Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Rosyjska ruletka Erdogana. Turcja jest „za, a nawet przeciw” w walce z Putinem

Rosyjska ruletka Erdogana. Turcja jest „za, a nawet przeciw” w walce z Putinem Źródło: manhhai - flickr.com

Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę Turcja zachowuje się ambiwalentnie. Z jednej strony dostarcza Ukrainie uzbrojenie, w tym przede wszystkim dronów bojowych Bayraktar TB2. Z drugiej nie dołączyła do zachodnich sankcji na Rosję i utrzymuje z Kremlem bliskie stosunki dyplomatyczne. Ta dwutorowa strategia nie jest niczym nowym. Od lat relacje Moskwa-Ankara definiowane są przez kompartmentalizację, czyli szufladkowanie problemów. Poszczególne zagadnienia funkcjonują jako osobne segmenty tematyczne – ostry konflikt w jakimś obszarze nie wyklucza twórczej współpracy w innym. I to daje możliwość mediowania między Ukrainą a Rosją.

Turcja „za, a nawet przeciw” uderzeniu w Rosję

Turcy nie dołączyli do zachodnich sankcji na Rosję i prowadzą z Kremlem aktywny dialog dyplomatyczny. Tę decyzję dobrze obrazuje stare tureckie przysłowie mówiące, że łatwo się rozwieść kawalerowi. Ankara zainwestowała w relacje z Moskwą takie środki, że forsowany przez Stany Zjednoczone i kraje wschodniej flanki NATO, w tym Polskę, decoupling rosyjskiej gospodarki byłby dla niej niezwykle kosztowny.

Owszem, niemiecki przemysł jest nawet bardziej uzależniony od importu rosyjskich surowców, a francuskie banki zainwestowały więcej w Rosji, jednak gospodarki tych krajów są w stanie unieść rozerwanie więzi handlowych z Moskwą, podczas gdy turecka gospodarka tonie i jest na krawędzi kryzysu.

Niemniej wsparcie Ankary dla Kijowa i lojalność wobec NATO są niepodważalne. Najgłośniejszym przykładem zaangażowania Turcji są drony. Nagrania ostrzałów rosyjskich konwojów z bezzałogowców pozwoliły bayraktarom szybko zdobyć sławę, być może nawet większą, niż sobie zasłużyły, co zaznaczył w jednej z wypowiedzi prezydent Ukrainy, Wołodymyr Zelenski. Ukraina już przed rozpoczęciem wojny dysponowała ok. 20 sztukami tego sprzętu, a po rozpoczęciu agresji możemy się domyślać, że dostarczono kolejne jednostki przez hub transportowy w Rzeszowie.

W wymiarze politycznym Turcy od 2014 r. potępiali aneksję Krymu, przestrzegali przed zamienieniem Morza Czarnego w rosyjskie jezioro. W pierwszych dniach wojny Ankara pod naciskiem państw NATO zamknęła cieśniny czarnomorskie – Dardanele i Bosfor – dla okrętów. Powołała się na konwencję z Montreux z 1936 r. Już na początku marca Kreml musiał wycofać żądanie przepuszczenia dodatkowych okrętów przez tureckie cieśniny na prośbę Turcji.

Erdogan od tygodni stara się odegrać rolę mediatora między Rosją a Ukrainą. Z jednej strony jego wysiłki nie przyniosły dotychczas znaczących efektów. Nie zawarto jakichkolwiek, nawet mniejszych porozumień, nie było spotkania Putina i Zełenskiego, a Rosja nie wykazała się żadnym gestem dobrej woli. Z drugiej strony Turcja jest w tej chwili jedynym krajem traktowanym przez Kijów i Moskwę jako neutralne miejsce rozmów.

Francja i Niemcy, inaczej niż Turcja, nie mogą pretendować do roli arbitra. Z jednej strony przywódcy tych krajów, gdy próbowali utrzymać dialog z Putinem, skompromitowali się w oczach europejskich sojuszników. Zełenski poinformował nawet, że prezydent Macron namawiał go do oddania części ukraińskiego terytorium, żeby Putin mógł zachować twarz. Z drugiej strony Niemcy i Francuzi stracili w oczach Rosji, gdy dostarczyli broń Ukrainie.

W grę nie wchodziło także mediowanie konfliktu przez Izrael. Kraj ten jest głęboko związany interesami z Rosją, która ma duży wpływ na sytuację w sąsiednim Libanie i Syrii, skąd potencjalnie mógłby zostać wyprowadzony atak na Izraelczyków. Niewątpliwie jest to mariaż z geopolitycznego rozsądku, jednak powoduje on, że Tel Awiw nie może prowadzić arbitrażu miedzy Rosją a Ukrainą. Właśnie dlatego także i Izrael został odsunięty na boczny tor.

Turcja konsekwentnie utrzymuje kanały dyplomatyczne wysokiego szczebla z Rosją. Nad Bosforem gościli 10 marca ministrowie spraw zagranicznych zwaśnionych stron, w kolejnych tygodniach turecki szef MSZ odwiedził stolice Ukrainy i Rosji, a pod koniec marca przedstawiciele obu państw ponownie rozmawiali w Stambule.

Po negocjacjach rzecznik prezydenta Turcji, Ibrahim Kalin, stwierdził, że w 4 z 6 rozdziałów negocjacji jest możliwe porozumienie i sprawy zmierzają w dobrym kierunku. Według jego relacji Rosjanie żądali, aby Kijów porzucił ambicje natowskie, przeszedł demilitaryzację i tzw. denazyfikację. Ukraina stanowczo odrzuca nazywanie w ten sposób tej części ewentualnego procesu porozumienia. Ostatni postulat, w którym jest miejsce na kompromis, dotyczył ochrony języka rosyjskiego na Ukrainie. Nie odnotowano natomiast żadnych postępów w odniesieniu do statusu Donbasu i Krymu. Kalin zwracał uwagę, że Zełenski jest gotowy do rozmów w każdej chwili, ale stanowisko Putina w strategicznych kwestiach Półwyspu Krymskiego i tzw. republik ludowych na Wschodzie pozostaje zbyt sztywne.

Turecko-rosyjskie interesy w osobnych szufladach

Turcja ma interes w dojściu obu stron do porozumienia. Nie chce dopuścić do zdominowania akwenu przez Rosję. Jednocześnie jej głębokie związki handlowe, militarne i polityczne z Moskwą są tak głębokie, że Ankara obawia się zapaści gospodarczej w Rosji, bo miałoby to negatywny wpływ na doprowadzone na skraj wytrzymałości tureckie przedsiębiorstwa.

Zależności handlowe dobrze obrazują sektor turystyczny. Rosjanie stanowią 25% wszystkich turystów odwiedzających Turcję, a branża turystyczna jest warta aż 4% PKB kraju. Turcja nie podążyła za przykładem innych państw UE i nie zamknęła nieba dla rosyjskich przewoźników. Stało się wręcz odwrotnie – po kilku tygodniach Ankara obiecała, że rosyjscy turyści będą mogli bez problemów spędzić wakacje na tureckiej riwierze. Turcy chcą dorobić się na ograniczeniu dostępności hiszpańskich, greckich i włoskich plaż.

Rosjanie zabiegali o włączenie narodowych przewoźników w wakacyjny biznes, żądali od tureckiego Ministerstwa Transportu gwarancji, że zadba o zakaz konfiskaty rosyjskich samolotów przez zachodnich leasingodawców (tak się stało np. w Kazachstanie). Prośba nie może i nie będzie pozytywnie rozpatrzona.

Turecką gospodarką kierują rynkowe zasady i nie da się z nich wyjąć jednego elementu, nie burząc zaufania do systemu, czego przyzwyczajeni do oligarchicznej dyktatury Rosjanie nie pojmują. Europejscy i amerykańscy właściciele samolotów mogliby z powodzeniem sądzić się potem z Turkami.

Dlatego Turkish Airlines porozumiały się z biurami podróży w sprawie dowiezienia 1,5 mln urlopowiczów z Rosji i zapowiedziały zwiększenie liczby lotów z rosyjskich miast do aż 300 tygodniowo. Rząd AKP ma wesprzeć branżę turystyczną kwotą rzędu 300 mln dolarów i prowadzi rozmowy w sprawie otwarcia specjalnej linii czarterowej obsługującej ruch z Rosji.

Moskwa ma więcej do powiedzenia w sektorze energetycznym. Państwowy Rosatom buduje w Turcji elektrownię atomową Akkuyu, która ma zapewnić 10% krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną. Pierwsza z czterech jednostek miała ruszyć już w przyszłym roku, ale z powodu zacieśniających się sankcji Rosja ma problem z dostawą sprzętu z krajów trzecich i spodziewane są opóźnienia.

W ostatnich latach udział rosyjskiego gazu w tureckim imporcie wahał się od 30% do 50%, jednak dywersyfikacja dostaw postępuje w szybkim tempie. Otwarto gazociąg z Azerbejdżanu dostarczający do Turcji 10 mld m3 błękitnego paliwa rocznie, a rozbudowa o kolejną nitkę jest kwestią czasu, szczególnie wobec rosnącego zapotrzebowania z Europy.

Tam bowiem część gazu płynie przez Anatolię do Grecji i dalej do Włoch. Ważnym dostawcą gazu do Turcji jest też Irak. Jednak największy postęp związany jest z dostawami płynnego gazu LNG, które zwiększają się od dekady z roku na rok. Najważniejsze źródła to Katar, USA, Algieria i Nigeria, ale wśród dostawców są też inne kraje Afryki Subsaharyjskiej.

Znacznie bardziej skomplikowane są relacje z Rosją w wymiarze wojskowym. Turcy skonfliktowali się z Rosjanami w Libii, gdzie prowadzili wojnę zastępczą rękami i karabinami bojówek islamistycznych przeciw najemnikom z Grupy Wagnera. W Górskim Karabachu tureckie drony okazały się drugim po izraelskiej amunicji krążącej elementem, który odegrał kluczową rolę w tym konflikcie. To dzięki nim mogliśmy być świadkami spektakularnego zwycięstwa Azerbejdżanu, które Azerowie odnieśli na ziemiach zamieszkiwanych przez Ormian, mimo że ci ostatni byli wspierani (w niewystarczającym stopniu) przez Moskwę.

W Syrii rosyjska i turecka armia wspiera przeciwne strony, choć dochodziło zarówno do bezpośrednich starć rosyjsko-tureckich, w których śmierć ponieśli tureccy żołnierze, jak i do akcji odwetowych na rosyjski sprzęt wojskowy, w tym systemy przeciwlotnicze. Moskwa i Ankara opracowały swoisty system transakcyjny, w ramach którego okresy starć przeplatają się z rozejmami ponad głowami lokalnych rządów. Pozwala to zamrażać i odmrażać konflikty w innych regionach.

Sieć współpracy i konfliktów uzupełnia przemysł zbrojeniowy. Turcy zbudowali w XXI w. potężnych krajowych producentów i rozwinęli myśl technologiczną. W ten sposób nowoczesny sprzęt trafił do marynarki wojennej, sił lądowych i lotnictwa wojskowego. Niemniej to na tym właśnie polu podjęto w 2017 r. decyzję, która okazała się jedną z najbardziej brzemiennych w konsekwencje polityczne dla Turcji w drugiej dekadzie XXI w. Postanowiono mianowicie o zakupie rosyjskiego systemu obrony przeciwlotniczej S-400, co 2 lata później przerodziło się w katastrofę nie tylko dla relacji z USA i NATO, ale i samego tureckiego przemysłu zbrojeniowego.

Ankara została wyrzucona z międzynarodowego konsorcjum produkującego supernowoczesne myśliwce F-35. Doprowadziło to, po pierwsze, do zatrzymania prac nad rozwojem własnego myśliwca nowej generacji, a po drugie, spowodowało zmianę przeznaczenia rodzimego okrętu desantowego-lotniskowca TCG-Anadolu, który był już na ukończeniu. Jednostka zostanie ostatecznie dostosowana do bazowania dronów, w tym również nowego modelu bayraktarów, nad którym trwają zaawansowane prace.

Im mniej Rosji, tym lepiej dla Turków

Czy te skomplikowane relacje mogą stanowić przeszkodę dla natowskiej polityki wobec Rosji? Wręcz przeciwnie. Turcy próbują zarobić na zachodnich sankcjach (kto kradnie miód, ten oblizuje paluchy, jak mawiają), a rosyjscy oligarchowie przetransferowali do Stambułu ogromne kwoty pieniędzy. Mimo to w miarę zacieśniania pętli wokół szyi Moskwy Zachód będzie mógł wykorzystywać narzędzia, żeby wywrzeć presję na Ankarze.

Turcy chcą pokazać się jako istotny sojusznik w regionie Morza Czarnego, na którym można opierać regionalną architekturę bezpieczeństwa. Uznanie aspiracji Turcji na tym akwenie w zamian za ostrzejszą politykę Ankary wobec Moskwy pozwoliłoby zrealizować nadrzędny cel, jakim jest wypchnięcie Rosji w obręb własnych granic i zapewnienie suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainie.

Nie ma obaw, że Turcja okaże się czymś w rodzaju konia trojańskiego w NATO, bo dla niej, podobnie jak dla krajów wschodniej flanki NATO, im mniej Rosji w regionie, tym lepiej. Dzięki temu Turcja zyskałaby szansę na większą aktywność na Morzu Czarnym, na Kaukazie Południowym czy w Syrii. A im silniejsza Ukraina, tym bardziej odporny jest bufor oddzielający Rosję od cywilizowanych granic Europy i Anatolii.

Turcja podobnie jak Rosja postrzega zmiany w układzie międzynarodowym jako szansę na zbudowanie w nim silniejszej pozycji niż ta, którą oba państwa cieszyły się przez ostatnie 30-lecie. Ich zdaniem świat będzie miał coraz więcej cech wielobiegunowości. Dominacja Stanów Zjednoczonych będzie stopniowo odchodzić w niepamięć.

Co więcej, oba kraje postrzegają Zachód jako relatywnie regresywny ośrodek siły, któremu nie warto się podporządkowywać. Do czasu inwazji na Ukrainę wydawało się, że zmiana tej mentalności nie jest możliwa. A jednak prognozy aspirujących regionalnych potęg o kroczącym upadku Zachodu mogą teraz ulec rewizji. To z jego realną siłą (choć niepełną, bo NATO nie zaangażowało się oficjalnie w wojnę) ma teraz do czynienia Rosja.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.