Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

To my, mieszkańcy epoki nostalgii

To my, mieszkańcy epoki nostalgii Grafikę wykonała Julia Tworogowska.

Ja tęsknię, ty tęsknisz, oni też tęsknią. Popkultura powoli zamienia się w jeden wielki nostalgiczny pchli targ, a my coraz głębiej zakopujemy się w melancholijnych szpargałach. Tylko za czym tak właściwie tęsknimy, skoro żyjemy w świecie nadmiaru przedmiotów, idei i życiowych dróg?

Czas nam się popsuł

W polskiej kulturze nostalgia za bliską przeszłością występuje już od dobrych kilku lat, zaczyna majstrować przy zegarach i kalendarzach. Czas bowiem się kompresuje, a kolejne teoretycznie minione dekady wydają się coraz szybciej i ściślej na siebie nachodzić. Jak czekoladowe i biszkoptowe warstwy w ulubionym cieście-piętrowcu twojej cioci.

Wszystko zaczęło się od starego, zakurzonego pudełka po butach. Tego ściągnięto z górnej, rzadko otwieranej szafki. Pudełka wypełnionego po wystrzępione już brzegi byle jak poupychanymi czarno-białymi zdjęciami. A na fotografiach sceny z PRL-owskiego dzieciństwa i ustrojowo-transformacyjnego dorastania dzisiejszego pokolenia 40-latków.

Pierwsze oblicze naszej nadwiślańskiej nostalgii miało więc charakterystyczną, ziarnistą poświatę wywołującą w oglądających poczucie kojącego ciepła i bezpieczeństwa niczym fotografie zamieszczone przez Olgę Drendę w Duchologii polskiej

Ale to było dobrych kilka lat temu. Dziś zaczynamy już tęsknić nie za gumą Turbo, trzepakiem i oranżadą w proszku (lata 80.) ani nawet stylówą z lat 90., która zdążyła wejść do asortymentu najpopularniejszych odzieżowych sieciówek. Czas przyspieszył, a nostalgia wkroczyła w proces kompresji.

Ten tekst ukazał się w 61. tece „Pressji”, pt. „Nadzieja Chrześcijańska”. Podoba Ci się? Sprawdź, co jeszcze przygotowaliśmy w najnowszym numerze naszego pisma!

Jak tęsknić, to za latami 2000. Za symbol i internetową forpocztę tej melancholii może uchodzić profil w serwisie Facebook pod nazwą Dzieci Neo, prowadzony przez Jacka Paśnika, autora wydanej niedawno nostalgicznej powieści Dzieci, poświęconej dzieciństwu w Polsce pierwszej dekady nowego millenium.

Z lat 90. mam tylko pojedyncze, rozmazane flashbacki: starsza siostra ogląda Przystanek Alaska, a ja oryginalne Beverly Hills 90210, Świat według Bundych i srogo pokręcony teledysk (prawdziwe popkulturowe arcydzieło!) do All Around The World Oasis, którego wypatrywałem na MTV, kiedy była jeszcze stacją muzyczną, a nie prekursorem patokultury spod znaku Warsaw Shore.

Lata 2000. to już cały zestaw mniej lub bardziej wyraźnych wspomnień: kultowy teleturniej Awantura o kasę z wiecznie młodym Krzysztofem Ibiszem, weekendowe odcinki serialu Power Rangers emitowane w Polsacie, wyprawy do sklepu spożywczego zlokalizowanego pod siłownią „Oliwia” po chipsy paprykowe marki Chio, których paczki macaliśmy z kumplami w poszukiwaniu kart z bohaterami Dragon Balla. Wreszcie Tomasz Hajto bezlitośnie objeżdżany przez napastnika Portugalii, Paulistę (0-4 na piłkarskich Mistrzostwach Świata 2002 w Korei Południowej i Japonii, k***a, dalej boli…).

Sam łapię się już na rosnącą nostalgię za tą dekadą, którą rozpoczynałem jako uczeń drugiej klasy Szkoły Podstawowej nr 1 im. Władysława Szafera w Mielcu. Na mojej muzycznej playliście w serwisie Spotify zatytułowanej Lipiec ’05, zza uchylonego okna dochodzą nocne dźwięki blokowiska znajdziecie takie hity, jak Lady – Hear me tonight (autorstwo: Modjo), Cry me a river Justina Timberlake’a, w którym rozliczał się podobno z nieudanego związku z Britney Spears (jej kawałków na playliście brakuje, ale są za to Can’t Get You Out Of My Head Kylie Minogue i Jenny From The Block Jennifer Lopez), a wreszcie hiperromantyczna Dilemma w niezapomnianym wykonaniu Nelly’ego i Kelly Rowland.

Retrostalgia, czyli tęsknota za nigdy nie przeżytą przeszłością

Pojęcia retrostalgii po raz pierwszy użył w 2013 r., jak wskazuje autorka artykułu Retrostalgia, czyli zjawisko reprodukcji we współczesnej kulturze, badacz technologii cyfrowych, Stefan Schutt. 

Pisał, że „tropienie znaków czasu jest popularne wśród młodych ludzi i przyczynia się do wzrastającego ruchu retrostalgii – idei mówiącej o tym, że w erze, w której nie ma niczego nowego, musimy coraz częściej odwoływać się do przeszłości, żeby zyskać poczucie sensu”. Przesyconą teraźniejszością, w której nic nowego już nie może się wydarzyć, zajmiemy się później, ale zapamiętajmy argument z poczucia sensu.

W dalszej części artykułu Kinga Misiorna odróżnia pojęcie retromanii od retrostalgii. Stwierdza, że w pierwszym przypadku chodzi o wskrzeszanie minionej przeszłości, której samodzielnie się doświadczało. Natomiast restrostalgia to „tęsknota za czymś, do czego nie zostaliśmy stworzeni lub czego nie było nam dane poznać, ponieważ wtedy jeszcze nie żyliśmy”. Mamy już więc dwa elementy: pragnienie sensu i tęsknotę za nigdy nie przeżytą przeszłością.

Dalej autorka tekstu odnosi pojęcie retrostalgii głównie do wytworów kultury materialnej: płyt winylowych, kaset VHS, analogowych zdjęć; zwraca również uwagę na renesans zapomnianych już rzemieślniczych zawodów. Tutaj pozwólmy sobie na odejście od interpretacji Misiorny i potraktujmy łącznie retrostalgię jako egzystencjalną postawę melancholijnej tęsknoty za nigdy nie przeżytą przeszłością, w której poszukujemy brakującego nam w teraźniejszości poczucia sensu. Puf, i tak lądujemy w popkulturowym hicie retrostalgii, czyli serii Stranger Things.

Sens, sprawczość i czas nasycony

„W czwartym sezonie odczuwamy już melancholię za tym, jak oglądaliśmy sezon pierwszy” – tak celnie podsumował retrostalgiczny charakter serialu i zjawisko postępującej kompresji czasu jeden z moich przyjaciół, Jan Maciejewski.

Niczym w słynnym dialogu z filmowego Rejsu produkcja Netflixa jest jednocześnie twórcą i tworzywem. Z jednej strony współtworzyła nostalgiczny zwrot popkultury, z drugiej sama na tej retrostalgii pasożytuje.

Ostatni sezon w swej bezczelności nie kryje się już z tym, że właśnie o nostalgię chodzi, nostalgię idealnie skrojoną, wypieszczoną i wychuchaną w działach marketingu, w swej chirurgicznej precyzji po prostu laboratoryjnie wypreparowaną. Nie zmienia to faktu, że pod przygniatającą warstwą lokowanych pod płaszczykiem nostalgicznej podróży do przeszłości produktów wciąż pozostaje ukryta tajemnica globalnego sukcesu Stranger Things.

„Niech przyśnią się wakacje co wiecznie będą trwać/ Leżysz w samym słońcu, mam dwanaście lat” – śpiewał Fisz w utworze Wakacje będącym mieszanką klimatu filmowej Akademii pana Kleksa Sanatorium pod klepsydrą w reżyserii Wojciecha Hasa. Serial Netflixa jest właśnie trochę jak te nigdy niekończące się wakacje.

Kolejne odcinki pozwalają nam bowiem na moment powrócić do niebieskiego, który nigdy nie był bardziej niebieski niż wtedy, a słońce mocniej słoneczne w swej słoneczności. Stranger Things niczym nostalgiczny seans spirytystyczny wywołuje w nas wspomnienia dawnego nasyconego czasu, w którym wszystko wydawało się piękniejsze i pełniejsze.

Jednocześnie kolejne przygody paczki nastoletnich przyjaciół, którzy zwyciężają bez względu na okoliczności, są niczym substytut utraconej dziecięcej sprawczości. 

Fabularna prostota – wymyśl sposób na wroga, przygotuj broń, walcz, poświęcaj się i zwyciężaj – jest popkulturową odtrutką na skomplikowanie współczesnego świata, w którym na co dzień funkcjonujemy i gdzie osobista sprawczość staje się czymś coraz bardziej abstrakcyjnym i coraz trudniejszym do realizacji.

Pamiętam z własnego dzieciństwa budowanie namiotu z koców. Kluczem do powodzenia całego przedsięwzięcia były spinacze do prania. Za ich pomocą łączyliśmy koce, które następnie były rozwieszane pod jednym z balkonów na parterze bloku. Stranger Things są właśnie jak ten namiot. Dają nam azyl kojącego ciepła i bezpieczeństwa w chaotycznym świecie, a ze swoją sprawczością i nasyceniem czasu dostarczają czegoś kluczowego, poczucia sensu. Przecież to właśnie pożądanie tego egzystencjalnego sensu stoi w centrum retrostalgicznej epidemii.

Duch fin de siècle’u i przesycona teraźniejszość

Wyobraźmy sobie, że historyczna epoka jest człowiekiem jak każdy z nas. W jaki sposób odkryć jej prawdziwe oblicze? Jak dotrzeć do jej głęboko skrywanych myśli i lęków, jak rozpoznać jej prawdziwą, duchową kondycję? Andrzej Leder w książce Rysa na tafli podjął się imponującej, filozoficznej próby w odniesieniu do całego XX stulecia.

Czytając otwierający ją rozdział poświęcony epoce fin de siècle’u, tym kilkunastu latom kończącym długi XIX w. i poprzedzającym wybuch I wojny światowej, w pewnym momencie już nie wiedziałem, czy czytam o historii sprzed ponad 100 lat, czy raczej o świecie jak najbardziej współczesnym. Czyżbyśmy niepostrzeżenie żyli we własnej epoce schyłku?

Czekam, aż ktoś napisze opowiadanie o skrytym, demonicznym obliczu Spotify’a. Historię o bohaterze, który zostaje zamieniony w zestaw algorytmów i pikseli, a następnie przetransferowany do wnętrza muzycznego serwisu. 

Na czym ma polegać owa demoniczność? Na wszechogarniającym nadmiarze i nieludzkim, przytłaczającym przesycie. Spotify jest jak Wielkie Muzyczne Archiwum Świata, miejsce, z którego nasz hipotetyczny bohater nie mógłby się wydostać. Jak w koszmarze, kiedy chcemy uciec przed złem, ale jedyne, co możemy uczynić, to kręcić się rozpaczliwie w miejscu.

Leder, szukając ukrytej prawdy o fin de siècle’u, podkreśla poczucie nadmiaru rzeczy i przytłoczenia materią. Epoka schyłku była zbyt wielkim ciężarem własnego materialnego dobrobytu. Jak pisał filozof Walter Benjamin dorastający na przełomie XIX i XX w., „gdziekolwiek spoglądałem, widziałem otaczające mnie ekrany, poduszki, lamperie, które łaknęły mojego obrazu, jak cienie w Hadesie łakną krwi ofiarnego zwierzęcia”. Demoniczna materia, która wyswobodziła się spod władzy swego ludzkiego twórcy, przekształcała się stopniowo w pogańskiego bożka, któremu mamy od teraz w pokorze oddawać cześć i uwielbienie.

Z nadmiaru i przesytu rodzą się teoretycznie sprzeczne, ale w praktyce skrajnie uzupełniające się postawy i reakcje. Leder, odwołując się do Hannah Arendt, pisze o wyłaniającym się „czarnym duchu nudy”, za którym podążało „gorączkowe rozedrganie” i „chorobliwe pożądanie rzeczy egzotycznych, nienormalnych i odmiennych”. Swą kulminację znajdowało zaś w „nienasyconej żądzy nowości”.

Dla jej zobrazowania autor Rysy na tafli cytuje naczelnego filozofa epoki schyłku, Fryderyka Nietzschego. Leder przywołuje następujące słowa myśliciela: „Człowiek otacza się wonią pleśni; udaje mu się nawet jakąś znaczniejszą zdolność, szlachetniejszą potrzebę zniżyć manierą antykwarską do nienasyconej żądzy nowości”.

Wtedy – antykwarska maniera, teraz – retrostalgiczna tęsknota za utraconym złotym wiekiem sensu i sprawczości. Celnym podsumowaniem przesyconej, nadmiarowej teraźniejszości są słowa Jana Tokarskiego, autora eseistycznej pracy o egzystencji po końcu historii pt. Czas zwyrodniały.

Tokarski w następujących słowach zwracał uwagę na fundamentalną dla naszej własnej epoki fin de siècle’u kondycję niedomknięcia i niepełności: „Możemy dziś wybierać z całego wachlarza stylów życia. Żaden nie jest jednak do końca usprawiedliwiony, żaden nie jest osadzony na niewzruszonym fundamencie. Wielość możliwych zobowiązań podważa niezbywalność któregokolwiek z nich. Nasze działanie jest więc osłabione, bo zawsze jest działaniem bez pełnego przekonania. Cień połowiczności wisi nad wszystkim”.

Czego pragnie i czego pożąda zmierzchający świat?

Epoka schyłku z jednej strony zmierza oczywiście ku upadkowi, ale jednocześnie kieruje się ku czemuś nowemu. W schyłkowości zdeponowane są już powidoki nowej przyszłości. Fin de siècle to nie tylko znużenie i wyczerpanie przesyconą teraźniejszością, to coś więcej niż „czarny duch nudy”. Schyłkowi ludzie to ludzie wyczekujący. Tylko czego tak właściwie wypatrujemy?

Relacje prasowe i wspomnienia samych uczestników pełne są wzajemnych sprzeczności, niedopowiedzeń oraz przesadnego koloryzowania posuniętego momentami aż do konfabulacji i zmyśleń. Z tej kakofonii głosów przebija się jednak wspólny, niepodważalny mianownik: światowa prapremiera baletu Święto wiosny wystawionego w paryskim Théâtre des Champs-Élysées w czwartek 29 maja 1913 r. była jednocześnie skandalem i prawdziwym świętem sztuki. 

Co najważniejsze, zdaniem Modrisa Eksteinsa, historyka kultury i autora książki Święto wiosny. Wielka wojna i narodziny nowego wieku, wspólne dzieło impresario Sergiusza Dawidowicza Diagilewa, kompozytora Igora Strawińskiego oraz tancerza i choreografa Wacława Niżyńskiego było zapowiedzią nadchodzącej przyszłości, symboliczną kondensacją w jednym artystycznym wydarzeniu duchowej kondycji epoki. Święto wiosny udziela nam odpowiedzi na pytanie, czego wypatrywali mieszkańcy fin de siècle’u.

O czym więc opowiadał ten muzyczno-baletowy utwór? Oddajmy głos samemu Strawińskiemu, który skomponował dla Święta wiosny libretto. Wypowiedział się o dziele następująco: „Część pierwsza: Pocałunek Ziemi. Obrzęd wiosenny […] Wchodzi stara kobieta. Zna tajemnice natury i umie przewidywać przyszłość. […] Ludzie tańczą w zapamiętaniu, uświęcając ziemię, jednocząc się z nią. […]

Część druga: Wielka Ofiara. Przez całą noc dziewczęta wykonują tajemnicze obrzędy. Jedna z nich zostaje poświęcona jako ofiara, dwukrotnie wskazana przez los, dwukrotnie wpadająca w trans tańca. […] Wybranka składa ofiarę z siebie w obecności starców, tańcząc święty taniec, wielką ofiarę”.

Święto wiosny było zwieńczeniem artystycznej drogi Diagilewa i jego Baletów Rosyjskich. Przez całe lata dążył on do wielkiej syntezy życia i sztuki, do realizacji ideału Richarda Wagnera – Gesamtkunstwerk, sztuki totalnej. Święto wiosny było taką właśnie próbą. Przedstawienie łączyło w sobie amoralny witalizm, buzujący erotyzm, poetycki antyracjonalizm, zadziwienie pogańskim rytuałem.

Było apoteozą życia poprzez śmierć, łączyło w sobie los, wyczekiwanie oraz pragnienie odrodzenia i duchowej regeneracji. Było wreszcie symbolicznym powrotem pogańskiego bożka Pana i starożytnych bachanaliów; praktyczną realizacją słów Arendt o „chorobliwym pożądaniu rzeczy egzotycznych, nienormalnych i odmiennych”.

Tak jak Leder poszukiwał ducha epoki w filozoficznych lekturach, tak Eksteins podjął analogiczną próbę i sięgnął głównie po historię kultury. Pisząc o Francji i Niemczech doby fin de siècle’u, ukazał jedną fundamentalną prawdę. Brzmi ona następująco: w znużeniu i wyczerpaniu przesyconą teraźniejszością ukryta była gorączkowa witalność, pragnienie nowego świata, niesprecyzowane marzenie o lepszej przyszłości, nowym życiu, które nadejdzie poprzez ofiarę i śmierć.

Książka Święto wiosny to opowieść o wyczekiwaniu znajdującym swoje spełnienie na frontach I wojny światowej, której wybuch w gorące letnie dni wakacyjne 1914 r. został powitany erupcją entuzjazmu i nadziei na świt nowego, lepszego świata.

Ekoreligia, polski rap i… Muminki

Nasz współczesny fin de siècle nie wypatruje już świetlanej przyszłości, lecz klimatycznej zagłady. Za symboliczne oblicze epoki może nam posłużyć zacięta, pełna gniewu twarz Grety Thunberg, kapłanki nowej zielonej religii.

To właśnie wizja ekologicznej apokalipsy zasnuła nam horyzont przyszłości. Gdyby pokusić się o wskazanie najaktywniejszej dzisiaj młodzieżowej organizacji w Polsce, to należałoby pewnie wymienić Młodzieżowy Strajk Klimatyczny. 

„Ch*j w masowe wymieranie gatunków/ Terraformację i upadek kultur”/ Dla wszystkich hiphopowych głów!/ Braci i sióstr!/ Zanim stopnieje lód!/ Salut!” – tak krzyczał w kawałku Asthmatic 21-letni raper, asthma, który zdążył już w tym roku wystąpić na katowickim OFF Festiwalu. Cała jego debiutancka płyta – Manifest – przesycona jest klimatem zmierzchu antropocenu, ekologiczną apokaliptyką i brzmi zasadniczo jak muzyczny soundtrack aktywistów MSK.

W kawałku Ostatnia mila możemy usłyszeć: „O czas nie pytam, sto sekund do zagłady/ Czy damy radę dożyć następnej dekady?/ Karmią zielonym hasłem/ W tle bangladeskie szwalnie/ Czy będzie las za 50 lat?”.

Natomiast w Duchowej rewolucji otrzymujemy następujące słowa: „Zbudujmy wspólne jutro w zgodzie z naturą/ Bo niedługo będzie już za późno/ Opiekujmy się nią tak jak ona nami/ Stworzeniami, drzewami, bądźmy strażnikami równowagi/ Jaki będzie bieg wydarzeń?/ Czy zatrzymamy zagładę, czy świat upadnie i bez nas wstanie?”.

„Ten spokój jest nienaturalny. Oznacza, że stanie się coś okropnego. Wierz mi, kochana, jesteśmy bardzo małe i nic nie znaczymy razem z naszymi ciasteczkami do herbaty i naszymi chodnikami, i wszystkim tym, co jest ważne, panie wie, okropnie ważne, lecz zawsze zagrożone przez to nieubłagane… […]”

„To czego nie można uprosić, z czym nie można dyskutować, czego nie można zrozumieć i o czym nic się nie wie. To się czai w ciemnym pokoju i przychodzi skądś z dala i czego nigdy nie widać, aż jest już za późno. Czy pani to czuła kiedyś?”.

Czy to cytat z defetystycznej filozofii Artura Schopenhauera? Nic z tych rzeczy. To słowa wypowiedziane przez nieoczywistą egzystencjalną patronkę naszej współczesnej epoki schyłku, czyli… postać Filifionki z bajkowej serii o Muminkach.

Krótka historia pt. O Filifionce, która wierzyła w katastrofy zamieszczona w zbiorze Opowiadania z Doliny Muminków doskonale oddaje ducha naszej epoki wychylonej ku katastrofie, ku temu, co „nisko nad horyzontem zbierało się ciemne i straszne – gromadziło się, nadchodziło – coraz prędzej i prędzej… I nie wiadomo nawet, co to jest – szepnęła Filifionka do siebie”. Jej szept jest naszym szeptem.

Jednocześnie Filifionka wyczekująca bezkształtnej i bezforemnej jeszcze zagłady otoczona jest podobnie jak przywołany wcześniej Walter Benjamin (dorastający w Berlinie doby fin de siècle’u) nadmiarem i przesytem rzeczy. Ten nadmiar może nie łaknie krwi ofiarnego zwierzęcia, lecz powoduje rzecz jeszcze straszniejszą.

„Meble gubiły się. Krzesła szukały schronienia pod stołem, kanapa przerażona cofała się ku ścianie. […] W ponurym domu nad morzem wszystkie te piękne, ukochane rzeczy straciły swój sens i spokój. Przestawiała je ze stołu na komodę i z komody na okno, ale nigdzie nie pasowały, nigdzie nie były u siebie. […] Filifionka zatrzymała się w drzwiach i patrzyła, szukając pocieszenia w przedmiotach, które były jej własnością. Lecz miały one w sobie tę samą bezradność co ona” – czytamy w Opowiadaniach z Doliny Muminków. Czy nasza współczesna epoka schyłku nie ma w sobie coś z tej samej bezradności?

Apokaliptyczne jesieniarstwo

Od dawien dawna byłem niepoprawnym melancholikiem. Za anegdotyczno-muzyczne potwierdzenie tej tezy niechaj posłuży jedna z moich pierwszych ulubionych piosenek – hipernostalgiczny cover utworu Message in a Bottle The Police w wykonaniu zespołu Filterfunk.

Naprawdę odpalcie sobie ten kawałek, żeby zrozumieć głębię mojego melancholijnego nastroju. Jako nastolatek ujścia dla tej tęsknoty szukałem w kontemplacji lipcowo-sierpniowych zachodów słońca. W ostatnich latach moja melancholia przybrała wreszcie formę w pełni dojrzałą: zostałem jesieniarzem. Nie ma bowiem bardziej retrostalgicznej pory roku niż jesień.

Jej tajemnica tkwi w paradoksalnej podwójności. Z jednej strony rozsłonecznione krwistorude liście w koronach zmierzchających drzew, z drugiej narastające półmroki, gęstniejąca mgła i pełzające coraz bliżej półcienie. Bycie jesieniarzem to nie estetyczna poza ani filtry na Instagramie (chociaż rudobarwny kardigan idealnie pasujący do spacerów po jesiennym parku oczywiście wisi w mojej szafie).

Jesieniarstwo to stan ducha, świadomość istnienia pomiędzy, rozpostarcia między życiem a śmiercią. Katolicka liturgia (wciąż osadzona w biologicznej cykliczności) doskonale oddaje istotę późnej jesieni. Mrok świątyni rozświetlany tylko przez miękkie światło świec. Nabożeństwo roratnie rozpoczynające się jeszcze przed wschodem słońca kształtuje postawę wyczekiwania. Po raz kolejny powraca więc pytanie: wyczekiwania czego?

Popkultura już dawno zamieniła Apokalipsę w katastroficzne łubu-dubu. Oczywiście u św. Jana znajdziemy obrazy zagłady i zniszczenia, ale wszystkie spadające gwiazdy i aniołowie pustoszący Ziemię to tylko drugorzędna ornamentyka, jakkolwiek absurdalnie to brzmi. Istota Apokalipsy kryje się bowiem w „zerwaniu zasłony”, do czego odsyła nas źródłosłów samego słowa.

Ostatecznie chodzi o zobaczenie swojego życia we właściwej perspektywie. Dlatego właśnie dzisiaj, w naszej małej schyłkowej epoce, niewiele rzeczy potrzebujemy bardziej niż odzyskania apokaliptycznej wyobraźni, apokaliptycznej zdolności patrzenia na świat i naszą własną egzystencję.

Trochę jak Filifionka, która wyznaje: „Ja, która co dzień przeżywam koniec świata i która mimo to nadal ubieram się i rozbieram, i jem, i zmywam, i przyjmuję wizyty, jak gdyby nigdy nic!”.

Wszyscy powinniśmy zostać apokaliptycznymi jesieniarzami. Apokaliptyczna wyobraźnia uwalnia bowiem od terroru nadmiaru rzeczy, wyzwala z przesyconej teraźniejszości, ale jednocześnie nie kieruje nas w stronę retrostalgii. 

Zamiast tęsknoty za nigdy nieprzeżytą przeszłości mamy wychylać się ku przyszłości, tęsknić za rzeczami nieprzeżytymi, ale wciąż tymi, które są jeszcze przed nami, a nie za naszymi plecami. Apokaliptyczne jesieniarstwo naprawia nasze popsute zegary i kalendarze.

Patrzeć na to, co poza murami doczesnego świata

Popkulturowa restrostalgia spod znaku Stranger Things więzi nas w wiecznym powrocie wypreparowanej przeszłości, obiecuje rzeczy, których nie może, a nawet nie chce tak naprawdę spełnić. To tylko tekturowa scenografia mamiąca nasze tęskniące serca błyszczącym pozorem.

Po drugiej zaś stronie dostajemy drapowany fatalizm ekoapokaliptyzmu. W nim również ukryta jest spora dawka moralnego fałszu, pozy, modnego pesymizmu w duchu, że „trzeba podawać dalej klimatyczne jeremiady, bo taki mamy zeitgeist”. Boję się, bo bać się po prostu wypada.

„Okna jej domu zwrócone są ku temu, co leży poza murami Świata” – tak o Niennie, jednej z Valarów, bogini smutku, miłosierdzia, ale też nadziei, pisał na kartach Sillmarillionu J.R.R. Tolkien. W tym lapidarnym zdaniu ukryta jest głęboka prawda. Jedną nogą twardo stać na gruncie doczesnego świata, drugą zaś przekreślać jego nabzdyczone stawki i pretensje, wychylając się w ciemności nieznanego.

Apokaliptyczne jesieniarstwo uczy pokory i dostarcza fundamentalnej świadomości, że nasza nostalgia nie ma wcale źródła ani przyczyny w tym świecie. Ona jest wołaniem spoza ziemskiego czasu. I tej tęsknoty nie zaspokoi ani wyidealizowana przeszłość, ani katastroficzna wizja przyszłości.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.