Polska i Litwa. Skazani na współpracę
December in Vilnius; autor zdjęcia: Felix Winkelnkemper; źródło: wikimedia commons; Creative Commons Attribution 2.0
Ożywienie w stosunkach Polski z Litwą trwa już kilku lat. Pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę utwierdziła oba państwa w przekonaniu, że współpraca jest nieodzowna. Sytuacja międzynarodowa sprawia, że przestajemy myśleć o tym, co nas różni. Czy możemy żywić nadzieję, że nastąpi przełom we wzajemnych relacjach?
Dialog o marszałku
W czasie krótkiego wypadu do Wilna w grudniu 2017 r. postanowiłem wstąpić do tamtejszego ratusza. Wbrew temu, co sugeruje jego historyczna nazwa, budynek nie jest dziś siedzibą władz miejskich (te rezydują w nowoczesnym, szklanym wieżowcu w innej, biznesowo-administracyjnej części Wilna). Odwiedzony przeze mnie ratusz pełni funkcję centrum kultury, gdzie odbywają się wystawy, konferencje i spotkania literackie.
Postanowiłem skorzystać z okazji, jaką dawała konferencja Bez emocji. Polsko-litewski dialog o Józefie Piłsudskim. Do jej organizacji przyłożyły rękę m.in. Instytut Polski w Wilnie oraz Instytut Historii Litwy. Można było wyczuć pewne zaniepokojenie organizatorów. Co się stanie? Czy ktoś spróbuje zakłócić wydarzenie? Czy odbędą się jakieś manifesty, protesty, może ktoś wyłączy prąd?
Te obawy nie były zupełnie irracjonalne. Gdy mówi się o tematach, które dzielą Polaków i Litwinów, wybuchają gwałtowne spory, które pobudzają publicystów do wygłaszania ostrych polemik, a wówczas postać bohatera konferencji przychodzi do głowy jako jedna z pierwszych. W pamięci wielu Litwinów, zwłaszcza tych, którzy pamięcią sięgali czasów międzywojennych, wspomniana wyżej postać zapisała się najgorzej.
Największym grzechem Piłsudskiego, który wywodził się przecież ze starej litewskiej szlachty, był rozkaz zajęcia Wilna. Powodem był rzekomy „bunt”. Rozkaz został wydany gen. Żeligowskiemu w październiku 1920 r. Litwini stracili wtedy na 2 dekady pożądaną stolicę, a stosunki dyplomatyczne zostały zerwane. Warto nadmienić, że mit utraconego Wilna pomógł młodemu państwu litewskiemu umocnić narodową tożsamość.
Gdyby konferencja odbywała się na początku lat 90., tuż po przemianach politycznych w Polsce i odzyskaniu niepodległości przez Litwę, nietrudno byłoby sobie wyobrazić ekstatyczne protesty, pełne napuszonego tonu komentarze w prasie i bicie w patriotyczny dzwon. To właśnie wtedy odbył się na Litwie społeczny sąd nad Armią Krajową, w trakcie którego polskiemu podziemiu na Wileńszczyźnie przypisano niezliczoną liczbę zbrodni na Litwinach.
Tymczasem konferencja przebiegła w spokojnej atmosferze przy pełnej sali. Zarówno wśród przedstawiających swoje referaty, jak i publiczności znaleźli się cenieni przedstawiciele środowisk akademickich i twórczych, a także politycy i dziennikarze z obu krajów. Dyskutanci nie doszli do konsensusu (nawet wśród Polaków Piłsudski budzi spory), ale pokazali, że tytułowy polsko-litewski dialog jest możliwy.
Znany i szanowany w Polsce poeta i eseista, Tomas Venclova, mówiąc o losach mauzoleum na cmentarzu na wileńskiej Rossie, gdzie spoczywają szczątki matki Piłsudskiego i jego serce, przypomniał, że po zajęciu (czy odzyskaniu) miasta przez Litwinów w październiku 1939 r. przy grobie wystawiono wartę honorową.
Przebieg tamtej konferencji i reakcje na nią, choć nie było to wydarzenie skierowane do szerokich mas, stały się jednym z wielu symptomów większego procesu – stopniowych zmian w atmosferze stosunków polsko-litewskich, jakie zachodzą w ostatnich latach. Zmian prowadzących do zbliżenia obu krajów, ich elit i społeczeństw, większego zrozumienia i zacieśniania współpracy.
Nadzieja i sól na stare rany
Po przełomie w 1989 r. i rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 r. Polska i Litwa uzyskały możliwość samodzielnego i swobodnego kształtowania obustronnych stosunków. Nowy świat odurzał poranną rześkością. Polska w swoim biegu do wolności wyprzedziła Litwę, mogła więc okazywać jej wsparcie, gdy ta jeszcze toczyła zmagania o wyzwolenie się spod władzy Kremla. Kiedy w styczniu 1991 r. na ulicach Wilna polała się krew, na pomoc Litwinom ruszyli przedstawiciele rozmaitych, a nawet przeciwstawnych, środowisk politycznych – obrońców litewskiego parlamentu wspierali m.in. Jacek Kuroń z Unii Demokratycznej i Piotr Hlebowicz z Solidarności Walczącej.
Dla polskich środowisk intelektualnych (wychowanych na lekturach Czesława Miłosza i Jerzego Giedroycia) odzyskanie przez Litwę niepodległości było spełnieniem marzeń, które jeszcze parę lat wcześniej wydawały się nierealne.
„Za miedzą Litwa ma swą niepodległość / I ja się jakoś niepodległy czuję” – śpiewał w piosence Upadek Związku Radzieckiego Jacek Kaczmarski. Z kolei inteligentom litewskim nieobca była kultura polska. Znajomość polskiego poszerzała horyzonty, otwierała okno na świat. Dla jednych mogło to być „tylko” słuchanie Lata z Radiem, dla innych – dostęp do wydawanej po polsku literatury zachodniej, która w Związku Radzieckim była uznawana za zbyt wywrotową.
Jednocześnie Polska i Litwa wkraczały w nową erę z bagażem przeszłości, obciążonym przez doświadczenie XX-wiecznych dramatów. To, że oba kraje ucierpiały wskutek działań reżimów totalitarnych, wojen, prześladowań, deportacji, to jedno. Cień na relacje rzucał też wzajemny konflikt, który przybrał na sile po zakończeniu I wojny światowej i ogłoszeniu przez oba państwa niepodległości, a kolejne apogeum osiągnął ćwierć wieku później, w czasie kolejnej wojny.
Podczas okupacji niemieckiej wielu Litwinów poszło na współpracę z nazistami, uczestniczyło w eksterminacji Żydów. W podwileńskich Ponarach z rąk członków litewskich formacji kolaboracyjnych (dowodzonych przez Niemców) ginęli nie tylko Żydzi, ale także Polacy – przedstawiciele inteligencji, księża, uczestnicy podziemia. W 1944 r. doszło do walk między AK a powołanymi za zgodą okupanta oddziałami korpusu gen. Povilasa Plechavičiusa.
Pod koniec czerwca 1944 r. doszło do 2 zbrodni na cywilach – pacyfikacji Glinciszek, gdzie litewscy policjanci rozstrzelali prawie 40 Polaków, a następnie odwetu ze strony AK w nieodległych Dubinkach, gdzie zginęło również kilkadziesiąt osób, głównie Litwinów. Po zdjęciu knebla komunistycznej propagandy spory o te wydarzenia wybuchły z nową siłą, choć szczęśliwie już nie tak brutalną. Entuzjazm porannej rześkości szybko opadł.
Solą na stare rany okazały się nowe problemy związane z sytuacją mniejszości narodowych – polskiej na Litwie i litewskiej w Polsce – ich prawa językowe, oświatowe i majątkowe. Stereotypy, które miały odejść wraz z dawną epoką, utrwaliły się. Polacy widzieli w Litwinach tych, którzy robią wszystko, by uciskać polską mniejszość. Litwini podejrzewali Polaków, że skrycie dążą do ponownego zagarnięcia Wilna.
Partnerstwo rozgrzebane
Czas mijał, a wraz z jego upływem zaczęło się wydawać, że jedynymi, którym zależy na utrzymywaniu atmosfery ciągłego napięcia, są nacjonaliści z obu krajów. Hasło „strategicznego partnerstwa”, które było obecne w politycznych deklaracjach, starano się wypełnić realną treścią, w czym bez wątpienia pomagał wspólny cel przyświecający politykom rządzącym w Warszawie i Wilnie – członkostwo w Unii Europejskiej i NATO.
Po jego zrealizowaniu chciano wesprzeć kolejne państwa – Ukrainę, Gruzję, Mołdawię – oraz przeciągnąć na demokratyczną stronę Białoruś. Nie bez znaczenia była też „chemia” w osobistych relacjach przywódców – Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Kaczyńskiego oraz Algirdasa Brazauskasa i Valdasa Adamkusa.
Utrwalił się specyficzny język rozmowy o stosunkach polsko-litewskich, który nie zwracał uwagi na ich realną normalizację, trwałe więzi kulturalne, rozwijające się relacje handlowe czy kontakty osobiste. Już po urzeczywistnieniu euroatlantyckiej integracji obu krajów w środowiskach intelektualnych, twórczych i medialnych stało się wręcz modne mówienie o kryzysie, pacie i fiasku, utyskiwanie, że strategiczne partnerstwo nie doczekało się realizacji (bo gdyby się doczekało, to Polska i Litwa razem zdolne byłyby góry przenosić). Towarzyszyły temu sakramentalne dociekania: „Dlaczego oni nas tak nie lubią?” oraz równie sakramentalne narzekania na brak wygodnego i szybkiego połączenia między Warszawą a Wilnem.
Wiele spraw było rozgrzebanych, zwłaszcza w kwestii praw Polaków na Litwie. Na początku 2010 r. wygasła litewska ustawa o mniejszościach, a w kolejnym roku rządząca wówczas centroprawicowa koalicja doprowadziła do uchwalenia reformy oświatowej uszczuplającej prawa szkół polskich, m.in. zakładającej ujednolicenie końcowego egzaminu z języka państwowego w szkołach mniejszościowych i „litewskich”.
Tę ostatnią uzasadniano koniecznością podniesienia poziomu znajomości języka państwowego. Litewscy Polacy skarżyli się także na brak regulacji umożliwiających używanie języka ojczystego w dokumentach i przestrzeni publicznej. Przyczyn awersji Litwinów do poszerzania praw językowych Polaków można z kolei doszukiwać się w historycznie zakorzenionych obawach o repolonizację Wileńszczyzny.
To z kolei stawało się pożywką dla polityków – polskich i litewskich – szukających sposobów na zbicie wyborczego kapitału. Radosław Sikorski (wówczas szef MSZ), który ubiegał się o nominację Platformy Obywatelskiej w wyborach prezydenckich w 2010 r., zapowiedział, że do Wilna pojedzie dopiero, gdy załatwione zostaną sprawy Polaków na Litwie (obietnicy zresztą nie dotrzymał), a Donald Tusk rok później, tuż przed wyborami do Sejmu, pokazał się w Ostrej Bramie i ogłosił, że relacje między Polską a Litwą będą tak dobre, jak dobre są relacje państwa litewskiego z polską mniejszością. W tym samym czasie Michał Dworczyk, polityk opozycyjnego wówczas PiS-u, udzielał się na demonstracjach środowisk kresowych pod ambasadą Litwy przeciwko „dyskryminacji Polaków”.
W tym samym czasie posłowie litewskiej prawicy zgłosili propozycję, by zdominowanym przez Polaków podwileńskim samorządom odebrać kontrolę nad lokalną oświatą, a wypowiedzi krytykujące Litwę za nieprzestrzeganie praw mniejszości ścigać jako podżeganie do nienawiści. Te same środowiska straszyły przyznawaną członkom mniejszości Kartą Polaka. W 2012 r. pojawił się pomysł, by jej posiadaczom zakazać kandydowania do Sejmu.
Ówczesny szef litewskiej dyplomacji, Audronius Ažubalis, uzasadniał konieczność reformy edukacji w szkołach polskich i stwierdził, że ich absolwenci kwalifikują się do pracy jako pomoc na budowie. Nawet prezydent Dalii Grybauskaitė w swej wypowiedzi sugerowała, że litewscy Polacy mogą być nielojalni wobec państwa, którego są obywatelami.
Po zmianie rządu na Litwie w 2012 r. nastroje próbował tonować nowy szef MSZ, Linas Linkevičius. Przepraszał za afront, jaki 2 lata wcześniej, dosłownie 2 dni przed katastrofą smoleńską, spotkał Lecha Kaczyńskiego w czasie wizyty w Wilnie. Tego samego dnia litewski Sejm odrzucił projekt ustawy w sprawie pisowni polskich nazwisk. O ile w Polsce przeprosiny przyjęto, to u siebie Linkevičius doczekał się krytyki, m.in. ze strony prezydent, za wychodzenie przed szereg.
Geopolityczna konieczność
Dziś trzeba przyznać, że trwające zbliżenie między Polską a Litwą po prostu musiało się zdarzyć. Na dłuższą metę było nie do pomyślenia, żeby 2 sąsiednie państwa powiązane nie tylko wspólną historią, ale przede wszystkim współczesnością – partnerzy w UE i sojusznicy w NATO, podobnie postrzegający zagrożenia dla bezpieczeństwa – stały dalej odwrócone do siebie plecami. Oczywistym czynnikiem, jaki zmusił Warszawę i Wilno do przeorientowania polityki, były agresywne poczynania Rosji, które znalazły upust w zajęciu Krymu i wojnie w Donbasie w 2014 r. Pełnoskalowa inwazja na Ukrainę w 2022 r. utwierdziła jedynie oba państwa w poczuciu słuszności podjętych działań.
Paradoks polegał na tym, że zbliżenie nastąpiło za rządów ekip, które wcześniej trudno było podejrzewać o przesadną lituano- i polonofilię. W szeregach PiS-u nie zabrakło polityków deklaratywnie zatroskanych o los Polaków na Kresach (jak wspomniany Michał Dworczyk), choć partii przyświecał wzór nieżyjącego prezydenta, Lecha Kaczyńskiego, który był znany raczej jako orędownik polsko-litewskiego partnerstwa. Z kolei partię „chłopską”, która doszła do władzy na Litwie w 2016 r., wspierały patriotyczne środowiska walczące m.in. o konstytucyjną ochronę języka państwowego, co w litewskich warunkach oznaczało rugowanie polszczyzny z edukacji i przestrzeni publicznej.
Oba rządy musiały uwzględniać uwarunkowania międzynarodowe. Warszawa, już wówczas skonfliktowana z Brukselą i będąca w napiętych relacjach z Paryżem i Berlinem, opierała się na wątłej współpracy z idącym własną drogą Viktorem Orbánem. Potrzebny był przynajmniej jeszcze jeden godny zaufania sojusznik. W Wilnie z kolei do gry weszła drużyna premiera Sauliusa Skvernelisa, politycznego debiutanta, który potrzebował dużego sukcesu w polityce międzynarodowej, by pokazać, że jest postacią na miarę męża stanu.
Wystarczyło spojrzenie na mapę. W obliczu trwałego zagrożenia ze strony Rosji relacje z Polską – jedynym mostem łączącym Litwę, a szerzej obszar państw bałtyckich, z resztą Europy – musiały być naprawione. Swego zorientowania w meandrach życia politycznego nad Wisłą Skvernelis dowiódł, gdy dotarł jeszcze przed nawiązaniem oficjalnych relacji z polskimi liderami do rzeczywistego centrum decyzyjnego, tj. kiedy spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim.
O ile na początku lat 2000. wpływ na dobrą atmosferę miał serdeczny charakter relacji między głowami państw, o tyle teraz górę wziął pragmatyzm. Faktycznie liderzy zaczęli coraz częściej się spotykać. Polskę, niejako na pożegnanie, odwiedziła także Dalia Grybauskaitė, która przez większość dwukadencyjnej prezydentury zachowywała daleko posuniętą wstrzemięźliwość wobec naszego kraju, co w Warszawie odbierano wręcz jako niechęć.
Teraz oznak politycznego bromance’u można się doszukiwać w zażyłości Andrzeja Dudy i urzędującego od 2019 r. Gitanasa Nausėdy, których zdaje się łączyć nie tylko podobne postrzeganie wyzwań międzynarodowych, ale także (do pewnego stopnia) konserwatywny system wartości. Raczej nie na tych osobistych relacjach są budowane stosunki międzypaństwowe. Odpowiedzialność za ich trwałość spada raczej na urzędników niższych szczebli i ich kontakty zawodowe.
Uwagę mediów przyciągają zwykle oficjalne wizyty i przecinane wstęgi. Do tego nie brakowało okazji. Wraz z rozwojem infrastruktury transportowej i energetycznej łączącej oba kraje przyśpieszają też i tak już dobrze rozwinięte inicjatywy kulturalne, naukowe, medialne i biznesowe. Ten impet często jest zasługą zaangażowania szefów instytucji, przedsiębiorców, liderów organizacji społecznych, twórców, animatorów kultury, badaczy i dziennikarzy, którzy własnymi kanałami prowadzą (równoległą do państwowej) własną dyplomację kulturalną, naukową lub handlową.
Wielką zasługą tłumaczy i wydawców jest prawie stała obecność współczesnych autorów polskich na Litwie i litewskich w Polsce. Dzięki nim dla Litwinów literatura polska ma już nie tylko twarz Czesława Miłosza, ale także Andrzeja Sapkowskiego i Julii Fiedorczuk, a Polacy oprócz Tomasa Venclovy mają szansę poznać również Sigitasa Parulskisa czy Aušrę Kaziliūnaitė.
Wykorzystać moment
W ciągu dekady wizerunek Polski na Litwie zmienił się diametralnie. W 2014 r. komentatorów zszokowały wyniki sondażu, z którego wynikało, że prawie 27% ankietowanych Litwinów uważa Polskę za państwo wrogie, a za przyjazne zaledwie niecałe 13%. Jedynie Rosja zebrała więcej, i to zdecydowanie, negatywnych ocen. Za nieprzyjazną Litwie uznało ją prawie 3/4 badanych. Gdy pod koniec ubiegłego roku badanie przeprowadziła sondażownia Baltijos tyrimai, nastroje były już zupełnie inne. Polskę oceniło w niej pozytywnie łącznie 90% ankietowanych, negatywnie – skromne 5%.
Po zsumowaniu ocen zdecydowanie wyprzedziliśmy Niemcy, Ukrainę, Wielką Brytanię, Francję i USA. Trudno powiedzieć, co o tym decyduje w pierwszej kolejności, ale zapewne w budowaniu pozytywnego wizerunku Polski pomaga postawa wobec wojny na Ukrainie. W debatach publicznych na Litwie daje o sobie znać także uznanie dla rozbudowy polskiego potencjału militarnego.
Na spojrzeniu Polaków na Litwę odbija się wewnętrzna polaryzacja. W artykułach i komentarzach w mediach kojarzonych z prawicą trudno dziś znaleźć częste niegdyś głosy potępienia pod adresem Wilna za „dyskryminację Polaków”. Litwę przedstawia się raczej jako państwo, w którym sprawy bezpieczeństwa stały się przedmiotem ogólnopolitycznego konsensusu, jak w przypadku reakcji na kryzys migracyjny na granicy z Białorusią (Wilno sięgnęło w zasadzie po identyczne środki jak Warszawa – płot i pushbacki).
Mediom liberalnym, lewicowym lub sceptycznym wobec rządów PiS-u chwalenie zbliżenia politycznego może przychodzić z większą trudnością. Większy nacisk kładziony jest na odwoływanie się do wartości ogólnoeuropejskich i przedstawianie Litwy jako bliskiego sąsiada złączonego z Polską długą, wspólną historią i więzami kulturalnymi. Symbolicznym uosobieniem tych więzów jest do dziś pamiętana przyjaźń poetów – Miłosza i Venclovy.
Prędzej czy później na tym przesłodzonym obrazku muszą się pojawić rysy. Litewskie elity świadome nieodwołalności partnerstwa jako gorzką pigułkę przełykają postępującą erozję praworządności nad Wisłą. Trzymając się zasady nieingerowania w wewnętrzne sprawy sąsiadów, robią dobrą minę do złej gry.
Łatwiej przychodziło to ekipie Skvernelisa, która nie kładła aż tak dużego nacisku na sprawy wartości europejskich, praworządności itp., niż obecnej, konserwatywno-liberalnej koalicji rządowej. Dla niej priorytet stanowią stosunki nie tylko z Polską, ale także z Waszyngtonem i Berlinem, a zachowanie jedności i integralności Unii Europejskiej jest sprawą wagi egzystencjalnej.
Działania podkopujące tę jedność muszą budzić (i wciąż będą) na Litwie niepokój. Wilno bez względu na zmieniające się rządy ustami swych wysokich urzędników przekonuje od lat, że w rozstrzyganiu wewnątrzunijnych sporów przedkłada dialog i kompromis nad sankcje i „opcje atomowe”. Pytanie, jak długo starczy Litwie cierpliwości, by zaciskać zęby.
Dzisiaj trudno wyobrazić sobie, co mogłoby wywrócić stosunki polsko-litewskie do góry nogami. Koalicja Zjednoczonej Prawicy zapewne byłaby zdolna do uruchomienia kontrolowanej antylitewskiej narracji, tak jak w przypadku imigrantów czy środowisk LGBT. Ale czy ryzykowanie nadszarpnięcia relacji z tak bliskim partnerem leżałoby teraz w interesie PiS-u?
Ponadto trudno nie zauważyć, że w litewskim parlamencie chyba po raz pierwszy po odzyskaniu niepodległości powstała większość rzeczywiście przychylna polskim postulatom. Jest zdolna popychać pewne sprawy, np. dotyczące pisowni nazwisk, do przodu. To kapitał, którego beneficjantami będą tamtejsi Polacy, a zmiany, także polityczne, zachodzące w tej społeczności to temat na inny artykuł.
Pytanie brzmi, na ile zmiana w relacjach będzie trwała. Spoiwem (przynajmniej na najbliższe lata) są sytuacja międzynarodowa, potrzeba wspólnego wsparcia dla Ukrainy i doprowadzenia do jej zwycięstwa w wojnie z Rosją, ograniczenia wpływów tej ostatniej, wzmocnienia własnych potencjałów obronnych i obecności sojuszniczej w regionie. Nie należy oczekiwać wielkiego przełomu. Zbliżenie i współpraca to proces, który ma swoją dynamikę, nabiera przyspieszenia, ale napotyka także przeszkody. Dla Polski i Litwy byłoby dobrze, gdyby tak pięknie rozwijające się partnerstwo można było wypełnić wartościami, które pozwolą pokonywać przeszkody.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.
Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.