Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Twierdził, że „siłą Rosji jest słabość Zachodu”. Kim był Włodzimierz Bączkowski?

Twierdził, że „siłą Rosji jest słabość Zachodu”. Kim był Włodzimierz Bączkowski? Gennady Grachev/Wikimedia Commons

Trwająca wojna sprawia, że bardziej niż kiedykolwiek po 1991 r. potrzebujemy zrozumienia istoty polityki rosyjskiej. Niezwykle pomocnym instrumentem w ponadczasowej analizie Europy Wschodniej są teksty Włodzimierza Bączkowskiego. W znacznym stopniu zapomniany, jest jednym z najwybitniejszych pisarzy politycznych, sowietologów i znawców Wschodu, jakich mieliśmy w XX w.

Pojąć istotę Rosji

W połowie lutego 1946 r. w Jerozolimie ukazała się 250-stronicowa książka Rosja wczoraj i dziś. Studium historyczno-polityczne. Jej autor, Włodzimierz Bączkowski, postawił sobie za cel pokazanie istoty polityki Rosji, jej kultury strategicznej i odrodzonych dążeń imperialnych. Wychodził z założenia, że podejście Zachodu do Sowietów jest mieszanką naiwności, strachu i myślenia życzeniowego, co prowadziło do szeregu strategicznych błędów w ocenie natury ich polityki i potencjału.

Rosja wczoraj i dziś ukazała się w momencie przełomowym, gdy sytuacja międzynarodowa zaczęła ulegać zmianie, co wymagało od polskich środowisk emigracyjnych stworzenia nowych narzędzi oddziaływań informacyjnego i propagandowego. 11 lutego 1946 r. w Rzymie powstał Instytut Literacki, który – wbrew nazwie – przez ponad półwiecze swojego istnienia zajmował się głównie polityką.

22 lutego 1946 r. George Kennan, zastępca ambasadora USA w Moskwie, wysłał słynny „długi telegram”, który sformułował zasady nowej strategii amerykańskiej wobec Sowietów. 5 marca tego samego roku Winston Churchill wygłosił w Fulton mowę. Stwierdził, że „od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Morzem Adriatyckim zapadła żelazna kurtyna, dzieląc nasz kontynent”.

Zachód stracił wiarę w porozumienie z niedawnym sowieckim sojusznikiem. Zaczynała się zimna wojna, w której książka Bączkowskiego miała się stać małym polskim „antysowieckim orężem”. Rok później Bączkowski wydał nieco zmienioną i dostosowaną do zachodniego odbiorcy anglojęzyczną wersję Rosji wczoraj i dziś

Dodajmy, że niemal w tym samym czasie Kennan opublikował w „Foreign Affairs” pod pseudonimem „X” artykuł The sources of Soviet conduct („długi telegram” był materiałem tajnym). Świat zachodni bardziej niż kiedykolwiek wcześniej potrzebował ekspertyzy sowieckiej.

Książka Bączkowskiego została przetłumaczona również na inne języki: turecki, arabski i hinduski, ale, co najważniejsze, szybko trafiła za ocean. Niemal natychmiast stała się oficjalnym podręcznikiem w National War College, prestiżowej uczelni kształcącej kadry dla sił zbrojnych i wywiadu.

„Na Wschodzie nic nowego się nie dzieje”

Bączkowski istotę państwowości rosyjskiej – niezależne, czy białej, czy czerwonej – pojmował jako stałą od wieków, zmieniała się co najwyżej jej forma. Według niego Rosja umiała się przystosowywać od nowej sytuacji politycznej przez przybranie nowych szat, ale zachowywała ciągłość swojej kultury strategicznej. Bączkowski tę kwestię zamknął słowami: „w istocie nic nowego na Wschodzie się nie dzieje”.

Przekonywał, że Rosja nie jest częścią cywilizacji europejskiej, ale z punktu widzenia kultury państwowej to państwo azjatyckie „powierzchownie i zewnętrznie zabarwione europeizmem”. Bączkowski uważał także, że cechy cywilizacji rosyjskiej dają jej „zdolność do porozumienia się z Azją” i „niezdolność do strukturalnego dogadania się z Zachodem”. Szczególną uwagę poświęcał relacjom rosyjsko-chińskim. Uznał, że rozumieją się wyjątkowo dobrze także ze względu na podobieństwo „metod operacyjnych”.

Wybitny sowietolog przestrzegał również przed zachodnimi nadziejami na ewolucję komunizmu i liberalne zmiany w systemie sowieckim. Liczne złudzenia i powracające iluzje tłumaczył tym, że dla mentalności zachodniej zrozumienie działania Sowietów jest zbyt trudnym zadaniem. 

W 1953 r. pisał w „Kulturze”, że „jakkolwiek sprawa poznania Rosji jest zagadnieniem pierwszorzędnej wagi dla Zachodu to jednak każda pełna i głęboka analiza polityki sowieckiej i przebiegających w Rosji procesów jest przyjmowana z lekceważeniem i podejrzliwością […] Mówiąc na Zachodzie o Rosji nie można wychodzić poza uznane pojęcia i należy stosować tylko te, które trafiają do apercepcji historycznej i konstrukcji zachodniej umysłowości”. Brzmi znajomo, szczególnie dla okresu przed 24 lutego 2022 r.

Jeszcze przed zakończeniem II wojny światowej Bączkowski był przekonany, że rywalizacja świata demokratycznego i totalitarnego Związku Sowieckiego jest nieuchronna. Uważał, że Zachód może w niej odnieść sukces, jeśli tylko na agresywną politykę Sowietów odpowie postawą aktywną.

Pisał, że „skuteczna walka jest możliwa tylko przy stosowaniu metody ofensywnej i że defensywna postawa Zachodu jest źródłem jego naturalnych i nieuniknionych klęsk”. Za podejście najgorsze, bo pokazujące słabość i uległość, które Moskwa wykorzystuje, uznawał zaś dążenie do rozwikływania spornych kwestii drogą pokojową. To kolejna niezwykle aktualna diagnoza.

Bączkowski był przekonany, że Rosja jest krajem słabszym, niż się wydaje zachodnim obserwatorom, ale to słabość jest jedną z przyczyn dążenia do kolejnych zdobyczy. 

W liście do Giedroycia w 1949 r. pisał: „Źródłem siły i ekspansji moskiewskiej jest poczucie jej… słabości. Uczucie to jest ogromnie tajone i uczuciowo odpierane przez nacjonalizm rosyjski […] Rosja jest silna, ale słabością Zachodu, jego niechęcią uporządkowania spraw rosyjskich, no i geografią”.

Powiedzmy jeszcze, że Bączkowski był jednym z pierwszych badaczy, którzy traktowali Rosję jako państwo kolonialne, co na Zachodzie przyjmowane było z niezrozumieniem, bo przecież kraj ten tradycyjnie postrzegany było jako monolit. Polski badacz szybko dostrzegł, że Związek Sowiecki w okresie dekolonizacji propagandowo wykorzystywał swój rzekomy antyimperializm, aby z dużą skutecznością zwiększać swoje wpływy w państwach ówczesnego Trzeciego Świata i popularyzować tam ideę komunistyczną. Zachodnie badania nad kolonializmem rosyjskim zaczęły przyspieszać dopiero po agresji rosyjskiej na Ukrainę.

Bączkowski, czyli kto?

Porzućmy na razie rozważania Włodzimierza Bączkowskiego o Rosji i wyjaśnijmy, kim był. Prawdopodobnie większość czytających ten artykuł nigdy nie słyszała o jednym z największych polskich XX-wiecznych znawców Wschodu.

Bączkowski urodził się w 1905 r. na niewielkiej stacji Bajkał nad jeziorem o tej samej nazwie. Jego ojciec pochodził spod Warszawy, pracował jako maszynista na szybko rozwijającej się rosyjskiej kolei na Dalekim Wschodzie.

Dzieciństwo Bączkowskiego upływało z dala od dużych ośrodków miejskich, raczej w miejscach, które można nazwać „końcem świata”. W domu otrzymał patriotyczne wychowanie, jakie może się zdarzyć się tylko w polskiej rodzinie mieszkającej z dala od ojczyzny. 

W 1917 r. obserwował rewolucję, a następnie wojnę domową. Dzięki mieszkaniu nie tylko wśród Rosjan, ale i licznych w tym regionie Rosji Ukraińców oraz wielu narodów Syberii, szybko dostrzegł znaczenie kwestii narodowej. W 1920 r. uciekł przed bolszewikami i wyjechał z rodziną do Mandżurii, gdzie spędził 5 lat.

Dopiero w 1925 r. 20-letni Bączkowski przyjechał do odrodzonej Polski. Tak pisał w podaniu o przyjęcie na Uniwersytet Warszawski: „Po raz pierwszy ujrzałem ziemię, skąd mój ród”. Już po kilku tygodniach został studentem prawa, w kolejnym roku przeniósł się na anglistykę. Płynna znajomość tego języka ułatwiła mu potem aktywność na Bliskim Wschodzie, a po jakimś czasie – w Stanach Zjednoczonych.

Jeszcze na studiach zaangażował się w działalność Orientalistycznego Koła Młodych, którego jednym z inicjatorów był Tadeusz Hołówko, ówcześnie naczelnik Wydziału Wschodniego MSZ. W deklaracji ideowej OKM zapisano: „Wspólne niebezpieczeństwa, konieczność obrony najwyższych wartości duchowych tworzą podstawę porozumienia i obowiązek współpracy Polski z ludami wschodu […]. Zadaniem dziejowym, a zarazem obowiązkiem etycznym Polski jest podać braterską pomoc uciemiężonym jeszcze, a walczącym bohatersko o swą niepodległość ludom Azji i Europy Wschodniej”.

Organizacja miała zatem rekrutować kadry dla działalności prometejskiej. Wyjaśnijmy, że ta koncepcja polityczna zmierzała, jak pisał Bączkowski, „do podziału Rosji (czerwonej czy białej) na szereg suwerennych organizmów”.

Prometeizm odwołujący się do idei Piłsudskiego mówiacej, że „Rosja tylko na pozór jest państwem jednolitym, w istocie zaś tej jednolitości nie ma”, był ideą neutralizacji imperializmu moskiewskiego poprzez doprowadzenie do niepodległości zniewolonych narodów, w tym Ukraińców, co miało przyczynić się do utrwalenia polskiej niepodległości.

Wpływy Bączkowskiego w ruchu prometejskim szybko rosły. W 1930 r. został redaktorem naczelnym pisma „Wschód”, które założył (i zdążył wydać pierwszy numer) Jerzy Giedroyc, zaś 2 lata później zaczął wydawać również „Biuletyn Polsko-Ukraiński”, jedno z niewielu w II RP miejsc dyskusji Polaków i Ukraińców.

„Nie jesteśmy ukrainofilami”

Kluczowym założeniem myślenia Bączkowskiego było przekonanie, że „Wschód jest największym zagadnieniem Rzeczypospolitej”. Uważał, że konflikt z Sowietami jest niemożliwy do uniknięcia i będzie miał charakter egzystencjalny.

Aby się do tego dobrze przygotować, niezbędne było uregulowanie kwestii narodowościowej, z którą odrodzona Polska sobie nie radziła. Kluczowe okazało się porozumienie polsko-ukraińskie, co Bączkowski uznawał za kategoryczny nakaz racji stanu i warunek dla zwycięstwa w nieuniknionej wojnie z Rosją.

Ówczesne relacje między państwem polskim a mniejszością ukraińską były jednak klasycznym węzłem gordyjskim i porozumienie obu nacjonalizmów wydawało się niemożliwe. Przyczyny tego stanu Bączkowski dopatrywał się w braku „odpowiedniego poziomu kultury politycznej”, co sprawiało, że obie strony traciły „zdolność do analizowania i chłodnego rozważania”. Był przekonany, że – poza wyjątkami – II RP „problemu ukraińskiego nie rozumie”. 

A jednak, posługując się piórem i mając dostęp do ważnych gabinetów państwowych, próbował to – jak się okazało, nieskutecznie – zmienić. W artykule w 1937 r. proroczo dowodził, że brak porozumienia z Ukraińcami grozi „w przyszłości utraceniem Ziemi Czerwieńskiej [Galicji Wschodniej] i Wołynia”. 6 lat przed zbrodnią wołyńską przestrzegał, że „zbliża się nowa, współczesna chmielnicczyzna, czyli straszliwa klęska naszej idei państwowej na Kresach”.

Przeciwnicy Bączkowskiego, głównie środowiska endeckie, po wielokroć zarzucały mu bezkrytyczne ukrainofilstwo. Pisarz w jednym ze swoich najgłośniejszych tekstów o wiele mówiącym tytule Nie jesteśmy ukrainofilami w następujący sposób odpierał absurdalne zarzuty: „Ukrainizm (białorutenizm i litewskość) traktujemy jak swego sojusznika, rozwój jego organiczny i zdrowy, traktujemy jako potęgowanie sił naszych. I dlatego wołamy: «Ukraina wolną być musi!»”.

Bączkowski wychodził bowiem z założenia (które okazało się prorocze), że Rosja nigdy nie pogodzi się z istnieniem suwerennej Ukrainy, gdyż „wyklucza wszelką myśl o narodzie ukraińskim, widząc w nim jedynie regionalną grupę narodu rosyjskiego”. Uważał przy tym, że Polska nie pozbędzie się egzystencjalnego zagrożenia ze strony Rosji, dopóki „pomiędzy Polską współczesną a Moskwą zaistnieje czynnik nowy, zasadniczo zmieniający san rzeczy – Ukraina Niepodległa, która zapoczątkuje dobę istotnej równowagi sił w Europie Wschodniej”. To kolejna jego diagnoza, która po dziesięcioleciach zaczęła się ziszczać.

Polski sowietolog w Waszyngtonie

We wrześniu 1939 r. Bączkowski został zmobilizowany przez Oddział II i ewakuowany do Rumunii, skąd po kilku miesiącach przedostał się do Turcji, a następnie do Palestyny. Tam pracował w Oddziale Informacyjno-Wywiadowczego Sztabu Naczelnego Wodza, a później w Biurze Studiów Bliskiego i Środkowego Wschodu, gdzie jego szefem był uwolniony z sowieckiego łagru Stanisław Swianiewicz.

Na potrzeby polskiego rządu przygotował analizy sowietologiczne i dotyczące problematyki bliskowschodniej. Po wydaniu Rosji wczoraj i dziś współtworzył Instytut Wschodni „Reduta”, który wydawał 2 pisma: „Sprawy Bliskiego i Środkowego Wschodu” i anglojęzyczny „The Eastern Quarterly”. 

W 1951 r. na łamach tego pierwszego, którego był redaktorem naczelnym, w charakterystycznym dla siebie, bezlitośnie realistycznym tonie, Włodzimierz Bączkowski stwierdzał, że „wchodzimy w ten okres [powojenny] po najstraszliwszej w dziejach polskich klęsce lat 1939–1945, z pustymi rękoma i zimnym sercem, z zerwanymi nićmi stosunków z ludami polskich Ziem Wschodnich i z nikłymi resztkami stosunków ze Wschodem. Pozostały nam w spadku nietknięte jedynie reminiscencje historyczne o naszej wielkości mocarstwowej, które bardziej od nas odstraszają jak przyciągają, bardziej prace utrudniają jak ułatwiają”.

A jednak skończył ten artykuł słowami, które niosły optymizm: „Pocieszeniem dla nas jest podstawowe doświadczenie nauki historii świata: nieszczęścia i klęski są pewniejszym prologiem zwycięstw i wielkości niżeli długi łańcuch sukcesów i nieprzerwanej rozbudowy materialnej. Ta zasada najniewątpliwiej sprawdzi się i na losach naszego narodu”.

Po wybuchu wojny żydowsko-arabskiej Bączkowski przeniósł się do Bejrutu, gdzie mieszkał aż do 1955 r. W tym czasie zaczął regularnie pisywać do „Kultury”. W zamyśle Giedroycia miał on być głównym piórem pisma do spraw wschodnich. Pomysł się jednak nie udał, gdyż Bączkowski wyjechał do Waszyngtonu, w którym mieszkał do śmierci. Charakter jego działalności w Stanach Zjednoczonych do dzisiaj nie jest w pełni jasny.

Początkowo pracował w biurze tłumaczeń i analizy druków sowieckich. W 1959 r. rozpoczął pracę jako specjalista do spraw planowania strategicznego w Bibliotece Kongresu, a dokładnie w komórce o nazwie Air Information Division. Było to największym w USA wydział analityczny, który na potrzeby amerykańskich instytucji rządowych, także CIA, zajmował się analizami na temat Związku Sowieckiego. Bączkowski robił więc to, co umiał najlepiej.

Jednocześnie coraz rzadziej zabierał głos w pismach emigracyjnych i amerykańskich. W jednym ze swoich ostatnich artykułów, opublikowanym w 1984 r. na łamach „Niepodległości”, napisał słowa, które można potraktować jako jego intelektualny testament: „Pozostało do zrobienia odepchnięcie Rosji daleko na wschód od granicy ryskiej i podniesienie Polski, razem z Ukrainą, Kaukazem i innymi narodami Imperium Rosyjskiego, do roli rzeczywistego partnera mocarstw zachodnich”.

Włodzimierz Bączkowski, wybitny znawca Wschodu, pisarz polityczny i jeden z największych twórców polskiej myśli wschodniej, zmarł 19 sierpnia 2000 r. w swoim domu w Waszyngtonie. Jego śmierć – inaczej niż zmarłego 3 tygodnie później Jerzego Giedroycia – przeszła praktycznie niezauważona.

W końcu 2022 r. w opracowaniu i wyborze autora, nakładem Centrum Mieroszewskiego i Ośrodka Myśli Politycznej, ukazały się trzy tomy pism rosyjskich i prometejskich Włodzimierza Bączkowskiego, w tym „Rosja wczoraj i dziś. Studium historyczno-polityczne”, pierwsza edycja tej książki od 1946 r.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.