Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Robin Hood czy piractwo? Proces Sci-Huba może zmienić oblicze nauki

Robin Hood czy piractwo? Proces Sci-Huba może zmienić oblicze nauki Sergey Zolkin/unsplash.com

Pod koniec ubiegłego roku do sądu w Delhi spłynął pozew 3 instytucji: Amerykańskiego Towarzystwa Chemicznego, Elsevier i Wiley przeciw Sci-Hubowi. Są to wydawnictwa zajmujące się publikowaniem czasopism naukowych, z których artykuły (nielegalnie) ściągać pozwala Sci-Hub, zarejestrowany obecnie na indyjskiej domenie. Wielkie wydawnictwa pozywają Sci-Huba o kradzież własności intelektualnej, co w ścisłym sensie jest prawdą. Wydaje się, że środowisko naukowe sprzyja w tym wypadku pirackiemu serwisowi, który jest uważany za Robin Hooda świata nauki. Proces może być przełomowy. Pierwszy raz Sci-Hub będzie miał szansę realnie obronić swoją działalność w sądzie ze względu na progresywne indyjskie prawo dotyczące własności intelektualnej wykorzystywanej na potrzeby naukowe. Potencjalne pozytywne dla Sci-Huba rozstrzygnięcie sprawy może być początkiem dużych zmian w systemie światowej nauki i stanowić szansę na lepszy jej rozwój w krajach dotychczas znajdujących się na peryferiach Starego Kontynentu.

O cyrkulacji pieniądza w świecie naukowo-wydawniczym

Pozew ukazuje rozkład interesów w świecie naukowym i wydawniczym. Aby zobaczyć, kto czerpie zyski w tym systemie, prześledźmy, jakie strony są zaangażowane w tworzenie, publikację i odbiór artykułu naukowego. Pierwszą stroną są sami autorzy, czyli naukowcy. Efekty ich długoletnich badań są gromadzone w postaci artykułów w czasopismach naukowych i stanowią podstawowe źródło rzetelnej i najświeższej wiedzy naukowej.

Po drugiej stronie mamy końcowych odbiorców. Są nimi zazwyczaj inni naukowcy, ale też analitycy różnych rządowych i pozarządowych instytucji nieakademickich, popularyzatorzy nauki i zwyczajni ludzie chcący (i umiejący) dowiedzieć się czegoś na dany temat. Rolę pośredników pełnią wydawnictwa, takie jak Elsevier. To do nich naukowcy wysyłają swoje artykuły, to one ostatecznie publikują teksty na łamach czasopism, którymi się opiekują. Rolą czasopisma naukowego jest znalezienie recenzentów (autor nie może znać nazwisk recenzentów, tak samo  recenzenci nie mogą wiedzieć, kto jest autorem artykułu – nazywa się to recenzją double blind).

Kto czerpie zysk z publikacji artykułu naukowego? Nie autorzy (naukowcy). Ich zysk stanowią cytowania, prestiż, punkty ministerialne i inne niepieniężne korzyści, których zbieranie świadczy o posiadaniu istotnego wkładu w światową naukę. Wkład taki jest oceniany przez różne instytucje, a jego zbyt mały rozmiar może prowadzić np. do zmniejszenia szansy na otrzymanie grantu na kosztowne badania. Naukowcy zatem muszą publikować artykuły, ale nie  zarabiają na tym pieniędzy, a za wysłanie tekstu do czasopisma zazwyczaj muszą płacić. Na ogół koszty publikacji ze strony autora pokrywa uczelnia, grant itp., jednak nie zawsze tak jest, szczególnie w krajach, które nie przeznaczają dużych środków na naukę.

Nie zarabiają też recenzenci. To zazwyczaj praca czysto wolontariacka, choć jej znaczenie jest kluczowe dla całego procesu wydawniczego, bo chroni przed pojawianiem się bzdur w artykułach. Również końcowi konsumenci – czytelnicy czasopism naukowych – nie zyskują, lecz muszą płacić za w pełni zgodny z prawem dostęp do ostatecznej wersji tekstu.

Zysk przypada więc wydawnictwom, które mają największą przewagę w rynkowych negocjacjach. Oczywiście są to podmioty, które również ponoszą koszty i mają swój wkład w rozwój nauki, np. dzięki temu, że mają pod swoimi skrzydłami setki czasopism, mogą tworzyć własne bazy artykułów. W ten sposób konsumenci są w stanie łatwiej dotrzeć do najlepszej treści naukowej z całej danej dziedziny, a naukowcy łatwiej sprawdzić aktualny stan badań. Takie bazy tworzone są nie tylko przez wydawnictwa.

Kto zrzuca się na ten zysk? Robią to albo indywidualnie autorzy artykułów płacący za możliwość rozpoczęcia procesu recenzji i czytelnicy wykupujący subskrypcje, albo zbiorowo koszt pokrywają różne instytucje. Za naukowców opłatę zazwyczaj wnoszą ich uczelnie, czyli de facto w systemie publicznej nauki podatnicy, a w przypadku uczelni prywatnych ludzie składający się na budżet uczelni (np. studenci płacący czesne). Za zbiorowy dostęp dla jakiejś grupy czytelników zapłacić może także uczelnia lub think tank, biblioteka itp. Może to być też rozwiązane na poziomie państwowym – ministerstwo może zawrzeć umowę z wydawnictwem na dostęp do artykułów (np. dla uczelni i bibliotek), tak było w Polsce.

Koszty, które zamieniają się w zyski wydawnictw, ponoszą podatnicy, czyli całe społeczeństwo. Co więcej, robią to podwójnie, pokrywając koszty publikacji za naukowców i koszty subskrypcji za czytelników. Jest to przejaw znanego z różnych gałęzi gospodarki mechanizmu prywatyzacji zysków i uspołeczniania kosztów.

Czerwcówka to czterodniowe spotkanie członków i sympatyków stowarzyszenia, pełne spotkań i dyskusji, ale także wspólnego odpoczynku i integracji na łonie natury.
Już dziś zarezerwuj sobie czas od 16 do 19 czerwca i spędź go razem z nami! 

 

Sci-Hub, czyli jak stać się jedną z najważniejszych osób w świecie nauki

Logika procesu wydawniczego jest tak bardzo nie fair, że nie dziwią różne próby jej obchodzenia. Coraz więcej czasopism działa w tzw. otwartym dostępie (open access), aby uniknąć wspomnianego podwójnego płacenia wydawnictwom przez podatników. Wiele czasopism oferuje autorowi artykułu wybór: zapłać więcej (lub zapłać w ogóle) i opublikujemy twój artykuł w otwartym dostępie lub zapłać mniej (albo nie płać w ogóle), ale ktoś chcący przeczytać twoją pracę będzie musiał zapłacić nam.

Jeszcze inną legalną drogą jest udostępnianie przez samych naukowców swoich artykułów. Co prawda, nie mogą po prostu wrzucić na stronę Research Gate dokładnie tego, co jest opublikowane w czasopiśmie, ale mogą udostępnić szkic, który jest np. w 99% taki sam jak ostateczna wersja artykułu z czasopisma. Autorzy nie mają interesu w tym, by utrudniać dostęp czytelnikom do swojej pracy, chcieliby raczej rozpowszechnić wyniki swoich badań wśród osób spoza społeczności naukowej.

Prawdziwie rewolucyjny sposób stworzyła Alexandra Elbakyan. Z jej inicjatywy powstała strona Sci-Hub, która właściwie przenosi wszystkie artykuły naukowe do open access. Wystarczy wejść na stronę Sci-Hub, wpisać w wyszukiwarkę dokładny tytuł artykułu, jego numer DOI albo podobną identyfikację i voilà: prawie zawsze otrzymamy gotową do ściągnięcia pełną wersję artykułu naukowego. Według samego Sci-Huba ich strona daje dostęp do ponad 87 milionów artykułów naukowych, co według szacunków firmy daje wynik 95% wszystkich prac naukowych opublikowanych z numerem DOI.

W ten sposób stworzone przez Elbakyan narzędzie pozwala czytelnikom dosłownie omijać cały system, w którym zysk przechwytywany jest przez kilku graczy. Musimy jedynie wyszukać wybrany artykuł w internecie, a wówczas będziemy mogli go pobrać niezależnie od tego, jakie wydawnictwo go opublikowało, w jakim czasopiśmie się ukazało lub w jakim języku. I bez wątpienia to działa. Według Sci-Hub w 2019 r. liczba wyszukiwań artykułów na ich serwisie wynosiła 400 000 dziennie.

Sama Alexandra Elbakyan jest naukowczynią z Kazachstanu. Od momentu założenia serwisu w 2011 r. wielokrotnie była pozywana w USA za naruszanie praw autorskich, choć w obawie przez aresztowaniem nie stawiła się na żadną z rozpraw. Instytucje federalne zamykały jej domeny, dlatego Sci-Hub ciągle zmienia dokładny adres. Oczywiście z formalnoprawnego punktu widzenia portal Elbakyan łamie prawa autorskie, ponieważ omija system paywall, a więc daje dostęp do własności wydawnictwa bez jego zgody i z pominięciem należnej wydawnictwu opłaty. Liberalne prawo Indii daje nadzieję, że tym razem Sci-Hub w końcu wywalczy sobie stałą pozycję w świecie nauki. Z powodu ustawy z 1957 r., która dopuszcza wyłączenie uzasadnionego użycia prac naukowych spod typowego prawa o ochronie własności intelektualnej, dekadę temu wydawnictwa przegrały proces z Uniwersytetem w Delhi o kserowanie różnych materiałów. Indyjscy naukowcy z różnych dyscyplin liczą na powołanie się na ten precedens, bo są zgodni co do tego, że zablokowanie strony w ich kraju może być katastrofą dla nauki i studiów. W Indiach miesięcznie pobiera się nawet 1,8 mln artykułów ze Sci-Huba.

Elbakyan mówi, że prawo do dostępu do nauki i kultury wynika z Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a jej działania są uzasadnione moralnie, przewyższają tym samym literę prawa amerykańskiego. Ten punkt widzenia przyjmuje też większość środowiska naukowego. Skoro społeczeństwo płaci za badania, pensje naukowców, utrzymanie uczelni i za opłaty publikacyjne, to dostęp do artykułów powinien być darmowy. Elbakyan jest nazywana niekiedy bohaterką lub Robin Hoodem świata nauki, jedno z najbardziej prestiżowych czasopism naukowych Nature” umieściło ją w 2016 r. wśród 10 najbardziej znaczących osób w świecie naukowym, a niektórzy sugerują, że powinna dostać Nagrodę Nobla.

Nauka otwarta – postulat nie tylko idealistyczny

Czy piracenie artykułów naukowych mogą docenić tylko anarchiści lub socjaliści? Czy uzasadnienie pożyteczności Sci-Huba wymaga odwołania się do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka? Odpowiedź na oba pytania brzmi: nie, to wszystko nie jest konieczne. Wystarczy odwołać się do kategorii pożytku.

Dziś Sci-Hub ułatwia życie naukowcom na peryferiach światowej nauki, w której hegemonem jest Zachód. Przyczyny tego stanu są skomplikowane, ale jedną z nich z pewnością jest niedofinansowanie nauki w mniej rozwiniętych państwach. Po pierwsze, niedofinansowanie całego systemu nauki i brak środków na bardzo kosztowne, ale nowatorskie projekty powoduje, że tamtejsi badacze w pracy naukowej siłą rzeczy pozostają w tyle za swoimi kolegami z Zachodu. Po drugie, niedostatek pieniędzy sprawia, że akademicy nie mają dostępu do niektórych czasopism z powodu paywalla i w rezultacie nie mogą opierać się w swojej pracy na najnowszej wiedzy naukowej. Po trzecie, niezachodnich naukowców nie stać na płacenie odpowiednio wysokich opłat za publikację. W efekcie wszystko to powoduje, że naukowcy z peryferii nie są w stanie publikować swoich prac w najbardziej prestiżowych czasopismach i zyskiwać tym samym uznania i znaczenia w światowej nauce.

Brak środków i zamknięcie światowego systemu naukowego w ramach zachodnich gospodarek rynkowych sprawiają, że potencjał intelektualny badaczy z mniej rozwiniętych państw nie może się w pełni zrealizować. A jest on niemały. Okazuje się, że zachodnie scjentometryczne czy bibliometryczne metody mierzenia prestiżu czasopism nie są do końca obiektywne i marginalizują czasopisma wydawane na globalnym Południu. Jak twierdzą badacze z LSE, „badania bibliometryczne w różnych dziedzinach wykazały, że «topowe» czasopisma są silnie zdominowane przez badania prowadzone w niewielkiej liczbie «głównych» krajów, przede wszystkim w USA i Wielkiej Brytanii, i w ten sposób odtwarzają istniejącą globalną nierównowagę sił w środowisku akademickim i poza nim”. Co więcej, czasopisma mniej prestiżowe nierzadko zawierają artykuły o większej różnorodności tematycznej i reprezentują autorów z większej liczby krajów, w tym z państw mniej rozwiniętych.

Niedofinansowanie nie tylko ogranicza potencjał badaczy z naukowych peryferii, lecz także zmusza do niezwykle ostrożnego gospodarowania każdym dolarem w obszarze nauki. Koszty w postaci konieczności opłacania dostępu do artykułów za paywallem to po prostu transfer środków od społeczeństw (z różnych krajów) do zachodnich wydawnictw, które na pracy naukowej innych robią dobry biznes. Te pieniądze mogłyby zostać przekazane na finansowanie projektów badawczych lub zwiększenie wynagrodzeń dla coraz bardziej sprekaryzowanej klasy pracowników uczelni (również na Zachodzie), co przełożyłoby się na lepszą jakość badań.

Leży to nie tylko w interesie krajów z naukowych peryferii, choć w ich pewnie najbardziej, ale w ogóle społeczności naukowej. Dane Sci-Huba pokazują, że w dwudziestce państw, z których ściąga się najwięcej artykułów z tego serwisu, znajdują się nie tylko kraje rozwijające się, ale też bogate, np. USA, Francja czy Korea Południowa (Polska jest na miejscu 16.). Nie każdy może studiować lub pracować na bajecznie bogatym Harvardzie z dostępem do wszystkich czasopism i badań.

Analizy wpływu Sci-Huba na świat naukowy ukazują serwis Elbakyan w pozytywnym świetle. O ile w wypadku piractwa dotyczącego np. muzyki czy filmów wiadomym jest, że tracą na tym artyści, bo część zysku im przypada, o tyle w tym wypadku piractwo artykułów naukowych dla ich autorów może być korzyścią. Prace w wolnym dostępie są częściej cytowane, bo po prostu czyta je więcej osób. Analiza wpływu Sci-Huba na liczbę cytowań artykułu pokazuje, że prace ściągane z tego serwisu są przytaczane 1,72 razy częściej. Sztuczne ograniczanie dostępu do tekstów naukowych przekłada się zatem na ograniczenie wpływu, jaki mogą wywierać badania naukowe. Co więcej, ograniczenie to bardziej dotyczy naukowców z peryferii – ci, jak już wyżej widzieliśmy, rzadziej publikują w najczęściej czytanych czasopismach. Badania na przykładzie matematyki pokazują, że otwarty dostęp do tekstów w czasopismach naukowych o zasięgu międzynarodowym sprzyja większej częstotliwości pojawiania się w nim prac autorów z państw mniej rozwiniętych.

Skoro brak barier dla czytelników tekstów naukowych jest korzystny zarówno dla samej nauki, jak i dla indywidualnych naukowców, to można się zastanawiać, czemu po prostu cały świat naukowy nie przejdzie na model otwartego dostępu dla czytelników. Rzeczywiście ruch na rzecz open access działa w celu eliminacji paywalla z naukowych czasopism, zmienia ich model biznesowy na utrzymywanie się tylko z opłat ze strony autorów. Inicjatywa ta zdobywa popularność i odnosi sukcesy, np. w coraz większej liczbie grantów finansowanych ze środków publicznych (europejskich, krajowych itp.). Wymogiem jest to, by efekt końcowy pracy badawczej w postaci artykułu naukowego był opublikowany w wolnym dostępie. Coraz więcej artykułów w czasopismach naukowych jest dostępnych bez paywalla.

Niestety ten ruch ma do swojej dyspozycji wyłącznie miękkie środki oddziaływania. Ostatecznie może tylko lobbować. Nigdy zapewne nie uda się przekonać wszystkich wydawców czasopism do przejścia na open access, ponieważ zyski w tym biznesie potrafią być ogromne, głównie ze względu na dużą marżę wydawców, wynoszącą nawet ponad 30%. Ruch na rzecz otwartego dostępu działa już od 20 lat, a powolność zmian można uznać za kolektywną porażkę środowiska naukowego. Sci-Hub jest drogą na skróty, można nią obejść niechęć niektórych wydawców. Jest to też jeden z zarzutów wobec firmy – to ominięcie, a nie zmiana obowiązujących reguł gry, bo oficjalnie instytucje naukowe wciąż muszą dogadywać się z wydawcami. Nadzieję na realną zmianę niesie ze sobą perspektywa legalizacji działalności serwisu Elbakyan.

Ale czy na legalizacji Sci-Huba (rozstrzygnięcie tej sprawy w indyjskich sądach zajmie jeszcze zapewne parę lat) świat nauki może także stracić? Sci-Hub jest w tej chwili korzystny dla nauki, jednak dopóki jest piractwem, dopóty wydawnictwa wciąż zachowują swoją pozycję rynkową. Jego potencjalna legalizacja mogłaby skłonić wydawnictwa czasopism do zmiany modelu biznesowego. Skoro jedynym źródłem ich dochodu staną się opłaty pobierane od autorów (lub umowy z instytucjami naukowymi czy ministerstwami), to pewnie wydawnictwa będą chciały zrekompensować sobie utratę zysków od czytelników podwyższaniem takich opłat, co znów będzie szczególnie dotkliwe dla naukowców z peryferii.

Oczywiście w optymalnym scenariuszu wydawnictwa nie podwyższałyby opłat, tylko zmniejszyły swoją marżę. W końcu są tylko platformą do publikacji wyników badań, a ich wkład w rozwój nauki jest raczej marginalny. Mimo to szanse, że wydawnictwa same z siebie się na to nie zgodzą, są raczej niewielkie. Gdyby jednak ktoś chciał bronić obecnego systemu i nie przekonywałby go argument marginalnego pożytku wydawnictw, to można w odpowiedzi wskazać fakt, że wydawnictwa nie są niezbędne. W praktyce ich rolę mogą przejąć instytucje publiczne i uniwersytety, np. na poziomie europejskim lub ogólnokrajowym, niekoniecznie na poziomie jednego uniwersytetu. Obecnie i tak ponoszą one koszty wydawania czasopism, tj. płacą prywatnym wydawnictwom, tylko że koszt ten powiększany jest o marżę zysku takiej firmy. Na razie jednak szanse na tak głęboką rewolucję modelu funkcjonowania systemu naukowego nie widnieją na horyzoncie. Zmiany są konieczne i powinniśmy mieć nadzieję, że coś się w końcu ruszy. Proces Elbakyan i Sci-Huba może być tego początkiem.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.