Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Kampania na „nie”. PiS mentalnie oddala się od UE

Kampania na „nie”. PiS mentalnie oddala się od UE autor ilustracji: Julia Tworogowska

Im głośniej PiS krytykuje Unię, tym silniej dezerteruje z wyzwania jej zmiany. Im głośniej krzyczy, tym bardziej godzi się z porażką. Pisowska kontestacja UE jest nie tyle obliczona na wymuszenie zmian w Brukseli, co na wzmacnianie tożsamości elektoratu. Wbrew prawicowej diagnozie to nie brak determinacji był źródłem słabości polskiego wpływu w Brukseli. Był nią ponadpartyjny priorytet unijnych środków.

Zaciągnięty hamulec ręczny

„Idziemy tam, żeby powiedzieć nie, ale nie mówimy nie, bo jesteśmy na tak”. To zdanie wypowiedziane na konwencji programowej Prawa i Sprawiedliwości przez Jarosława Kaczyńskiego stało się publicystycznym memem. Wszystkich rozbawił zawarty w niej paradoks. Problem dla PiS-u polega jednak na tym, że wypowiedź Kaczyńskiego nie była jedynie językową niezgrabnością. Dobrze oddawała narracyjny problem tej partii w trwającej kampanii do Parlamentu Europejskiego, a szerzej w jej stosunku do Unii Europejskiej.

Jednym z powodów porażki PiS-u w wyborach do Sejmu był negatywny przekaz, jaki dominował w kampanii przed piętnastym października. Dlatego przed wyborami samorządowymi przetestowano inną strategię. Dobry wynik w wyborach do sejmików wojewódzkich pod hasłem „Jesteśmy na tak!” zrodził pokusę kontynuacji tej narracji także w wyborach do Europarlamentu.

Problem polega jednak na tym, że pisowskie postulaty nijak do narracji „na tak” nie pasują. Sprzeciw wobec zielonego ładu, nowych unijnych traktatów, waluty euro, paktu migracyjnego, europejskiej armii, harmonizacji podatków czy poprawności politycznej to główne cele „biało-czerwonej” drużyny, jakie zdefiniował prezes PiS-u.

Jest więcej niż charakterystyczne, że na liście nie znalazł się ani jeden pozytywny postulat, który PiS chciałby zrealizować. Ani jedna koncepcja, która byłaby polskim wkładem w integrację europejską. Ani jeden pomysł na rozwiązanie problemów, które trapią UE.

PiS przeszedł na pozycję totalnej defensywy. Nie zapowiada, co zbuduje, ale gdzie wsadzi kij w szprychy. Prezes PiS-u zapowiedział: „Jedziemy do Brukseli, aby bronić polskich wartości, polskich interesów, polskiej racji stanu”. W tej narracji „obrony” nie ma miejsca na korzyści, a jedynie na minimalizację strat. Kaczyński zdaje się mówić, że skoro nie da się strzelić bramek, to tak ustawi defensywę, żeby chociaż nam nic do bramki nie wpadło.

W repertuarze tej formacji nie ma już biegów, które można zmieniać, dostosowując tempo do zewnętrznych okoliczności. Został tylko ręczny hamulec, który z różną siłą należy zaciągać. Za tą narracją nie kryje się żadna konstruktywna strategia. Żaden plan zatrzymania uwierających Polskę regulacji. Żaden sojusz, który pozwalałby myśleć o realnej zmianie status quo.

Dwadzieścia lat prawicy w UE

Wrogich PiS-owi euroentuzjastów taka postawa nie dziwi. Jedynie potwierdza to, o co zawsze go oskarżali. Ale taki punkt widzenia nie jest prawdziwy. Pisowska krytyka Unii rosła stopniowo, ale nie przekraczała „czerwonych” linii.

Od czasów wejścia do UE na Nowogrodzkiej krytykowano rosnącą hierarchizację polityczną, która Niemcom pozwala na zbyt wiele, a Polsce na zbyt mało. W formalnych regułach widziano nie tyle sprawiedliwe zasady, co przestrzeń ukrytego lobbingu.

Relacje naszego regionu z Europą Zachodnią widziano nie jako realne partnerstwo, ale paternalistyczną dominację. Nie chciano federalizować Unii, ale wrócić do Europy Ojczyzn. Nie popierano wzmacniania ponadnarodowych organów kosztem międzyrządowych instytucji.

Nie chciano transferować kompetencji z poziomu państw do Brukseli, ale urealniać zasadę subsydiarności. Krytykowano ideologiczną ofensywę i unijną nowomowę, postulując realistyczny dyskurs.

PiS krytykował, ale z pozycji formacji czującej się częścią Europy. Przez lata krytyka współegzystowała z podkreślaniem korzyści, jakie daje UE. Mało tego, dawano do zrozumienia, że kiedy PiS dojdzie do władzy, to będą one jeszcze większe.

Duża determinacja i odwaga miały nie tylko więcej dać Polsce, ale i samej Unii. PiS uważał, że jego koncepcja pozwoli wrócić Brukseli na właściwe tory, z których jakiś czas temu wypadła i podąża w mało obiecującym kierunku. W tym celu niegdyś Kaczyński zapowiadał przygotowanie nowego unijnego traktatu. Charakterystyczne, że nigdy go nie przedstawił.

Osiem lat rozczarowań

Osiem lat rządów PiS-u było dla tej partii fundamentalnym doświadczeniem. Idee, marzenia i pomysły w końcu zostały skonfrontowane z rzeczywistością. Przed dojściem do władzy politycy tej partii znali Unię głównie z gazet i obserwacji. Krytykowano ją więc z oddali. Bardziej z pozycji piszącego zza biurka intelektualisty niż polityka na pierwszej linii frontu. Ostatnie lata zmieniły tę perspektywę.

Przede wszystkim rozwiały największy mit, w który PiS mocno wierzył. Formacja Kaczyńskiego krytykowała kolejne polskie rządy za to, że są nieskuteczne, bo za słabo walczą o polskie sprawy. W tej opowieści Polska grała poniżej możliwości, bo kolejnym rządom brakowało woli walki z tymi, którzy stoją na drodze polskich interesów.

Kaczyński nie atakował rywali za błędne cele i nietrafione koncepcje. Jego diagnoza bazowała na deficycie determinacji, który prowadzić miał do minimalizmu. PiS głosił, że aby Polska zajęła należne jej miejsce, musi zagrać powyżej swojej wagi. Polityczny awans nie bierze się przecież z tego, że uczeń będzie pilniej się uczył, a nauczyciel w nagrodę zapewni mu promocje do kolejnych klas. Prawdziwy awans musi zakwestionować relację uczeń-nauczyciel. Naturalnie musiało prowadzić to do konfliktu. W pisowskim wyobrażeniu miał on być jednak wart nagrody, która miała czekać na Polskę.

Osiem lat sporów w Unii tej nagrody nie przyniosło. Polska nie tylko nie zyskała na znaczeniu, ale ponosiła dotkliwe koszty wizerunkowe. Okazało się, że determinacja i asertywność nie wystarczyły, aby Polska zagrała w wyższej lidze. Wręcz przeciwnie. Pisowska retoryka była traktowana w Brukseli jako groźne awanturnictwo, które należy poskromić, a nie nagradzać.

Najważniejszym sporem był oczywiście spór o praworządność. Okazał się bolesną lekcją i traumą dla PiS-u.

Unia silniejsza, niż PiS podejrzewał

Paradoksem jest, że politycy tej formacji wielokrotnie lekceważyli siłę Unii. Nabijali się z tych, którzy marzyli o globalnej roli Brukseli. W swojej diagnozie mieli wiele racji. Ale ta słaba Unia była wystarczająco silna, ale spektakularnie wygrać z PiS-em.

Choć długo szukano sposobu na skuteczny wpływ na polską politykę, to w końcu go znaleziono. Obóz Jarosława Kaczyńskiego wielokrotnie musiał się cofać z kolejnych składowych reform sądownictwa. Zgodził się na istotne pogłębienie integracji, w tym neutralność klimatyczną do 2050 r., zasadę warunkowości czy nowy unijny budżet.

Wbrew kolejnym ustępstwom rząd Mateusza Morawieckiego nie otrzymał środków z KPO, co miało wpływ na oddanie władzy. Łatwo uruchomione środki po zmianie rządu i zapowiadane zamknięcie procedury naruszenia art. 7 Traktatu o UE bez żadnych zmian ustawowych w tym kontekście jawią się już nie jako policzek, ale potężne upokorzenie. Dla PiS-u był to już akt jawnej wrogości.

Politycy tej formacji wiedzieli, że Bruksela ich nie lubi. Bo byli suwerenistami, kiedy mainstream promował pogłębianie integracji. Bo byli konserwatystami, kiedy większość ciągnęła w stronę progresywną. Bo pochodzili z Europy Środkowej, a chcieli być traktowani jak z Europy Zachodniej. Bo uważali, że z powodów historii Polsce należy się więcej jako jej ofierze, a nie mniej z uwagi na cywilizacyjnie zapóźnienie i deficyty kultury demokratycznej.

To wszystko PiS wiedział. Ale nie wiedział, że Bruksela pójdzie na totalną wojnę. Że jawnie i bezwstydnie będzie ingerować w wewnętrzną polską politykę. Że wprost zagra z opozycją przeciw demokratycznie wybranej władzy. Nawet dla pisowców było to zaskoczenie.

Ale i rozczarowanie, bo nikt poza Orbanem PiS-u nie wsparł. Nikt nie przyszedł z pomocą. Nikt nie uznał za stosowne powiedzieć, że polski rząd ma choćby trochę racji. Unia się podzieliła – jednak nie tych, którzy PiS atakują i go bronią, ale na tych, co atakują, i tych, którzy byli obojętni. Nigdy PiS nie czuł się w Europie tak samotnie.

Czuł, że Bruksela robi mu ścieżkę zdrowia w biały dzień, łamie kołem, a przechodnie odwracają głowę. Miał poczucie, że starsi uczniowie wykorzystują swoją przewagę, wyżywając się na uczniu słabym, choć krnąbrnym, a świadkowie odwracają albo spuszczają głowę. A na przerwie nikt nie daje wsparcia i nie klepie po ramieniu, ale ucieka od „toksycznego” kolegi, aby przypadkiem nie podpaść silniejszym.

Zaangażowanie całej liberalnej Europy nie wynikało jedynie z niechęci do PiS-u. Zachód hamował Kaczyńskiego nie dlatego, że się go bał, jednak bał się jego lokalnych odpowiedników. Dla europejskiego mainstreamu walka z „prawicowym populizmem” w Polsce była wojną prewencyjną. Zatrzymanie PiS-u w Polsce było ważne, bo było pierwszym polem, gdzie populistyczną „zarazę” można zatrzymać w bezpiecznych granicach, aby nie zainfekowała pozostałych obszarów. Dlatego pokonanie PiS-u stało się ważnym punktem odniesienia dla wielu sił politycznych nie tylko w Brukseli.

Dla PiS-u było to doświadczenie formacyjne o poważnych konsekwencjach. Spór o praworządność (a przede wszystkim jego finał) spowodował, że coś pękło, coś się skończyło. Dla pisowskich polityków jest dziś oczywiste, że Unia to obca i niechętna patriotycznej Polsce przemocowa struktura, która nigdy nie zaakceptuje go takim, jakim jest.

A przede wszystkim, że nie da się tego łatwo zmienić. Siły, z którymi PiS chciałby walczyć, są zbyt potężne i wpływowe. W ich postrzeganiu nie ma więc sensu myśleć o Unii w kategoriach kompromisów i drobnych korekt, jakie można wprowadzić, aby UE była znośna. To tylko przepalanie energii i rozwadnianie własnej tożsamości.

Quo vadis, prawico?

Cała ta historia musi prowadzić do jednego prostego pytania. Skoro choroby Unii są tak groźne, zaawansowane i jednocześnie nieuleczalne, to dlaczego jeszcze jej nie opuszczamy? Dlaczego PiS nie ogłosi, że jedynym sensownym wyjściem jest polexit?

Najprostsza odpowiedź brzmi: bo jeszcze nie ma na to społecznego przyzwolenia. Wciąż zdecydowana większość Polaków chce być w UE. Także większość tych, którzy głosują za PiS-em, choć ostatnie lata były okresem ogromnego rozczarowania i osłabienia poparcia dla członkostwa w tym elektoracie.

Niemożność wyjścia z jednej ani sensownego ruchu na rzecz jej zmiany z drugiej strony powoduje, że PiS jest w potrzasku. Nie ma dobrego rozwiązania. Dlatego zaczyna wchodzić w rolę unijnego kontestatora, który maskuje swoją bezradność intensywną krytyką.

W przywołanej wypowiedzi Kaczyńskiego nie znajdziemy ani jednego dobrego słowa o Unii i nie jest to przypadek. Skoro Unia nami gardzi, a nie można jej ani zmienić ani z jej wyjść, to będziemy ją obrzydzać – to mniej więcej można było usłyszeć w kuluarach podczas konwencji programowej partii Kaczyńskiego. Myśl ta świetnie oddaje emocje pisowskiego mainstreamu.

Nie jest to jednak działanie podyktowane politycznym interesem, ale przede wszystkim psychologiczną potrzebą. To odreagowanie wpisujące się w romantyczny kod, który wielokrotnie w historii jako Polacy aktywowaliśmy po sromotnych porażkach. Polega ono na fundamentalnej niezgodzie na rzeczywistość, którą – w razie jej sprzeczności z poczuciem słuszności – należy po prostu odrzucić, zamiast dostosować się do realiów.

Im głośniej PiS krytykuje Unię, tym silniej dezerteruje z wyzwania jej zmiany. Im głośniej krzyczy, tym bardziej godzi się z porażką. Pisowska kontestacja UE nie jest obliczona na wymuszenie zmian w Brukseli, bo w to nie nikt już chyba tam nie wierzy.

Zostało więc jedynie wzmacnianie tożsamości elektoratu. Obecna strategia ma więc funkcję wewnętrzną, a nie zewnętrzną. Skoro nie da się w realnym świecie zbudować Unii naszych marzeń, to będziemy ją tworzyć w naszych głowach i sercach. Pisowska polityka europejska polega zatem dziś na tworzeniu „safe space” dla pokrzywdzonych, a nie próby wpływu na Europę.

Prawicowi realiści w defensywie

Ci, którzy chcieli wzmocnić „eurorealistyczny” nurt prawicy, przegrywają. Jest charakterystyczne, że premier rządu Zjednoczonej Prawicy i jednocześnie wiceprezes PiS-u w partyjnych dołach i elektoracie nie miał istotnego wsparcia. W rywalizacji ze Zbigniewem Ziobrą, szefem innej partii, jawnie podważającym pozycję premiera, pisowskie serca były z Ziobrą. Strategia Suwerennej Polski bazowała na prostym godnościowym przekonaniu: skoro mamy rację, to powinniśmy iść do przodu, a nie cofać się, nawet jeśli UE będzie to kwestionować.

Morawiecki ze swoją strategią dostosowania do rzeczywistości jawił się jako przedstawiciel obcej politycznej tradycji. O ile na początku rządów PiS-u realistyczna postawa miała swoich licznych zwolenników na prawicy, tak dziś skala wstrząsu i traumy po bitwach z Brukselą spopularyzowała romantyczne rejestry. Zepchnęła „realistów” na prawicowy margines.

Jedyną nadzieją, jaką mają pisowcy, są zewnętrzne zmiany. Dlatego PIS czeka na to, aby inne PiS-y przejęły władzę w innych państwach. Wierzy, że dopiero wówczas będzie można wrócić z wewnętrznej emigracji i budować nową-starą Europę.

Dlatego w ostatnich latach zaczął rozmawiać z tymi, z którymi odmawiał spotkań przed laty. Resentyment do europejskiej liberalistokracji jest tak ogromny, że w wyborze sojuszników do jej detronizacji pisowcy stają się coraz mniej wybredni.

Marzenia te są jednak płonne. Za każdym razem przed wyborami do PE prawica liczy na wywrócenie stolika, ale to nie następuje. Póki w państwach UE nie zajdą poważne polityczne zmiany, nie nadejdą one także w UE. Dlatego energia pójdzie nie w polityczne działania, ale w publicystyczny bunt. Tym mogą zajmować się liderzy opinii, ale gdy staje się to główną formą aktywności prawicowych polityków, to zaczyna się rodzić problem.

Zabawa zapałkami

Strategia ostrej krytyki UE może się także obrócić przeciw PiS-owi. Rozgoryczenie pisowskich polityków przekłada się na emocje jego najwierniejszego elektoratu. Badania opinii publicznej pokazują wzrost liczbę niechętnych członkostwu, głównie wśród prawicowych wyborców, choć wciąż jest ich mniej niż zwolenników pozostawania w Unii.

Widać jednak, że PiS sam tworzy narrację, którą później będzie trzeba obsłużyć. Czyli nakręcać spiralę uniosceptycyzmu. PiS sam pogłębia dziś rozdźwięk między różnymi składowymi swojego elektoratu, które od lat z trudem godził. Już niedługo różnica postaw może być na tyle duża, że prawica się podzieli wedle stosunku do Brukseli.

Będziemy obserwować część, która chce jeszcze walczyć o swoje, i tę, która na Unię machnie ręką. Problem stanie się jeszcze bardziej doniosły, kiedy Polska przestanie być biorcą unijnych środków. Rosnące PKB powoduje, że coraz mniej unijnej kasy będziemy dostawać, a coraz więcej dawać. Poza tym po raz pierwszy na horyzoncie pojawiły się konkretne koszty, jakie generuje Unia Zielonym Ładem. Dla wielu będzie to oznaczało koniec niepisanej umowy: „kasa za akceptację”. Wówczas temat polexitu wróci za dwojoną siłą.

Prawdziwa nadzieja

Paradoksem jest to, że właśnie wtedy, gdy Polska będzie do wspólnej kasy więcej dawać, aniżeli brać, to nasze możliwości wpływu będą większe. Wbrew prawicowej diagnozie to nie brak determinacji był źródłem słabości polskiego wpływu w Brukseli. Był nią ponadpartyjny priorytet unijnych środków. Chcąc „wycisnąć brukselkę”, godziliśmy się na liczne kompromisy.

Wyszarpując każde euro, nie mogliśmy skutecznie domagać się załatwienia po naszej myśli innych spraw. Chcąc zdobyć środki na inwestycje, nie mogliśmy liczyć, że za nie nasze pieniądze ktoś inny będzie budował Unię naszych marzeń. Dopiero gdy będziemy na tyle zamożni, że pozyskiwanie unijnych środków przestanie być priorytetem, otworzą się nowe możliwości. Bo w Unii rządzą nie ci, co biorą, ale ci, co dają.

Prawica lubi opowiadać za granicą o polskim sukcesie. Pokazywać, że nie jesteśmy cywilizacyjnie zapóźnieni. Wspierać narodową dumę. Narracja szczególnie cieszy, kiedy można ją skontrastować z powolnym wzrostem tych, którzy chcą być naszymi nauczycielami.

Ale ta narracja jest niepełna. Urywa się w połowie drogi. Nie można chwalić się, że doganiamy Zachód, i jednocześnie oczekiwać, żeby dalej stawiał nam obiady.

Stać nas, żebyśmy sami za siebie płacili. Zbliżamy się też do momentu, w którym to my będziemy mogli stawiać innym. I oczekiwać w zamian realizacji naszych interesów. Dopiero wówczas, kiedy będziemy mogli innym coś zaoferować, to sami będziemy się liczyć i dyktować warunki.

Jeszcze jakiś czas temu była to fantasmagoria. Cywilizacyjne zapóźnienie było zbyt duże, abyśmy myśleli o sobie w kategoriach „dawców”, a nie „biorców”. Dziś jest to realny scenariusz, bo nasze możliwości szybko rosną. To powinna być nadzieja na zmianę status quo, którą polska prawica powinna wypatrywać, marząc o podmiotowej Polsce w Unii. Pytanie, czy wewnętrzna emigracja, na jaką się udała, nie jest zbyt głęboka, aby tę szansę dostrzec i wykorzystać.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.