Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Czarna owca polskiego systemu zdrowia. Jak (nie) działają polskie szpitale psychiatryczne?

Czarna owca polskiego systemu zdrowia. Jak (nie) działają polskie szpitale psychiatryczne? https://unsplash.com/photos/vXymirxr5ac

Agresja, unieruchomienie za pomocą pasów, molestowanie, przemoc psychiczna, zero intymności, otępiające leki, zbyt długi okres oczekiwania na pomoc, przepełnione sale szpitalne, wszechobecna nuda. Sporo tego. A właśnie tak w wielu przypadkach wygląda polski system leczenia psychiatrycznego. Lekarze i pielęgniarki pracują ponad siły, pacjenci żyją od wizyty do wizyty w szpitalu, a ich rodziny zjada frustracja i lęk przed kolejnym atakiem chorego. Psychiatria to niewątpliwie czarna owca polskiego systemu zdrowia. Taki obraz wynika z reportażu Anety Pawłowskiej-Krać Głośnik w głowie. O leczeniu psychiatrycznym w Polsce.

System, który nie działa 

Zanim odkryto, że Magda była molestowana przez swojego ojca i „udostępniana” (również przez matkę) innym mężczyznom, których podniecały dzieci, musiało minąć sporo czasu i równie sporo lekarzy, wizyt w szpitalu, blizn na rękach po samookaleczeniach. Wreszcie jedna z lekarek odkryła przyczynę choroby dziewczyny. Bo miała sporo chęci, trochę mniej czasu, ale zdecydowała się pomóc.

Maja nie od razu przyznała, że chce się leczyć. Nie była przecież anorektyczką, tylko motylkiem – pięknym i lekkim (tak nazywają siebie chorzy na forach społecznościowych). Trafiała na oddział wiele razy, leczenie okazywało się nieskuteczne. To w niej samej musiał nastąpić przełom.

Rodzice Kuby walczyli z kilkugodzinnymi dojazdami do szpitala, frustracją i poczuciem, że wciąż nie wiedzą, dlaczego tak dziwnie zachowuje się ich syn. Odbijali się od ściany. W szczytowym momencie usłyszeli, że jeśli nie ma zagrożenia życia, to nie ma też miejsca na oddziale zamkniętym – jest przepełniony, pacjenci i tak śpią już na korytarzach lub materacach. Wreszcie rodzice otrzymali właściwą diagnozę.

Witek został zaatakowany przez pielęgniarza (kopnięty w krocze), gdy w nocy zapukał do dyżurki z kołdrą zarzuconą na głowę. Nie był agresywny, po prostu szukał pomocy. Ale wariata przecież nie boli. Poza tym w nocy się śpi, a nie zawraca personelowi głowę.

Historie opisane w reportażu Głośnik w głowie. O leczeniu psychiatrycznym w Polsce Anety Pawłowskiej-Krać potwierdzają wszystkie znane nam stereotypy o „psychiatrykach”. Trochę przypominają ten z Lotu nad kukułczym gniazdem, ale w bardziej nowoczesnej wersji.

Gdy do szpitala trafi się raz, najpewniej się tam wróci. Strach wchodzić, bo jest ponuro, często otumanieni lekami pacjenci snują się po korytarzach, doznają przemocy słownej i fizycznej nie tylko ze strony pielęgniarzy, ale też innych chorych. Wobec tych bardziej agresywnych stosuje się środek obezwładniający, tzw. pasy. Procedurę musi zatwierdzić lekarz, w przypadku jego nieobecności w sytuacji kryzysowej – pielęgniarka.

Sale są przepełnione, personelu brakuje. Na oddziałach dla dorosłych panuje wszechogarniająca nuda. O aktywność dzieci jeszcze jakoś się dba, starsi poradzą sobie przecież sami. Intymność właściwie nie istnieje. Tylko jedno jest pewne – system nie działa, i to od wielu lat. Leczenie psychiatryczne to bowiem czarna owca polskiego systemu zdrowia.

Są tacy, który mimo wielu miesięcy lub nawet lat leczenia zamkniętego (z przerwami na samodzielne życie, a właściwie przetrwanie, poza murami szpitali, we własnym domu) nie odczuwają żadnej poprawy. Są zniechęceni, a kolejna wizyta na oddziale staje się właściwie rutyną. Tak już jest i koniec.

Psychiki nie da się zoperować jak innych narządów, poprawić samodzielnymi ćwiczeniami w domu. Leki pomagają, ale nie zastępują kontaktu z drugim człowiekiem, specjalistą. Jeśli pacjent co kilka miesięcy trafia na oddział bez żadnej poprawy, to coś jest nie tak, wskazują na to nawet sami lekarze. Obecny system nie pomaga, po prostu utrzymuje zły stan, żeby nie okazał się gorszy.

Co więcej, pacjentów zawsze jest sporo, w okresie jesienno-zimowym jeszcze więcej. Zupełnie inaczej rzecz ma się z kadrą. Jak wskazuje lek. Małgorzata Wyrębska-Rozpara na łamach reportażu, „zgodnie z wytycznymi Narodowego Funduszu Zdrowia na trzydzieścioro sześcioro dzieci ma wystarczyć dwóch lekarzy. […] Zaznacza, że aby lekarz mógł pracować w komforcie, nie powinien prowadzić więcej niż pięciu, sześciu pacjentów równocześnie. Wtedy jest czas i dla pacjenta, i dla jego rodziny. Ale w praktyce lekarze niekiedy prowadzą i po ośmiu, dziesięciu pacjentów”.

Brakuje też pielęgniarek, więcej z nich odchodzi na emeryturę niż przybywa do zawodu. Poza tym trzeba też chcieć przyjąć pracę w szpitalu psychiatrycznym, o którym krążą legendy. Nawet najlepsza reforma nie poprawi stanu polskiego psychiatrii, jeśli nie zatrudni on większej liczby osób. A z tym jest i będzie problem.

Wyrwane włosy i złamany nos

Nie każda pielęgniarka lub pielęgniarz podejmuje się pracy na oddziale psychiatrycznym, zwłaszcza ostrym. Praca z pacjentami schizofrenicznymi, manią, zaburzeniami odżywania lub w głębokiej depresji jest obciążająca psychicznie, nie każdy potrafi sobie z tym poradzić. Przyjść do domu, oddzielić grubą kreską pracę od życia prywatnego, normalnie spędzić czas z bliskimi, gdy usłyszało się, że jest się k…ą podającą leki.

Jeden z bohaterów reportażu Pawłowskiej-Krać, pracujący na oddziale z osobami psychicznie chorymi, słusznie zauważa, że „pielęgniarka ma zdecydowanie większy niż lekarz kontakt z pacjentem. Ten kontakt była trudny, wymagający. A my [pielęgniarze] nie mamy żadnej superwizji, żadnej terapii, która pozwoliłaby odreagować nam pracę”.

A odreagowywać nierzadko jest co. Obelgi zasłyszane od pacjentów w normalnym trybie można puścić mimo uszu, zignorować, zracjonalizować. Jednak każdy czasem ma zły dzień, a wówczas słowa ranią bardziej. Ale jak wrócić do pracy, kiedy agresywny pacjent wyrwał kępkę włosów i na głowie został placek? Jak nie bać się kontaktu z chorym człowiekiem, który w szale złamał nos? Takie sytuacje też się zdarzają. Wtedy nie da się samemu sobie wytłumaczyć, że taka praca i się ją wybrało. Tym bardziej, jeśli po wielu latach zarabia się 3,5 tys. zł.

Pielęgniarze i pielęgniarki, choć spędzają z pacjentami mnóstwo czasu, są zdecydowanie gorzej traktowani niż lekarze. Częstszy kontakt oznacza też udział w sytuacjach niebezpiecznych. Bo przecież „pani doktor się słucha”, a osoby, która wydziela leki i zajmuje się moczem i innymi fekaliami, szanować nie trzeba.

Lekarz, który nie ma odpowiednio dużo czasu na rozmowę z pacjentem lub taki, który ma ich za dużo, nigdy nie będzie w pełni wydajny. Zaangażowanie przechodzi powoli w rutynę, podbijanie recept. Nie da się wychwycić szczegółów w piętnastominutowej rozmowie. A kolejka osób potrzebujących jest długa. Złamaną rękę na zdjęciu rentgenowskim widać od razu, psychiki prześwietlić się nie da.

Wiele lekarzy i pielęgniarek niewidzących szans na polepszenie sytuacji systemu, a więc swojej i pacjentów, po prostu rezygnuje, przechodzi do innego sektora. Rąk do pracy brakuje przecież nie tylko w psychiatrii lub na konkretnym, źle funkcjonującym oddziale. Często rozwiązaniem staje się prywatna praktyka. Wtedy wreszcie można poświęcić choremu czas bez frustracji, że nie „obskoczyło się” wszystkich. Tyle że nie każdego na nią stać.

Nie ufam ci

Nie wszyscy pacjenci trafiają do szpitala psychiatrycznego z własnej woli. Ich choroba sprawia, że często nie rozumieją, dlaczego się w nim znaleźli. Presję wywiera rodzina, czasem osobę, która zagraża sobie lub innym, po prostu zgarnia policja.

By zacząć się leczyć, trzeba tego chcieć. Chcieć opowiedzieć o swoich problemach i traumach, co nie jest łatwe. Farmakologia wszystkiego nie załatwi. Niektórzy pacjenci po prostu nie ufają lekarzom, ukrywają przed nimi fakty, zdarzenia, które znacząco podniosłyby poziom ich leczenia. Nie bez powodu jakiś czas temu przez Polskę, zwłaszcza w kontekście pandemii koronawirusa, przetoczyła się fala haseł #niekłammedyka. Akcja rozkręcona przez ratowników medycznych zwracała uwagę na słuszny problem – pacjenci szkodzą sobie sami.

Jak jednak wytłumaczyć to ludziom myślącym nieracjonalnie? Dziewczynom, które w stanikach przemycają do szpitali żyletki, by się samookaleczać? Ból fizyczny łagodzi psychiczny, ten pierwszy można jeszcze jakoś znieść. Tego, co dzieje się w głowie, już nie. Jak przekonać anorektyczkę wypijającą przed ważeniem dwa litry wody lub więcej, żeby wynik został sfałszowany, do tego, że trzeba coś zjeść, bo inaczej się umrze?

Szpital z zasady ma być miejscem bezpiecznym, w którym reperuje się zdrowie. Jednak na oddziałach psychiatrycznych zdarzają się wypadki. Jedna z bohaterek opisuje sytuację, gdy jako nastolatka przebywała w szpitalu. W toalecie powiesił się jeden z pacjentów. Do problemów, z którymi dziewczyna trafiła do szpitala, doszła jeszcze trauma. I świadomość, że leczenie nie zawsze jest skuteczne, więc może i jej się nie uda.

Inna z bohaterek ze względu na brak miejsca na oddziale młodzieżowym trafiła na ten dla dorosłych. Została zgwałcona przez jednego z pacjentów. Inna kobieta była wielokrotnie wykorzystywana seksualnie, ale niczego nie zgłaszała, bo była tak otumaniona lekami, że właściwie nie wiedziała, co się z nią dzieje. W takich warunkach to nie zaufanie, ale podejrzliwość i zamykanie się w sobie stają się normą.

Samotność ekranu

Lidia Popek, psychiatra dziecięcy, zaznacza, że to nie koniec problemów polskiego systemu zdrowia. Nauczanie zdalne i zamknięcie w domach, które stanowiło reakcję edukacji na pandemię koronawirusa, miało niebagatelny wpływ na kondycję psychiczną dzieci i młodzieży, także dorosłych. Zamknięcie w czterech ścianach pogłębiło problemy, z którymi wiele osób już wcześniej już się zmagało.

Izolacja i więcej czasu spędzanego w domu nie podniosły poziomu bezpieczeństwa dzieci żyjących w rodzinach dysfunkcyjnych. Fala przemocy, jaka przelała się przez Polskę, była ogromna. Potwierdza to Warszawski Serwis Informacyjny dotyczący profilaktyki uzależnień – stopuzależnieniom.pl. Najbardziej narażone były kobiety i dzieci. Przykładowo, wrocławski MOPS w pandemicznym 2020 roku odnotował o 88 więcej zgłoszeń niż w roku poprzednim. Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, wzrosła też liczba procedur zakładania Niebieskiej Karty, „w 2019 roku wynosiła 1360, rok temu – 1377. W 2021 roku w ciągu ośmiu miesięcy wszczęto 849 nowych procedur”.

raportu Komisji Europejskiej wynika, że lockdown sprzyjał wzrostowi przemocy domowej na Starym Kontynencie. Tylko w pierwszym tygodniu izolacji „liczba zgłoszeń dotyczących agresji w domu wzrosła o 32 proc., na Litwie o 20 proc., a w ciągu pierwszych trzech tygodni restrykcji w Hiszpanii o 18 proc. W Irlandii kobiety padały ofiarami bicia pięć razy częściej niż przed pandemią. Według statystyk do agresji częściej dochodziło wśród par posiadających dzieci, uboższych i takich, gdzie obydwoje partnerów z powodu restrykcji musiało przebywać w domu”.

Nie chodzi tylko o konsekwencje życia z rodzicem alkoholikiem, przemoc psychiczną, ale też fizyczną, zaniedbania, molestowanie. Na gruncie polskim wzrosła liczba wniosków trafiających do sądu lub prokuratury. Na łamach reportażu zaświadcza o tym Lidia Popek. Wiele sytuacji odkryto właśnie w szpitalach, bo wcześniej wszystko odbywało się po cichu, w domach rodzinnych.

Liczba pacjentów w szpitalach psychiatrycznych rośnie. Lekarka wskazuje, że „przez cały 2020 rok na [jej] oddziale leczyło się dwieście dziewięćdziesiąt pięć osób, a przez pierwsze trzy miesiące 2021 roku już sto”. Skok jest olbrzymi.

Lidia Popek jest przekonana, że skutki epidemii odciśnięte w ludzkiej psychice dopiero zobaczymy. U jednych ujawniają się szybciej, u nich dłużej. Chociaż wydaje się, że pandemia została już opanowana, tak nie jest. Tym bardziej stan polskiej psychiatrii trzeba jak najszybciej poprawić, bo tak jak kiedyś oddziały pacjentów covidowych pękały w szwach, tak teraz te psychiatryczne mogą znowu wypełnić się po brzegi.

Część osób złej kondycji dzieci i młodzieży stara się upatrywać w równie kiepskim stanie polskiego systemu edukacji, jednak lekarze obalają tę tezę. Gdyby faktycznie tak było, szpitalne sale w wakacje świeciłyby pustkami. A są pełne. Problem leży więc głębiej.

Ważna jest profilaktyka, zapobieganie nawrotom chorób ludzi młodych i dorosłych. System w końcu musi zacząć działać tak, by wiele pacjentów nie wracało kilka lub kilkanaście razy do punktu wyjścia. Nie każdy po podreperowaniu stanu swojego zdrowia psychicznego w szpitalu jest w stanie wskoczyć do normalnego trybu życia i dobrze sobie z tym radzić.

Szansa 

Światełkiem w tunelu jest reforma polskiego systemu, która zakłada istnienie Środowiskowych Centrów Zdrowia Psychicznego. Jak czytamy na stronie internetowej ośrodków, są to miejsca, w których sprawnie i szybko (w ciągu 72 h!) osoby doświadczające kryzysów psychicznych mogą uzyskać pomoc, zanim trafią do szpitala. Chorzy nie potrzebują dodatkowych skierowań od lekarzy, a konsultacji udziela się bezpłatnie.

Taka prewencja jest na wagę złota, co zgodnie podkreślają lekarze reportażu Pawłowskiej-Krać. Łatwiej ugasić dopiero tlący się ogień niż rozpalone ognisko. Praca środowiskowa faktycznie działa. Pacjenci, którzy korzystają z tego typu opieki, faktycznie rzadziej z powrotem trafiają do szpitali, lepiej radzą sobie w życiu codziennym, bo otrzymują wsparcie specjalistów, którzy dojeżdżają nawet do ich domów.

Czym zatem są owe centra? To zespoły składające ze specjalistów – lekarzy, pielęgniarek, psychologów i psychoterapeutów, terapeutów środowiskowych, asystentów zdrowienia, pracowników pomocy społecznej i trenerów profilaktyki. Pomagają najszybciej, jak tylko się da, aby opanować sytuację od razu.

Ludzie chorzy psychicznie nie zawsze radzą sobie z higieną, rozporządzaniem własnym budżetem lub prowadzeniem domu. Te z pozoru prozaiczne czynności czasem przerastają, powodują frustrację i nawrót choroby.

Jeśli nie radzę sobie z czynnościami, z którymi inni nie mają większych problemów, to znak, że jestem beznadziejny/-a. Do takiego myślenia nie można dopuścić. Choroba jest sporym obciążeniem nie tylko dla samego pacjenta, ale także jego rodziny, dlatego w Środowiskowych Centrach Zdrowia Psychicznego organizowane są również grupy wsparcia dla osób funkcjonujących na co dzień z ludźmi podlegającymi leczeniu.

Ważną rolę odgrywają asystenci zdrowienia. Zawód ten po odbyciu stosownego kursu mogą uzyskać także ci, którzy sami doświadczyli kryzysu psychicznego. Mają bowiem coś, czego nie posiadają lekarze – doświadczenie choroby, lęku, frustracji. Nierzadko lepiej rozumieją pacjentów i dogadują się z nimi, ponieważ są „swoi”. Znają system od środka, z drugiej strony. Stają się żywym świadectwem tego, że chorobę da się pokonać i normalnie żyć.

Aneta Pawłowska-Krać po rozmowach przeprowadzonych z lekarzami i pacjentami stwierdza, że „[…] na obszarach, którymi opiekują się centra, spada liczba nie tylko hospitalizacji, ale i samobójstw wśród dorosłych. Na ten efekt wpłynęła zmiana w dostępności, bo tam, gdzie są centra, osoba w kryzysie dostaje pomoc natychmiast, a nie po trzech miesiącach czy pół roku”.

Pilotaż reformy psychiatrii dorosłych zdaje więc egzamin. Pomaga pacjentom, spełnia funkcję profilaktyczną, pozwala na szybką reakcję, a to hamuje rozwój choroby pacjentów i daje im poczucie bezpieczeństwa.

Skoro ośrodki funkcjonują świetnie, to w czym tkwi problem? Po pierwsze, wciąż jest ich w Polsce za mało (w Warszawie, Piasecznie, Koszalinie, Wieliczce, Nowym Targu, Tarczynie). Na ich rozbudowę potrzeba funduszy i uwagi Ministerstwa Zdrowia.

Po drugie, tajemnica zawodowa. Przepisy wciąż nie są wystarczająco jasne. Lekarzy obowiązuje tajemnica zawodowa, a co z asystentami zdrowienia? Oczywiście podpisują stosowne umowy, ale czy mogą wiedzieć o wszystkim? W pełni uczestniczyć w zespołach leczenia, na których szczegółowo omawiane są konkretne przypadki? Jak wskazują bohaterzy reportażu Głośnik w głowie, nie wszystkie ośrodki wyrażają na to zgodę.

Po trzecie, zmiana sposobu myślenia. Pielęgniarki nierzadko boją się same udać się z wizytą środowiskową do domu pacjenta, tak naprawdę nie wiadomo, jak zareaguje, gdy będzie w gorszym stanie. Co zastaną na miejscu? W szpitalu oczywiście dochodzi do aktów agresji, jednak tam pielęgniarki i lekarze są „u siebie”.

Po czwarte wreszcie, nie ma stuprocentowej pewności, że pilotażowy program zostanie z nami na lata. Jak czytamy w reportażu, reforma powstała w 2018 roku, została przedłużona do 2021, a później do końca 2022 roku. Jeśli zostanie całkowicie przyjęta, w Polsce do 2027 roku ma powstać ok. 30 placówek środowiskowej pomocy dla osób chorych psychicznie.

I co dalej?

Polski system leczenia psychiatrycznego ma szansę wreszcie wyjść na prostą. Środowiskowe Centra Zdrowia Psychicznego okazały się strzałem w dziesiątkę, dlatego tak ważne jest, by kontynuować działania w tym zakresie. Mimo wszystko sporo jest jeszcze do zrobienia. Wdrożenie wszystkich procedur, przyzwyczajenie do nich zarówno pracowników służby zdrowia, jak i samych pacjentów wymaga czasu.

Jak w każdej chorobie, także psychicznej, ważna jest szybka interwencja. Jeśli jej zabraknie, okaże się, że lekarze i pacjenci wrócą do punktu wyjścia, wszystko trzeba będzie naprawiać od nowa. Środowiskowe Centra Zdrowia Psychicznego są tak istotne, bo spełniają funkcję prewencyjną, trzeba więc za wszelką cenę utrzymać je w dobrej kondycji.

System zapomina o tych, którzy znajdują się najbliżej chorych, walczą na pierwszej linii frontu, często lepiej znają pacjentów oddziałowych niż sami lekarze. To pielęgniarki i pielęgniarze. Jak podaje niebieskalinia.pl, to właśnie oni (tuż obok terapeutów, psychologów, pracowników socjalnych, nauczycieli, lekarzy i strażaków) w największym stopniu narażeni są na wypalenie zawodowe.

Możliwość odbycia superwizji znacznie poprawiłaby komfort ich pracy, zmniejszyła napięcie psychiczne i dawała poczucie, że praca, którą wykonują, nie jest bagatelizowana przez system. Skoro tak samo jak lekarze stykają się z pacjentami, to także powinni móc korzystać z konsultacji superwizorów.

Prawdziwa reforma polskiego systemu leczenia psychiatrycznego powinna zatem podnieść komfort nie tylko samych pacjentów, ale także osób, które spędzają z nimi w ośrodkach najwięcej czasu. Lekarze i pielęgniarki już teraz wykonują ogrom pracy. Czas na Ministerstwo Zdrowia.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.