Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Polska flaga na produkcie nic nie znaczy? Jak zrobiono biznes z patriotyzmu

Polska flaga na produkcie nic nie znaczy? Jak zrobiono biznes z patriotyzmu Hala Mirowska/flickr.com

W teorii wszystko się zgadza. Polacy deklarują, że chcą kupować polskie produkty, bo przecież lokalne jest lepsze i ze względu na mniejszy ślad węglowy bardziej przyjazne środowisku. W dodatku wspieramy firmy, które płacą podatki u nas i tworzą nowe miejsca pracy, co przyczynia się do ogólnego społeczno-gospodarczego rozwoju. W praktyce jednak rzeczywistość nie jest już tak kolorowa. Wiele produktów z biało-czerwonym oznaczeniem na opakowaniu ma z polskim kapitałem niewiele wspólnego. Kupując je, wspieramy tak naprawdę zagraniczne koncerny. Dlaczego tak się dzieje i co zrobić, żeby to zmienić?

Czy aby na pewno polskie?

Badania mierzące trendy zakupowe Polaków ukazują się regularnie i zawsze wynika z nich, że zdecydowana większość chce kupować polskie produkty. Tym razem wynik to aż 83%! Obchodzony niedawno Dzień Polskiej Żywności był kolejną okazją do zmierzenia tego zjawiska. Badania przeprowadzono na zlecenie firmy Barbora i według przedstawionych wyników aż 83% Polaków zwraca uwagę, czy wybierane przez nich artykuły spożywcze są polskie.

Jeszcze wyższy wynik uzyskały badania przeprowadzone przez Kantar TNS na zlecenie PKN Orlen. Tam wskazano, że dla 87% Polaków informacja o tym, że produkt został wyprodukowany w naszym kraju, zachęca do jego zakupu. Warto przytoczyć jeszcze jedną liczbę z tych badań. 63% Polaków uważa, że kupowanie zagranicznych produktów osłabia pozycję Polski. Natomiast 2/3 badanych jest zdania, że na rynku można znaleźć polskie odpowiedniki większości zagranicznych produktów.

Skoro Polacy tak bardzo chcą kupować polskie produkty, to nic dziwnego, że firmy podkreślają ich krajowe pochodzenie. Jednak biało-czerwone oznaczenia, zamiast stać się drogowskazem gwarantującym spełnienie konsumenckich ideałów, okazały się pułapką stojącą w sprzeczności z naszymi oczekiwaniami. Każdy dział marketingu wyciągnął z tych wszystkich badań te same wnioski i stwierdził, że barwy narodowe Polski na opakowaniu to tani sposób na przyciągnięcie uwagi i zdobycie sympatii Polaków.

W efekcie oznaczenia o polskości produktów znajdziemy raczej na jogurcie tworzonym w zautomatyzowanej fabryce zagranicznego koncernu niż na śmietanie lokalnej spółdzielni działającej od 60 lat.

W sklepach zauważymy mnóstwo różnego rodzaju biało-czerwonych znaczków. Możemy je podzielić na 3 kategorie.

1. Kupczenie barw narodowych

Chodzi tutaj o sytuacje, gdy producent stosuje zupełnie niezrozumiałe oznaczenia i pozoruje znacznie większy związek swoich produktów z Polską, niż jest w rzeczywistości. Za polską firmę uchodzi spółka, którą kontroluje kapitał zagraniczny, a polską flagę można nakleić nawet na coś, co wytworzono z surowców importowanych. Warto sprawdzić, co na ten temat sądzą sami Polacy. Informacji na ten temat dostarczyło obszerne badanie ICAN Research.

Czytamy w nim, że „zdaniem Polaków, polski produkt to ten, który wyprodukowany jest z polskich surowców w Polsce, przez firmę z polskim kapitałem. Tylko co piąty Polak za polski produkt uzna taki, który został wyprodukowany w Polsce przez zagraniczną firmę i tu też jest sprzedawany”.

Barwy narodowe nie powinny chyba zdobić produktów, które zdaniem Polaków na wyróżnienie nie zasługują, prawda?

  1. Polishwashing 

W tym przypadku mamy do czynienia z zagranicznymi firmami, które w sposób uczciwy podkreślają to, co łączy je z Polską.

Na produktach wielu zagranicznych koncernów, takich jak Danone, Hochland czy Zott, znajdziemy hasła: „Z polskiego mleka”, „Wyprodukowane w Polsce”. Ten rodzaj oznaczeń, choć stosowany przez zagraniczne firmy, zasługuje na uznanie. Przynajmniej precyzyjnie informuje konsumenta, w jakim zakresie dany towar został wytworzony w Polsce. Przyczynia się to jednak do zwiększania liczby różnego rodzaju znaków w barwach narodowych.

  1. Biało-czerwony miszmasz

Polscy producenci również stosują szereg oznaczeń wykorzystujących barwy narodowe. Niestety każdy wymyśla własne, mnoży biało-czerwone byty, z których nic nie wynika.

Polski producent musztardy nakleja na etykiecie biało-czerwony prostokąt, a jego zagraniczna konkurencja biało-czerwone serduszko. W efekcie dla konsumenta nie ma zauważalnej różnicy między rodzinną polską firmą a zagranicznym koncernem, który przez 20 lat działalności w Polsce nie zapłacił ani złotówki podatku.

Barwy narodowe na produktach nie stanowią więc żadnej przewagi konkurencyjnej dla polskich firm, a umieszczanie takich towarów w koszyku wcale nie musi oznaczać, że wspieramy polską gospodarkę. Nasza flaga stała się modnym znaczkiem, który może podnieść wartość produktu, nawet takiego, który nie ma z naszym krajem zbyt wiele wspólnego.

Polskie prawo nie pomaga

Dopełnieniem tego obrazu jest rządowe oznaczenie „Produkt Polski”, za które odpowiada Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Wszelkie jego wady obszernie omówił Piotr Trudnowski. Absurdalność tego rozwiązania da się też zmieścić na poniższym twitcie:

Gdy weźmiemy pod uwagę, jak duże znaczenie ma dla Polaków pochodzenie produktów, nie dziwi fakt, że „patriotyczna” ekipa rządząca pochyliła się nad tym problemem. Jest to jednak patriotyzm w stylu ławek w konturze Polski – instalacji, które powstały nie wiadomo po co i nie odpowiadają na żadną potrzebę, problem czy stojące przed nami wyzwanie. Zróbmy cokolwiek, byle było biało-czerwone.

Rządowe oznaczenie niczego w kwestii świadomej konsumpcji nie zmieniło. Nadal nie wiadomo, który produkt jest polski, który tylko produkowany w Polsce i jaka polska tradycyjna marka została wykupiona przez Chińczyków. Co gorsza, to oznaczenie legitymizuje stosowanie biało-czerwonych oznaczeń przez zagraniczne firmy. Skoro sam rząd tworzy taką możliwość, to dlaczego firmy miałby z niej nie korzystać?

Administracja publiczna nie jest w stanie odpowiedzieć na ten problem zgodnie z oczekiwaniami Polaków, ponieważ według prawa Unii Europejskiej nie możemy wartościować firm ze względu na pochodzenie kapitału. Wszelkie tego typu inicjatywy w innych krajach UE zostały zablokowane przez Komisję Europejską.

Prawda jest taka, że to oznaczenie szkodzi szczytnej idei patriotyzmu gospodarczego. Lepiej pozostawić konsumentów bez żadnej informacji, tak aby sami podjęli wysiłek znalezienia odpowiedzi, niż wprowadzać ich w błąd i dawać ułudę niezbędnych informacji legitymizowanych przez ministerstwo.

Jeśli nie jesteśmy w stanie robić tego dobrze, to może nie róbmy tego wcale? Zamiast dodawać kolejne biało-czerwone oznaczenie rządowe czy komercyjne, może lepiej całkowicie zakazać biało-czerwonych znaczków, rozszerzając ochronę symboli narodowych na sklepowe półki? Warto w tym miejscu dodać, że Klub Jagielloński sam takie oznaczenie posiada i udziela licencji na jego użytkowanie członkom Klubu Przyjaciół Poli.


Mniej radykalną, a zarazem diametralną zmianę na lepsze uzyskamy dzięki jednej literce. Warto znowelizować ustawę o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych i przemianować znak „Produkt Polski” na „Produkt z Polski”. To taka sama różnica jak między Polakiem a kimś, kto przyjechał z Polski.

Oznaczenie dalej spełniałoby swoją funkcję, czyli informowałoby o tym, które produkty zostały wytworzone w Polsce zgodnie z wytycznymi ministerstwa, ale nie wprowadzałoby już w błąd, bo kwestia kapitału firmy pozostawałaby niedopowiedziana. Każdy, komu produkcja w Polsce wystarcza, mógłby zatrzymać się na tym oznaczeniu, a bardziej ambitni zakupowi patrioci szukaliby dalej z pomocą takich narzędzi jak aplikacja Pola. Zabierz ją na zakupy.

Obywatelska straż konsumencka

Jeśli rządzący faktycznie chcieliby zrobić coś dla świadomej konsumpcji, to powinni zadbać przede wszystkim o wolny dostęp do niezbędnych danych na temat przedsiębiorstw. Różne instytucje publiczne monitorują szereg procesów dotyczących działania przedsiębiorstw, od produkcji, przez transport, po kwestie podatkowe.

Każdy podmiot kontrolny mógłby zastanowić się nad tym, jakich danych istotnych dla konsumentów mógłby dostarczyć. Niezbędna byłaby również instytucja, która zagreguje te dane i zadba o to, by były dostępne w jednym miejscu i w jednym formacie. Nie musimy w tym celu tworzyć nowego bytu. Doskonale do tej roli nadaje się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, którego celem powinno być nie tylko skuteczne karanie firm za nieuczciwe praktyki, ale także edukowanie konsumentów i wyposażanie ich w narzędzia weryfikacji i wykrywania nieprawidłowości.

Argumentów na rzecz rozbudowy społecznej kontroli producentów dostarcza raport autorstwa Marcina Kędzierskiego, eksperta Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, przygotowany dla Europejskiego Funduszu Rozwoju wsi Polskiej. Po pierwsze, łączenie danych gromadzonych przez różne podmioty pozwala na skuteczniejsze i bardziej precyzyjne kontrole. Po drugie, już teraz borykamy się z brakami kadrowymi, a ten problem w nadchodzących latach będzie się nasilał. Włączenie obywateli w proces kontroli wiarygodności przedsiębiorstw może być odciążeniem dla administracji publicznej, szczególnie w sytuacji, gdy konsumenci (co wynika z przedstawionych badań) chcą wiedzieć, co i od kogo kupują.

Kolejna kwestia dotyczy tego, że konsumentom informacja o polskości produktu przestaje już wystarczać. Oczekują informacji o jakości, uczciwości przedsiębiorcy oraz aspektach ekologicznych, których nie da się dostarczyć bez odpowiednich danych.

Ostatnie kryzysy, takie jak pandemia, masowa migracja z Ukrainy czy nawet zanieczyszczenie Odry, pokazały nam dwie rzeczy. To, że dostęp do wiarygodnych danych jest niezwykle ważny oraz to, że obywatele potrafią się zorganizować i mierzyć z licznymi wyzwaniami społecznymi dzięki oddolnie wypracowanym inicjatywom.

Przykładem na to, jak skutecznie wykorzystać dane do zwiększania świadomości, jest sama aplikacja Pola, ale także inicjatywy takie jak Zdrowe Zakupy, Clean Clothes czy Alarm Smogowy. Kwestią analizy, oceny i certyfikacji mogą zajmować się organizacje pozarządowe, jeśli zostaną wyposażone w odpowiednie dane.

W kręgach rządowych nie powinno się dyskutować o tym, jak ułożyć prawo w tym zakresie, tylko jak stworzyć obywatelom dostęp do danych. Dla zwiększenia wiarygodności takiego procesu warto uregulować status organizacji konsumenckiej i dostęp do omawianych danych zapewnić wyłącznie tym podmiotom, które taki status uzyskają. Wtedy społeczna straż konsumencka zyskałaby nie tylko narzędzie, ale też niezbędną wiarygodność.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.