Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Czołg made in Poland? To nie tylko możliwe, ale nawet konieczne

Czołg made in Poland? To nie tylko możliwe, ale nawet konieczne Ćwiczenia żołnierzy 18 Dywizji Zmechanizowanej 2020, czołg Leopard 2PL

Dotychczasowa polska strategia zakupu czołgów jest nieskuteczna. Często forsowana jest opinia o nieopłacalności programów zbrojeniowych w Polsce, choć w rzeczywistości jest odwrotnie. Program budowy polskiego czołgu może skończyć z łataniem dziur i przypadkowych zakupów dla wojska. Kluczowym wyzwaniem jest stworzenie dobrze zorganizowanego, długofalowego i ponadpartyjnego programu pancernego w polskim przemyśle, angażującego wszystkie możliwe konieczne zasoby naukowo-przemysłowe, w tym podmioty prywatne. Moment na inwestycje w przemysł pancerny w Polsce jest bardzo dogodny. Wymagałoby to stabilnego wsparcia zarówno polityków, jak i społeczeństwa oraz niewygórowanych wymagań ze strony wojskowych. Inaczej kolejne dziesiątki miliardów złotych, zamiast zostać w kieszeniach polskich podatników, wzbogacą fundusze emerytalne za granicą.

Dotychczasowa polska strategia zakupu czołgów jest nieskuteczna. Rząd zdecydował się na powtórzenie najpierw zakupu czołgów, a później negocjacji serwisu i modernizacji w kraju. Posiłkując się przykładem Leopardów 2, wiemy, że budowa zdolności serwisowych i modernizacyjnych jest nadzwyczajnie droga – program modernizacji i dogłębnych napraw czołgów Leopard 2A4 pozyskanych w 2004 r. już pochłonął miliardy złotych i spowodował lata opóźnień.

Wynika to z tego, że wiele zdolności do produkcji nowoczesnych elementów dla modernizacji tych czołgów albo nie istniało, albo trzeba było je odtworzyć w zakładach Bumar-Łabędy po drugiej przerwie. Teraz bez kontynuacji rozwoju tychże zdolności kolejne miliardy zostaną stracone – przeszkoleni ludzie po wykonaniu programu modernizacji leopardów odejdą, a kiedy za kilka lat pojawi się potrzeba remontów i modernizacji abramsów, będziemy musieli tworzyć te zdolności ponownie.

Problem ten trapi nawet kraje rozwinięte. Na przykład w Wielkiej Brytanii zdolności całkowicie stracono i teraz oddaje się wielomiliardowe kontrakty na modernizację czołgów Challenger 2 i zakupu BWP (bojowych wozów piechoty) Ajax do Niemiec, USA i Hiszpanii. Oddaje się nie tylko pieniądze, ale też potencjał ludzki, zwłaszcza na dobrze wynagradzanych etatach, i potencjał naukowy. Ponadto obniża się jakość systemu edukacyjnego, który nie ma zastrzyku wiedzy praktycznej i nie może implementować wypracowanych rozwiązań do rzeczywistych produktów przemysłu zbrojeniowego.

W Polsce, dla której powyższe problemy, zwłaszcza zjawisko drenażu mózgów, są dotkliwe, rezygnacja z programów zbrojeniowych ma duże znaczenia dla rozwoju całych regionów. To nie jest sytuacja, na którą rozwijający się kraj może sobie pozwolić.

Czołg to nie tylko kwestia samej maszyny bojowej i jej walorów taktycznych, lecz także jej obsługi, modernizacji, zapewnienia amunicji, paliwa i niezbędnej chemii (olejów, płynów chłodniczych, hydraulicznych w przekładni itd.) do pracy napędu i urządzeń pokładowych zarówno w jednostkach, jak i w warsztatach, oraz odpowiedniego programu szkoleniowego dla zaangażowanego personelu. Szacuje się, że zakup sprzętu to tylko 25%-35% kosztu utrzymania systemu w trakcie całego życia.

Obsługa czołgu różni się znacząco od obsługi samochodów i wozów dostępnych komercyjnie. Części zamienne sprzedawane są pod ścisłą kontrolą polityczną kraju-producenta. Uzyskanie wszystkich zgód zajmuje czas, a i tak nie gwarantuje pozytywnej odpowiedzi. Może to wynikać z własnych potrzeb operacyjnych sił zbrojnych kraju producenta lub czasowych zawirowań politycznych w relacjach między państwami, które nawet wewnątrz NATO bywają niestabilne.

Zapewnienie dobrych relacji z producentami i dostawcami z różnych krajów w ciągu 30-40 lat eksploatacji sprzętu bywa bardzo wymagające. Jak pokazały spory polskich polityków z zachodnimi w ciągu kilku ostatnich lat, takie utarczki mogą trwać miesiące i lata, a rządy państw sojuszniczych nie wahają się w użyciu blokady sprzedaży broni, traktują ją jako środek nacisku w kwestiach niezwiązanych z militariami.

Nadzwyczaj ważnym wątkiem odporności strategicznej jest nie tylko duża gotowość sprzętu przed konfliktem, ale też zdolność do naprawy sprzętu podczas konfliktu. Możliwość odtworzenia strat nazywa się „odpornością strategiczną” (ang. strategic resiilence). Dążenie takich państw jak Izrael, Korea Południowa lub Ukraina do posiadania własnych czołgów nie było motywowane wyłącznie czynnikami gospodarczymi, niższą ceną i lepszym dostosowaniem do wymagań lokalnych wojskowych, lecz także możliwością budowy potencjału przemysłowego, który sam w sobie jest wartością bojową.

Własne serwisowanie też jest elementem twardego bezpieczeństwa

Podczas walk na Ukrainie wiele osób nie zauważa innej bohaterskiej walki – tej w ścianach zakładów remontowych. W Charkowie, Kijowie, Żytomierzu i Lwowie pracownicy bez przerwy modernizują i naprawiają ukraińskie czołgi i inne pojazdy opancerzone. Wozy pancerne naprawiane w Kijowie i Żytomierzu ruszały wprost z zakładów do walki.

Z charkowskiej fabryki do obrony kraju wyjechały nawet wozy prototypowe. Tak duża dywersyfikacja na terenie całego kraju była możliwa dzięki temu, że od 2017 r. prowadzono wymianę umiejętności technologicznych między wszystkimi zakładami, żeby w razie konfliktu siłami wszystkich zakładów wesprzeć obronę, nawet jeżeli podstawowe zakłady w Charkowie ulegną zniszczeniu.

W sytuacji z zagraniczną konstrukcją jest to, co do zasady, niemożliwe – nawet jeżeli serwis zostanie ulokowany w jakichś zakładach, to nie ma mowy o przeniesieniu licencji lub technologii naprawy od tego, który jest licencjobiorcą. Wtedy remonty są zagrożone usytuowaniem w jednym zakładzie, a jego ewentualne zniszczenie lub okupacja uniemożliwiają naprawy sprzętu. Zaplecze przemysłowe zaczyna mieć kluczowe znaczenie dla obrony kraju w rzeczywistym konflikcie zbrojnym.

Obecnie jest to szczególnie ważne, bo dzisiaj czołgi mają pancerze kompozytowe, składające się z wielowarstwowych płyt, które z jednej strony są łatwo wymienne, a z drugiej wewnętrzna konstrukcja takiego pancerza jest objęta tajemnicą państwową i ani nie ma możliwości produkcji licencyjnej takich modułów w kraju, ani ich wymiany przez polskich specjalistów. Nawet najlepszy na świecie pancerz specjalny ma ograniczoną odporność na wielokrotne trafienia i z czasem będzie wymagał wymiany. Jakakolwiek próba podejrzenia zawartości komór pancerza specjalnego będzie skutkowała oziębieniem relacji politycznych.

Podobnie sytuacja wygląda z elektroniką i optyką – celowniki są piętą achillesową wozów pancernych, które nigdy nie są opancerzone tak dobrze, jak reszta wozu. Jeżeli części zamienne można kupić, to wymiana i kalibracja precyzyjnych czujników i optyki po naprawie niekoniecznie może być zapewniona, ponieważ będzie wymagała ingerencji w oprogramowanie wozu.

Jakikolwiek poważniejszy konflikt na terytorium kraju najprawdopodobniej oznacza wymóg takiej ingerencji, a nie można zakładać bezproblemowego wysłania zagranicznych specjalistów i części do kraju ogarniętego wojną, bo generowałoby to duże koszty polityczne i związane z bezpieczeństwem pracowników dla kraju-producenta…

Bezpieczeństwo ma cenę?

Wokół rozmów o gospodarczym wymiarze polskich programów zbrojeniowych zawsze pojawia się pytanie, czy to się opłaca. Często forsowana jest negatywna opinia o opłacalności opracowywania sprzętu w Polsce. W rzeczywistości jest odwrotnie. Przykładowo opracowanie polskiego bojowego wozu piechoty (BWP) Borsuk wraz z wieżowym systemem uzbrojenia kosztowała podatnika niecałe 200 milionów zł i przebiega zgodnie z planem, a przewidywalny koszt jednostkowy wyniesie poniżej 30 milionów złotych. Nawet uwzględniając inflację i wahania kursu walut (niektóre podzespoły, takie jak napęd, są importowane), cena raczej nie przekroczy w najbliższym czasie 35 milionów złotych, czyli jakieś 7,5 miliona euro.

Dla porównania opracowanie niemieckiego BWP Puma trwało dłużej, od 1995 r. prace badawczo rozwojowe kosztowały Niemców kilkaset milionów euro, a koszt jednostkowy dotychczasowej wersji Pumy przekroczył już 17 milionów euro. Podobne problemy i opóźnienia widoczne są w brytyjskich programach zbrojeniowych, generujących ogromne wydatki, które wynikają z kosztów pracy inżynierów w bogatych krajach – z „lukratywnej” oferty wartej 3,5 miliardów funtów za 589 sztuk BWP Ajax (niecałe 6 milionów funtów za sztukę) cena wzrosła już teraz do 5,5 miliardów funtów, czyli o ponad połowę. Ostatecznie może sięgnąć nawet 7,5 miliardów funtów. Mówimy o wozie bez zintegrowanego pocisku przeciwpancernego, zatem polski przemysł pancerny może być jak najbardziej opłacalny.

Polski rynek broni pancernej jest ze względów geopolitycznych największy w Europie – tylko same jednostki liniowe potrzebują ponad 650 czołgów, nie licząc wozów inżynieryjnych, mostów szturmowych na podwoziach czołgowych, czołgów saperskich, maszyn dla centrów szkoleniowych i zapomnianej już w Polsce rezerwy sprzętowej.

Do 2035 r. Polska będzie posiadała tylko 250 czołgów młodszych niż 40 lat (tyle trwa opłacalna służba wozów bojowych) i niepotrzebujących wymiany, czyli właśnie zakupionych abramsów. Ponad 400 czołgów to wciąż duża liczba do rozpoczęcia opłacalnej produkcji seryjnej, ale dająca też możliwość rozwoju sprzętu pancernego w odległej przyszłości.

Polscy politycy wcale nie boją się kosztów, wręcz przeciwnie – pod hasłem „bezpieczeństwo nie ma ceny” wydatki na zbrojenia nie tylko nie są patriotyczne, ale po prostu nieskuteczne. Polscy politycy boją się tylko ryzyka związanego z tak drogim programem, i to całkiem niesłusznie.

Czołg na miarę naszych możliwości

Program budowy polskiego czołgu może się wydawać ryzykownym pomysłem, ale też takim, który skończy z filozofią „łatania dziur” i przypadkowych zakupów dla wojska bez oglądania się na długofalowe skutki. Było już wiele podejść do stworzenia polskiego czołgu. Nie powiodły się albo ze względu na brak funduszy, albo ze względu na kuriozalne koncepcję i wymagania techniczne „produktów czołgopodobnych”.

Warto zauważyć, że w czasie powstania nowego sprzętu wiele krajów wchodzi w „ślepe uliczki”, tworzy czasami nieperspektywiczne prototypy i ponosi z tego względu straty finansowe. Różnica pomiędzy sukcesem a porażką polega często na tym, że jedni przechodzą drogi prób i błędów, a inni się poddają i rezygnują. Niedokończone projekty zostawiły jednak po sobie duży bagaż doświadczeń i wiedzy o projektowaniu wozów, w tym konstrukcji oryginalnych i niestandardowych, a także technologii niezbędnych do powstania czołgów.

Zresztą dysponujemy już większością elementów potrzebnych do stworzenia polskiego czołgu, takich jak pancerze reaktywne i ceramiczne ERAWA, CERAWA i CAWA, opracowane pod kierownictwem dr. hab. Adama Wiśniewskiego. W Hucie Stalowa Wola ukończono pomyślnie prace nad polskim zawieszeniem hydropneumatycznym, a także opanowuje się produkcję części do armat czołgowych. W Polsce pracuje się też nad nowoczesną amunicją do tych armat. W trakcie projektu czołgu lekkiego „Gepard” gliwicki Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Urządzeń Mechanicznych stworzył nowy, odizolowany od załogi automat ładowania. Na potrzeby bezzałogowej wieży bojowego wozu piechoty „Borsuk”, modernizacji czołgów PT-91 i Leoparda 2 stworzono w warszawskich zakładach PCO zestaw celowników elektrooptycznych o różnym przeznaczeniu najnowszej generacji.

Elektryczne napędy obrotu wieży i układy stabilizacji uzbrojenia produkuje ZM Tarnów na potrzeby modernizacji Leopardów 2, zaś system gaśniczy Stopfire, testowany obecnie wraz z BWP Borsuk, produkowany jest przez WCBKT. Polska firma WB Electronics produkuje nowoczesne systemy kontroli ognia i radiostacje. Całość niezbędnych wysokich technologii do tworzenia czołgów w Polsce już została odtworzona. Rezygnacja z budowy czołgu teraz, kiedy wybudowano cały ten potencjał, oznacza stratę już zainwestowanych środków.

Oczywiście duża część wspomnianych wyżej elementów potrzebowałaby dopasowania, np. system kierowania ogniem (SKO). Układy stabilizacji musiałyby zostać dopasowane do większego kalibru armaty czołgowej, zaś produkcja seryjna pancerzy ceramicznych musiałaby powstać w zasadzie od nowa.

Największym problemem technologicznym jest natomiast układ napędowy, silnik i przekładnia o mocy 1500 koni mechanicznych, na wytwarzanie której musielibyśmy pozyskać licencję z zagranicy. Z drugiej strony istnieje wiele opcji wyboru licencjodawcy, w tym z Niemiec, Włoch, Korei Południowej, Stanów Zjednoczonych, a nawet Japonii i Ukrainy. Możemy więc wybierać opcje atrakcyjne cenowo lub pod kątem zakresu przekazania technologii. Marzenie o polskim czołgu po wielu latach może się ziścić.

Dużo będzie zależało od warunków współpracy z kontrahentem zagranicznym. Polska wcześniej miała bardzo złe doświadczenia z zagranicznymi licencjami, które zawierają wiele ograniczeń niepozwalających na eksport i samodzielny rozwój konstrukcji oraz mają ukryte koszty.

Choć opracowanie czołgu we współpracy z zagranicznym konsultantem jest droższe, bardziej pracochłonne i ryzykowne niż zwykła licencja, to formuła, w której zarządzanie projektem i projektowanie czołgu odbywają się w kraju pod nadzorem zagranicznego konsultanta, jest zdecydowanie bardziej sensowne od pozyskania kolejnej licencji, która staje się źródłem wysoce marżowego dochodu dla licencjodawcy na dekady i mija się z celem własnego pancernego programu. Oczywiście początkowo polski czołg może zawierać niektóre zagraniczne elementy, ale już na wczesnym etapie powinna być założona ich przyszła polonizacja.

Ważne są warunki, na których taka współpraca jest budowana – początkowo tańsze programy z ograniczonym przekazaniem technologii i tylko końcowym montażem w kraju mogą wydawać się kuszącą, oszczędną opcją. Z drugiej strony opracowanie własnej konstrukcji w konsultacji z zagranicznym doradcą może być początkowo droższe, jako że taki konsultant rozumie, że jest to ostatnia szansa zarobić na kliencie, któremu później i tak zostaje lwia (>90%) część dochodu w cyklu życia konstrukcji. Zgodnie z powiedzeniem skąpy traci dwa razy.

Kluczowym wyzwaniem jest stworzenie dobrze zorganizowanego, długofalowego i ponadpartyjnego programu pancernego w polskim przemyśle, angażującego wszystkie możliwe konieczne zasoby naukowo-przemysłowe, w tym podmioty prywatne, co jest ważne chociażby z tego powodu, że prywatne firmy zdecydowanie lepiej dostosowane do zmieniających się realiów rynkowych. Po skończeniu produkcji czołgi będą zdolne skorzystać z doświadczeń w dziedzinach cywilnych i tworzyć spillover effect (efekt rozlewania się technologii militarnych na rynek cywilny).

Po skończeniu produkcji czołgów technologie uzyskane podczas produkcji ciężkiego sprzętu pancernego można użyć do produkcji cywilnych pojazdów gąsienicowych, szynowych i szeroko pojętego sprzętu kolejowego. Zespoły napędowe w wersji cywilnej najpewniej przydadzą się jako jednostki zapasowe do wspierania OZE w odległych miejscowościach, zwłaszcza dzięki temu, że silniki wysokoprężne dla pojazdów wojskowych są budowane z myślą o stosowaniu szerokiej gamy paliw.

Nawet opanowanie ceramicznych pancerzy pozwoli na wytwarzanie wielu elementów ceramicznych w zastosowaniach przemysłowych i medycznych, gdyż ceramika metaliczna coraz częściej wypiera popularne klasyczne stopy. Polski program pancerny wcale nie ograniczy się tylko do produkcji wojskowej, ale na dłuższą metę wzmocni kompleksowo polski przemysł ciężki.

Jak wyglądałby program narodowego czołgu?

Można założyć, że pierwsze 3-4 lata będą polegały na tworzenie kilku uproszczonych prototypów dla przetestowania konstrukcji samej wieży i sprawdzaniu, czy jest to optymalne rozwiązanie dla załogi i czy zapewnia ono odpowiedni poziom jej przeżywalności. W tym czasie mogą również trwać negocjacje w sprawie pozyskania technologii napędu i tworzenia linii produkcyjnej dla modułów opancerzenia kompozytowego.

Po skończeniu pierwszej fazy będą potrzebne kolejne 3-4 lata na dopracowanie wszystkich podzespołów i ich integracji. Nie należy podchodzić do pierwotnej wersji wozu maksymalistycznie – zamiast mnożenia wysokich wymagań wobec parametrów opancerzenia, uzbrojenia i elektroniki, warto skupić się na budowie dobrej platformy z dużym zapasem modernizacyjnym, według filozofii SWaPC2 (Size, Weight and Power, Cooling, Cost, czyli z zapasem przestrzeni, masy, mocy i chłodzenia przy uwzględnieniu dostępnych kosztów), jako że nikt jeszcze nie wie, jaki będzie przyszły standardowy kaliber armaty czołgowej NATO lub jaka elektronika będzie dostępna po 2035 r.

Jeżeli wojsko podejdzie do kwestii w stylu zarządzania zwinnego, o którym pisaliśmy w lutym, to wiele podzespołów zostanie przetestowanych długo przed powstaniem ostatecznego prototypu, np. dzięki łączeniu badań zakładowych z państwowymi. 1-2 lata mogą więc być wystarczające do przyjęcia uzbrojenia i rozpoczęcia produkcji seryjnej, ale pod warunkiem równoległej organizacji produkcji do fazy B+R. Sama faza B+R może pochłonąć do 600 milionów złotych, organizacja produkcji kolejne 4-5 miliardów złotych.

W to wszystko już będą wliczone koszty infrastruktury remontów i modernizacji (tożsamych z produkcją), a także procesy szkoleniowe wojska, które będzie doskonale znało maszyny, zanim je otrzyma, ze względu na partycypację w projektowaniu. Dalsze szkolenie można będzie odbywać siłami samego wojska. Należy pamiętać, że za 250 czołgów Abrams zapłaciliśmy około 20 miliardów złotych. Koszty pozyskania ponad 400 czołgów w przyszłości dla zastąpienia ponad czterdziestoletnich w 2035 r. czołgów PT-91 i Leopard 2 będą oczywiście wyższe, ponad 30 miliardów, a więc zainwestowane koszty w tej kwocie się wyrównają.

Wnioski

Moment na inwestycje w przemysł pancerny w Polsce jest bardzo dogodny – za 13 lat Leopardy 2 i PT-91 osiągną wiek ponad 40 lat i będziemy musieli je wycofać z armii, zaś Abramsy M1A2SEPv3 będą przestarzałe technologicznie, co stworzy zapotrzebowanie na około 600 nowych czołgów. Ewentualna polska konstrukcja osiągnęłaby do tego czasu dojrzałość i zdolność stabilnej produkcji seryjnej.

Z drugiej strony inflacja i dewaluacja złotego może spowodować, że wiele zagranicznych zakupów, w tym już podpisane umowy, znacznie podrożeją i prace badawczo-rozwojowe oraz inwestycje we własne zakłady staną się narzędziem stabilizującym gospodarkę i balans eksportowo-importowy.

Wymagałoby to stabilnego wsparcia finansowego i retorycznego zarówno polityków, jak i społeczeństwa, mądrego zarządzania oraz zrównoważonych, niewygórowanych i klarownych wymagań ze strony wojskowych. Inaczej kolejne dziesiątki miliardów złotych, zamiast zostać w kieszeniach polskich pracowników, naukowców i przedsiębiorców, wzbogacą fundusze emerytalne za granicą.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.