Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Mongolska Orda pozostawiła w rosyjskiej duszy bliznę nie do usunięcia

Mongolska Orda pozostawiła w rosyjskiej duszy bliznę nie do usunięcia Bitwa nad rzeką Kałką, autor: Paul Ryzhenko, źródło: https://runivers.ru/gal/gallery-all.php?SECTION_ID=7590&ELEMENT_ID=456834

Proeuropejskie aspiracje Ukraińców wyrażone w czasie pomarańczowej rewolucji, a szczególnie podczas rewolucji godności, nie ograniczają się jedynie do woli bycia członkiem Unii Europejskiej. Miejsce Ukrainy w Europie wynika z historycznej i kulturowej tożsamości narodu, a nie jedynie z woli politycznej lub ekonomicznej kalkulacji. Rdzeniem tej tożsamości jest katedra św. Sofii w Kijowie. Tak długo jak w jej wnętrzu będzie istnieć wizerunek Matki Boskiej Orantki, tak długo istnieć będzie i Ukraina.

Na progu nowego domu

Pod koniec stycznia 1918 roku podczas bombardowania Kijowa bolszewicy zniszczyli rodzinny dom Myhajły Hruszewskiego, wielkiego historyka i ówczesnej głowy państwa Ukraińskiej Republiki Ludowej. Dziesiątki pocisków zapalających w ciągu kilku minut zamieniły jego rezydencję w wielką pochodnię.

Spłonęły rękopisy i rozmaite dokumenty, biblioteka i korespondencja, gromadzone przez wiele lat zbiory starożytności ukraińskich, kolekcje dywanów, haftów, broni, naczyń, porcelany, fajansu, dekoracji, mebli i rysunków. Wszystko zamieniło się w popiół. W pożarze spłonął również rękopis książki Na progu nowej Ukrainy, która miała być intelektualnym testamentem Hruszewskiego.

Głównodowodzący armii rewolucyjnej, Michaił Murawjow, tak chwalił się potem w Odessie wynikami operacji specjalnej przeprowadzonej w Kijowie: „Rewolucyjna zemsta zmusiła nas do bezwzględności. Kazałem artylerii uderzyć w najwyższe i najbogatsze pałace, kościoły, księży, mnichów… Podpaliłem ogromny dom Hruszewskiego i przez trzy dni płonął jak ognisko. Setki oficerów i podchorążych zostało bezlitośnie zabitych”. Hruszewski stwierdził potem, że podczas tych dramatycznych wydarzeń rozstrzelano nie tylko ludzi, ale również idee, zniszczono nie tylko miasta, ale i tradycję.

W ruinach Ukrainy historyk dostrzegł jednak ziarno nadziei. Hruszewski nie negował uczuć, które wywołała w nim wojna. Na temat własnych oczekiwań wobec siebie i swoich współpracowników w tak trudnym momencie pisał, że „strona emocjonalna nie powinna zakłócać naszej oceny sytuacji, nie powinna odrywać nas od solidnego gruntu prawdziwego myślenia w tak ważnym i odpowiedzialnym momencie” . Stojąc na zgliszczach własnego domu, nad ciałem rozstrzelanej tradycji, już wtedy myślał, jak odbudować dom, jak wskrzesić tradycję.

Z perspektywy 100 lat widzimy, jak niewiele zmienił się genotyp naszych wschodnich sąsiadów. Spotkanie tych dwóch kultur od stuleci przebiega zgodnie z opisanym schematem. Kultura ukraińska stale od nowa wznosi dom systematycznie burzony przez Moskwę. Rosja jak rozpędzona trojka z Gogolowskich Martwych dusz mknie przez świat, roztrącając na boki inne narody.

Zderzenie cywilizacji

Należy pamiętać, że nie ma jednej Rusi. W znakomitej książce rosyjskiego filozofa i filologa Michaiła Epsteina, wydanej zresztą w Kijowie przez jego ukraińskich przyjaciół, znajdziemy esej z 1991 roku, który został napisany na początku rozpadu Związku Radzieckiego.

Autor stawia w nim zasadne pytanie, które bardzo rzadko pojawia się wśród zachodnioeuropejskich komentatorów. Czy scentralizowane, wielonarodowe państwo, jakim był Związek Radziecki, to jeszcze Ruś, która wynurzyła się z wód chrztu kijowskiego, czy raczej mongolska Orda, która korzysta tylko z ruskiego awatara?

U zarania państwowości na Rusi istniało przecież wiele tradycji, które wzajemnie się uzupełniały i wzbogacały: Ruś Kijowska, Nowogrodzka oraz ta z Włodzimierza czy Riazania. I chociaż panowała między nimi konkurencja, a nawet wrogość, to zachowywały one własną podmiotowość. Jeśli w którymś momencie historii nie zostałyby ogarnięte przez Ordę, to „mógłby kwitnąć teraz zamiast dzikiej woli i spustoszenia związek rosyjskich republik i monarchii, który różnorodnością i rozmachem nie ustępowałby europejskiej wspólnocie”.

Ta propozycja alternatywnej historii uzmysławia, jak wielka różnica występuje pomiędzy dzisiejszą Rosją a Ukrainą. Nie zasadza się ona tylko na odrębności języka, lecz na odrębności dwóch cywilizacji. Wielkie nieszczęście Rusi polega na tym, że nie została ona zjednoczona dzięki wewnętrznym procesom kulturowym i narodowościowym, ale jest ofiarą Ordy, czyli zewnętrznego najeźdźcy.

Epstein twierdzi, że aby zwyciężyć Ordę i zrzucić jej jarzmo, Ruś musiała się do niej upodobnić. Niczego nie podejrzewając, moskiewska Ruś „sama stała się Ordą, przyjęła formę innego wschodnio-despotycznego porządku światowego i została przeniknięta tym samym koczowniczym duchem”. Ktoś, kto nie ma domu, będzie ciągle w drodze. Gogolowska pędząca przez rosyjski pejzaż trojka zastępuje dom, jedno z fundamentalnych pojęć świata, które wyrosło z doświadczenia greckiego polis.

Ukraiński filozof, Konstantin Sigov, 24 lutego 2022 roku podjął decyzję, że zostaje w domu, nie opuści atakowanego przez Rosjan Kijowa. Mieszka wraz z rodziną na obrzeżach miasta, tuż obok drogi, po której jechały rosyjskie wojska, by zniszczyć Irpień i Buczę. Został, gdyż chce dawać świadectwo przebiegu wojny.

W jednym z listów skierowanym do przyjaciół na Zachodzie tak pisał o swoim nawróceniu: „Wiele zawdzięczam katedrze św. Sofii w Kijowie, «domowi domów». Mogę tam spędzać całe godziny. Tam jest pięknie, spokojnie i zawsze mniej lub bardziej pusto. Kontemplacja mozaik z XI wieku zawsze wywołuje we mnie tak samą silną, dobrze już znaną emocję. Ale wyraźnie czuję, że całe to piękno wyraża świat nieskończony, tak samo jak mozaiki w Rawennie, Wenecji, Konstantynopolu i Rzymie. Wszystko się ze sobą łączy. Mistrzowie z Kijowa udali się do Konstantynopola tworzyć mozaiki w katedrze, i już samo słowo «Sofia» nawiązuje do Świętej Sofii w Konstantynopolu”.

Tradycja starej Rusi, tej sprzed inwazji Ordy, jest wciąż dostrzegalna w pomnikach kultury. Katedra św. Sofii w Kijowie została zbudowana w czasie, kiedy Wielkie Księstwo Moskiewskie było jedynie białą plamą na mapie świata. Już wtedy Kijów żył w jedności z Konstantynopolem.

Dom domów

Z okazji Dnia Jedności Ukrainy 14 stycznia 2019 roku Zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Grekokatolickiego, abp Światosław Szewczuk, w dokumencie zatytułowanym Nasza Święta Sofia także pisał o katedrze, która „do dziś jest symbolem pierwotnej integralności i kompletności jednego i niepodzielnego Kościoła Kijowskiego”. Święta Sofia, dom domów, jest dla Ukraińców nie tylko jedną z wielu świątyń, ale także symbolem zjednoczenia.

Ukraina świadomie od wielu lat odwołuje się do historii Kościoła kijowskiego. W rozmowie z Krzysztofem Tomasikiem abp Szewczuk tak mówi o wspólnocie, której przewodzi: „Jest to Kościół narodzony w wodach chrztu przyjętego przez wielkiego księcia Włodzimierza w 988 roku. […] Pamięć niepodzielonego Kościoła zawsze kształtowała tożsamość naszego Kościoła”.

W powszechnej świadomości łączymy grekokatolików z postanowieniami Unii Brzeskiej zawartej w 1596 roku, na mocy której Cerkiew prawosławna znajdująca się na terytorium Rzeczypospolitej Obojga Narodów przyjęła zwierzchnictwo papieża, zachowała jednak własną strukturę administracyjną i wschodnią liturgię. Chociaż to właśnie wtedy ukształtowała się odrębność tej wspólnoty kościelnej, to, jak widać, pamięć Ukraińskiego Kościoła Grekokatolickiego sięga dużo głębiej, aż do momentu samego chrztu Rusi.

W tej perspektywie Unia Brzeska to nie oderwanie się Ukrainy od prawosławia, lecz powrót do jedności Kościoła sprzed schizmy. A zatem korzenie współczesnych grekokatolików sięgają bardzo głęboko, czerpią wody wprost z baptysterium. Ukraiński Kościół Greckokatolicki przedstawia odważny i konsekwentny program ekumeniczny, marzy o jednym Kościele tradycji wschodniej na terenie Ukrainy, który połączyłby grekokatolików i prawosławnych, ale jednocześnie byłby w jedności z Rzymem. Wydaje się jednak, że ani prawosławni, szczególnie ci z Patriarchatu Moskiewskiego, ani dyplomaci Watykanu nie są gotowi na tak śmiałe kroki.

Patriarchat Moskiewski od lat propaguje ideologią „ruskiego świata” i wraz z władzami Kremla podejmuje misję zbierania „ruskich ziem”. Jednym z głównych architektów tej polityki jest patriarcha Cyryl. W obszernej jego biografii możemy znaleźć opis wizyty patriarchy Aleksego II w Kijowie w 2008 roku, któremu Cyryl towarzyszył jako ówczesny metropolita. Autor biografii pisze o tysiącach ludzi, którzy na ulicach Kijowa skandowali: „Aleksiej, Aleksiej, nasz patriarcha!”.

Z ust samego patriarchy można było usłyszeć wtedy plan, który konsekwentnie jest realizowany do dzisiaj: „Wydarzenie chrztu Rusi dotyczy nas. […] Ruś to my: narody Ukrainy, Rosji i Białorusi”. Patriarsze wtórował Cyryl: „Rosja, Ukraina, Białoruś – to jest święta Ruś!”. Nic nie wskazuje na to, by pozycja Patriarchatu Moskiewskiego zmieniła się od tamtego czasu. Na szczęście Deklaracja Teologów Prawosławnych Świata skierowana przeciwko ideologii „russkiego miru” podpisana przez setki światowej sławy teologów doskonale wykazała błędy takiego myślenia.

Niestety Watykan nie wyciąga ręki do grekokatolików. Już same zagadnienia teologiczne wydają się dla Kurii Rzymskiej niezwykle trudne. Chodzi głównie o to, jak z punktu widzenia eklezjologii możemy spojrzeć na grekokatolików. Czy są oni częścią Kościoła katolickiego, która wschodnim obrządkiem podkreśla swoją niezależność wobec łacińskiej tradycji, czy raczej autonomicznym Kościołem obrządku wschodniego, który pozostaje w jedności z Rzymem?

Odnoszę wrażenie, że bardzo często wśród rzymskich katolików, zarówno wiernych, księży, jak i teologów, przeważa pierwsze podejście. Natomiast grekokatolicy coraz wyraźniej dążą w drugim kierunku. Dla nich Sofia jest domem domów nie tylko w tym sensie, że jest najważniejszą świątynią spośród innych cerkwi rozsianych na terenie Ukrainy, ale jest miejscem, które skupia w sobie różne suwerenne tradycje. Nie jest królową górującą nad swymi poddanymi, lecz matką, która daje życie nowym domowym ogniskom.

Ignorowani synowie

Jak pisał Konstantin Sigov w liście do przyjaciół, ci sami mistrzowie pracowali w Kijowie, Rawennie, Wenecji, Konstantynopolu i Rzymie. Nie miał co do tego wątpliwości również Hruszewski, który był przekonany, że „[…] naród ukraiński należy do kręgu zachodnioeuropejskiego, […] nie tylko siłą historycznych więzi, które od wieków łączyły ukraińskie życie z Zachodem, ale także samą specyfiką narodowego charakteru”.

Proeuropejskie aspiracje Ukraińców wyrażone w czasie pomarańczowej rewolucji, a szczególnie podczas rewolucji godności, nie ograniczają się jedynie do woli bycia członkiem Unii Europejskiej. Miejsce Ukrainy w Unii Europejskiej wynika z historycznej i kulturowej tożsamości narodu, a nie jedynie z woli politycznej lub ekonomicznej kalkulacji.

Niestety w ostatnim czasie możemy obserwować, jak ta wielowiekowa więź zaczyna się rwać. Mam na myśli postawę Watykanu wobec wojny toczącej się na terenie Ukrainy napadniętej przez Rosję. Patriarchat Moskiewski w ogóle nie ukrywa swoich politycznych celów doskonale zbieżnych z polityką Kremla. W takiej sytuacji (mimo wszystkich deklaracji przedstawicieli Stolicy Apostolskiej zapewniających o niemieszaniu się do wewnętrznych spraw rosyjskiej Cerkwi ani do spraw politycznych Rosji) jasno widać, że Watykan jednak nie zachowuje neutralności. Milczenie na temat prawdy zawsze jest wsparciem agresora i opuszczeniem ofiary. A przecież dziś już nie można mówić wyłącznie o milczącej aprobacie rosyjskiej agresji ze strony Stolicy Apostolskiej.

Myrosław Marynowycz, więzień breżniewowski łagrów i niekwestionowany autorytet intelektualny, gorzko pisał o watykańskiej dyplomacji już w 2015 roku. Dziwił go nie tylko brak reakcji na niesprawiedliwość i zło, ale kompletne milczenie wobec dobra, które się działo na Majdanie.

Wyliczał cały szereg pozytywnych zjawisk, które mogły pojawić się na Ukrainie właśnie dzięki Majdanowi. Były to m.in. pęd zwykłych ludzi ku wartościom duchowym, chęć przezwyciężenia korupcji, ożywienie starożytnego fenomenu świątyni jako schronienia dla prześladowanych (refugium), żywy fenomen modlitewnego Majdanu, ekumenizm i międzyreligijna współpraca, niesamowite działania wolontariuszy. Marynowycz stwierdził, że „to wszystko nie zasłużyło na żadne wyraźne wsparcie ze strony Kurii Rzymskiej. […] Ponieważ wydarzenia te nie były w interesie Moskiewskiego Patriarchatu, watykańska dyplomacja nałożyła tabu na jakiekolwiek realne formy wsparcia ukraińskiej rewolucji godności”.

Być może niedocenienie dobra, które było doświadczeniem tak wielu Ukraińców, bolało jeszcze bardziej niż obecny brak wsparcia w nieszczęściu. A przecież właśnie na Majdanie powstał nowoczesny naród ukraiński. Zdaniem grekokatolickiego teologa, o. Myhajły Dymyda, „[…] kijowski Majdan był czymś więcej niż zwykłym zebraniem ludzi. Z teologicznego punktu widzenia Majdan był podobny do ostatniej wieczerzy, gdzie Pan znalazł miejsce dla każdego i gdzie zebrały się wszystkie warstwy społeczne”. To wszystko zostało niezauważone przez Watykan.

Coraz częściej możemy przeczytać głosy Ukraińców nie tylko zdziwionych, ale i oburzonych postawą Stolicy Apostolskiej. Ich zdaniem Watykan wycofał się z podjęcia uczciwej refleksji nad agresją Rosji na Ukrainę. Jak słusznie zauważa Marynowycz, wzywanie do pojednania, które słychać z Rzymu, zawiśnie w powietrzu, jeśli nie będzie spełniony podstawowy warunek pojednania, czyli prawda. Już w 2015 roku dysydent zaznaczał, że „nie ustanawiając prawdy i nie broniąc jej, Kościół nie będzie w stanie wypełnić swojej misji pokojowej, jak również nawiązać właściwej relacji z innymi Kościołami-siostrami”. Niestety postawa dyplomacji watykańskiej może doprowadzić do sytuacji, gdy zostanie zanegowana wielowiekowa łączność Kijowa z Rzymem.

***

Ukraina stoi na progu własnego domu, kiedy ruska trojka mknie przez jej pola. W katedrze św. Sofii jest jedna szczególna ściana, dzięki której utrzymuje się cały dom. To ściana absydy z mozaiką przedstawiającą Matkę Bożą Orantkę. Legenda głosi, że dopóki stoi Orantka – nieporuszona ściana – Kijów może być doświadczany przez siły zła, lecz nigdy nie upadnie.

Jak pisał kiedyś Siergiej Awierincew, gdyby Orantka była bardziej uduchowiona i mniej militarna, gdyby jej postać była bardziej krucha i mniej stabilna, nie mogłaby być symbolem muru przeciw zewnętrznej ciemności. Mihajło Hruszewski, stojąc nad ruinami swojego domu, już planował jego odbudowę. Nie zamierzał dać się oderwać rozpaczy od solidnego gruntu prawdziwego myślenia. Pokładał nadzieję w ludzkim logosie.

Dla Ukraińskiego Kościoła Grekokatolickiego nadzieją jest Boża mądrość. W tym miejscu rozważna myśl świeckiego historyka spotyka się z wielowiekową tradycją Bożej mądrości – wobec ogromu zła i nad ruinami spalonych domów unoszą się mądrość Boża i ludzki logos. Wiele zależy od tego, czy ten drugi będzie umiał współpracować z mądrością Bożą.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.