Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Fiodor Dostojewski, Iwan Karamazow. Czy polityczne chrześcijaństwo prowadzi do przemocy?

przeczytanie zajmie 15 min
Fiodor Dostojewski, Iwan Karamazow. Czy polityczne chrześcijaństwo prowadzi do przemocy? Kamil Vladislav Muttich - Master Jan Hus on the border in Constance 1415; źródło: wikimedia commons; Public Domain

Jaka jest relacja między polityką a ewangelicznym orędziem Chrystusa? Na to pytanie musi nieustannie odpowiadać sobie każdy, komu bliska jest zaproponowana przez Klub Jagielloński idea nowej chadecji. Odpowiedzi na to pytanie udziela Fiodor Dostojewski w Braciach Karamazow. Choć wyrażona ustami Iwana Karamazowa koncepcja przemiany państwa w Kościół może na pierwszy rzut oka wydawać się fundamentalistyczna, to krytyczne jej odczytanie pozwala wydobyć istotę katolickiego bycia w polityce.

Państwo powinno stać się Kościołem

Wspomniana idea zawarta jest w rozdziale zatytułowanym Amen, amen. Podczas spotkania w celi świątobliwego starca Zosimosa, prawosławnego mnicha, zostaje poruszony temat artykułu napisanego przez Iwana Fiodorowicza Karamazowa. Jego treść stanowi polemika z koncepcją całkowitego rozdzielenia Kościoła od państwa, bardzo popularną w XIX-wiecznej, przenikniętej ideami oświecenia Europie.

Iwan przedstawiał swoją koncepcję w następujących słowach: „Duchowny, z którym polemizowałem, twierdzi, że Kościół ma ściśle określone miejsce w państwie. Ja natomiast byłem odmiennego zdania, a mianowicie, że Kościół sam w sobie powinien zawierać państwo, a nie zajmować w nim jedynie pewien kącik, a choćby to dzisiaj było z jakichś względów niemożliwe, to z natury rzeczy powinno zostać uznane za bezpośredni i nadrzędny cel całego dalszego rozwoju społeczeństwa chrześcijańskiego”.

Kościół zawierający w sobie państwo? Cóż to za dziwaczna idea?! Karamazow twierdził również, że „wszelkie doczesne państwo powinno się w całości konsekwentnie obrócić w Kościół i stać się jedynie Kościołem, odrzucając wszelkie swoje cele niezgodne z celami Kościoła. […] Gdyby wszystko stało się Kościołem, to Kościół zamiast obcinać głowy przestępcom, nakładałby ekskomunikę na przestępców i odstępców”.

Ekskomunika jako kara za przestępstwo? Czy to nie pomysł obskurancki, wręcz fundamentalistyczny? Powrót do „mroków średniowiecza”?

Koncepcja Iwana Karamazowa budziła entuzjazm świątobliwego starca Zosimosa. Mnich z przekonaniem twierdził, że państwo świeckie, egzekwując karę za przestępstwo, nie sprawiało, że przestępca stawał się „naprawiony”. Liczba przestępstw nie spadała. Świecki wymiar sprawiedliwości leczy objawy, ale nie usuwa źródła choroby. W miejsce jednego zbrodniarza pojawia się kolejny.

Inaczej sprawa wyglądałaby w Kościele-państwie. Tam kara byłaby wymierzana tylko i wyłącznie w celach zbawczych, po to, żeby przestępcy pomóc powrócić do Kościoła-społeczeństwa, by pomóc mu się nawrócić i ostatecznie osiągnąć zbawienie.

Celem byłoby dobro człowieka, a nie mechaniczne egzekwowanie „opresyjnego” prawa. Przestępca zaś, szczególnie „rosyjski wierzący przestępca”, mając świadomość, że wykracza nie tyle przeciw państwu (rozumianemu często jako aparat uścisku), ale Mistycznemu Ciału Chrystusa, chętniej uznałby własną winę i podejmowałby szczere kroki w kierunku poprawy.

Wizja Iwana Karamazowa i starca Zosimosa zdaje się czymś w rodzaju chrześcijańskiej utopii. Uważam jednak, że jest w niej zawarta pewna słuszna intuicja. Celem politycznej działalności katolika jest urzeczywistnianie civitas Dei. To naturalna konsekwencja nauczania Chrystusa.

Ewangeliczny nakaz

Bogoczłowiek przed swym wniebowstąpieniem powiedział do apostołów: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16,15-16). Przyjęcie chrztu niesie za sobą obowiązek naśladowania Chrystusa.

Naturalną konsekwencją wiary jest postępowanie na wzór Syna Bożego oraz przyjęcie zbawienia jako nadrzędnego celu życia. Czytamy bowiem: „Nie każdy, który Mi mówi: «Panie, Panie!», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7,21).

Wobec tego można sobie wyobrazić społeczność, w której, jeżeli wszyscy członkowie przyjmują cel nadprzyrodzony, automatycznie celem całej wspólnoty staje się zbawienie. Takie mini civitas Dei stanowiła pierwsza gmina chrześcijańska w Jerozolimie, o której czytamy: „Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. Bojaźń ogarniała każdego, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby” (Dz 2,42-44).

Podobna wizja wyłania się z listów św. Pawła. W piątym rozdziale 2. Listu do Koryntian mamy nawet do czynienia z ekskomuniką, czyli wyłączeniem ze wspólnoty, jako karą za wykroczenia przeciw ładowi społecznemu i moralnemu. To wskazuje, że idea przemiany całości życia społecznego na wzór Ewangelii była realizowana w starożytności na poziomie lokalnych gmin chrześcijańskich.

Dziś przykładami takich civitas Dei mogą być zgromadzenia mnisze i zakonne, gdzie poszczególni członkowie jako prawo przyjmują określone reguły i konstytucje ustalające ich konkretną formę życia. Łamanie tych praw może skutkować nawet wydaleniem z danej społeczności.

Poszczególni zakonnicy/mnisi, wstępując w sposób dobrowolny do społeczności zakonnej, godzą się na określony styl życia oraz akceptują, że jego nieprzestrzeganie może skutkować karami wymierzonymi ze strony władz zakonnych. Kary w tych społecznościach są przede wszystkim nastawione na pomoc w nawróceniu danego zakonnika. Dzieje się więc tak, jak w idealnym państwie chrześcijańskim starca Zosimosa.

Nakaz Chrystusa o ewangelizacji całego świata zawiera w sobie pragnienie, by wszyscy stali się członkami Kościoła. To zaś w sposób naturalny ma prowadzić do tego, że gdy poszczególni chrześcijanie będą starać się upodobnić swoje życie do życia Chrystusa, to też będzie dążyć do tego wspólnota jako całość. Tak więc realizacja wizji Iwana Karamazowa to dążenie do ideału ziemskiego Nowego Jeruzalem.

Jednocześnie jednak trzeba wprowadzić cały szereg zastrzeżeń. Zorganizowanie społeczeństwa zgodnie z jedną ideą w sposób oczywisty może prowadzić do stworzenia de facto państwa totalitarnego. Katolicka polityczność to nie utopia, dlatego pomysł Iwana musi zostać poddany krytyce. Przy okazji przyjrzę się też innym pokusom, na jakie narażony jest polityk próbujący wcielać ideę Nowego Jeruzalem w ziemską rzeczywistość doczesną.

Pierwsza pokusa – civitas Dei zbudowane mocą Lewiatana

Wizja, zgodnie z którą państwo przyjmuje za cel zbawienie, a kary są nastawione na nawrócenie grzeszników, nieuchronnie musi prowadzić do kolizji z prawdą katolickiej wiary, jaką jest szacunek wobec wolnej woli człowieka. Sam Dostojewski opisywał tę aporię w słynnym poemacie o Wielkim Inkwizytorze, który jest częścią Braci Karamazow.

To tekst wymyślony przez Iwana Karamazowa, treścią jest dialog pomiędzy XVI-wiecznym hiszpańskim kardynałem, przełożonym słynnej lokalnej inkwizycji, a Chrystusem, który ponownie zstąpił na ziemię.

Wielki Inkwizytor zarzucał Chrystusowi, że ten chciałby, żeby ludzie wybrali go w sposób całkowicie wolny, bez „przekonywania” w postaci używania jakiejkolwiek formy przemocy i silnej perswazji. Chrystus szanował ludzką wolność. Wiara w niego miała być wyborem całkowicie wolnym.

Wobec tego, jeżeli idea Iwana o zamianie państwa w Kościół miałaby się ziścić w sposób 1:1 i w zgodzie z pedagogią wolności Chrystusa, to wszyscy obywatele musieliby stać się w sposób dobrowolny ludźmi wierzącymi. I choć każdy chrześcijanin powinien dążyć do urzeczywistnienia tej idei, w praktyce wydaje się to niemożliwe.

Może pojawić się pokusa, żeby budować Nowe Jeruzalem metodą Lewiatana Hobbesa, silnej władzy centralnej posiadającej monopol na stosowanie przemocy i wychowywanie obywateli za pomocą prawa i administracji. To zaś może ostatecznie prowadzić nawet do dyktatury, która siłą rzeczy, powołując się na katolicyzm, będzie go wypaczała.

Dotykamy tu kwestii fundamentalnej dla katolickiego rozumienia polityczności. Chodzi o autonomię państwa od Kościoła. Przedmiotem działalności Kościoła jest zbawienie ludzi, a troską państwa dobro wspólne rozumiane jako suma warunków życia jednostek i społeczności, które powinny umożliwiać realizację godności osobowej człowieka. W tym sensie rzeczywiście państwo jest czymś mniejszym od Kościoła, bo jego rola ogranicza się do tworzenia przestrzeni dla ogólnoludzkiego rozwoju.

Państwo ma więc co najmniej nie przeszkadzać w zbawieniu, a najlepiej byłoby, gdyby w jego osiągnięciu jak najbardziej pomagało. Ochrona podstawowych i nienaruszalnych praw oraz tworzenie takich struktur społecznych, w których człowiek będzie miał jak najdogodniejsze warunki do własnego doskonalenia, to cel państwa.

Kościół zaś prowadzi dalej – ku przebóstwieniu jednostek i społeczności. Nie może jednak tego robić, używając narzędzi przymusu administracyjnego i prawnego.

Niemożliwa jest pełna realizacja civitas Dei na ziemi z jednego, kluczowego powodu – grzechu pierworodnego. Człowiek jest grzeszny, przez całe życie się nawraca, zawsze może upaść, nie jest doskonały. Nie może więc zbudować idealnych struktur społecznych. Katolik nie łudzi się, że istnieje cudowne antidotum na problemy trapiące ludzkość od tysięcy lat.

Nie sądzi też, że istnieje jakaś jedna ponadczasowa struktura polityczna, która powinna być zawsze i wszędzie wprowadzana w życie. Rzeczywistość ziemska nie jest niebem. Jak czytamy w Liście do Rzymian, „wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (Rz 8,22). My zaś „oczekujemy jednak według obietnicy nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość” (1P 3,13).

To może dokonać się tylko dzięki Chrystusowi w dniu jego powtórnego przyjścia. Tak samo jak zbawienie jednostek jest dziełem łaski i wolnej odpowiedzi człowieka, tak Nowe Jeruzalem może być stworzone tylko mocą Boga. Droga ku przebóstwieniu jednostki, jak i całej społeczności jest procesem, który rozpoczyna się i trwa tu, lecz swoje wypełnienie ma tam.

Świadomość porażki nie unieważnia sensu podejmowania prób czynienia świata lepszym. Pomysł Iwana Karamazowa pozostaje ważny jako kierunek przy jednoczesnym odpuszczeniu wszelkich roszczeń do jego pełnej realizacji w rzeczywistości ziemskiej.

To paradoks katolickiej polityczności – budujemy Królestwo Boże na ziemi, a jednocześnie godzimy się, że jest to ostatecznie niemożliwe. Podążanie tą drogą jest warunkiem, by świat stawał się zarazem bardziej ludzki, jak i bardziej Boski.

Druga pokusa – rezygnacja z civitas Dei na rzecz civitas terrae 

Drugą pokusą Wielkiego Inkwizytora jest porzucenie najważniejszej misji Kościoła, czyli prowadzenia ludzi do zbawienia. W zamian za to pragnie budowy społeczeństwa dobrobytu.

Inkwizytor, jak sam się do tego przyznaje, „poprawia” dzieło Chrystusa i zamiast Jezusowego chleba niebieskiego daje ludziom chleb ziemski oraz „pozwala im [ludziom] nawet grzeszyć”, gdyż rozumie, „że są słabi”. Według niego przesłanie Chrystusa jest dla nielicznych, wybranych, „niemalże bogów”.

Słabi ludzie chcą zaspokojenia podstawowych potrzeb – chleba i namacalnie doświadczanego poczucia sensu. Potrzebują też silnej władzy państwa, która wyręczy ich z brzemienia wolności.

Kościół nieustannie zmaga się z pokusą zaspokojenia ludzkich roszczeń kosztem prowadzenia ich ku zbawieniu. Ulega jej m.in. wtedy, gdy zamiast wyrażać jasny sprzeciw wobec różnego rodzaju niesprawiedliwości społecznych, ekonomicznych, prawnych czy moralnych, wybiera polityczne układy z władzą, które zapewniają Kościołowi spokojny byt w ramach państwa.

Dzieje się to także wówczas, gdy Kościół rezygnuje z misji wskazywania Chrystusa jako jedynej drogi ku zbawieniu człowieka, a zamiast tego redukuje swoją działalność do budowania ziemskiego pokoju i staje się jedną z wielu organizacji pokojowych lub humanitarnych.

W świetle powyższych twierdzeń niemożliwa jest zgoda na takie rozdzielenie państwa od Kościoła, gdzie rola religii w debacie będzie ograniczana bądź to do obrony praw człowieka, bądź to do bycia hamulcowym „entropii ubogich zasobów sensu”, jakby tego chciał Jurgen Habermas. Kościół musi dbać o swoją niezależność od władzy i sprzeciwiać się jej, gdy państwo narusza dobro wspólne.

Pozytywna propozycja katolickiej polityczności

Kościół nie jest apolityczny. Po grecku jest określany jako ekklesia, co pierwotnie oznaczało zgromadzenie ludowe w demokracji ateńskiej. Było zbierane po to, by decydować o sprawach najważniejszych dla państwa. Podobnie i słowo liturgia, obecnie kojarzone przede wszystkim z katolickim kultem, oznacza działanie na rzecz ludu. Konieczną cechą Kościoła jest więc przemiana rzeczywistości.

Wszystko brzmi bardzo pięknie, ale co konkretnie katolicy mają robić? Jakimi zasadami powinni się kierować się w swym dążeniu do transformacji państwa w Kościół? Jakie kroki podejmować i w jaki sposób działać, aby budować cywilizację miłości?

Nawrócenie, lokalność, centralność

Św. Matka Teresa z Kalkuty miała powiedzieć, że „jeżeli chcesz zmienić Kościół, zmień samego siebie”. Rozpoczęcie od pracy nad samym sobą (mogące budzić skojarzenia z clean up your room Jordana Petersona), choć jest coachingowo irytujące, to nieodzowne. Wiąże się wprost z doktryną o grzechu pierworodnym.

Człowiek naznaczony skłonnością do zła powinien podjąć konkretną pracę nad sobą. Chodzi o usuwanie źródeł niesprawiedliwości tkwiących w każdym z nas; o walkę z wymienionymi przez św. Jana Apostoła złymi tendencjami obecnymi w każdym człowieku: „pożądliwością ciała, pożądliwością oczu oraz pychą tego żywota” (1J 2,16).

To realne źródła społecznych niesprawiedliwości, chorego systemu gospodarczego, totalitaryzmów, przestępstw, przemocowych relacji damsko-męskich itd. To źródło zła na poziomie życia jednostek, całych państw i struktur społeczno-gospodarczych.

Pierwszym zadaniem katolickiego polityka lub katolickiego komentatora politycznego jest więc praca nad samym sobą. Polityka bywa brudną grą, w której sumienie jest niejednokrotnie wystawiane na próby. Bez silnego i dobrze ukształtowanego charakteru trudno wyobrazić sobie polityka konsekwentnie pracującego na rzecz dobra wspólnego. Bez cnoty nie ma republiki. Tym bardziej katolickiej.

Kolejnym obszarem jest zaangażowanie na poziomie wspólnot lokalnych: rodziny, parafii, samorządów, zrzeszeń pracowniczych, różnego rodzaju stowarzyszeń, a więc na rzecz budowania dobra wspólnego w rzeczywistości, która stanowi dla nas bezpośrednią przestrzeń życia. Polityka zaczyna się od zaangażowania w rzeczywistość, która jest najbliżej nas. To na nią mamy największy wpływ.

Także polityka rozumiana jako uczestnictwo w organach władzy centralnej, które poprzez narzędzia administracyjne i prawne wpływają na rzeczywistość całego państwa i obywateli, nie powinna być poza zainteresowaniami katolickiego polityka. Wydaje się jednak, że niemożliwe (przynajmniej na ten moment) jest przetworzenie państwa na Kościół z pozycji prawa i administracji oraz stworzenie czysto chadeckich partii.

Wiemy z historii, że chadecje do tej pory traciły swój chrześcijański charakter (jak np. CDU w Niemczech czy Platforma Obywatelska w Polsce) bądź poszły w stronę prawicowego populizmu, czego przykładem jest PiS (który, jak zwracał uwagę Piotr Trudnowski w swoim eseju Po co nam „Nowa chadecja”, jeśli nie może być partią, odszedł od swych centrochadeckich korzeni na rzecz partii odpowiadającej na poczucie krzywdy i wykluczenia wśród biedniejszych warstw społeczeństwa oraz posługującą się konserwatywno-katolicką ornamentyką).

Oddziaływanie na politykę centralną jest konieczne. Może to dziać się od wewnątrz (poprzez bycie posłem, ministrem, doradcą itd.) lub od zewnątrz (z pozycji think thanków o charakterze doradczym, ustawodawczych inicjatyw obywatelskich itp.).

Katolik na poziomie polityki centralnej może lobbować na rzecz rozwiązań zgodnych z katolicką nauką społeczną, niekoniecznie z pozycji partii, ale z pozycji polityka jako jednostki, dorady ministra, eksperta, intelektualisty itd. Taki polityk powinien unikać dwóch skrajności: katolickiego absolutyzmu wprowadzanego siłą narzędzi administracyjno-prawne z jednej strony i rozwodnienia katolickiego przesłania na rzecz aksjomatów demokracji liberalnej z drugiej.

Granicą jest wybieranie rozwiązań niezgodnych z dobrem wspólnym, jawnego zła jako środka do dobrego celu. Jest nią także sytuacja, w której proces demokratyczny stoi w sprzeczności z „właściwą wizją osoby”, która zasadzona jest na wizji człowieka zaczerpniętej z filozofii klasycznej i personalizmu oraz potwierdzonej biblijnym objawieniem.

Odpowiedź na pytanie: „Kim jest człowiek?” nie podlega negocjacjom w ramach demokracji. Odpuszczenie tych granic prowadzi do podzielenia losu zachodniej, rozwodnionej chadecji.

***

Nie możemy wycofać się z polityki, twierdząc, że jest to przestrzeń zła. Zaangażowanie na rzecz dobra wspólnego jest czymś pożądanym. Gdy polityka posiada wskazówki w postaci Ewangelii, ideału civitas Dei oraz rozumu praktycznego (który pomaga rozeznać, co jest dobre, a co złe, co jest możliwe do realizacji, a co aktualnie jest nie do zrobienia), staje się przestrzenią realizacji powołania chrześcijańskiego.

To powołanie do służby i bycia darem dla drugiego. Zamiana państwa w Kościół jest ideałem, który wskazuje drogę. Jednocześnie pokora i świadomość ograniczeń nakazują przyznać, że ostatecznie jest to na ziemi nierealizowalne. Nowe Jeruzalem przyjdzie z góry. „A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie” (Mt 21,28).

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.