Superbohaterowie nie noszą peleryn. Historia Jolanty Wadowskiej-Król
źródło: Krzysztof Popławski; wikimedia commons, Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0
Czasami, aby zostać bohaterką, wystarczy dobrze wykonywać swoją pracę. Wbrew wszystkiemu i wszystkim. Dowiodła tego Jolanta Wadowska-Król, lekarka, która w okresie PRL-u uratowała setki górnośląskich dzieci przed hutą trucicielką. Sława i uznanie dla jej zasług przyszyły o wiele za późno, ale zostaną już z nami na zawsze. Takich bohaterów potrzebuje Górny Śląsk i cała Polska. 18 czerwca minął rok od śmierci „Matki Boskiej Szopienickiej”.
Tak się złożyło, że na trzy dni przed jej śmiercią brałam udział w debacie Czy Śląsk potrzebuje herosów i heroin?. Podczas przygotowań do niej na myśl przychodziły mi ważne postaci z długiej i burzliwej historii Śląska, i polskiej, i niemieckiej, nieraz sprzed stu i dwustu lat. Szukałam jednak także żyjących postaci, zwłaszcza kobiet, które mogłyby stanowić dla nas źródło inspiracji obecnie. Choć jeszcze dekadę temu mało kto o niej słyszał, Wadowska-Król nasuwała się w sposób oczywisty.
I rzeczywiście: nie zabrakło z publiczności pytania na jej temat. Nikomu nie przyszło do głowy nie zgodzić się z tym, że ta skromna lekarka, która całe życie przepracowała w katowickich przychodniach jako pediatra, zasługuje na miano bohaterki, choć ona sama broniła się, jak mogła, przed tym określeniem. „Wykonywałam normalną pracę lekarza rejonowego. Tyle że wykonywałam ją dobrze” – tłumaczyła w wywiadach.
Rzecz w tym, że jej mali pacjenci okazali się masowo dotknięci ołowicą, rzadką i niebezpieczną chorobą, której przyczyny miały polityczny charakter, jak prawie wszystko w okresie komunistycznej dyktatury. Nieugięta lekarka nie chciała się zgodzić na to, żeby sprawę zamieść po dywan, podpadła więc „robotniczej” władzy i przyszło jej zapłacić osobistą cenę za swój szlachetny upór.
Huta żywicielka
Areną tego cichego heroizmu były stare robotnicze dzielnice Katowic: Burowiec, Dąbrówka Mała, a przede wszystkim Szopienice. Jeszcze na początku XIX wieku była to senna wiejska okolica na samym skraju pruskiej prowincji Śląsk. Zmieniło się to, kiedy wrocławska spółka Georg von Giesches Erben wybudowała na terenie Szopienic hutę cynku. Rolniczy dotychczas krajobraz wypełnił się kominami, wielkimi piecami i halami produkcyjnymi. W ślad za nimi wyrosły wieże szybowe kopalni węgla kamiennego, niezbędnego do opalania hutniczych pieców.
Za industrializacją przyszła urbanizacja. Wokół przemysłowych zabudowań zaczęła się rozwijać tkanka miejska; Giesches Erben uprawiali kapitalizm paternalistyczny i zadbali o zaspokojenie szerokich potrzeb swoich pracowników, z tymi mieszkaniowymi na czele.
Powstały wielorodzinne domy dla robotniczych rodzin (po śląsku: „familoki”). Wiele z nich stało tuż przy murze okalającym hutę, w cieniu jej stale zasnutych dymem kominów. Dla hutników było to wygodne, mieli bowiem blisko do pracy. Powstały także szkoła, sklepy i punkty usługowe, gospody i kościół. W 1908 roku otwarto hutniczy szpital.
Zakład ciągle się rozrastał i nie przeszkodziły w tym ani dwie wojny światowe, ani nacjonalizacja przeprowadzona za „nowej” (tj. komunistycznej) Polski. W latach 70. XX wieku państwowa Huta Metali Nieżelaznych „Szopienice” była największym polskim producentem wyrobów walcowanych z miedzi i mosiądzu oraz największym producentem kadmu na świecie. Szopienice były więc jednym z filarów, na których wspierał się przemysłowy rozwój Polski w „złotej” dekadzie Edwarda Gierka. Nie przekładało się to jednak na jakość życia robotników i mieszkańców.
„Zła” dzielnica
Szopienice przyłączono do Katowic w 1959 roku. Miasto nie inwestowało jednak w rozwój swojej nowej dzielnicy. Śródmieście obrastało w prestiżowe modernistyczne gmachy ze Spodkiem na czele, a napływowych robotników („werbusów”, jak ich przezywali rdzenni Ślązacy) kusiła do przyjazdu perspektywa dostania własnego M3 w jednym z wielu nowoczesnych blokowisk.
W tym samym czasie mieszkańcy starych osiedli musieli nadal gnieździć się w swoich familokach, których standard coraz bardziej odstawał nawet od peerelowskiej średniej. Tutaj czas jakby stanął w miejscu. Kazimierz Kutz, rodowity szopieniczanin, mógł w tych plenerach kręcić filmy udające Śląsk z okresu powstań pół wieku wcześniej.
Katowice okazały się więc dla Szopienic „macochą” i wynikłe stąd poczucie wyobcowania trwa do dzisiaj. Wielu mieszkańców Szopienic, gdy podróżuje od siebie do centrum obecnego miasta, nadal mówi, że jedzie „do Katowic”.
Huta trucicielka
Szopieniccy hutnicy od początku istnienia zakładu cierpieli na różne urazy i schorzenia zawodowe wynikłe z pracy w szkodliwych dla zdrowia warunkach (m.in. wysokie temperatury, trujące wyziewy i hałas), a średnia długość ich życia była niższa niż w innych polskich miastach.
Już w okresie międzywojennym zdiagnozowano u nich przypadki ołowicy, czyli przewlekłego stanu zatrucia wywołanego zbyt wysokim stężeniem w organizmie ołowiu, toksycznego pierwiastka ciężkiego. Był on ubocznym produktem m.in. wytopu cynku i przenikał do organizmu poprzez wdychane spaliny.
Zdiagnozowani hutnicy byli kierowani na leczenie, a kiedy poziom ołowiu we krwi ponownie mieścił się w normie, wracali na produkcję. Ołowica traktowana była jako choroba zawodowa, z którą trzeba się pogodzić, nawet jeśli przyjdzie to opłacić utratą kilku lat życia. Wiedziała to dyrekcja, wiedzieli to sami hutnicy. Uważano jednak, że problem zatrzymuje się w murach huty.
Tymczasem także u wielu szopienickich dziewcząt i chłopców, dzieci hutników, z wielkim natężeniem występowały niespotykane gdzie indziej przypadłości zdrowotne. Obserwowano m.in. „rąbek ołowiowy”, czyli niebiesko-czarną obwódkę na dziąsłach, powstałą wskutek odkładania się siarczku ołowiu. Diagnozowano przypadki anemii, tzw. bocianiego chodu (efekt niedowładu dolnych kończyn), a nawet upośledzenia intelektualnego.
Już w 1912 roku niemieccy właściciele huty zmuszeni byli zbudować w Szopienicach szkołę specjalną, tyle było tu dzieci opóźnionych umysłowo. Mijały jednak dekady, a ani dawni kapitaliści, ani nowi rządcy z nadania władzy „ludowej” nie potrafili lub nie chcieli dojść do przyczyn tego stanu rzeczy i się z nimi zmierzyć.
Odpowiedź była zawsze w zasięgu wzroku: dymiące dniem i nocą kominy huty. To drogą powietrzną pył ołowiowy przedostawał się w wysokim stężeniu poza obręb huty i w promieniu wielu setek metrów wnikał w wodę i ziemię. W tym skażonym gruncie nieświadome szopienickie matki, jak przystało na zapobiegliwe śląskie gospodynie, uprawiały grządki w przyzakładowych ogródkach działkowych, aby podreperować domowe budżety i warzywami z własnych upraw urozmaić dietę swoich dzieci. Szczególnie szkodliwe były rośliny korzeniowe, jak marchew i pietruszka, ponieważ w ich przypadku ponad 90% ołowiu kumuluje się właśnie w korzeniach.
Nawet jeśli dany pokarm był nieskażony, to mało kto pouczał dzieci o myciu rąk przed jedzeniem, więc z brudnych rąk drobiny ołowiu przenosiły się na żywność, a stamtąd do układu trawiennego. Prawdę powiedziawszy, nie było zbytnio gdzie tych rąk umyć. W drugiej połowie XX wieku w wielu familokach jedynym źródłem bieżącej wody był nadal pojedynczy „kokotek”, wspólny dla wszystkich lokatorów kran umieszczony w klatce schodowej.
Oczywiście w takich warunkach o żadnych łazienkach w mieszkaniach nie mogło być mowy. Całe rodziny myły się raz na tydzień w jednej w balii bez zmieniania wody, a na koniec kobiety prały w niej jeszcze dziecięce ubranka razem z roboczym strojem swoich mężów, na którym przynosili z huty dalsze pyły ołowiu.
Ale niewidzialny wróg był stale obecny w powietrzu i mógł zostać wchłonięty po prostu w trakcie oddychania. Przez otwarte okna wchodził do mieszkań, kuchni i sypialni. Nie było się bezpiecznym w domu, a jeszcze gorzej było na zewnątrz. Dzieci spędzały większość wolnego czasu na „świeżym” powietrzu, na podwórkach familoków, latem chętnie spędzały czas w przyzakładowym basenie bez zadaszenia.
W czasach Wadowskiej-Król istniały już technologie, które pozwalały ograniczać szkodliwe emisje huty. Osiągano to poprzez montaż specjalnych filtrów kominowych. I takie filtry w PRL-u oficjalnie montowano, tyle że były niskiej jakości, a co gorsza zmniejszały „cug”, czyli przepływ powietrza w kominie, przez co spadała wydajność pieca hutniczego.
Ochrona środowiska naturalnego była jednak dla dyrekcji, ale i samych robotników abstrakcją. Ważniejszy był konkret, czyli kolejne tony wytopionych metali, które prowadziły do wypełnienia i przekroczenia planu narzuconego odgórnie w ramach socjalistycznej gospodarki centralnie planowanej. Wyniki produkcyjne przekładały się na premie i dodatki, bez których trudno było zabezpieczyć godziwy byt dla swoich rodzin.
Dlatego hutnicy z błogosławieństwem dyrekcji na noc otwierali uciążliwe filtry. Pożądany cug wracał, a wraz z nim rosły słupki produkcji. Nikt im nie uświadomił, że konsekwencją ich działań może być choroba własnego dziecka. I w ten dziwny, schizofreniczny świat, gdzie huta jest największym dobrodziejstwem i nieszczęściem jednocześnie, a ojcowie żywią i nieświadomie trują swoje dzieci, wchodzi Jolanta Wadowska-Król.
„Dochtórka”
Urodziła się w Katowicach w 1939 roku, nie była jednak „rodowitą” Ślązaczką. Na polską od 1922 roku część Górnego Śląska przyjechał dopiero jej ojciec. Nigdy go nie poznała – zginął w armii Andersa u schyłku wojny. Pomimo wychowania bez ojca i w powojennej biedzie Wadowskiej udało się ukończyć studia na Śląskiej Akademii Medycznej ze specjalizacją pediatryczną. Pracę w rejonowych poradniach, w Szopienicach i Dąbrówce Małej, rozpoczęła w 1968 roku
Miejscowi nazywali ją ze śląska „Dochtórka” albo „Królka” od nazwiska męża, również lekarza. Doczekała się w małżeństwie własnego potomstwa i wnuków, ale to nie je miała na myśli, kiedy po latach mówiła w wywiadach „moje dzieci”. Dla niej mali pacjenci byli czymś znacznie więcej niż medycznymi przypadkami do zdiagnozowania i wyleczenia. O wielu z nich pamiętała ze szczegółami do końca życia. Zwłaszcza o chłopcu z ul. Obrońców Westerplatte.
To od niego wszystko się zaczęło. Był rok 1974 roku. Stale wracał do rejonowej poradni z nawracającymi objawami anemii. Wadowska-Król postanowiła go w końcu skierować na badania do klinki w Zabrzu, na oddział profesor Bożeny Hager-Małeckiej, wybitnej specjalistki z dziedziny pediatrii. Jest to druga kobieca bohaterka tej opowieści.
Przypadek sprawił, że pani profesor niedługo wcześniej uczestniczyła w międzynarodowym sympozjum, na którym omawiano przypadek dziecka z ołowicą. W Polsce temat taki nie istniał i nie miał prawa zaistnieć. Przemysł, ostoja socjalistycznej ojczyzny, nie mógł przecież spowodować niczego złego dla hutniczych rodzin.
Tymczasem Hager-Małecka stwierdziła, że przyczyną choroby chłopca jest właśnie przewlekłe zatrucie ołowiem. I nie musiał to być przypadek odizolowany. Profesor zleca Wadowskiej-Król, aby „szybko i po cichu” przebadała pod tym kątem inne szopienickie dzieci. Akcję, obliczoną początkowo na dziesiątkę dzieci, wobec porażających wyników Wadowska-Króla z własnej inicjatywy rozciągnęła na blisko pięć tysięcy.
Jej przełożony pytany o pozwolenie wzruszył ramionami: „Jak chcesz, to rób, mnie w to nie mieszaj”. Znalazły się laboratoria gotowe do tego, aby do badań przyjmować dzień w dzień grupy po kilkudziesięcioro dzieci i nie zadawać niewygodnych pytań. Udało się również przekonać nieufnych rodziców, żeby posłali na nie swoje potomstwo i nikomu nic nie mówili. Nikt nie odmówił.
Konspiracja ta była potrzebna, bo i Hager-Małecka, i Wadowska-Król bały się, że jeżeli władza dowie się o badaniach, które stawiają ją w złym świetle, to zdusi je w zarodku. Trwała przecież gierkowska prosperity i rozdęta do absurdu propaganda sukcesu. W tej zakłamanej rzeczywistości dla ekologicznej i zdrowotnej katastrofy po prostu nie było miejsca. Oczywiście, badań i ich wyników nie dało się ukrywać w nieskończoność, ale wtedy sprawy nie dało się już zamieść pod dywan.
Zawiadomienia i skierowania Wadowska-Król musiała pisać sama wraz z pomocą rodziny i ludzi dobrej woli. Nieocenioną pomocą w tym logistycznym wyzwaniu (jak i przy wielu innych sprawach) była pielęgniarka Wiesława Wilczek.
To kolejna cicha bohaterka tej historii, a jej prosty heroizm polegał na tym, że robiła dużo więcej, niż wynikało to z jej stosunku pracy. Niespodziewaną przeszkodą stała się poczta, która odmówiła roznoszenia tak dużej ilości zawiadomień i skierowań. Obie kobiety chodziły zatem same od drzwi do drzwi i wręczały pisma.
Badania potwierdziły to, co potwierdzić musiały: stężenie ołowiu w dziecięcych organizmach przekraczało dopuszczalne limity. Wadowska-Król tłumaczyła przy tym: „Według ówczesnych liberalnych norm chorych było około tysiąca dzieci, ale gdyby badania robić dziś, to pewnie 90% badanych miałoby ołowicę”. Ale i tak władze nie pozwoliły na to, aby słowo tabu – „ołowica” – znalazło się w oficjalnej dokumentacji medycznej.
Huta pokonana
A bez choćby niechętnego przyzwolenia „góry” nie dało się podjąć dalszych działań. Przerastało to możliwości Wadowskiej-Król i jej sprzymierzeńców. Potrzeba było woli kogoś sprawczego, postawionego wyżej. Delikatne negocjacje na szczeblu politycznym brała na siebie profesor Hager-Małecka, która mogła liczyć na większą siłę przebicia niż nikomu nieznana lekarka z rejonowej przychodni. Udało się dotrzeć do legendarnego wojewody Jerzego Ziętka oraz partyjnego rządcy górniczego Śląska i Zagłębia Zdzisława Grudnia. Sama Wadowska-Król, uzbrojona w wyniki badań, zaczęła negocjować z dyrekcją huty.
Jej nieprzejednana postawa osiągnęła skutek: najbardziej chore dzieci zostały skierowane na kilkumiesięczne leczenie, najpierw do okolicznych klinik i szpitali, a kiedy tam zabrakło miejsca, do sanatoriów daleko poza okręgiem przemysłowym, gdzie ich organizmy mogły oczyścić się z ołowiu. Sam taki pobyt niczego na dłuższą metę nie mógł jednak zmienić. Przecież po powrocie trafiłyby do tych samych starych domów w najbliższym sąsiedztwie tej samej trującej huty.
Dlatego lekarka przekonała dyrekcję, aby dla najbardziej narażonych rodzin znaleźć nowe mieszkania, a znajdujące się w ołowiowej „strefie zero” familoki wyburzyć. Zniknęły całe dwie ulice oraz część trzeciej.
Przeprowadzką objęto łącznie 621 rodzin. Przeniosły się do innych dzielnic Katowic i pobliskich miast. Zamknięto również basen ze skażoną wodą, a nawet wywieziono wierzchnią, najbardziej zanieczyszczoną ołowiem warstwę gruntu w otoczeniu huty.
Afera wokół chorych dzieci przyczyniła się także do tego, że dekadę później kresu dobiegła blisko 150-letnia historia huty. W 1984 roku wygaszano wielki piec, a produkcję przeniesiono do Miasteczka Śląskiego (też zresztą nie bez skutków dla środowiska i zdrowia mieszkańców). Obecnie o istnieniu szopienickiej huty przypomina tylko kilka zachowanych obiektów o statusie przemysłowych zabytków, co – niestety – często nie chroni ich przed popadaniem w ruinę.
Nie dla wszystkich swoich dzieci „Królka” mogła wywalczyć happy end. Dla niektórych było za późno: ołów dokonał w ich organizmach nieodwracalnych spustoszeń, które odbijać się będą na ich całe, nierzadko przedwcześnie zakończone życie.
Bohaterka w cieniu
W każdej heroicznej historii także bohater musi zapłacić osobistą cenę. Nie inaczej było z Wadowską-Król. Za sugestię Hager-Małeckiej na podstawie swoich badań napisała na swojej Alma Mater dysertację doktorską. Została jednak „uwalona” osobiście przez arcypartyjnego rektora.
Nie były jej pisane akademickie laury, końca dobiegł też jej okres heroiczny. Aż do emerytury pracowała w rejonowej poradni, wytrwale lecząc dzieci z angin i katarów. Złośliwe języki przezywały ją „Matką Boską Szopienicką”, jednak upływ czasu uczynił z tego przezwiska wyraz należnego hołdu.
Przez kolejne trzydzieści lat we wdzięcznej pamięci przechowywali ją tylko jej pacjenci. Przełom nastąpił w 2013 roku. Wtedy jej wnuki w ramach studenckiej etiudy nakręciły pierwszy film dokumentalny o niej. Uruchomiło to lawinę. Na emerytowaną lekarkę zaczął spadać deszcz nagród, zaszczytów i wywiadów. Powstały o niej kolejne filmy dokumentalne, kilka książek, a nawet spektakl. W 2020 roku uzyskała w końcu doktorat, tyle że honoris causa, nadany jej przez Uniwersytet Śląski. Uwieczniono ją także na jednym z katowickich murali.
Jolanta Wadowska-Król zmarła w 2023 roku w wieku 84 lat. Ciągle czeka na swoje zasłużone miejsce w otwartym przed kilku laty Panteonie Górnośląskim. Wśród upamiętnionych znajduje się już jej mentorka, Bożena Hager-Małecka.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
