Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Matka Boża jest bogiem? Tak, i my też nim będziemy

Matka Boża jest bogiem? Tak, i my też nim będziemy Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, Francesco Botticini

Matka Boża, Królowa Nieba i Ziemi, Królowa Polski. Protestanci zarzucają quasi-pogański charakter katolickiego kultu maryjnego. Niewierzący zaś najczęściej uważają go za zabobon, a w najlepszym przypadku – projekcję psychicznych potrzeb, kolejne wcielenie kultu Wielkiej Matki. Jednak teologicznie kult Maryi ma głęboki sens. Pokazuje przeznaczenie każdego człowieka bez wyjątku. A jest nim stać się bogiem.

„Istotnie, Syn Boży stał się człowiekiem, aby uczynić nas Bogiem” – św. Atanazy, O wcieleniu

Jakieś pięć lat temu miałem okazję odbyć fascynującą dyskusję z pewnym protestantem. Jak to bywa w rozmowach pomiędzy katolikami, a duchowymi dziećmi Marcina Lutra, nie bawiliśmy się w rozbudowaną „grę wstępną”, lecz szybko przeszliśmy do „sedna”. Mój rozmówca zarzucił mnie litanią klasycznych protestanckich zarzutów. A to, że kult świętych z Maryją na czele to pogaństwo, a to, że traktujemy ją jak bóstwo, a tak poza wszystkim to nie ma tego w Biblii, więc to powinno rozwiązać wszelkie wątpliwości.

Usłyszawszy to wszystko, postanowiłem mojemu interlokutorowi przedstawić katolicką perspektywę na tę sprawę. Gdy już wyłożyłem w całości swój tok rozumowania, ów protestant pokiwał rozumiejąco głową, po czym powiedział: „Okej, przyznaję ma to sens. Co prawda, nie zmienia to faktu, że i tak nie ma tego w Biblii, ale kupuję przynajmniej, że nie jest to pogaństwo. Jest w tym jakiegoś rodzaju mądrość”.

Dziś katolicy świętują wyjątkową uroczystość – dzień, w którym Miriam z Nazaretu, ta która dała ciało centralnej postaci chrześcijaństwa – Jezusowi z Nazaretu zwanemu Chrystusem – została wzięta z „ciałem i duszą do nieba”. Z tej okazji postanowiłem podzielić się argumentami, które przedstawiłem owemu protestantowi niemalże pięć lat temu.

To, co opiszę w dalszej części tekstu nie jest dokładną wykładnią całości rozumowania zawartego w Tradycji Kościoła. Jest to raczej osobisty wybór tych treści w niej zawartych, które do autora niniejszego tekstu przemawiają najmocniej.

Kościelne pogaństwo

By dobrze zrozumieć kult Maryjny, najpierw trzeba wykonać krok wstecz i zadać pytanie o sens świętych w ogóle. Jak dobrze wiemy większość świątyń Kościoła Rzymskiego ozdobiona jest obrazami i figurami, przedstawiającymi różnych ludzi. Od Apostołów, przez św. Franciszka, św. Antoniego, po – szczególnie w Polsce wszechobecnego – św. Jana Pawła II.

Co więcej Ci święci nie są tylko od podziwiania ich na obrazach. Pełnią bardzo określone funkcje. I tak np. bardzo popularny w Polsce św. Antoni z Padwy jest patronem „od rzeczy zagubionych”. Z kolei św. Rita zdaje się posiadać jakiegoś rodzaju władzę nad „sprawami beznadziejnymi”. W związku z tym w kościołach celebruje się nabożeństwa, nowenny i inne formy pobożności mające na celu „wyproszenie” u danego świętego interwencji i – najczęściej – rozwiązania konkretnego problemu.

W tym miejscu zaczyna się cała lista zarzutów. Protestanci twierdzą, że przecież skoro Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem, a ludźmi, zatem modlitwy przez wstawiennictwo świętego to nonsens. Z kolei obrazy, rzeźby i wszelkie inne wizerunki „świętych” łamią obecny w Dekalogu zakaz „tworzenia obrazów tego, co na niebie wysoko i tego co nisko na ziemi”. Krótko mówiąc – katolicy to poganie.

Z kolei niewierzący widzą w kulcie świętych z jednej strony schrystianizowaną wersję pogańskich kultów „bożków opiekunów”, odpowiadających za konkretne obszary życia, a z drugiej projekcję psychicznych potrzeb bezpieczeństwa i pragnienia oswojenia nieprzewidywalności świata.

Jak zauważył Ludwik Feuerbach – doświadczając zależności od natury, od tego co nieprzewidywalne i niepoznane, krótko mówiąc – doświadczając, że w świecie istnieją siły od nas niezależne, które mogą nawet zakończyć nasze życie, projektujemy na rzeczywistość twory odpowiedzialne za wszelkie tego typu obszary. Następnie próbujemy je „przebłagać” i obłaskawić, by oswoić nasz lęk, wyprosić pomyślność, uniknąć cierpienia i po prostu przeżyć.

Taki jest sens wszelkiej religii – od animizmu poczynając na chrześcijaństwie kończąc. Taki jest ostatecznie sens kultu świętych. Jednak czy tak samo widzi to teologia katolicka?

Żywe ikony Chrystusa

„Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” – powiedział św. Paweł. Nie ma chyba doskonalszej i zwięźlejszej definicji świętego. Wszelki kult świętych, kult obrazów, prawosławnych ikon czy rzeźb ostatecznie sprowadza się do tego jednego zdania. W świętych, których widzimy na obrazach nie chodzi o nich samych. Chodzi o Chrystusa, którego w sobie uobecniają.

Wszystko zaczęło się od chrztu. To w nim zaczyna się „świętych obcowanie”. Nie będę tutaj tego wątku rozwijał – o tym sakramencie „inicjacji chrześcijańskiej” napisałem oddzielny tekst.

Przypomnę jedynie podstawową rzecz – osoba ochrzczona w tym sakramencie wchodzi w faktyczną jedność z Bogiem. Staje się – w zalążku, któremu może w wolności się sprzeniewierzyć lub go w pełni za pomocą łaski zrealizować –  de facto samym Chrystusem jak podkreślał to św. Josemaria Escriva. Otrzymuje życie Syna Bożego. Dostępuje udziału w jego Naturze. Jest jednym z Nim oraz ze wszystkimi tymi, którzy również przyjęli chrzest. W chrzcie tworzy się tajemniczy, mistyczny organizm – Ciało Chrystusa zwane Kościołem.

Kim więc w istocie jest święty? Jest tym, który rozwija w sobie to „ziarno” chrzcielne. Jest tym, który upodabnia się do Chrystusa – obrazu Boga, archetypu każdego człowieka. Święty sam staje się żywym obrazem Boga, ikoną Chrystusa. Kiedy katolicy oddają cześć obrazom i figurom świętych nie czczą ich samych, lecz „Chrystusa w nich”.

W św. Franciszku oddają cześć Chrystusowi ubogiemu, w św. Dominiku – Chrystusowi głoszącemu Ewangelię; w św. Małżonkach – Chrystusowi miłującemu swój Kościół i każdego człowieka. Po wcieleniu Chrystusa – jak udowadniał św. Jan Damasceński – nie obowiązuje już chrześcijan starotestamentalny zakaz tworzenia obrazów. Dlaczego? Ponieważ sam Bóg dał światu swój obraz – swojego Syna. O ile więc człowiek naśladuje pierwowzór, o tyle może malować.

A co ze wstawiennictwem świętych? Zdaje się, posiadają oni quasi-boską władzę. Uzdrawiają, pomagają rozwiązywać problemy życia codziennego etc. Czy to nie jest jakiegoś rodzaju deifikacja? Przypisywanie im boskich mocy? Ależ oczywiście! Tylko, że nie stanowi to żadnego problemu. Jeżeli bowiem przez chrzest otrzymujemy uczestnictwo w boskiej naturze, to, jak czytamy w 460. punkcie Katechizmu Kościoła Katolickiego, stajemy się „bogami poprzez uczestnictwo w jedynym Bóstwie”. Jeżeli uczestniczymy w Jego Bóstwie, to również i we władzy, która w tej Naturze jest zawarta

W Sillmarilionie, swoistej Genesis sagi o Śródziemiu, Tolkien przedstawia wizję, w której stwórca wszechrzeczy, Eru Illuvatar zaprasza do współudziału w stworzeniu świata, swoje pierwsze dzieła – Ainurów, odpowiedników katolickich aniołów. Ainurowie, poprzez radosne komponowanie melodii, spontanicznie i wspólnie, tworzą harmonię tworzonego wszechświata.  Per analogiam można odnieść tę wizję do świętych.

Jedyny Bóg dzieli się swoją władzą z tymi, którzy są z Nim jedno. Daje im udział w swoim królowaniu. Chrześcijański Bóg nie chroni zazdrośnie swojego Bóstwa – zaprasza każdego człowieka do udziału w nim, do „przebóstwienia”.

Adam i Ewa w Edenie chcieli zdobyć boską wiedzę poza Nim, co z samej swej natury jest niemożliwe. Chrześcijański Bóg nie jest jednak odpowiednikiem marksistowskiej klasy panującej, która legitymizuje swoją uprzywilejowaną pozycję poprzez odpowiednią ideologię. Bóg otwiera drogę każdemu do swoistej emancypacji, klasowego awansu, do stania się bogiem. „Wszyscy jesteśmy kimś jednym w Chrystusie”, „Aby Bóg stał się wszystkim we wszystkich”.

Maryja, pierwsza z przebóstwionych

Jeżeli św. Paweł mógł powiedzieć, że „żyje we mnie Chrystus” to Miriam z Nazaretu doświadczyła tego w sposób szczególny. To z materiału jej ciała, Bóg ulepił pierwowzór wszelkich ikon, wszelkich świętych, wszelkich rzeźb, swój doskonały obraz – Chrystusa. To Maryja posiadała taką wiarę, że ów boski Archetyp człowieka – Chrystus – się zmaterializował, stał się konkretny, dotykalny, widoczny dla świata, oddziaływujący bezpośrednio na rzeczywistość.

Gdy w 1950 roku Pius XII ogłosił dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, bardzo entuzjastycznie na ten fakt zareagował Carl Gustav Jung – legendarny wręcz psychoanalityk – który czytał to wydarzenie jako „włączenie w boskość wymiaru żeńskiego”. Cóż, pomijając nieortodoksyjne poglądy Junga na naturę Bóstwa, kryje się w jego zdaniu zdrowa intuicja. Tak Maryja stała się uczestnikiem Bóstwa. Miriam jest bogiem w Bogu

Theotokos jest po Chrystusie pierwszą ze Zmartwychwstałych. Jako pierwsza z ludzi „stała się królową nieba i ziemi”. I – jak usłyszałem niegdyś na pewnym kazaniu – wskazała nam nasze przeznaczenie. Ludzie – jak pisze św. Paweł – są powołani do tego, by wraz z Chrystusem królować nad niebem i nad ziemią. Tak jak ta niepozorna niewiasta z Nazaretu.

Wątpliwości dzisiejszego człowieka, również wierzącego, żyjącego w kulturze naznaczonej egalitaryzmem, może budzić ten, nigdy wprawdzie nie zdogmatyzowany, fragment wiary, który każe widzieć w Maryi kogoś „ponad innymi świętymi”. Kogoś kto –  w pewnym sensie – ma tego uczestnictwa w Boskości tak jakby więcej.

Jak pisał św. Ludwik Maria Grignon de Monfort w Traktacie o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, Miriam z Nazaretu odbiera więcej chwały niż wszyscy święci razem wzięci.  Z perspektywy współczesnej mentalności można by rzecz, że jest to niesprawiedliwe.

Dlaczego to Miriam z Nazaretu przypadł przywilej zrodzenia samego Boga? To pozostanie tajemnicą, tak jak i wiele innych kwestii obecnych w depozycie wiary Kościoła. Niezależnie jednak od tego jak odpowiemy sobie na powyższe pytanie, trzeba jasno powiedzieć, że katolicka wizja raju daleka jest utopii totalnego egalitaryzmu.

Jednocześnie w katolickim niebie nie będzie nawet szans na zaistnienie zazdrości, klasowego resentymentu i tym podobnych emocji. Wszystkich zjednoczonych ze sobą w Bogu, nie tylko nie będzie frustrowało wyróżnienie Maryi, lecz wręcz przeciwnie, napełni ich radością. Bo tworząc jeden organizm, wszyscy będą w tym wyniesieniu uczestniczyć. I gdybym miał coś dodać od siebie, to chyba tak zalecałbym patrzyć na dzisiejsze święto – jako zapowiedź tego, co z człowiekiem chce zrobić Bóg.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.