Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Przemęczeni nauczyciele na półtora etatu i przeludnione klasy. Czeka nas trudny rok szkolny

Przemęczeni nauczyciele na półtora etatu i przeludnione klasy. Czeka nas trudny rok szkolny Grafikę wykonała Julia Tworogowska.

Początek roku szkolnego w niewielkim tylko stopniu przypomina dzisiaj (w miarę) radosne wydarzenie z czasów, jakie może mieć w pamięci obecne średnie pokolenie. Nieźle będzie jeszcze wśród młodszych uczniów, natomiast najstarsze roczniki podstawówki pójdą do szkoły z obawami, a nade wszystko z niepewnością spowodowaną rekrutacją do szkół ponadpodstawowych. Co więcej, wielu nauczycieli nie wróci po tych wakacjach do szkolnych murów, a ubytków nie wypełnią młodzi entuzjaści, bo sami zniknęli z systemu. Znakiem czasu jest ogromna frustracja tej grupy zawodowej


Nic dziwnego, skoro przyczyny, które popchnęły nauczycieli do strajku w 2019 roku, uległy pogłębieniu, a dodatkowo pojawiły się nowe. To symptomatyczne, że Związek Nauczycielstwa Polskiego zapowiada akcję protestacyjną i dopuszcza możliwość ponownego strajku. Presja sytuacji najwyraźniej jest silniejsza niż wspomnienie porażki sprzed 3 lat; zresztą nauczycielska „Solidarność”, choć cały czas dystansuje się od pozostałych związków, również wyraża swoje niezadowolenie z obecnej sytuacji.

36-osobowe klasy, braki kadrowe i niekończąca się niepewność

Dawna atrakcja numer jeden dla dzieci i młodzieży – spotkanie po wakacjach dawno niewidzianych przyjaciół, dzięki wszechobecnej elektronice straciła na znaczeniu. Często bliżsi bywają obecnie znajomi z Instagrama albo TikToka niż towarzysze ze szkolnej ławki.

Specjalne wrażenia zarezerwowano dla świeżo upieczonych licealistów z największych miast, którzy będą musieli odnaleźć się w klasach nawet 36-osobowych. W zależności od pojemności budynku może być ich nawet 10 i więcej na jednym poziomie. Atrakcją dla tej grupy uczniów mogą być nowe znajomości, ale nie dla wszystkich, bo umiejętność nawiązywania kontaktów dość mocno po pandemii kuleje.

Trudno w tym miejscu nie wspomnieć o kilkuset tysiącach młodych uchodźców z Ukrainy, którzy zostali przyjęci do polskich placówek oświatowych. W tym celu podwyższono limity liczebności grup i stworzono nowe klasy. Niestety największe zapotrzebowanie jest w dużych miastach, gdzie brakuje zarówno miejsca w szkołach, jak nauczycieli praktycznie już wszystkich przedmiotów.

Mimo tego, że Polacy z ogromnego entuzjazmu rzucili się na pomoc uchodźcom z Ukrainy, na dłuższą metę ich zwiększona obecność w przedszkolach i szkołach zapewne okaże się bardzo kłopotliwa.

Większość rodziców młodszych uczniów jak zwykle powita z radością możliwość oddania swoich pociech pod opieką nauczycieli. Posiadacze nieco starszego potomstwa będą jednak stresować się coraz bardziej, bo odsetek zadowolonych z tego, co obecnie oferuje polska szkoła maleje, a niepewność perspektyw życiowych czyni sytuację jeszcze bardziej nerwową.

Stosunkowo najlepiej poradzą sobie rodzice, którzy szkołą swojego dziecka specjalnie się nie interesują, bo wierzą słowom samozwańczego hymnu polskiej edukacji: „Jakoś to będzie!”. Przynajmniej tak długo, póki system nie nadepnie im na odcisk, ale szczęśliwie dla (każdej) władzy zazwyczaj są wtedy przekonani, że to wina głupiego nauczyciela lub nieudolnego dyrektora.

A jeśli już mowa o nauczycielach, to tylko najwięksi szczęśliwcy i/lub optymiści powrócą do pracy z wiarą, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Jak co roku, tylko bardziej, braki kadrowe zasypią coraz liczniejsze nadgodziny i cieszący się jeszcze dobrym zdrowiem, zahartowani w oświatowych warunkach nauczyciele-emeryci.

Przy odrobinie szczęścia nowi uczniowie szkół ponadpodstawowych mogą liczyć na komplet nauczycieli, jakkolwiek z dużym prawdopodobieństwem część tego grona stanowić będą stachanowcy pracujący na 1,5 i więcej etatu, a to z przyczyn ekonomicznych lub z litości dla dyrektora usiłującego naciągnąć krótką kadrową kołderkę.

Przyszłoroczni maturzyści z pewnością nie unikną emocji związanych z perspektywą nowej formuły egzaminu dojrzałości. Będzie on dłuższy, z języka polskiego oparty na liczącej kilkadziesiąt pozycji liście lektur, których dokładną znajomością trzeba będzie się wykazać w części pisemnej, a do tego odpowiedzieć ustnie na 2 pytania wylosowane z jawnej listy liczącej, bagatela, 280 pozycji.

Warto przy tym mieć świadomość, że maturzyści będą mieli za sobą blisko grubo ponad rok edukacji w wersji zdalnej, a ich nauczyciele poznali zakres wymagań egzaminacyjnych 1,5 roku przed maturą, czyli co najmniej 2 lata za późno.

Optymiści mogą liczyć, że niezawodny dla każdej władzy dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, Marcin Smolik, zadba, by dobre wyniki potwierdziły słuszność reformatorskiej linii rządzącej władz oświatowych. Mieliśmy tego próbkę w minionym roku szkolnym, kiedy to średnia wyników egzaminu ósmoklasisty z matematyki niemal dogoniła wyniki z języka polskiego.

To zdarzenie bez precedensu w przeszłości – różnica zawsze wynosiła kilkanaście pkt. procentowych na korzyść tego drugiego przedmiotu, która może oznaczać albo mało prawdopodobną niekompetencję autorów testów, albo manipulację mającą wykazać, że mimo pandemii polski system oświatowy radzi sobie doskonale. Opinia ludzi znających rzeczywistość szkolną zdecydowanie skłania się ku tej drugiej możliwości. Przyszłoroczny maturzysta może więc mieć nadzieję, że jakoś to będzie, ale nerwy dadzą znać o sobie na pewno.

Tak mniej więcej wygląda perspektywa nadchodzącego rozpoczęcia roku szkolnego z punktu widzenia całkiem niemałej grupy ludzi przekonanych, że dzieło Anny Zalewskiej, Dariusza Piontkowskiego i Przemysława Czarnka prowadzi wprost do ruiny systemu publicznej edukacji. Jest jednak również spojrzenie odmienne.

Dwa równoległe światy w edukacji

Wizja rzeczywistości prezentowana przez ministra Czarnka jest optymistyczna. Państwo inwestuje w edukację: padła ostatnio kwota 10 mld zł w ciągu kilku lat, która brzmi dobrze, choć w istocie w stosunku do potrzeb jest śladowa. Nauczyciele zarabiają coraz lepiej – w tym roku o 4,4% więcej, a początkujący nawet o 20%, dzięki czemu w styczniu płaca minimalna nie przewyższy uposażenia takiego nauczyciela.

Minister Czarnek twierdzi stanowczo, że wakaty nauczycielskie nie są żadnym problemem, bo jest ich raptem kilkanaście tysięcy. Wyraża tym samym wiarę w skuteczność zabiegów kadry kierowniczej i tolerancję kuratoriów zatwierdzających podania o możliwość zatrudnienia ludzi bez kwalifikacji, którzy częściowo przynajmniej podratują sytuację. O poziomie nauczania taktownie się nie mówi, zresztą rosnący rynek korepetycji pomoże przypudrować rzeczywistość. No i jakoś to będzie…

Ministerstwo Edukacji i Nauki jest zapewne głęboko przekonane do swojej wizji obecnej sytuacji. Wierzy mu również część społeczeństwa. Krytycy ministra przedstawiają natomiast rozliczne argumenty, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej.

Mamy więc 2 obrazy sytuacji w polskiej oświacie, a największym paradoksem jest to, że oba są prawdziwe. Przynajmniej na miarę czasów postprawdy. Kategoria prawdy obiektywnej zniknęła i to jest chyba największa tragedia edukacji, która powinna być oparta na fundamencie faktów i rozumu. Jedno i drugie stało się dzisiaj niemodne.

Dwa światy tkwią więc w klinczu, który posiada też pewne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Tak naprawdę mamy w Polsce dwa oblicza edukacji – wielkomiejskie – w kryzysie, o którym mówią krytycy ministra, i peryferyjne, które funkcjonuje może niezbyt bogato, ale jeszcze we względnej stabilizacji kadrowej i w warunkach mniej anonimowych, które pozwalają na cieplejsze relacje wewnętrzne.

Każdy czytelnik tego artykułu może zastanowić się, do której wizji jest mu bliżej. Sądzę, chociażby z racji pracy w wielkim mieście, że sytuacja jest bardzo zła, nawet jeśli kryzys nie dotyka wszystkich środowisk w jednakowym stopniu. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że opisane powyżej negatywne zjawiska, np. brak kadr nauczycielskich, rozprzestrzenią się na cały kraj, aniżeli to, że relatywny spokój małych środowisk spłynie do wielkich miast.

Nowy rok, stare problemy, tylko większe

Spróbujmy więc zrobić krótki bilans otwarcia roku szkolnego 2022/2023. Jeśli przyjąć, że w każdej społecznej organizacji najważniejsi są ludzie, to mamy duży kłopot. Nigdy w historii III Rzeczpospolitej pozycja zawodowa nauczycieli nie była tak słaba, a frustracja tak ogromna.

Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście aspekt finansowy. Zarobki tej grupy pracowników budżetówki są bardzo niskie i druzgocąco przegrywają z inflacją. Co więcej, nie ma żadnej realnej perspektywy poprawy sytuacji, co zniechęca młodych ludzi do podejmowania pracy w oświacie. Narasta więc luka pokoleniowa.

Minister Czarnek zrzuca odpowiedzialność na związki zawodowe, które nie chcą przyjąć jego propozycji zmian. Związki faktycznie ich nie przyjmują, słusznie twierdząc, że jest to tylko oferta dużo większej pracy za nieco większe pieniądze. Zwracają też uwagę, że system wchłonął setki tysięcy dzieci ukraińskich, wydatnie pogarszając warunki pracy wielu nauczycieli bez gratyfikacji finansowej. Władze resortu tych problemów najwyraźniej nie dostrzegają.

Pieniędzy nie ma, perspektyw poprawy też nie, natomiast jest nowy system awansu zawodowego i nowy przedmiot – historia i teraźniejszość – z kontrowersyjnym podręcznikiem. Zmiany wprowadzone przez ministra Czarnka, które w trudnym czasie pandemii, wojny na Ukrainie i kryzysu psychicznego młodego pokolenia nie należą do najpilniejszych. To mieszanie w dziurawym kotle, odbierające resztki entuzjazmu wielu dyrektorom i nauczycielom.

Fatalna atmosfera, wypalenie zawodowe, zmęczenie zdalnym nauczaniem i ciągłymi zmianami w następstwie nieprzemyślanych reform to problemy, które trapią dużą grupę pracowników oświaty. Do tego dochodzi jeszcze poczucie bycia pogardzanym.

Strajkujący w 2019 roku nauczyciele nie tylko zostali wymanewrowani przez władze, ale spotkali się z ogromną niechęcią podsycaną przez rządową propagandę. Żal do szerokich rzesz rodziców za ówczesny brak poparcia cały czas tkwi w głowach wielu nauczycieli, odbiera im entuzjazm do pracy.

Inna sprawa, że z całej obecnej treści przepisów oświatowych wynika, że ministerstwo nie potrzebuje samodzielnie myślących entuzjastów, ale karnych funkcjonariuszy. Nauczyciele nie mają siły się temu przeciwstawić, dlatego przestali patrzeć w przyszłość. Najważniejsze stało się przetrwanie lub znalezienie innego sposobu na życie.

Ucieczka do prywatnego systemu

Rozważając optymizm ministra Czarnka, warto zwrócić uwagę, że w ostatnich latach dochodzi do prawdziwego exodusu uczniów ze szkół publicznych. Placówki niepubliczne powstają jak grzyby po deszczu, a te istniejące przeżywają oblężenie.

Z raportu przygotowanego przez firmę Our Kids w 2019 roku na podstawie danych ogłoszonych przez MEN wynika, że w latach 2014-2018 liczba wszystkich niepublicznych placówek edukacyjnych wzrosła o 17,15%, a liczba uczęszczających do nich uczniów o 29,73%.  Autor artykułu nie dysponuje nowszymi danymi, ma jednak coroczny wgląd w sytuację z racji swojej funkcji dyrektora warszawskiej szkoły społecznej. Liczba rodziców chcących zapisać swoje dzieci rośnie lawinowo i to samo dotyczy praktycznie wszystkich znanych mu placówek.

Z kolei kryzys zaufania do instytucji szkoły powoduje, że coraz więcej rodziców wybiera dla swoich dzieci edukację domową. To nadal jeszcze margines, zaledwie około 20 tysięcy uczniów (na 4,7 mln), ale wzrost rok do roku wynosi po kilkadziesiąt procent i tendencja ta nie słabnie.

Pierwsze ze wspomnianych powyżej zjawisk oznacza stopniową prywatyzację systemu, co jest ewidentnie sprzeczne z interesem społecznym, na którego straży powinno stać państwo. Drugie to żywy dowód porażki systemu.

Powody do niepokoju są tym większe, że nie ma możliwości, by cała edukacja przeniosła się do sfery niepublicznej lub domowej. Istnieje za to realna groźba, że zamiast wyrównywać szanse uczniów, polskie szkolnictwo będzie pogłębiać rozwarstwienie społeczne.

***

To tylko krótki szkic wyzwań stojących przed polską edukacją w rozpoczynającym się nowym roku szkolnym. To smutne, jak wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy i nie jest zainteresowanych tematem tak istotnym dla przyszłości Polski. Tym samym społeczna presja na polityków, aby zmienić oblicze polskiej edukacji, jest zbyt mała, abyśmy mogli spodziewać się tak potrzebnych zmian.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.