Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Mistyczna podróż od obojętności do religijnej ekstazy

Relacja, która naprowadza. Doświadczenie, które odkrywa duchowość. Samotność, w której poznaje się siebie. W końcu miłość, która sprawia, że świat staje się sensowny. Warto było doświadczyć duchowej podróży pokazanej na wystawie twórczości Kamili Kansy. Twierdza wewnętrzna to udana próba przedstawienia teologii Teresy z Avila za pomocą fotografii.

Autorką wszystkich fotografii jest Kamila Kansy.

Brama

Droga do klasztoru opactwa tynieckiego pod Krakowem wiedzie pod górę. Zanim wejdzie się na dziedziniec, trzeba pokonać wzniesienie. Nie jest to żaden szczyt nie do zdobycia. Ot, pagórek, ale taki, że gdy przechodzimy przez bramę, nasz oddech przyspiesza, a serce uderza nieco szybciej i mocniej. Zupełnie tak, jakbyśmy przebywali obok ukochanej osoby.

Tak rozgrzanego wędrowca w swoje mury przyjmuje najstarszy klasztor w Polsce. Kojący chłód i mrok murowanego przejścia stopniowo uspokajają serce, pozwalając na wyciszenie przed wielkim finałem. A ten już za rogiem – dziedziniec otoczony przez zabudowę opactwa z trzech stron, z czwartej – widokiem Wisły i zielonych wałów. Nie da się zachwycić tym miejscem bez przejścia poprzednich etapów. Niech żałują ci, którzy ułatwiają sobie życie i wjeżdżają samochodami pod samą bramę klasztoru.

To właśnie tutaj po raz pierwszy doświadczyłam na żywo prac Kamili Kansy, znanej też pod pseudonimem Laura Makabresku. Wystawa Twierdza wewnętrzna była ukryta nie tylko na obrzeżach małej dzielnicy Krakowa, ale też (z perspektywy samego klasztoru) w jednej z muzealnych sal. Ale największa tajemnica czekała jeszcze głębiej. Artystka stała w sukience jak z końca XIX w., uśmiechała się skromnie, włosy miała spięte w prosty warkocz. Gdybym zobaczyła ją na ulicy, stwierdziłabym, że nie pasuje do miasta, jego pędu, przebodźcowania, industrializacji. Ale tu, wśród tynieckich ścian z cegieł, gdzie czas wydawał się płynąć wolniej i uważniej, Kamila, a szczególnie jej fotografie, pasują jak nigdzie indziej.

Ten tekst ukazał się w 61. tece „Pressji”, pt. „Nadzieja Chrześcijańska”. Podoba Ci się? Sprawdź, co jeszcze przygotowaliśmy w najnowszym numerze naszego pisma!

Przedsionek

Kamila Kansy jest główną bohaterką swoich fotografii. Mimo tak indywidualnego charakteru, jej prace pozostają uniwersalne i zrozumiałe w odbiorze. Gdy patrzy się na tę samą osobę ukazaną w różnych sytuacjach i różnych stanach emocjonalnych, obserwuje się jej przemianę, ewolucję, kolejne etapy poznawania jej duszy.

Jednocześnie Kamila pozostaje w pełni obiektywnym i surowym twórcą – ingeruje w kliszę już po jej wywołaniu, dostosowuje gamę kolorystyczną, tworzy kolaże i nadaje fotografiom charakter realizmu magicznego, mistycznego. Dzięki temu finalne obrazy (bo w większości przypadków trudno pozostać przy określeniu „fotografie”) pozwalają obserwatorowi rozpoznać uniwersalne wartości i emocje: strach, rozpacz, zagubienie, melancholię. To właśnie one uderzyły mnie w pierwszej komnacie wystawy, gdy zatrzymałam się przed najbardziej wyeksponowaną pracą.

Ziarno, 2016

Na fotografii przedstawiającej szpaki kobieta płacze. Jej łzy spadają na drewniany stół. Są czarne i mniej eteryczne od tych zwykłych. Kobieta nie jest w stanie uwolnić się od tęsknoty, smutku i bezsilności.

Wybuch płaczu jest czymś nagłym, ale i często krótkotrwałym. Tutaj mamy do czynienia nie z wybuchem, lecz stanem. Postać nie może uwolnić się od łez. Dzięki temu, że przybierają one formę twardych, stałych przedmiotów, szpaki towarzyszące dziewczynie są w stanie je podnieść i… zjeść. To dzięki nim przynajmniej część cierpienia znika. Pytanie, czy postać w ogóle to zauważa.

Fotografia pozornie nie pasuje do tej części wystawy, do pierwszej komnaty. Pozostałe zdjęcia przedstawiają kolaże łączące widok krajobrazu z wyjętą z tła postacią, której zawsze towarzyszy zwierzę. Przedstawiony świat przyrody przytłacza i onieśmiela, budzi w człowieku poczucie bezradności. Wciąga w siebie, często dosłownie. Postać tak bardzo otwiera się na pejzaż, że nierzadko traci dla niego głowę. Bohaterce przytłoczonej przez świat towarzyszą różne zwierzęta, które razem z nią przyglądają się rzeczywistości. Ale czy dzięki nim czuje się bezpieczniej? Monochromatyczność zdjęć w tej części wystawy nie wyzwala zbyt wielkiego optymizmu. Na tym tle fotografia z szpakami niejako się wyróżnia.

Zapaliłam ogień, żeby sprowadzić cię do domu, 2022

Kamilę poznałam kilka miesięcy przed wystawą w Tyńcu. Opowiedziała swoje świadectwo w prowadzonej przeze mnie grupie w duszpasterstwie akademickim. Gdy przyszła na pierwsze spotkanie, nie od razu ją rozpoznałam. Myślałam, że jest po prostu jedną z uczestniczek. W warkoczach i sztruksowej spódnicy niemal wtopiła się w tłum. Dopiero gdy zaczęła opowiadać swoje świadectwo (historię łączącą drogę rozwoju jako artystki i nawrócenia), poczułam się, jakby wpuszczono mnie do innego świata. Wyjątkowego i bardziej intensywnego niż te, które dotychczas odwiedzałam. Do świata widzianego z perspektywy artystki, która doświadczyła w swoim życiu Boga, Jego miłości i dobroci, a teraz próbuje Go przekazać innym. Nie było tak od zawsze.

W pewnym okresie twórczości Kamili – na samym początku, jeszcze przed nawróceniem – zwierzęta miały dla niej ogromne, symboliczne znaczenie. W najstarszych pracach pełnych mroku, nostalgii i trwogi zwierzęta symbolizowały wspomnienia z dzieciństwa mniej mrocznego niż rzeczywistość. Świat zwierząt były miejscem ucieczki i schronem, ale jednocześnie kryło w nich coś niepokojącego i mrocznego. Najdobitniej pokazuje to fotografia z lisem, na której bohaterka przytula zwierzę, ale znajduje się pod zamarzniętą taflą jeziora, z której nie może się uwolnić.

Bohaterka pierwszych fotografii Kamili dawała się zawsze wciągać w pułapkę pozornego bezpieczeństwa. Z czasem jednak fotografie, tak jak sama Kamila, ewoluowały. Pewne rzeczy artystka musiała sobie poukładać, pewnym osobom przebaczyć. Dopiero wtedy zwierzęta stały się elementem towarzyszącym jej nieustannie.

Sen zimowy, 2016

Na wystawie w Tyńcu zwierzęta towarzyszą bohaterce na każdym zdjęciu. Czasem się do niej przytulają, czasem stoją obok niej. Nie są w stanie odpowiedzieć na tęsknotę i zapełnić pustki, która pojawia się w niej po zderzeniu ze światem. Z bezmiarem świata. Tęsknota pojawia się w każdym, nawet, a może zwłaszcza, w katolikach, którzy szukają i pragną bliskości z Bogiem, ale w jakiś sposób zboczyli z kursu, który ich do Niego doprowadzi.

Na wernisażu wystawy po oficjalnych przemówieniach prezesa Fundacji „Chronić Dobro”, Wiktora Mrzygłóda, i kuratorki wystawy, Faustyny Sroki, zwiedzający rozchodzą się po całej sali. Część zaczyna od początku, część od końca, a inni od tego miejsca, w którym akurat stoi artystka. Co sprytniejsi postanawiają skorzystać z wyjątkowej okazji i porozmawiać z Kamilą. Ustawia się do niej cała kolejka ludzi z pytaniami, słowami pochwały lub podziękowaniami. Wszyscy zwracają się tylko do niej – uśmiechniętej, skromnej, drobnej, a jednocześnie silnej i pewnej. Moją uwagę przykuwa jednak ktoś inny – jej mąż. Milczący, delikatnie uśmiechnięty, pozornie nic nie robi, tylko stoi za nią. Jak najbezpieczniejsza, najpewniejsza podpora i ochrona.

Mąż Kamili odegrał niemałą rolę w jej nawróceniu. Gdy ona miotała się na wszystkie strony, trwał przy niej i nieustannie ją wspierał. Wiele jej wybaczył, jeszcze więcej nauczył i ofiarował. Stał się dla Kamili człowiekiem, przez którego najbardziej przemówił do niej Bóg. Tu, na ziemi, relacja małżeńska jest dla niej prawdziwie najbliższą i najintymniejszą.

Serie fotografii, których tematem jest właśnie uczucie między dwojgiem ludzi, są pełne intymności i czułości, ale to także wynik pewnej ewolucji. Na pierwszych fotografiach, zwłaszcza w poruszającym cyklu The Anatomy Lessons, Kamila pokazuje historię dziewczyny traktowanej przez mężczyznę jak obiekt badawczy. Do obcowania z nią używa ostrych narzędzi, nie boi się jej krzywdzić (czego się czasem domyślamy, a czasem widzimy moment tuż przed katastrofą). Ukazana na tych zdjęciach relacja jest toksyczna. Mężczyzna dominuje nad dziewczyną, która podkreśla swoje poczucie niższości i w całości mu się oddaje. Chce w ten sposób poczuć się bezpieczna, zaopiekowana, ale on to wykorzystuje.

Nocami wypędzał z niej demony, wyprowadzał na światło krew, 2013

Zupełnie inne wydają się zdjęcia pary przytulonej do siebie czule, ciasno, intymnie. Z ich serc wyrasta różany krzew wybijający się na pierwszy plan fotografii. Nie chodzi już tylko o tych dwoje, ale o owoce ich relacji. W przeciwieństwie do mrocznych zdjęć z laboratorium widać tu ogromną czułość, pragnienie i wzruszającą bliskość. Seria inspirowana Pieśnią nad pieśniami to niemal uwielbienie drugiej osoby, tak jak można uwielbiać drugiego człowieka – odurzającą radością i wzruszeniem. Fotografie Kamili ukazujące dwoje ludzi są obrazami piękna relacji, jaką podarował jej Bóg.

Kwitnienie, 2020

Strumienie wody żywej, 2019

W Tyńcu nie oglądam małżeńskiej sielanki. Bohaterowie zmagają się ze sobą i światem. Bo chociaż drugi człowiek może być wskazówką do odnalezienia drzwi w pokoju, po którym chodzę po omacku, nie będzie jeszcze prawdziwym Światłem. A tego nie brak na obrazach w drugiej części wystawy stanowiącej przejście między pierwszą a drugą salą. Choć nie jest to jeszcze światło, do którego można przylgnąć bezwarunkowo i które przyciąga swoim ciepłem, zaprasza do wnętrza domu. To światło, które każe zatrzymać się i na chłodno przyjrzeć samemu sobie. Nie zaprasza, ale przykuwa wzrok, zmusza do uważności i znalezienia ciszy, w której w końcu można usłyszeć to, co ważne – swoje wnętrze.

Pierwsza komnata

Druga, przejściowa sala wystawy mówi właśnie o przekroczeniu progu własnego wnętrza. To pierwszy etap drogi, o której pisała św. Teresa z Avila. Pierwsza komnata.

Kamila jest silnie związana z duchowością karmelitańską, której pierwszą matką była właśnie św. Teresa z Avila. Żyła w XVI w., była reformatorką zakonu karmelitańskiego, nazywano ją Teresą Wielką w odróżnieniu od św. Teresy od Dzieciątka. Jej największe dzieło teologiczne, Twierdza wewnętrzna, opisuje duchową drogę duszy do zjednoczenia z Chrystusem. Teresa posługuje się metaforą twierdzy o siedmiu komnatach (która jest jej bliska, bo wychowała się w kraju twierdz i zamków – hiszpańskiej Kastylii), których przechodzenie oznacza kolejne etapy w relacji z Bogiem. Jednocześnie bliska jest jej metafora larwy jedwabnika, która ostatecznie przeobraża się w dorosłego motyla.

Łącząc te dwie metafory, można wyznaczyć trzy większe etapy koncepcji św. Teresy: ascezę, której podejmuje się człowiek i w której oczyszcza duszę na swoich warunkach, a więc czynnie kontroluje samego siebie. W drugim etapie zaczyna stopniowo tracić kontrolę, pojawiają się chwile kryzysu i tzw. nocy ciemnej, a po nich – etapy oświecenia i doznania miłości Bożej. To etap przejściowy, w którym współwystępuje oczyszczanie czynne i bierne. Ostatnie komnaty, czyli trzeci etap, to bierne oczyszczenie, mistyczne doświadczenie Boga zakończone pełnym zjednoczeniem z Nim, opisane jako symboliczne zaślubiny duszy z Jezusem.

Chociaż w oryginalnej koncepcji istnieje aż siedem komnat, Kamila postawiła na trzy wyszczególnione etapy w koncepcji św. Teresy, dodając do nich jeszcze jeden, o którym święta również wspomina – etap podjęcia decyzji. Dusza zanurzona w świecie podejmuje decyzję o rozpoczęciu drogi nawrócenia, przekroczeniu progu pierwszej komnaty twierdzy. Nie jest to droga łatwa, ale otwarta dla każdego, kto na nią wstąpi. Druga część wystawy ukazuje trud i drogę duszy, która zdecydowała się postawić pierwszy krok.

Na wszystkich zdjęciach z tej serii bohaterka odwraca się od widza. Jest odcięta od świata, zamknięta w pokoju, w którym towarzyszą jej tylko biurko, świeca i księga. Źródłem światła są ogromne okna rozpięte między sufitem a podłogą, zza których wygląda świat. A jednak pozostaje za szybą, nie jest tak przytłaczający. Świat i drugi człowiek zostały tam, a w środku jesteś tylko ty i twoja dusza. Artystka sugeruje, że rozwój duchowy zaczyna się od samotności. Duchowość odkrywa się dzięki drugiemu człowiekowi, jednak poznać trzeba ją samemu.

Anatomia melancholii, 2021

Fotografie Kamili z tej serii są uderzająco podobne do obrazów Vilhelma Hammershoia, duńskiego malarza początku XX w. Jego malarstwo utrzymane było w podobnej tonacji – prostej i minimalistycznej. Te same okna, do nich odwrócone są postacie kobiece. Czy więc Kamila przedstawiła to samo, ale inną techniką? Nie, jest coś, co ją znacząco odróżnia od dzieł Hammershoia. Na każdej fotografii Kamili postaci towarzyszy ptak. Gdy kobieta siedzi ze świecą na parapecie przy niebezpiecznie szeroko otwartym oknie, na parapecie pojawia się skowronek. W innym miejscu czeka na nią na krześle lub na biurku. Czuwa. Zawsze jest, ale nigdy natrętnie.

Patrzę na kolejne fotografie. Im bardziej zbliżam się w stronę trzeciej komnaty, tym bardziej boski pierwiastek wyłania się ze zwierząt: jeden skowronek zamienia się w trzy białe gołębice krążące wokół głowy kobiety. Prowadzą ją ku kolejnym etapom poznawania siebie.

Anatomia melancholii, 2020

Na ostatniej fotografii źródłem światła nie są już okna, wręcz przeciwnie – na zewnątrz panuje noc. Bohaterka nie śpi. Przygląda się jeleniowi, który stanął przed nią w otwartych drzwiach. Zwierzę jest majestatyczne i królewskie. Kobieta trzyma w dłoniach świecę, która daje zapowiedź ciepłego, kojącego światła. Wyobrażam sobie, jak jeleń mówi do postaci, że jest już gotowa, zaprasza ją do przejścia przez następne drzwi. Fotografia pcha do przodu, zaprasza tak mocno, że nie sposób oprzeć się temu zaproszeniu. Idę więc niemal bezwolnie do kolejnej, ostatniej komnaty, gdy nagle rzuca mi się w oczy niepozorna fotografia, zupełnie inna od poprzednich.

Wieczorny gość, 2022

Pomiędzy salami

Przystaję na moment w przejściu między salami. To zdjęcie jest niemal tak ciemne jak kąt, w którym się znalazło. Stoi w miejscu nieoświetlonym, zupełnie, jakby ktoś chciał je specjalnie ukryć. A może właśnie wyeksponować? Gdy już raz zahaczy się o fotografię wzrokiem, nie sposób się od niej oderwać. Przedstawia nocny krajobraz. Łąkę, na której pasą się owce. Zajmują całe pastwisko oświetlone blaskiem księżyca, który wyostrza kolor ich białych futer. Są jeszcze stopy. Niewyraźne, poranione gwoździami, przybite do deski.

W bramie między komnatami, gdzie ciągle ktoś przechodzi, łatwo w ogóle nie zauważyć tej fotografii. Zupełnie jak bezdomnego na dworcu, od którego nasze oczy same się odwracają. Ale gdy napotka się przenikliwe spojrzenie kogoś, kto cierpi, nie da się tak po prostu odwrócić wzroku. Pojawia się dyskomfort, a nawet ból. Przypomina, że to dzięki Niemu możesz wejść do ostatniej komnaty. Dzięki Niemu ona się w ogóle otworzyła.

Powieszenie tej fotografii niejako z boku całej wystawy to wyraźna sugestia, że Bóg umiera dla nas niepostrzeżenie. Nie ma wielkiego przedstawienia z nagłymi zwrotami akcji. To proces, który gdzieś się zaczyna i gdzieś kończy, a my często potrafimy przejść obok niego zupełnie obojętnie. Nawet więcej, łatwo nam to umyka, a wtedy rozpoczyna się koniec naszej wiary. Po prostu po jakimś czasie stajemy się obojętni, dlatego tak ważne jest pielęgnowanie w sobie uważności.

[J 4, 14], 2021

Ostatnia komnata

Kolory aż uderzają w oczy, może dlatego, że całkowicie odróżniają się od tych w poprzednich salach. Pełno tu gorącej czerwieni, żółci, błękitu, w którym chcemy się zanurzyć, bieli i różu, które mienią się jako najdelikatniejsze i najbardziej miękkie powierzchnie, jakie kiedykolwiek istniały. Sala przypomina mi freski Fra Angelica i symbolikę ikon Nowosielskiego. Patrzę na zdjęcie mężczyzny, który w dwóch osobach – Ojca i Syna – siedzi po dwóch stronach stołu. Wyrasta z niego krzew – Duch Święty. Przychodzi mi na myśl krzew gorejący, z którym spotkał się Mojżesz. Ta wewnętrzna komnata wystawy sama w sobie jest jak kobieta, która ogrzewa się w płomieniu ognia unoszącego się nad jej dłonią.

[Łk 24, 5-6], 2020

Najdłużej stoję przed fotografią dziewczyny w żółtej sukni, która unosi się przyciągana jak magnes przez gołębicę. Na twarzy dziewczyny widać błogość, spokój, harmonię. Zdjęcie ukazuje koniec drogi, ostatnią komnatę. Bohaterka w żółtej sukni osiąga ekstazę. Sposób przedstawienia postaci oddają słowa św. Pawła: „Już nie ja żyję, ale żyje Chrystus we mnie”. Wtedy dopiero jesteśmy prawdziwie wolni, wtedy żyjemy pełnią, bez strachu, wiecznej tęsknoty i niepewności. Wtedy małżeństwa rozkwitają, przyjaźnie są pełne, a serca prawdziwie otwarte na drugiego człowieka. I Boga.

Piękno duszy, 2021

***

Przestrzeń wystawy dopełniała jej temat, koncepcję i nawiązanie do Twierdzy wewnętrznej. Fotografie uzupełnione cytatami prowadziły zwiedzających przez kolejne komnaty i stworzyły harmonijną całość. Przestrzeń nie jest łatwa, bo przecież zabytkowa i podlegająca wielu ograniczeniom. Aż prosiłoby się o mocniejsze zaakcentowanie końca tej drogi – zaślubin z Bogiem, mówiąc językiem św. Teresy. Wyróżnienie jednej fotografii pozwoliłoby na przeżycie przez widza pełnego katharsis.

Znam pozostałe zdjęcia Kamili i doceniam to, że wybór padł na obrazy z samotnymi postaciami, bohaterów, którzy samodzielnie podejmują decyzje, sami też zmagają się z ich konsekwencjami. Z drugiej strony poszczególne komnaty i etapy mogły być nieco rozszerzone. W tym kształcie wystawa pokazuje drogę duszy jako coś prostego, w zasadzie od początku nastawionego na sukces, jeśli tylko podejmie się decyzję o jej rozpoczęciu. Przecież poszczególne etapy i zmagania są dużo bardziej skomplikowane, a człowiek – narażony na wygodne „usadowienie się” w połowie drogi. Być może wybór dzieł bardziej różnorodnych rozwiązałby ten problem, choć wtedy pewnie niemożliwe byłoby wnikliwe spojrzenie na poszczególne jej momenty.

Płomień kontemplacji, 2022

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.