Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Akcja: depolaryzacja. Polska potrzebuje Partii Koalicyjnej

Akcja: depolaryzacja. Polska potrzebuje Partii Koalicyjnej Autor: Marek Grąbczewski

Klucz do zmiany na scenie politycznej jest tylko jeden. Którąś formacja musi obrać funkcji Partii Koalicyjnej par excellence, otwartej na rządzenie tak z PiS-em, jak i z PO, uzależniając przy tym swoją decyzję od realizacji twardych warunków koalicyjnych i programowych. W teorii może to zrobić sojusz Hołowni z PSL-em albo Lewica. Deklarując otwartość na powyborczy sojusz zarówno z Tuskiem, jak i Kaczyńskim, mogą zyskać nowych wyborców, wzmocnić własną podmiotowość i osłabić poparcie dla PiS-u. W praktyce najpewniej zrobi to Konfederacja lub jakieś nowe ugrupowanie protestu, które w dużo większym stopniu będzie podatne na współpracę z PiS-em. Przy braku gotowości do reorientacji partii na lewo od PiS-u rządzący mogą wręcz spróbować wyhodować sobie koalicjanta na trzecią kadencję.

Polaryzacja naprawdę szkodzi 

O szkodliwości dwubiegunowej polaryzacji, eskalowaniu wojny polsko-polskiej i pogłębianiu plemiennego podziału napisaliśmy w Klubie Jagiellońskim pewnie już setki stron. Co bardziej trzeźwi obserwatorzy trwającego od ponad dekady „czasu populizmów” dostrzegają, że bipolarna fragmentacja społeczeństwa, przyspieszana sterydami algorytmów mediów społecznościowych i nierówności centrum-peryferie, zaczyna zagrażać demokracji na całym Zachodzie. Nie ma sensu powielać wielokrotnie przytaczanych argumentów.

Dorzućmy jednak dwa nowe, istotne konteksty. Pierwszy to oczywiście wojna na Ukrainie. Nie chodzi o „kicz pojednania” i próbę zasypania realnych podziałów między politykami i popierającymi ich Polakami. Raczej o wyzwania, którym musimy sprostać. Egzystencjalne zagrożenie i perspektywa trwałej przebudowy architektury bezpieczeństwa w naszym regionie (zarówno w optymistycznym, jak i pesymistycznym scenariuszu) stawiają przed polską wspólnotą polityczną szereg nowych, długofalowych wyzwań. Nie da się ich realizować bez minimum konsensu i kontynuacji.

Bez polityki ponadkadencyjnej kontynuacji i minimum ponadpartyjnego porozumienia nie da się wykorzystać globalnej koniunktury dla Polski niesionej dziś przez bohaterski narodowych zryw naszych sąsiadów, zbudować elektrowni jądrowych ani mądrze wydać potężnych finansów na armię, na które w przypływie wojennego szoku rzeczywiście politycy zgodzili się bez rytualnych sporów. Tak jak bez polityki kontynuacji w zakresie dywersyfikacji dostaw nie udałoby się sprawić, że na zamknięcie kurka z rosyjskim gazem byliśmy po prostu gotowi.

Wylansowane przez Klub Jagielloński w 2019 r. hasło: „Polityka na pokolenia, nie na kadencje”, zapożyczone później przez jednego z politycznych liderów, nigdy jeszcze nie było tak aktualne.

Drugi warty odnotowania kontekst to opublikowane niedawno, a przeprowadzone w marcu tego roku badania infuture.institute Natalii Hatalskiej. Przywołajmy trzy kluczowe wskaźniki. 79% Polaków deklaruje, że polskie społeczeństwo nigdy za ich życia nie było tak podzielone jak dzisiaj. 87%, że jest zmęczonych polaryzacją społeczną i polityczną widoczną w ostatnich latach zarówno w przestrzeni publicznej, jak i prywatnej. 

Wreszcie aż 92% badanych mówi, że chciałaby, aby różne grupy społeczne w Polsce, które aktualnie są do siebie wrogo nastawione, znalazły wspólny, łączący je punkt, jaki pomógłby im dojść do porozumienia. Można postawić paradoksalną tezę, że nic dziś tak nie łączy podzielonych ze sobą Polaków, jak niechęć do podziałów i, przynajmniej deklaratywna, wola ich chociaż punktowego przezwyciężenia.

Oczywiście to tylko pozornie optymistyczne dane. Gdyby pójść dalej i zapytać ankietowanych, dlaczego nie udaje się polaryzacji przełamać, to najchętniej odpowiedzieliby, że „to przez tych drugich”. Nie zmienia to jednak faktu, że tak duży negatywny sentyment wobec podziałów i pozytywne nastawienie do prób ich przełamywania to trend, którego politycy nie powinni ignorować. Mądra próba odpowiedzi może zaowocować.

Krok 1: Zrozumieć, że polskie centrum głosuje na PiS 

Jak może wyglądać polityczna odpowiedź na potrzebę depolaryzacji? Po pierwsze, powinna opierać się na przeciwdziałaniu wyobrażania sobie sceny politycznej jako dwóch zwaśnionych grup, pomiędzy którymi nie ma żadnych przepływów. To obraz nie tylko szkodliwy, ale też fałszywy. Jarosław Flis na naszych łamach zwrócił uwagę, że wyobrażenie o partyjnych elektoratach jako „betonie przywiązanym do szyldu” zwyczajnie nie zdaje testu zgodności z rzeczywistością. W ostatnich wyborach samorządowych co trzeci wyborca PiS-u lub PO zagłosował na inny komitet w gminie, a inny w wyborach do sejmiku. Dobre wyniki lokalnych komitetów w wyborach samorządowych to wystarczający dowód, że Polacy są otwarci na szukanie alternatyw dla dwóch głównych partii.

Co jednak jeszcze bardziej istotne, a zdecydowanie za rzadko dostrzegane przez analityków, elektorat Prawa i Sprawiedliwości nie jest betonowy. Wprost przeciwnie – jest być może najmniej ugruntowany i najbardziej centrowy. Świadczy o tym fakt, że od 2015 r. partia rządząca sukcesywnie zwiększa swoje poparcie i zyskuje nowych wyborców, co zwiększa frekwencję we wszystkich kolejnych wyborach i zagospodarowuje centrum polskiej sceny politycznej.

W 2015 r. stanowili je dawni wyborcy Platformy Obywatelskiej i Bronisława Komorowskiego, którzy najpierw zagłosowali na Pawła Kukiza, a potem w niebagatelnej części na Andrzeja Dudę i PiS. W wyborach samorządowych w 2018 r. w istotnym stopniu byli to dotychczasowi wyborcy Polskiego Stronnictwa Ludowego, jego gminnych i powiatowych mutacji, którzy przerzucili swoje głosy na partię Kaczyńskiego. W 2019 r. tak w głosowaniu europejskim, jak i sejmowym to wyborcy nowo zmobilizowani, dotąd często nieaktywni w wyborach do Sejmu i Parlamentu Europejskiego.

Na PiS w wyborach sejmowych w 2019 r. zagłosowało o 2,3 mln więcej osób niż w 2015 r. Na Zjednoczoną Prawicę w głosowaniu do PE w tymże roku o prawie 3,5 mln więcej ludzi niż na jej trzy składowe partie w roku 2014 r. Na Andrzeja Dudę w 2020 r. o 1,8 mln wyborców więcej niż w 2015 r. i o 2,5 mln więcej niż na kandydata PiS-u w 2010 r. Te 2-3 mln „nowych” wyborców PiS-u to prawdziwe polskie centrum. To właśnie grupa, od której dwóch decyzji – pójściu na wybory i na oddaniu głosu – zależy wynik kolejnych wyborów.

Zrozumienie decydującego znaczenia tej grupy jest kluczem zarówno do depolaryzacji polskiej polityki, jak i zdolności opozycji do pokonania formacji Jarosława Kaczyńskiego lub zdolności PiS-u do zapewnienia sobie trzeciej kadencji rządów. Dziś nic nie wskazuje na to, by opozycja chciała to pojąć. Partia Kaczyńskiego dotąd radziła sobie ze zrozumieniem tej grupy znakomicie.

Krok 2: Zagwarantować wielobiegunowość sceny politycznej 

Naturalną konsekwencją powyższego jest uświadomienie sobie, że możliwe są zarówno przepływy między elektoratami, jak i świadome zarządzanie wyborczą mobilizacją. Doświadczenia ostatnich wyborów wskazują, że PiS-owi służy wyborcza mobilizacja. Mobilizacji zaś dwubiegunowa polaryzacja. Nie jest przypadkiem, że najwyższą frekwencję obserwujemy w drugiej turze wyborów prezydenckich. Mówiłem o tym w niedawnym odcinku Klubotygodnika.

Co to w praktyce oznacza? Że pod żadnym pozorem opozycja, jeśli chce uniemożliwić trzecią kadencję PiS-owi, nie powinna pozwalać na kształtowanie się sceny politycznej w sposób dwubiegunowy. Optymalnym rozwiązaniem jest dla niej istnienie kilku list, z których wszystkie przekroczą próg wyborczy. Omawiany przeze mnie w nagraniu powyżej scenariusz „wspólnej listy” według wyliczeń dr. Macieja Onasza z Uniwersytetu Łódzkiego oznaczać może utratę przez opozycję ok. 14% wyborców. Co siódmy wyborca opozycji nie chce oddać głosu na opozycję, jeśli ziści się wariant startu lansowany przez Donalda Tuska. W tym scenariuszu PiS zyskuje 5% dodatkowych wyborców, zaś prawdziwym zwycięzcą okazuje się Konfederacja, której przybywa 50% głosów.

Troska o wielobiegunowość to nie tylko decyzja o taktyce układania list. To również gotowość do skutecznego oporu wobec ewentualnych prób zmiany ordynacji wyborczej. Umiarkowanie wierzę, że PiS na serio podejmie jeszcze w tej kadencji inicjatywę jej głębokiej korekty sprzyjającej ukształtowaniu się dwubiegunowej sceny politycznej, ale całkowicie tego scenariusza nie wykluczam. W 2018 r. to Klub Jagielloński zorganizował opór obywateli i mniejszych partii wobec idącej w tym kierunku zmiany ordynacji do Parlamentu Europejskiego, który ostatecznie skłonił prezydenta Andrzeja Dudę do zawetowania PiS-owskiej nowelizacji.

Gdy ostatni raz PiS próbował zmienić scenę polityczną grzebaniem w ordynacji, Platforma Obywatelska w zasadzie milczała. Po cichu liczyła, że będzie beneficjentem tej zmiany. Złą zmianę udało się zablokować dzięki nieoczywistej koalicji konserwatywnego think tanku, PSL, Kukiz’15, Prawicy Marka Jurka, Partii Razem i Prezydenta RP, a także błogosławieństwie Episkopatu. Również dziś, gdyby PiS rzeczywiście podjął się szarży na zmianę ordynacji, można by spróbować jej przeciwdziałać.

Wymagałoby to jednak politycznej zręczności i zdolności do nietypowych działań. Szansę PiS-u na przegłosowanie zmian w ordynacji zablokować mogą dwaj politycy – Paweł Kukiz i Andrzej Duda. Opozycja już dziś powinna pracować nad alternatywną propozycją zmiany prawa wyborczego, która mogłaby przekonać Kukiz’15 do głosowania z opozycją, a nie partią Kaczyńskiego. Taka zmiana mogłaby objąć np. wprowadzenie w wyborach 2023 r. bardziej korzystnej dla mniejszych partii metody Sainte-Laguë, zaś od kolejnych wyborów ordynacji mieszanej z istotną, a nie symboliczną rolą jednomandatowych okręgów wyborczych. Jak słusznie jednak zauważył Rafał Ziemkiewicz, wymagałoby to od opozycyjnych liderów bycia politykami.

Krok 3: Odrzucić koalicyjny determinizm

Kwestia trzecia to wyzwanie być może najpoważniejsze – funkcjonalne porzucenie przez aktorów politycznej sceny jej dwublokowości. Jakkolwiek jest ona dzisiaj formalnie wielobiegunowa, to funkcjonalnie stanowi już duopol. Wszyscy wiedzą, że istnieją tylko dwa plemiona, obozy, koalicje: PiS i anty-PiS. Tertium non datur. Nie można z dwublokowości wyjść, można co najwyżej zmienić przynależność plemienną. Konfederacja, jakkolwiek funkcjonująca poza tym podziałem, nie jawi się w wyobrażeniach większości obserwatorów sceny politycznej jako potencjalny element koalicji anty-PiS-u. Jeżeli ktoś publicznie na poważnie rozważa jej wejście do rządu, to wyłącznie w scenariuszu bycia koalicjantem partii Jarosława Kaczyńskiego.

To sprawia, że w praktyce mamy już duopol, tylko z wieloma ośrodkami partyjnymi. Nie ma szarości, stanu pośredniego, partii politycznych zdolnych do wejścia w koalicję z obiema dominującymi formacjami bloków.

Ma to momentami daleko idące, negatywne nie tylko dla izolowanego PiS-u, ale i opozycji, skutki. Przykład? Od tygodni komentatorzy krytyczni wobec władzy trąbili, że brak możliwości uzyskania przełomu w relacjach z Brukselą wynikał właśnie z obecności Zbigniewa Ziobry w rządzie, a „Kaczyński wał gwarancję stołka dla SolPolowców niż pieniądze dla Polaków”. Również szereg osób dobrze poinformowanych o nastrojach na Zachodzie przekonuje, że bez wypchnięcia najbardziej eurosceptycznej formacji koalicji rządzącej nie sposób uzyskać zmiany w postrzeganiu Polski, nawet wobec pozytywnej korekty w tym obszarze związanej ze wzrostem znaczenia naszego państwa w związku z wojną. Chwilowo wyciszony konflikt wokół KPO będzie miał przecież zapewne kolejny odsłony, gdy przyjdzie do akceptowania kamieni milowych pozwalających na wypłacenie Polsce transz pieniędzy ze wspólnego długu.

Problem polega na tym, że funkcjonalny duopol sprawia, że PiS w praktyce nie ma dziś alternatywy wobec rządzenia z Solidarną Polską. Załóżmy, że Morawiecki z Kaczyńskimi byliby gotowi pozbyć się Ziobry, aby dokonać przełomu na arenie międzynarodowej, a prezydent Duda być może nawet takiemu scenariuszowi by pobłogosławił. Co oznacza taki manewr? Mniejszościowy rząd, państwowy bezwład i powolne staczanie się PiS-u do opozycji. Politycy nie są samobójcami.

Rzecz wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby również po stronie anty-PiS-u istniała alternatywa. Tymczasem jeśli uznamy, że długofalowe porozumienie z Brukselą jest polską racją stanu, a rząd bez Ziobry krokiem w dobrą stronę, to postawa partii opozycyjnych powinna być inna. Przynajmniej niektóre z nich w teorii powinny być gotowe do manewru zastąpienia Solidarnej Polski.

Oczywiście, co mówiłem już przy okazji powstania centroprawicowej składowej Koalicji Polskiej w postaci nowej partii Kazimierza Ujazdowskiego i Ireneusza Rasia, partia o ambicjach zostania Partią Koalicyjną par excellence musiałaby unikać pozycjonowania się jako „formacja obrotowa” chętna do objęcia władzy z kimkolwiek. Wprost przeciwne – jej deklarowana koalicyjność powinna być budowana w oparciu o maksymalizację programowej pryncypialności. Powinna jasno określić, jakie warunki musiałyby być spełnione, by zgodziła się na rządzenie tak z Tuskiem, jak i z Kaczyńskim, jak również wskazać te elementy, na które nie zgodziłaby się pod żadnym pozorem. Programowe minimum budowałoby podmiotowość i wiarygodność takiej partii, a jego treść powinna zależeć oczywiście od priorytetów formacji, która zdecydowałaby się na taką rolę.

Jednoczesna funkcja Partii Koalicyjnej jako korygującego veto-playera wobec najgorszych zakusów większego partnera dawałaby też szanse na trwałe wyrwanie się z eskalacyjnej równi pochyłej, na której polska polityka zjeżdża coraz niżej od 2005 r. W uproszczeniu taka partia poza swoim programem powinna postawić jasne warunku oczekiwań wobec obu potencjalnych dużych koalicjantów.

W przypadku PiS-u mogłoby to być cofnięcie destrukcyjnych zmian ustrojowych i w zakresie wymiaru sprawiedliwości oraz „odpropagandowienie”. Odpartyjnienie wydaje się mało prawdopodobne, ale już „dekuryzacja” TVP znalazłaby pewnie szereg sojuszników w obozie rządzącym – mediów publicznych. W przypadku PO to gwarancja odwracania PiS-owskich reform w sposób zgodnych z Konstytucją i porzucenie pokusy politycznej zemsty na wyborcach dziś rządzącej partii. To dużo więcej, niż „nic, co dane, nie będzie odebrane”; promesa, że szereg PiS-owskich reform dowartościowujących klasę ludową i mieszkańców polskiej prowincji zostanie utrzymanych, a niektóre kierunki polityki w tym obszarze kontynuowane. Takie podejście gwarantowałoby, że kolejne kadencje polskich Sejmów nie będą polegały na próbie radykalnego odwracania tego, co działo przez osiem ostatnich lat.

Wariant 1: Partia Koalicyjna na lewo od PiS-u 

Brzmi jak political fiction, prawda? Spróbujmy jednak przeanalizować postawy konkretnych formacji, które mogłyby spróbować odegrać rolę Partii Koalicyjnej. Najbardziej oczywistym kandydatem jest PSL-Koalicja Polska. Warto pamiętać, że Jarosław Kaczyński co najmniej raz z sejmowej trybuny w grudniu 2020 r. suflował otwartość na taki scenariusz. Mówił wówczas o „pewnej politycznej propozycji”. Zwrócił się do Kosiniaka-Kamysza z następującym apelem: „Cierpliwości, panie przewodniczący, cierpliwości”. Jakiś czas później o możliwości zastąpienia przez PSL ziobrystów powiedział Marek Sawicki, ale dość szybko partyjni koledzy odcięli się od jego sugestii. U progu agresji Rosji na Ukrainę postulat „koalicji zgody narodowej” stawiał Czesław Bielecki. Wskazywał na ludowców jako potencjalny stabilizator rządu Kaczyńskiego po wyrzuceniu Ziobry.

Formuła Partii Koalicyjnej mogłaby przynieść partii Kosiniak-Kamysza sporo szans. Przede wszystkim okazję do ekspozycji swoich propozycji programowych (wbrew pozorom ludowcy je mają, niektóre ciekawe) oraz możliwość zawalczenia o odzyskanie wyborców, którzy w ostatnich latach od PiS-u odeszli. Konserwatywni i wiejscy wyborcy nie kochają PiS-u, ale zdecydowanie bardziej nie kochają PO, dlatego porzucili ludowców. Gdyby wiedzieli, że ich „dawna partia” jest otwarta na współpracę z ich „nową partią”, być może wróciliby do dawnych wyborczych przyzwyczajeń.

Wydaje się jednak, że PSL jest w dzisiejszej swej pozycji niezdolne do porzucenia obozu anty-PiS-u. Partia balansuje na granicy progu wyborczego. Od lat PiS przejmuje jej elektorat, a ludowcy mają z pewnością w pamięci losy dotychczasowych koalicjantów Kaczyńskiego.

Alternatywnym scenariuszem do realizacji formatu Partii Koalicyjnej jest sformułowanie bloku Nowego Centrum czy też Koalicji Polskiej 2050 – sojuszu PSL, partii Szymona Hołowni i mniejszych ugrupowań centrowych. Decyzja o współpracy Kosiniak-Kamysza z Polską 2050 miałaby sens i szanse na wyborczy sukces, musiałaby bowiem być oparta nie tylko na interesie wyborczym, ale i na nowej opowieści – formowaniu realnej alternatywny zarówno dla PO, jak i PiS-u. Obranie pozycji Partii Koalicyjnej mogłoby być jej uwiarygodnieniem, szansą na medialne zainteresowanie, a wreszcie okazją do radykalnego podbicia swojej wartości w docelowych negocjacjach z bardziej naturalnym koalicjantem w postaci tuskowo-lewicowego anty-PiS-u.

Trudno sobie wyobrazić Hołownię, nawet we wspólnym bloku z PSL-em, w koalicji z Kaczyńskim. Z drugiej strony jego partia przeżywa głęboki sondażowo-medialny kryzys i musi wymyślić się zupełnie na nowo. Z Tuskiem i Trzaskowskim w Platformie nie uwiarygodni się już jako lepszy anty-PiS. Musi szukać miejsca gdzie indziej.

Rozpoczynający polityczną przygodę w grudniu 2019 r. Hołownia deklarował, że widzi potencjalnych politycznych przyjaciół po różnych stronach sceny politycznej – z nazwiska wymienił wówczas obok liderów PSL-u i Partii Razem również ówczesnych ministrów rządu Mateusza Morawieckiego – Jadwigę Emilewicz i Michała Kurtykę. W samorządach przygarnął pod swoje skrzydła pewne grono dawanych polityków PiS-u. W Sejmie jego koło współtworzą przecież były wiceminister Zjednoczonej Prawicy, Wojciech Maksymowicz, i były wiceprezes PiS-u, Paweł Zalewski.

Być może właśnie taki dwuskok – po pierwsze, koalicja z PSL-em, po drugie, formuła Partii Koalicyjnej – jest tym, co mogłoby pozwolić Hołowni uniknąć losu politycznej supernowej.

Trzecim potencjalnym kandydatem do roli Partii Koalicyjnej jest Lewica. Tu znów sprawa z jednej strony wydaje się trudna do wyobrażenia ze względu na retorykę, ale w praktyce wcale nie tak niemożliwa. Po pierwsze, Lewica również raczej stara się budować podmiotowość względem Platformy Obywatelskiej i niechętnie spogląda na ambicje Tuska, by ją anektować. Po drugie, w sprawach gospodarczych bliżej jej, przynajmniej w teorii, do PiS-u niż do liberałów, zaś w sprawach obyczajowych i kulturowych bliżej do liberałów niż PiS-u. Pozycja „polityki równych odległości” jest więc dla niej wręcz naturalna. Po trzecie, zdarzało się jej rzucać PiS-owi koło ratunkowe, chociażby w postaci głosowania za ratyfikacją przepisów pozwalających na ustanowienie europejskiego Funduszu Odbudowy. Wbrew zaklęciom totalnego anty-PiS-u wcale na tym źle nie wyszła. Dziś notuje sondażowe zwyżki. Oczywiście to scenariusz najtrudniejszy do wyobrażenia. Czy jednak rząd PiS-u z Lewicy jest bardziej egzotyczny niż ten z udziałem Partii Razem i polityków Nowoczesnej?

Wariant 2: Antysystemowa Partia Koalicyjna 

A teraz zejdźmy na ziemię. Obawiam się, że żadna z wyżej wymienionych formacji nie zdecyduje się na skok ku realnej podmiotowości i depolaryzacji. Nie zmienia to faktu, że wciąż kluczem do wyników kolejnych wyborów z wysokim prawdopodobieństwem będzie pozycja trzeciej siły. Tej, która będzie miała potencjał być języczkiem u wagi.

Najbardziej oczywisty kandydat to Konfederacja. To sojusz wolnościowców i narodowców najbardziej dziś funkcjonuje poza bipolarną logiką. Z jednej strony sytuuje się go wyraziście na prawo. Z drugiej Konfederaci są wyrazistymi krytykami PiS-u, a z niewielką częścią polityków opozycji i sporą rzeszą wyborców opozycji łączą ich poglądy gospodarcze. Im bliższy dwubiegunowemu będzie układ list wyborczych w kolejnych wyborach, tym większa szansa, że zyskają na tym Konfederaci. To od nich zależeć może (pomimo dołujących dziś sondażów), kto utworzy rząd jesienią 2023 r.

Konfederatom puszczenie oka ku centrum przyniosłoby pewnie sporo korzyści. Wbrew pozorom ich elektorat to nie sfrustrowani eurosceptycy, ale jak wskazują badania, często ludzie dość umiarkowani, centrowi, liberalni gospodarczo, nierzadko dawni wyborcy Platformy Obywatelskiej. Przesuwając na dalszy plan kompromitujące twarze Korwin-Mikkego i Brauna, a eksponując Bosaka, Dziambora czy Mentzena, mogliby powalczyć o niemały kawałek centrowego elektoratu.

By to stało się prawdopodobne, muszą przetrwać do wyborów w formie i przede wszystkim nie podzielić na dwie listy. Medialne doniesienia o konfliktach w sojuszniczych partiach przy słabszych niż wcześniej sondażach mogą postawić obecność Konfederacji w kolejnym Sejmie pod znakiem zapytania. Możliwy jest i alternatywny scenariusz – sondażowa zwyżka w efekcie gospodarczych kłopotów i zmęczenia społecznego konsekwencjami wojny na Ukrainie, a także ewentualna „premia” za zjednoczenie się anty-PiS-owskiej opozycji. Gdyby do tego doszło, Konfederacja mogłaby wręcz modelowo odegrać rolę Partii Koalicyjnej, ale pod warunkiem, że anty-PiS nie przekreśliłby z góry takiego sojuszu. A w tle – pomińmy już rozpisywanie tego scenariusza – jest też przecież wyborczy rozbrat Ziobry z Kaczyńskim i współpraca Konfederatów (lub ich części) z Solidarną Polską.

Opcja druga do pojawienie się nowej partii protestu. AgroUnia? Marianna Schreiber? Partia Razem z Ikonowiczem i Mają Staśko, jeśli partia Czarzastego i Biedronia pójdą na liście z Tuskiem? Robert Bąkiewicz, który zawalczy o podział głosów Konfederacji i spróbuje zepchnąć dawnych kolegów pod próg? A może rolę „Tymczasowego Ugrupowania Protestu” odegra tym razem ktoś z liberalnego centrum, jak wcześniej Petru, Palikot czy Hołownia?

Dziś każdy z tych scenariuszy brzmi niemal komicznie. Pamiętajmy, że do wyborów jeszcze półtora roku – z wojną, dwucyfrową inflacją, niewykluczonym ryzykiem gospodarczej stagnacji, a może i nawrotem epidemii. Gdy w 2015 r. Paweł Kukiz ogłaszał start w wyborach prezydencki, poważni komentatorzy pukali się w czoło, a sondaże dawały mu poparcie w granicy błędu statystycznego. Potem dostał 20% poparcia i odebrał władzę Platformie Obywatelskiej.

Jeśli „TUP 2023” zdecydowałby się na rolę Partii Koalicyjnej, to mógłby sporo namieszać – na fali społecznej frustracji odebrać głosy rozczarowanych zwolenników PiS-u i w razie sukcesu zapewnić partii Kaczyńskiego zdolność do sformułowania koalicyjnego rządu po kolejnych wyborach.

Scenariusz pojawienia się partii protestu ma też drugi, bardziej złożony wariant. To ten, w którym taką formację po cichu wspiera, wręcz „hoduje” sobie na koalicjanta, partia rządząca. Brzmi abstrakcyjnie? Takie operacje na scenie politycznej nigdy nie są proste.

Trzeba jednak pamiętać, że odpowiednia ekspozycja w mediach publicznych i taktyczne wsparcie mogłoby okazać się wystarczające, by głosy zdemotywowanych wyborców partii Kaczyńskiego nie przepłynęły do anty-PiS-u. Szczególnie w sytuacji, gdy żadna z formacji na lewo od PiS-u nie umie go celnie punktować w sposób wiarygodny dla tych, którzy wcześniej zaufali „dobrej zmianie”. A taki, dajmy na to, sojusz środowiska Roberta Bąkiewicza, Solidarnej Polski i rozłamowców z Konfederacji mógłby sprawdzić się w tej roli znakomicie.

Zresztą, kto śledził losy sojuszu bezpartyjnych samorządowców i Roberta Gwiazdowskiego w wyborach do Parlamentu Europejskiego, wie, że różne nieoczywiste scenariusze ktoś czasem próbuje zaanimować.

***

Od Partii Koalicyjnej par excellence zależeć może to, kto jesienią 2023 r. sformułuje kolejny rząd. Kalkulacja i zdrowy rozsądek podpowiadają, że próba jej powstania musi się wydarzyć. Od polityków opozycji na lewo od PiS-u zależy, czy skorzystają z tej szansy, czy pozostawią puste pole siłom, które potencjalnie z dużo większym prawdopodobieństwem wydłużą rządy PiS-u o kolejne cztery lata.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.