Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Alerty RCB jak pogodynka. Rząd robi z siebie pośmiewisko

Alerty RCB jak pogodynka. Rząd robi z siebie pośmiewisko źródło: https://www.youtube.com/watch?v=S7fgMcFo1uQ

Od dwóch tygodni prawie codziennie dostaję na telefon alerty RCB z informacją o nad wyraz groźnym załamaniu pogody – burze, ulewne deszcze, silny wiatr. Trudno podchodzić poważnie do tych ostrzeżeń. Albo rząd robi z siebie idiotę, albo ma nas wszystkich za cymbałów, którzy bez smsa z prognozą pogody nie potrafią zaplanować sobie popołudnia.

Kiedy kilka lat temu pierwszy raz otrzymałem smsa z informację o zagrożeniu (nie pamiętam, czy dotyczyło pogody, czy czegoś innego), podszedłem do niego z powagą. Takie wiadomości przychodziły wtedy raz na parę tygodni albo miesięcy. Chociaż kiedy widzę zachmurzone niebo i kołyszące się korony drzew, to potrafię wywnioskować, że za niedługo może być wichura z deszczem i lepiej się schować, to rządowy sms utwierdzał mnie w przekonaniu, że lepiej tego dnia odwołać aktywności na świeżym powietrzu.

Można też jakoś zrozumieć prewencyjną rolę władzy w ograniczaniu liczby potencjalnych wypadków. Szczególnie istotne były niestandardowe komunikaty dotyczące np. przerw w dostawach prądu – faktycznie wtedy człowiek może się przed takim wypadkiem jakoś przygotować, naładować laptopa i telefon, sprawdzić, czy ma w zapasie świeczki albo latarki itd.

Natomiast od pewnego czasu rząd postanowił z istotnego i poważnego narzędzia zrobić żart. W ciągu ostatnich dni regularnie otrzymuję (mieszkam w Krakowie) po prostu spam – częściej niż co drugi dzień dostaję smsa o identycznej treści. O ile przy pierwszym smsie zastanowiłem się trzy razy, czy na pewno robić ze znajomymi grilla (finalnie na niebie nie było ani chmurki, więc całe szczęście i tak olaliśmy komunikat RCB), o tyle przy czwartym już nawet nie czytałem treści. Przelotne deszcze pojawiły się dopiero przedwczoraj i były dalekie od niebezpiecznych.

Nalot alertów RCB na naszą uwagę jest winą nowego rządu, a dokładniej prawdopodobnie kierownictwa MSWiA. W kwietniu Radio Zet i portal Spider’s Web donosiły o planach zmian w ostrzeganiu ludności przed zagrożeniami. Dotąd alerty przychodziły przy zagrożeniach drugiego stopnia.

Władza jednak stwierdziła, że lepiej zaopiekować się nami już przy pierwszym stopniu zagrożenia meteorologicznego. W konsekwencji dostajemy smsy, na które prawie nikt już nie zwraca uwagi – nie tyle z powodu nietrafności prognoz, które zawsze są obarczone jakimś ryzykiem, co niezrozumiałej ogromnej częstotliwości ich wysyłania. Nie dziwi więc, że wpisując w googla „Alert RCB…” do czołówki sugerowanych wyszukiwań dołączyło „… jak wyłączyć”.

Rezultaty pochopnego dysponowania alertami RCB są jednak dalej idące. Obywatele przestają poważnie traktować ostrzeżenia władzy. Różne są opinie, czy większość społeczeństwa jest głupia, ale już z całkowitą pewnością można stwierdzić, że zdecydowana większość ludzi za głupich się nie uważa. I nie lubi, jak się z nich robi głupka, zasypując mało wiarygodnymi smsami o pogodzie, którą mogą sami zaobserwować przez okno.

Niestety, kompromitując narzędzie komunikatów o zagrożeniach, władza naraża nas na niedbałość i wzruszenie ramionami przez obywateli, kiedy zagrożenie będzie istotniejsze lub dotyczyło bardziej newralgicznych tematów, jak związane z atakami terrorystycznymi. Łatwo sobie to wyobrazić – wystarczy seria pogodowych ostrzeżeń jak z ostatnich 2 tygodni, a jedenasty sms z poważniejszą wiadomością zostanie przez wiele osób zignorowany.

Co więcej, nadwyręża się zaufanie do władzy jako takiej. Administracja państwowa wykonuje w niektórych miejscach kawał dobrej roboty, cyfryzując urzędy, skracając procedury, umożliwiając załatwienie wielu błahych spraw przez Internet. A udając pogodynkę, wystawia sobie niepoważne świadectwo. A zanosi się na coraz większą pełzającą kompromitację RCB.

Nadchodzi przecież lato z temperaturami powyżej 30 stopni, które Rządowe Centrum Bezpieczeństwa nazywa „upałami” i wzywa do unikania wysiłku fizycznego. Dla większości ludzi na świecie znacznie wyższe temperatury to codzienność.

Dla Polaków to zaś norma – czy nie wiemy, że jak jest gorąco, to dobrze jest napić się wody i schować w cieniu? Litości! Czy tylko państwo może nas uratować od niebezpiecznej, czyhającej z mżawką i letnim słoneczkiem natury?

Jak wskazuje Łukasz Warzecha, „komunikaty są wydawane tylko w wyjątkowych sytuacjach, które realnie mogą zagrażać życiu i zdrowiu człowieka”. O ile rząd zabezpieczył się tym zdrowiem człowieka, bo naprawdę wszystko można potraktować jako zagrożenie dla niego, to już zapomniał chyba o wyjątkowych sytuacjach – czy bowiem 30 stopni w lecie jest odstającym od normy stanem pogodowym?

Spójrzmy jednak jeszcze na osoby pokładające dużą wiarę w państwowe ostrzeżenia. Co pomyśli taki człowiek, jak przez 5 dni z rzędu słyszy o ostrzeżeniach o burzy, a szóstego dnia nie? Oczywiście, że tym razem nie ma żadnego zagrożenia pogodowego i hulaj dusza. Idzie chmura burzowa? Nie ma smsa, musi przejść bokiem.

Rząd podsyca mechanizm warunkowania własnych działań od poleceń urzędników i zapominania o podstawowych środków ostrożności, takich jak wzięcie ze sobą butelki wody, kiedy idzie się na rower w ciepłe popołudnie (każdy może czasem osłabnąć) czy czapki, żeby osłonić się przed pełnym słońcem.

I tak narzędzie alertów RCB, których użycie w pewnych sytuacjach może być pożądane i uzasadnione, staje się nie tyle zapobiegawczym środkiem ostrożności, co instrumentem inżynierii społecznej, chcącej z jednej strony zbyt głęboko wpływać na nasze zachowania, z drugiej zaś próbującej ściągać z siebie odpowiedzialność z publicznej służby na zasadzie „jak to pan się przegrzał na słońcu, przecież w tym tygodniu codziennie RCB rekomendowało pozostanie w domu!”.

Przypomina mi to starą reklamę Snickersa z hasłem „większość wypadków zdarza się w domu. Snickers radzi – nie siedź w domu” (czy jakoś tak). Strach pomyśleć, co jak eksperci RCB znajdą naukowe uzasadnienie dla wysyłania komunikatów ostrzegających nas przed zagrożeniami w domowym, prywatnym zaciszu. Wtedy już cała nadzieja chyba tylko w państwie.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.