden człowiek nie ma prawa. Czytając Benedykta XVI, uświadamia sobie, że dogmat to nie tyle całkowite zrozumienie, co raczej bariera ustawiona przed ludzkim roszczeniem do odsłonięcia tajemnicy.

„Tu są zatem ustawione słupy graniczne. To jest ten moment, w którym kapituluje rozumienie i rozumowanie. W odróżnieniu od powyższej postawy ezoteryczna spekulacja nie ma końca” – pisze o pojęciu dogmatu Stawiszyński.

Z kolei w rozmowie dla Kultury poświęconej Stawiszyński niejako dopowiada, że katolicyzm nosi w sobie przeogromny potencjał kontrkulturowy, zwłaszcza wobec turbokapitalizmu, w którym wszystko i wszyscy podlegają monetyzacji i ocenie w kategoriach produktywności oraz zdolności do konsumpcji i bycia skonsumowanym. Doprawdy dawno nie czytałem tak imponującej apologii chrześcijaństwa!

***

Tomasz Stawiszyński nie zostaje chrześcijaninem w znaczeniu podjęcia indywidualnego aktu wiary. W swoim podejściu pozostaje wiernym uczniem Jamesa Hillmana. Traktuje ten światopogląd w kategoriach „tak jakby” jako piękną opowieść, którą warto przyjąć i która ma praktyczną siłę, by nadać naszemu życiu sens i rozumny porządek.

Być może dlatego jego apologia ma tak dużą moc – dokonuje jej wszakże ktoś spoza Kościoła, choć ukształtowany przez chrześcijańską kulturę. To może wzbudzać zaufanie.

Dzięki temu ma zdecydowanie większą siłę przekonywania niż jakikolwiek apologeta z nadania kościelnego. Zakrawa o paradoks, że dziś o chrześcijaństwie potrafią opowiadać w sposób najbardziej przekonujący postacie pokroju Jordana Petersona, Marcina Matczaka czy Tomasza Stawiszyńskiego, a nie stricte katoliccy intelektualiści.

Chciałbym jednak życzyć Stawiszyńskiemu, by uniknął pułapki, która czyha na każdego publicystę. My, publicyści, jesteśmy w nieustannej interakcji z lustrem debaty publicznej i naszych czytelników.

Reakcja komentariatu może mniej lub bardziej świadomie wpływać na to, co piszemy, i pozycjonować nas w określonym miejscu światopoglądowej struktury debaty publicznej. W sposób nieświadomy możemy zacząć pisać, myśleć i pozycjonować się tak, jak tego od nas oczekują.

Życzę więc Tomaszowi Stawiszyńskiemu, by nie uległ zachwytom katolików pod jego adresem. By pozostał dalej odważnie szukającym prawdy myślicielem. By dalej uczciwie uprawiał hermeneutykę podejrzeń wobec kulturowych narracji oferujących nam rzekome szczęście i wolność.

Oczywiście jako katolik życzę mu też łaski wiary i odkrycia Boga Trójjedynego jako arche telos rzeczywistości. Niech takie wybory dyktuje mu jednak własne sumienie, a nie oczekiwania komentariatu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.