Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Polska oglądana z osiedlowej pizzerii Max. „Nie ma i nie będzie” Magdaleny Okraski

Polska oglądana z osiedlowej pizzerii Max. „Nie ma i nie będzie” Magdaleny Okraski Mateusz Butkiewicz/unsplash.com. Białystok

Okej, w porządku. Długimi partiami książkę Magdaleny Okraski czyta się jak imieninowe opowieści wujka o tym, jak sk******ny rozkradły Polskę. Tylko że ten wujowo-malkontencki ton nie wynika z zoologicznej nienawiści do Leszka Balcerowicza i gloryfikowania Polski z wielkiej płyty. Autorka Nie ma i nie będzie nie potrafi się pogodzić, że dyskusja na temat prowincji toczy się w duchu „co zrobić, aby młodzi wrócili do swoich rodzinnych miast”. Okraska tęskni za światem, w którym większość tych 20-latków nigdy nie musiałaby rozważać żadnego wyjazdu, a dobre życie toczyłoby się w Myszkowie, Tarnobrzegu czy Wałbrzychu.

Tęsknota za sensem wcielonym w fabryczne hale

Nie ma i nie będzie to swoista kronika utraconego świata pisana mieszanką żalu, frustracji i wściekłości. Dla autorki podróże po kolejnych postindustrialnych miastach powołanych do życia przez Polskę Ludową są okazją do kolekcjonowania powidoków i zdegradowanych pozostałości po uniwersum, które do dziejowego grobu zostało złożone w czasie transformacji ustrojowej.

W centrum tego minionego świata znajdował się wielki zakład przemysłowy zatrudniający kilkadziesiąt tysięcy robotników, inżynierów i kadry zarządzającej. Wokół niego powstawał cały złożony ekosystem: mniejsze przedsiębiorstwa orbitujące wokół zakładu-matki, osiedla z wielkiej płyty, żłobki, przedszkola, podstawówki, przyzakładowe szkoły zawodowe, przychodnie, sklepy, osiedlowe knajpy, lokalne kina. W ten sposób komunistyczna Polska powoływała stopniowo do życia cały społeczny mikrokosmos miasta przemysłowego.

Za czym tęskni Magdalena Okraska? W jej industrialnej nostalgii nie chodzi o żadną gloryfikację PRL-u i wybielanie rządów komunistów. Owszem, Nie ma i nie będzie to specyficzna wersja popularnej w ostatnich latach duchologii. Tylko że przedmiotem melancholijnej tęsknoty nie jest dzieciństwo na trzepaku, gra w kapsle i naklejki z gum Turbo przyklejane na meblościanki. Okraska stworzyła reporterską kronikę duchologiczną ze świata rodziców obecnego pokolenia 40-latków, które dziś odgrzebuje stare zdjęcia rodzinne z pudełek po butach.

Tak, lata 90. i transformacja ustrojowa odgrywają w książce istotną rolę. Ale dzieje się tak dlatego, że stanowią przełomową cezurę – są momentem końca starego przemysłowego świata. Nie ma i nie będzie stanowi specyficzny hołd złożony PRL-owskiemu welfare state, pewnej integralnej formie życia, jaką nadwiślańska wersja zachodniego państwa dobrobytu wytworzyła w latach 60. i 70.

Formie życia, która przy wszystkich swoich ograniczeniach i niedoróbkach oraz całej swojej pokraczności gwarantowała stabilność, powtarzalność i przewidywalność. Niczym opisany w książce tramwaj linii numer 46, który przez dekady umożliwiał mieszkańcom Ozorkowa podróżowanie do Łodzi. Trasa liczyła 29 km, przejechanie całości zajmowało ponad 1,5 godziny. Tramwaj-instytucja, w ramach której rodziły się codzienne relacje między pasażerami.

Ten stary przemysłowy świat milionom Polaków zapewnił realny awans społeczny, a przy okazji dawał im poczucie godności. Nieprzypadkowo Okraska raz po raz podkreśla rolę pracy zawodowej w życiu swoich bohaterów. Tkacze, kolejarze, górnicy – profesje, które nie tylko umożliwiały utrzymanie rodziny, ale były traktowane jako rodzaj życiowego powołania.

Wreszcie, razem z całym uniwersum przemysłowego Tarnobrzega, Wałbrzycha czy Myszkowa, dostarczały ludziom poczucie egzystencjalnego sensu: „Jak to bywało za każdym razem, zakład to nie był tylko zakład, to nie była sama praca od-do. Wartex to także świetlice, wczasy w zaprzyjaźnionych ośrodkach branżowych (zakład nie miał własnego), kolonie dla wszystkich zgłoszonych dzieci, żeńska orkiestra dęta, klub sportowy Włókniarz, stołówki. Niczym przędzą, którą produkowano pod dachami przy ulicy Kościuszki, cała okolica i pracownicy połączeni byli siecią zależności, w których centrum zawsze była praca.” – jak pisała Okraska.

Co ciekawe, dokładnie takie rozumienie PRL-owskiego państwa dobrobytu znajdziemy także w niedawno wydanej książce Marka Szymaniaka pt. Zapaść. Bielawa, w województwie dolnośląskim, czasy współczesne: „- W ciepłe dni przychodziłam z mężem i dziećmi nad wybudowany przez zakład zbiornik »Sudety« – opowiada pani Stefania. – Wszystko kręciło się wokół fabryki. Kominy zakładów dymiły, syreny wyły i wyznaczały rytm dnia. Hałas zakładu był tłem dla życia miasta. Był cały czas. Tak samo zapach. Każdy tu znał zapach bawełny. Tego nie da się zapomnieć. To skończyło się razem z fabryką. Życie miasta skończyło się razem z fabryką. Z kominów było zapylenie, dym, a z zakładów szum, ale kiedy ich zabrakło, to wszystko zamarło”.

Zakład funkcjonował niczym struktura sensotwórcza – integralny świat przemysłowego miasta dawał poczucie zakorzenienia, bycia u siebie, gwarantował cel i egzystencjalny sens, który dla części ludzi wyparował wraz z likwidacją zakładów w latach 90. Możemy to lekceważyć, bagatelizować, wrzucać tych ludzi do worka z etykietą roszczeniowych homo sovieticus, ale to nic nie zmieni. Transformacja ustrojowa dla tysięcy Polaków oznaczała szansę, dla innych tysięcy- rozpad ich dotychczasowego życiowego ładu.

Okraska, Legutko i światy zerwanej ciągłości

Oczywiście, przyjęcie takiej jasno określonej perspektywy – jak najbardziej słusznej, uzasadnionej i potrzebnej – niesie ze sobą także zasadnicze zagrożenie jednostronnością i redukcyjnym spojrzeniem na najnowszą historię Polski. I faktycznie, długimi fragmentami Nie ma i nie będzie czyta się jak lamentację nad starym, ukochanym i bezpowrotnie odebranym przemocą światem.

Co ciekawe, pod tym kątem książka Okraski wygląda jak małomiasteczkowa wersja… Eseju o duszy polskiej Ryszarda Legutki. Zarówno Okraska, jak i Legutko napisali osobistą opowieść o zerwanej ciągłości i utracie starego wymarzonego uniwersum.

Dla autorki Nie ma i nie będzie momentem zerwania ciągłości jest transformacja ustrojowa, a winnymi elity polityczne rodzącej się III RP; natomiast dla profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego momentami fundacyjnymi dla utraty starego i narodzin nowego porządku są II wojna światowa i rządy komunistów. Oczywiście, na tym podobieństwa między obiema książkami się kończą, bo w eseju Legutki nie znajdziemy choćby jednego pozytywnego zdania na temat Polski Ludowej, która dla Okraski jawi się momentami niczym raj utracony.

Przyjęcie tak mocnej aksjologicznej perspektywy rodzi w konsekwencji specyficzne skutki w podejściu do czasu. Dla autorki Nie ma i nie będzie teraźniejszość odwiedzanych postindustrialnych miast istnieje tylko jako brak przeszłości. Okraska momentami przeprowadza swoiste seanse spirytualistyczne, wywołując z odmętów przeszłości nigdy niezrealizowaną przyszłość („Tak jakby Tarnobrzeg był awatarem miasta, cieniem nawet nie tyle dawnej świetności, jak wiele innych miejsc, co – cieniem dawnych planów na przyszłość, która się nie wydarzyła”) lub duchologicznie i skrupulatnie dokumentując powidoki śmierci dawnych przemysłowych ośrodków („Mam stare zdjęcia zakładu z czasów funkcjonowania, fotografie ruin i mapy elektroniczne, przedstawiające, jak to niezamierzenie ironicznie głoszą podpisy »miejsca nieistniejące«”). Kartografia industrialnego upadku w ponurej krasie.

Czy transformacja ustrojowa musiała się koniecznie skończyć tak jak się skończyła? 

Kluczowe pytanie w tym kontekście brzmi następująco: czy ta nigdy niezrealizowana przyszłość utraconego uniwersum mogła się faktycznie ziścić? Odpowiedz udzielana na kartach książki jakby mimochodem, ale dobitnie brzmi: mogła, ale została pogrzebana w dziejowym grobie przez autorów szokowej terapii lat 90.

Nie mam zamiaru bronić tutaj kształtu transformacji ustrojowej ani wchodzić w rolę adwokata Leszka Balcerowicza. To jasne, że przynajmniej niektórym PRL-owskim zakładom należało dać szansę na przetrwanie i wejście w nowy porządek ekonomiczny, a nie z gorliwością wolnorynkowego neofity pełnić funkcję grabarza „komunistycznej masy upadłościowej”.

Na prywatyzacji zakładów swoje zarobili nieliczni, dorobek życia traciły miliony, a część przejęć to było z pewnością prewencyjne likwidowanie konkurencji przez zachodnie korporacje. Do tego momentu zgadzam się z diagnozą i frustracją Okraski. Jednocześnie nie uważam – i to ze szczerym smutkiem – że samo wymazanie Balcerowicza czy premiera Bieleckiego z alternatywnej historii Polski lat 90. rozwiązało by problem, a stara przemysłowa forma życia by ocalała.

W książce brakuje bowiem uwzględnienia realiów tamtych czasów. Polska w 1989 r. była bankrutem. Nie było pieniędzy na wypłaty podstawowych świadczeń, takich jak emerytury czy renty. Przetrwanie polskiej gospodarki było uzależnione od kroplówki płynącej z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. MFW zaś wymagało realizacji bardzo liberalnego programu reform. Przekonania ekonomiczne ówczesnej epoki oraz rzeczywistość budżetu państwa polskiego, z którego trzeba by dotować nierentowne zakłady państwowe, nie pozwalały na ocalenie świata Magdaleny Okraski w całości.

Transformacja ustrojowa, owszem, nie była kwestią nieuchronnego losu i dziejowego fatum, ale jednocześnie Polska nie była wyspą odizolowaną od reszty świata. I tak jak PRL-owska wersja państwa dobrobytu wpisywała się w oryginał z Zachodu, tak i w latach 90. nie ucieklibyśmy od wiatrów globalnej historii.

A te były nieubłagane: rozpoczęła się kapitalistyczna „wędrówka fabryk” na Wschód, a stabilna forma przemysłowego życia zaczęła znikać także w Wielkiej Brytanii, we Francji czy Włoszech. Polskie zakłady straciłyby najprawdopodobniej dotychczasowe rynki zbytu z tego właśnie geoekonomicznego powodu, ale także w konsekwencji geopolitycznego collapsu ZSRR.

To jasne, że należało dać naszym zakładom szansę, ale ocalenie wszystkiego i wszystkich było poza czyimikolwiek możliwościami. Bo niestety większość tych dawnych przedsiębiorstw i tak pewnie by upadła. Ale przynajmniej ich pracownicy przegraliby po samodzielnej walce, bez poczucia goryczy, frustracji i upokorzenia, że decyzją kilku anonimowych polityków z Warszawy cały dorobek ich życia z dnia na dzień został wyrzucony na śmietnik.

Prowincja to nie jest vintage gadżet

Pomimo swego lamentacyjnego tonu Nie ma i nie będzie ma jedną fundamentalną zaletę: pozbawiona jest mieszanki paternalistycznego modernizatorstwa i chłopomańskiej maniery. Skrajnym przykładem tego połączenia jest książka Polska przydrożna Piotra Mareckiego. Autor w dwa tygodnie przejechał samochodem 4900 km, a Wydawnictwo Czarne z jakiegoś tajemniczego powodu uznało, że te pretensjonalne migawki z podróży, która równie dobrze mogłaby odbyć się via Google Maps, odkrywają jakąś prawdę o Polsce małych miast.

Magdalena Okraska nie chce zmieniać prowincji na obraz i podobieństwo inteligenckich elit ze stolicy. Jej książka pozbawiona jest swoistego dyskursu rewitalizacji, przekonania, że mieszkańców starych postindustrialnych miast trzeba na siłę zmieniać, reedukować, kulturalnie dokształcać. Okraska chce zapewnić im społeczny awans i przywrócić dawne poczucie godności z codziennego życia, ale nie chce ich zmuszać do „awansu” kulturalnego. Doskonale to widać w tych wszystkich fragmentach książki, kiedy autorka wspomina z nostalgią stary klub piłkarski w Wałbrzychu, kiedy odwiedza bary mleczne, kiedy pije tanie piwo w osiedlowych knajpach.

Dla autorki Nie ma i nie będzie polska prowincja nie jest kolejnym modnym tematem do przegadania na seminariach i kawiarniach, czymś w rodzaju vintage gadżetu jak zdjęcia starych modernistycznych bloków, nie stanowi też kolejnej okazji do „sygnalizowania cnoty”. Okraska nie instrumentalizuje mieszkańców tzw. Polski B, aby z troską „pochylać się nad ich problemami” i w ten sposób podbijać swoje moralne ego. Bo przecież oni wszyscy są tacy wykluczeni, więc trzeba im pomóc! A jak im pomóc? Zmienić całą Polskę na kształt Warszawy i pozostałych metropolii.

Nie ma przypadku w tym, że Nie ma i nie będzie pozbawione jest polityki, PiS-u, LGBT i innych głośnych tematów ostatnich lat. Dla Okraski to są rzeczy drugorzędne. To, co się liczy, to stworzenie świata, w którym z 50-tysięcznego miasta nie będą musieli wyjeżdżać ani homoseksualiści, ani pro-lajferzy.

Ludowa historia Polski według Magdaleny Okraski

Reportaż stanowi ważny i potrzebny głos nie tylko w ramach popularnego w ostatnich latach nurtu książek o Polsce małych i średnich miast. Nie ma i nie będzie można bowiem rozpatrywać jako alternatywny sposób opowiadania ludowej historii Polski. W przeciwieństwie do dominującego dzisiaj sposobu jej konceptualizacji, na czele z opasłym tomiszczem autorstwa Adama Leszczyńskiego, Okraska pisze o Polsce ludowej, ale tej, którą wciąż znajdziemy poza największymi miastami i tej, która istniała jeszcze kilkadziesiąt lat temu w okresie PRL.

Autorka „Nowego Obywatela” nie ucieka więc w wygodną figurę wykluczonego chłopa pańszczyźnianego. Wygodną, bo tak mocno oddaloną historycznie, że łatwo poddającą się bieżącego instrumentalizacji w walce politycznej. I wygodną, bo pozbawioną możliwości zderzenia się dzisiaj z realnymi „ludźmi z ludu”. W przeciwieństwie do mieszkańców Myszkowa czy Wałbrzycha, którzy swoją „ludowością” nie podpadają pod inteligencko skrojone wyobrażenia o tym, jak mają wyglądać „wykluczeni”, nad którymi należy się dzisiaj „pochylać”.

Najwyraźniej tę alternatywną „metodologię” historii ludowej można dostrzec w początkowych fragmentach książki poświęconych historii biedaszybów w Wałbrzychu. Okraska unika dwóch skrajnych narracji na ten temat. Z jednej strony zredukowania całego zjawiska do patologii, społecznego marginesu i życiowych przegrywów, którzy sami są sobie winni, bo pewnie wszystkie pieniądze i tak przepijają w monopolowym.

Z drugiej strony mieszanki reportażu interwencyjnego w stylu „Uwagi” lub programu Elżbiety Jaworowicz z postawą zaangażowanego lewicowego aktywisty, który w wakacje leci na dwa tygodnie kopać studnie w Amazonii, bo ci Indianie tacy biedni i potrzebują koniecznie pomocy od białego wolontariusza z Zachodu.

Dla autorki Nie ma i nie będzie pracownicy biedaszybów są po prostu ludźmi, którzy zmuszeni przez historyczne okoliczności, bez ich decyzji i wpływu, w rzeczywistości kilkudziesięcioprocentowego bezrobocia, robią wszystko, aby utrzymać siebie i rodzinę. To nie żadne nieroby i nieudacznicy – to ludzie, których należy szanować i podziwiać za gotowość wzięcia odpowiedzialności za siebie w skrajnych warunkach, bez żadnego zewnętrznego oparcia w społecznych strukturach i państwowych instytucjach. Górnicy w biedaszybach to tacy sami bohaterowie polskiej transformacji ustrojowej jak przywoływani dzisiaj z nostalgią bazarowi handlarze.

Taka perspektywa rymuje się z prawicową wersji ludowej historii Polski i konserwatyzmem z wielkiej płyty, jakie znajdziemy w książce Wojciecha Muchy pt. Miasto noży: „Mucha przedstawiając losy Małpy i Browarnika, a także pokolenia ich rodziców, proponuje zastosować do ich opisu zasadę »trzy razy »»n««: niewidzialni, niemi, nieistotni. Dlatego podstawowy wymiar Miasta noży jest etyczny: były gniazdowy Cracovii oddaje głos samym wykluczonym (własnym sąsiadom ze starego osiedla), przywraca im społeczną »widzialność« i zwyczajną ludzką godność.” – jak pisałem w omówieni książki redaktora naczelnego „Gazety Krakowskiej”.

***

Jak najlepiej podsumować książkę Nie ma i nie będzie? Magdalena Okraska napisała nie tylko reporterską wersję kolejnych numerów kwartalnika „Nowy Obywatel”, ale także piosenki Hioba Dylana pt. Polska B:

Warszawa Trójmiasto Berlin Amsterdam
Wszędzie być warto tylko nie tam
W rodzinnych miasteczkach waszych ojców wąsatych
We wsiach spokojnych waszych nerwowych matek

(…)

Lasy i łąki, złote pola pszenicy
Po tuningu fury i wszystkie z zagranicy
Mamy tu galerię, kebaba i barbera
Wszystko jest dla ludzi i wszystko mamy teraz

(…)

Hej hej zostaw mnie nie chcę żyć w twej Polsce B
Opuściłem ją przed laty dziś już ie jest moim światem
Gdzie mój dom sam już nie wiem nigdzie nie jestem u siebie
Hej hej smutno mi jak długo da tak się żyć

Działanie sfinansowane ze środków Rządowego Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.