Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Papież Franciszek, katocelebryta i duchowy influencer – czy na długo?

Papież Franciszek, katocelebryta i duchowy influencer – czy na długo? EpiskopatNews/flickr.com

Stanowisko Ojca Świętego wobec wojny na Ukrainie jest w „katolickiej bańce” tematem numer jeden od samego jej początku. Środowiska, które jeszcze przed rozpoczęciem konfliktu widziały w papieżu proroka i reformatora, znalazły się w sytuacji dysonansu poznawczego. Oto ten, który miał zmieniać Kościół, zawiódł. Dlaczego nas wszystkich ta sytuacja tak bardzo zabolała? Bo zapomnieliśmy o tym, że szacunek dla urzędu jest czymś innym niż szacunek dla osoby, która go sprawuje. Dziś potrzebujemy, zarówno w Kościele, jak i w polityce, powrócić do tego klasycznego rozróżnienia. 

Wyrzućmy autorytety, słuchajmy celebrytów!

Powiedzenie, że współczesna zachodnia kultura jest skupiona na jednostce i jej indywidualnych przeżyciach, nie wydaje się niczym odkrywczym. Ciekawym jednak zjawiskiem jest pewien paradoks. Skupianie się na własnych przemyśleniach i odczuciach w sposób naturalny podważa istnienie autorytetów, szczególnie zaś tych instytucjonalnych.

Jednak przyroda nie znosi próżni, a ludzie zdają się w sposób naturalny szukać jakichś przewodników, kogoś, kto opowie im świat. Nie mogą tej roli oczywiście pełnić „opresyjne” struktury, takie jak rodzina, uniwersytet, Kościół czy państwo. Kto zaś może? Ktoś taki jak my, ale znany, otwarty, a przede wszystkim autentyczny. I w tym momencie cali na biało wjeżdżają celebryci. Szerzej o tym zjawisku pisał na naszych łamach Jakub Małecki, który trafnie zauważył, że miejsce starych autorytetów zajęły gwiazdy popkultury, influencerzy itd.

Sam fakt bycia na świeczniku dodaje im powagi i nadaje ich głosowi znaczenia. Jednocześnie mówią w prosty sposób, taki jak my. Brak im dusznego i formalnego języka, odwołują się do emocji, są „autentyczni”. To doprawdy fascynujące, że gromady „racjonalnych” homo economicus lub „wyzwolonych i świadomych siebie” ludzi oddają swoje życie pod kontrolę głosów coachów, instagramerów lub innych celebrytów. Reklamodawcy zrozumieli ten mechanizm, dlatego mamy do czynienia z ambasadorami marek, sponsoringiem sławnych sportowców, lokowaniem produktów i współpracami z influencerami.

Proces ten dotknął nie tylko mediów, w których aktorzy, piosenkarki i ludzie znani z tego, że są znani, opowiadają o wszystkim – od głodu na świecie i kryzysu klimatycznego przez dietę i wakcynologię aż po modę, sport i podatki. W głęboki sposób proces ten wpłynął również na świat polityki.

Kult wodzów zwaśnionych plemion

Partie masowe, skupione na ideach i reprezentacji określonych grup, odeszły w niepamięć lub zmieniły się tak, że z dawnych czasów pozostała co najwyżej nazwa. Specjaliści od marketingu politycznego już dawno zauważyli, że produkty polityczne można jak każde inne sprzedawać twarzą. W zależności od przyjętej strategii będzie to albo człowiek „taki jak my”, albo wręcz przeciwnie – uosobienie kogoś, kim chcielibyśmy się stać. Nie liczą się już programy, osiągnięcia ani przeszłość, ważne jest utożsamienie i emocje. Pisała o tym na naszych łamach Daria Chibner. Zauważyła, że dziś przyznaje się emocjom prawo do bycia najwyższą instancją rozstrzygania problemów społeczno-politycznych. Zdecydowanie łatwiej jest się utożsamić z osobą niż z bezduszną instytucją, zaś ostateczną instancją tego utożsamienia jest to, czy czujemy sympatię do danego polityka, czy też jest zupełnie na odwrót.

Dlatego obecnie królują partie wyborcze z wyrazistymi liderami lub przywódcy z partiami jako zapleczem. Wystarczy wspomnieć o dawnych sukcesach Forza Italia z twarzą „boskiego Silvio”, stworzonej ex nihilo przez Emmanuela Macrona La République en marche czy o swoistej aneksji Partii Republikańskiej przez Donalda Trumpa. To zlanie się jednostki z projektem politycznym nie dotyczy jedynie machiny wyborczej. Dalszym skutkiem takiej indywidualizacji i identyfikacji elektoratu z osobą kandydata jest przelanie tego utożsamienia na instytucję.

Spójrzmy chociażby na nasze rodzime podwórko. Co najmniej od 2005 roku nie mamy w praktyce prezydenta, a jedynie „Kaczora”, „Komora” czy „Dudu zwariowanego”. Rezydent Pałacu Namiestnikowskiego może być co najwyżej z naszego lub obcego „plemienia”. W przestrzeni publicznej trudno znaleźć wypowiedzi, które wznosiłyby się ponad osobistą sympatię lub antypatię do prezydenta. Zabawne jest to, że te same osoby przypominają sobie o szacunku do instytucji czy urzędu prezydenta jedynie wtedy, kiedy sprawuje go akceptowany przez nich osobnik. Zmiana na stołku oznacza również zmianę podejścia.

Utożsamianie instytucji z konkretną osobą skutkuje ostatecznie spadkiem znaczenia tej pierwszej. Rozdzielenie urzędu od osoby jest dziś czymś kompletnie niezrozumiałym. Nie zawsze tak było. Pokazuje to znane z historii powiedzenie: „umarł król, niech żyje król”. Choć umarła konkretna osoba, to „król” żył niejako wiecznie w instytucji króla.

Mowa tutaj oczywiście o koncepcji dwóch ciał króla. Osoba sprawująca daną funkcję łączyła w sobie dwa ciała posiadające dwie odmienne istoty. Chodzi o ciało fizyczne człowieka z jego niedoskonałościami, słabościami i zobowiązaniami osobistymi oraz urząd króla mający być wzorem i stanowić przeciwwagą dla ciała wspólnotowego. To drugie oddawało metafizyczny charakter instytucji. Rozróżnienie to powstało w okresie przemiany monarchii patrymonialnej w stanową, kiedy królestwo przestało być prywatną własnością króla, a stało się dobrem wspólnym jego mieszkańców. To jeden z elementów typowego dla kultury Zachodu rozróżnienia sfery publicznej i prywatnej.

Chcemy, aby prawo, a nie czyjś kaprys, regulował stosunki między nami, zżymamy się na nepotyzm, korupcję i prywatę. Jednocześnie nie potrafimy zrozumieć, że urzędowi jako takiemu należy się szacunek. I to względnie niezależnie od tego, czy premierem jest akurat Donald Tusk czy Mateusz Morawiecki. Władza instytucji jest warunkiem nie tylko dobrego funkcjonowania państwa, ale też gwarantem istnienia jakiegokolwiek organizmu politycznego. Zaś o tyle, o ile dana osoba jest wierna „prawu swego urzędu”, o tyle należy się mu szacunek.

Papież Polak Mickiem Jaggerem katolicyzmu

Co to wszystko ma do twitterowych wybryków papieża Franciszka? Okazuje się, że bardzo dużo. Osoba sprawująca urząd papieża jest po prostu jednym z celebrytów do wyboru na rynku. Papiestwo przeszło ten sam proces co świat kultury i polityki.

I jakkolwiek w kraju nad Wisłą może to być bolesne, dużą winę za to ponosi św. Jan Paweł II. Pomijając niepodważalne walory intelektualne i duchowe papieża Polaka, można stwierdzić, że pozostawił on bardzo kłopotliwy bagaż. O tym, że nie czytamy papieża, a jedynie słuchamy homilii o kremówkach i słuchamy górali śpiewających Ojcu Świętemu, pisaliśmy już w tece „Pressji” zatytułowanej Zabiliśmy proroka.

W powszechnym przekonaniu św. Jan Paweł II jako pierwszy z papieży zaczął podróżować po świecie oraz otworzył Watykan dla światowej opinii publicznej. Nie jest to prawdą, pierwszym podróżującym na szerszą skalę następcą św. Piotra był Paweł VI. Jednak to, co w tej materii uczynił nasz rodak na tronie piotrowym, przyćmiło wszystko, co zrobili jego poprzednicy. Nie mówię nawet o tym, że gdyby zsumować przebyte w toku papieskich pielgrzymek kilometry, to można by kilkakrotnie opasać równik.

Podróże apostolskie św. Jana Pawła II wytworzyły swoisty schemat przypominający trasę koncertową. Przywitania na lotnisku, spotkania z osobistościami, przejazdy wśród wiwatujących tłumów, a na koniec spektakularne Msze Święte. Liturgia sprawowana na stadionach czy budowanych specjalnie (jak sceny koncertowe) ołtarzach polowych sprawowana była dla setek tysięcy wiernych. Jej oprawa pełna łamania dystansu i wprowadzania lokalnych elementów zmieniała się w ogromne emocjonalne show. Papież Polak doskonale umiał się wpasować w emocje tłumów i wykorzystywał to do niesienia Ewangelii oraz swojego duszpasterskiego przesłania.

Nie oszukujmy się. Karol Wojtyła był gwiazdą formatu rockmanów, z punktu widzenia organizacyjnego i medialnego papieskie pielgrzymki można jedynie porównać do tras koncertowych. Nawet dzisiaj cały merchandising związany z jego osobą stanowi gigantyczny biznes.

Franciszek celebrytą rodem z Twittera

Jednak model wytworzony za tamtego pontyfikatu przetrwał swojego twórcę, stał się swoistym ciężarem dla jego następców. Kontrowersje i znaki zapytania niwelowały osobowość i przekazywaną przez św. Jana Pawła II treść. Benedykt XVI, który ma bardziej refleksyjną i filozoficzną osobowość, „słabo” się wpisywał w taką wizję, więc nie był za bardzo lubiany przez media. Co innego pełen latynoskiego temperamentu Franciszek. Zamiast zmienić model, docisnął pedał gazu i wprawił w zakłopotanie wielu wiernych.

Założone na Twitterze konto, częste nieautoryzowane wywiady oraz słynne już wypowiedzi na pokładzie samolotu dość regularnie przynoszą nam wstrząsy w katomediach. Było tak już przed wojną, obecny papież idealnie wpisał się w rolę celebryty opisującego świat. Obraz ten jest tak głęboki, że doprowadza do sytuacji na wskroś kuriozalnych. W samym Kościele mamy fanów, a nawet ultrasów Franciszka, a co za tym idzie… jego antyfanów. Kto z nas nie słyszał o parafiach, w których nadal wisi obraz Benedykta XVI, a ze świecą szukać wizerunku Franciszka? Nie mówię już nawet o ślizgających się po krawędzi prawa
kanonicznego sytuacjach niewymieniania imienia obecnego papieża w trakcie Mszy Świętych. Osoba Franciszka zlała nam się z jego urzędem.

O ile jednak Karolowi Wojtyle towarzyszyło zdecydowane i przemyślane przesłanie, o tyle Franciszek zdaje się wkładać w starą formę zupełnie inną treść. Św. Jan Paweł II był centralistą w czasach wielkich przemian kulturowych powodujących rozwadnianie nauczania wśród wielu wiernych na Zachodzie, silną ręką kierował Łodzią Piotrową. To wraz z jego medialną postacią wytworzyło swojego rodzaju oczekiwania wobec papieża.

Z kolei Jorge Bergoglio ma zupełnie odwrotną wizję. Używa tych samych narzędzi, a nawet je rozwija. Franciszek słowo dialog odmienia przez wszystkie możliwe przypadki, postrzega Rzym nie jako ośrodek głoszący niepodważalną prawdę, a bardziej jako przewodnika w dochodzeniu do niej poprzez debaty i ścieranie się opinii, dlategi pojawiają się stanowiące sedno krytyki tego pontyfikatu głosy o braku wyrazistości i amorficzności przekazu papieskiego. Niekonkretność oficjalnych dokumentów to jedno, jeszcze gorzej jest z publicznymi wypowiedziami.

Obecny papież nie dba za bardzo o autoryzację swoich wywiadów lub o to, jak zostanie zrozumiany. Przyprawia o ogromny ból głowy służby prasowe Watykanu muszące przeprowadzać egzegezę wywiadów na pokładzie samolotu czy innych wypowiedzi, które w zależności od tłumaczenia i interpretacji mogą wywracać nauczanie lub nie zmieniać nic.

Przywołajmy dla przykładu chociażby zamieszanie wokół wywiadu, który miałby dawać papieskie przyzwolenie dla cywilnych związków osób tej samej płci. Dla ludzi przyzwyczajonych do spijania słów z papieskich ust jest to sytuacja nie do zniesienia.

Szacunek dla papiestwa, dystans do papieża

W takiej sytuacji dochodzimy do 24.02, który jednocześnie stał się wielkim sprawdzianem dla dojrzałości naszego katolicyzmu. Wielu katolików przyzwyczajonych przez lata do emocjonalnych uniesień i poklepywania po ramieniu czekało na wypowiedź ich gwiazdy na potwierdzenie własnych uczuć. Jednak doświadczyli dysonansu. Wypowiedzi samego Franciszka i jego otoczenia nijak się miały do poczucia wielu wiernych. Wywołało to prawdziwą histerię w katolickich mediach, wierni fani poczuli się zdradzeni. A niewiele rzeczy na świecie może się równać ze złością związaną z uczuciem odrzucenia.

Doszło do swoistego rodzaju przesilenia. Franciszek, podobnie jak wielu celebrytów, popełnił błąd, ale zamiast się z niego wytłumaczyć, brnie dalej. Mówiąc obrazowo, zrobiliśmy z papieża celebrytę, a teraz ten po pijaku wjechał w przystanek z ludźmi i mamy zgrzyt.

Po pierwsze, stanowisko obecnego następcy św. Piotra rozjeżdża się z nauczaniem Kościoła. Po drugie, stanowi dla niego wielkie obciążenie wizerunkowe. Określanie Franciszka mianem papieża Putina czy niewybredne dowcipy o liczbie papieskich dywizji wypłynęły daleko poza katolicką bańkę. Z własnej winy doprowadziliśmy do sytuacji, w której doszło do ścisłego utożsamienia osoby bieżącego papieża z Kościołem katolickim. Franciszek stał się twarzą brandu pt. Roman Catholic Church. Co gorsze, dotyczy to również wielu wiernych, dla których homilie i wywiady papieża stanowią oficjalną wykładnię nauczania. I co teraz począć? Nie zgadzam się dogłębnie z papieżem, czy dalej jestem katolikiem?

Tutaj musimy wrócić do zarysowanego powyżej obrazu dwóch ciał króla, taką samą logikę można i należy zastosować do innych instytucji. W ramach tej koncepcji ważna była maksyma regem iura faciunt, non persona – króla tworzą prawa, a nie osoba. To stanowi dla nas kotwicę i ratunek przed psuciem instytucji przez ich konkretnych przedstawicieli.

Papieża ogranicza poznawane racjonalnie prawo naturalne i wywiedzione z objawienia i rozpoznane rozumem prawo Boskie. W konkretnym przypadku wojny na Ukrainie z natury Ukraińcy mają prawo bronić się przed napaścią rosyjskiego najeźdźcy, a prawo Boże nakłada na nas obowiązek pomocy strapionym i prześladowanym ofiarom bezprawnej agresji. Franciszek pomimo bycia papieżem nie może nam nakazać wystąpienia poza żadne z ww. praw. Jego wypowiedzi niezgodne z powyższymi nie są dla nas obowiązujące.

Nie chcę być źle zrozumiany. Kościół kroczy cum Petro et sub Petro. Papież kieruje Łodzią Piotrową i naucza pod natchnieniem Ducha Świętego, nie jest Chrystusem, a jedynie jego wikariuszem. Przede wszystkim jest jednak człowiekiem takim samym jak my, popełnia błędy, posiada własne ograniczenia, przyzwyczajenia i kalki patrzenia na świat. Dlatego właśnie należy widzieć papieża jako depozytariusza wielowiekowej tradycji, a nie ostatecznego jej kreatora i władcy.

Co więcej, osobiste wybryki konkretnego następcy św. Piotra nie mogą wpływać na nasz stosunek do urzędu jako takiego. Ojciec Święty dalej pozostaje wikariuszem Chrystusa na ziemi i prowadzi Święty Kościół. Jego naturalne ciało ma obecnie pewne problemy, pozostaje jednak dalej ciało wspólnotowe włączone w Chrystusa.

Mówiąc prościej, możesz się nie zgadzać z papieżem i być katolikiem, o ile twoja niezgoda wynika z nauczania Kościoła. Oczywiście nie zwalnia to z obowiązku modlitwy za Ojca Świętego oraz posłuszeństwa wobec oficjalnych i formalnie wiążących dokumentów wydanych przez kurię pod jego zarządem. Dlatego np. mogę nie zgadzać się z medialnymi wypowiedziami aktualnego papieża dotyczącymi wojny na Ukrainie, ale już kwestionowanie papieskiego nauczania wyrażonego np. w Humanae vitae wykracza poza zdrowe posługiwanie się sumieniem.

W tym kontekście obecny pontyfikat można odczytywać jako swojego rodzaju, w zależności od interpretacji, szansę lub dopust Boży. Zresztą sam Franciszek w oficjalnym nauczaniu i działaniach wokół synodu o synodalności stara się zwiększyć nacisk na samodzielność wiernych i wspólnot w myśleniu. Jednakwiększy wpływ na promocję takiej postawy może mieć sama osobowość Franciszka. Pierwszymi, którzy musieli odrobić szybką lekcję z oddzielania papieża od jego osoby, byli tradycjonaliści chcący pozostać w Kościele. Teraz przyszedł czas na wielu fanboy’ów Franciszka, którzy chcieliby w nim widzieć proroka lub niemal manifestację Ducha Świętego odnawiającego oblicze Kościoła i ziemi.

Zawiódł papież, ale nie Kościół!

Warto tutaj na koniec zestawić dwie postawy w ramach Kościoła. Z jednej strony mamy lawirujący Watykan, ale z drugiej wypowiedzi polskiego episkopatu czy ogrom realnych działań. Kościelne instytucje, zakony, Caritas w wielu krajach i sami wierni poprzez swoją osobistą postawę odpowiedzieli na wezwanie braci w potrzebie. Duszpasterze czuwający w schronach i stacjach metra podczas bombardowań, organizowane zbiórki i dostawy darów, a wreszcie ogrom serca i pomocy udzielonej uchodźcom. Nie możemy zapominać, że Kościół to również my. Świat widzi teraz niezdecydowanego Franciszka, ale na dole są setki tysięcy ciężko pracujących i wypełniających nauczanie Kościoła ludzi.

Czas pokaże, czy większy wpływ na postrzeganie Kościoła w kontekście obecnej wojny będą mieć słowa papieża katocelebryty, czy spracowane ręce wolontariuszy Caritasu z całego świata, przyjazne salki katechetyczne i ośrodki rekolekcyjne przyjmujące uchodźców oraz duszpasterze towarzyszący Ukraińcom kryjącym w się w piwnicach i stacjach metra.

Nawet jeżeli zwycięży zły PR, to nie zapominajmy, że prawdziwe efekty daje ciężka, systematyczna praca, a zaufanie pokładane w jednym człowieku, choćby i był aktualnym papieżem, może przynieść bolesne rozczarowania. Nie dajmy się złapać w pułapkę medialnego obrazu, która myli „prawdę czasów z prawdą ekranu”. Kościół to ogół wiernych, a nie tylko papież, zaś lud Boży w kontekście wojny w Ukrainie, co do zasady, wzorowo zdaje egzamin z praktycznego chrześcijaństwa.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.