Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Banki przerzucają na Polaków ryzyko zmiany stóp procentowych. I zarabiają na wyższych ratach kredytów

Banki przerzucają na Polaków ryzyko zmiany stóp procentowych. I zarabiają na wyższych ratach kredytów Źródło: Narodowy Bank Polski - flickr.com

Według szybkiego szacunku GUS-u inflacja w kwietniu wyniosła 12,3%. W czwartek 5 maja Narodowy Bank Polski po raz kolejny podniósł stopy procentowe. Rosnące raty kredytów stanowią coraz poważniejsze obciążenie dla budżetów mln polskich rodzin. W jaki sposób państwo może ochronić kredytobiorców przed finansowymi tarapatami?

Inflacja – źródła, prognozy i polityczne spory

Inflacja jest obecnie jednym z najgorętszych tematów debaty publicznej. Według badań CBOS zdecydowany wzrost cen dostrzega 85% Polaków, a 66% respondentów spodziewa się zdecydowanego ich podniesienia  w przyszłości. Połowa ankietowanych za wzrost cen wini rząd, według 1/3 z nich wyższe ceny są skutkiem czynników niezależnych od rządu.

Kluczowe znaczenie dla postrzegania źródeł inflacji mają media i podziały polityczne. Wśród widzów TVN24 i elektoratu Koalicji Obywatelskiej ponad 80% osób postrzega inflację jako konsekwencję przede wszystkim złej polityki rządu. Wśród widzów TVP Info zdaniem jedynie 14% inflacja jest konsekwencją polityki rządu, a spośród respondentów popierających Prawo i Sprawiedliwość mniej niż 10% wini rząd za inflację (Komunikat CBOS 14/2022).

Podziały polityczne i silna polaryzacja z pewnością utrudniają debatę o wzroście cen i możliwych rozwiązaniach tego problemu. Obecnie prawie wszystkie rozwinięte gospodarki mierzą się z wysoką inflacją, często porównywaną do tej z okresu kryzysu naftowego. Pandemia COVID-19 przerwała łańcuchy dostaw, zwiększyła koszty frachtu (zwłaszcza transportu morskiego). Odłożony w czasie pandemii popyt, którego realizacja nastąpiła w momencie ograniczenia restrykcji i zaszczepienia znacznej części populacji, nie napotkał odpowiedniej podaży. Ceny poszły w górę, a w wypadku niektórych produktów problemem jest nie tylko to, że są one droższe. Kłopot sprawiają również wielomiesięczne okresy oczekiwania na dostarczenie dóbr.

Przykładem może być rynek samochodów, gdzie na nowe auta trzeba czekać tak długo, że ceny pojazdów używanych wystrzeliły. W górę poszły również ceny energii. W 2021 roku ceny kontraktów na dostawę gazu wzrosły 4,5-krotnie, ceny zezwoleń na emisję CO2 wzrosły z 30 do 90 euro. W pierwszych dniach marca bieżącego roku ceny ropy były nawet dwukrotnie wyższe niż rok wcześniej.

Inflacja bez wątpienia nie jest wyłącznie polskim problemem, ale faktem jest jednak to, że w Polsce jest on niezwykle silny. W styczniu 2022 roku, czyli przed wejściem Tarczy Antyinflacyjnej w życie, według danych Eurostatu średnia inflacja w Unii Europejskiej wynosiła przeciętnie 5,6%. W Polsce wyniosła 8,7%, ustępowała jedynie inflacji w Czechach (8,8%), Estonii (11,0%) i na Litwie (12,3%).

To, że na szczycie inflacyjnego rankingu znajdują się państwa Europy Środkowo-Wschodniej, nie jest zaskoczeniem. Teoria ekonomii podpowiada, ze w gospodarkach rozwijających się inflacja jest wyższa niż w gospodarkach rozwiniętych. Dla Polski, gdzie węgiel jest ciągle jednym z zasadniczych źródeł energii, poważnym bodźcem proinflacyjnym był również wzrost cen zezwoleń na emisję CO2.

Z drugiej strony nie jest tak, że inflacja w Polsce wynika wyłącznie z czynników zagranicznych i z tego względu ma charakter przejściowy. Inflacja bazowa (po wyłączeniu cen energii i żywności) już od listopada 2019 roku przekroczyła 2,5%. Spośród dwóch ścierających się w Polsce narracji o inflacji – „putinflacji” i „glapflacji” – każda jest częściowo prawdziwa. Problem w tym, że zwolennicy którejś z nich rzadko dostrzegają elementy prawdy w drugiej.

Ceny podwyższają nawet ci, którzy nie muszą tego robić, bo skoro wszyscy tak postępują i zakładają, że będzie tylko drożej, to dlaczego na tym nie skorzystać. W okresie pandemii marże w handlu detalicznym podwoiły się (wzrost z 2% do 4%). Według danych GUS-u w 2021 roku przedsiębiorstwa w Polsce odnotowały rekordowe zyski. Rentowność działalności gospodarczej była w ubiegłym roku najwyższa od dwóch dekad.

Polski Ład winnym inflacji?

Szczegółowych analiz wymaga wpływ polityki fiskalnej rządu na skalę inflacji. Polska gospodarka znajduje się obecnie blisko pełnego wykorzystania możliwości produkcyjnych. Według danych Eurostatu (BAEL) bezrobocie w Polsce wynosiło jedynie 3%. W całej Unii Europejskiej jedynie w Czechach poziom bezrobocia był niższy (2,4%). Przy tak małym bezrobociu dodatkowe impulsy fiskalne mają ograniczony wpływ na wzrost wielkości produkcji, ponieważ ogranicza ją wysoki poziom wykorzystania czynników wytwórczych.

To może zaś przełożyć się na poziom cen. W ostatnich miesiącach gospodarkę zasiliło ponad 300 mld zł w ramach Tarcz Antykryzysowych, czyli dwukrotnie więcej niż wyniosły nakłady na 500+ w całym okresie obowiązywania programu. Silnym bodźcem fiskalnym będą również inwestycje w zbrojenia, chociaż tu wiele zależy od tego, jaka część dodatkowych wydatków przeznaczona będzie na import uzbrojenia.

Niektórzy ekonomiści jako czynnik proinflacyjny identyfikują również Polski Ład. Na skutek jego wejścia w życie pensja minimalna, brutto rosnącą o 7,5%, „na rękę” wzrosła o ponad 13%. Korekta Polskiego Ładu planowana przez rząd, zakładająca obniżenie podstawowej stawki PIT-u do 12%, oznacza dalszy wzrost dochodów ludności.

Jednocześnie Polski Ład zakłada zmniejszenie przychodów sektora finansów publicznych. Z jednej strony gospodarstwa domowe wydadzą więcej na konsumpcję, z drugiej państwo nie przyzna podwyżek nauczycielom (lub spowolni wzrost wynagrodzeń) i wybuduje mniej dróg. Ostateczny wpływ Polskiego Ładu na inflację będzie więc prawdopodobnie mniejszy, niż powszechnie się mówi.

Narodowy Bank Polski stoi przed trudnym wyzwaniem. Zmaga się z rekordową inflacją, która w znacznej mierze wynika z czynników pozostających poza jego kontrolą, takich jak przerwane łańcuchy dostaw, wzrost cen surowców energetycznych i cen administrowanych, w pewnym stopniu polityka fiskalna (wzrost transferów do gospodarstw domowych, dodatkowe wydatki na zbrojenia).

Z drugiej strony nie ulega dziś wątpliwości, że istnieją silne krajowe źródła inflacji, na które bank centralny ma wpływ. Drożeją wszystkie kategorie produktów, nie tylko te, dla których wysokie znaczenie ma import. Rosną ceny dóbr, w których niski jest udział energii w kosztach wytworzenia. W zasadzie szybko drożeje prawie wszystko. Oczekiwania inflacyjne są bardzo wysokie.

Przyszłość nie wygląda optymistycznie. Z prognozy stanowiącej część marcowego Raportu o inflacji NBP wynika, że w 2022 roku inflacja wyniesie blisko 11%, w 2023 roku – 9%, a dopiero na koniec 2024 roku spadnie do około 4%, czyli i tak powyżej celu inflacyjnego NBP (2,5% +/- 1%). W ostatnich latach prognozy inflacji NBP były nadmiernie optymistyczne.

Inflacja okazywała się wyższa, niż prognozował bank centralny. Przed pandemią nie docenił on skali wzrostu płac, w 2020 roku skutków pandemii i w 2021 roku przerwanych łańcuchów dostaw i wzrostu cen energii. Już w marcu 2022 roku, czyli w miesiącu opublikowania prognozy, inflacja wyniosła 10,9%. Osiągnęła poziom wyższy niż prognozowany przez NBP.

Koszty walki z inflacją

Chcąc ograniczyć inflację (przynajmniej jej komponent wynikający z czynników krajowych), Narodowy Bank Polski podnosi stopy procentowe. Niestety w Polsce wzrost stóp procentowych jest szczególnie dotkliwy dla społeczeństwa. Jest tak, ponieważ prawie wszystkie kredyty hipoteczne oparte są o zmienną stopę procentową. Podczas gdy w strefie euro oprocentowanie kredytów hipotecznych jest przeważnie stałe w okresie ich spłaty, w Polsce ich wysokość wyznacza formuła „WIBOR + marża”.

WIBOR to wskaźnik referencyjny, w teorii mający odzwierciedlać stawkę oprocentowania pożyczek na rynku międzybankowym. Jej uwzględnienie w formule oprocentowania powinien ukazywać koszt finansowania, który musi pozyskać bank na tym rynku, aby udzielić kredytu. W praktyce występują jednak dwa problemy.

Po pierwsze, WIBOR nie odzwierciedla realnych transakcji, a oparty jest na deklaracjach banków. Po kryzysie finansowym znaczenie rynku międzybankowego spadło. W Polsce w 2020 roku zdarzały się miesiące, gdy nie odnotowano na nim ani jednej transakcji. Dzieje się tak m.in. dlatego, że w polskim sektorze bankowym występuje znaczna nadpłynność – sektor niefinansowy deponuje w bankach ponad 300 mld zł więcej, niż od nich pożycza. Banki nie muszą więc finansować akcji kredytowej na rynku międzybankowym, ponieważ mają więcej depozytów, niż potrzebują, a ich oprocentowanie jest zdecydowanie niższe niż stawka WIBOR, często bardzo bliskie 0.

Wzrost stóp procentowych NBP powoduje wzrost deklarowanego przez banki kosztu pożyczenia pieniędzy na rynku międzybankowym. Z perspektywy sektora bankowego jest to zjawisko wysoce pożądane. Ponieważ banki posiadają aktywa, których oprocentowanie jest oparte na WIBOR-ze (kredyty hipoteczne), a oprocentowanie depozytów jest ustalane swobodnie przez banki i niezależne od wartości WIBOR-u, jego wzrost powoduje automatyczne zwiększenie zysków sektora bankowego – przychody odsetkowe rosną, koszty odsetkowe pozostają niezmienione.

Każdy punkt procentowy, o który rosną stopy NBP, to według szacunków banku centralnego około 4 mld zł dodatkowych zysków dla sektora bankowego. Dodatkowe zyski oczywiście nie biorą się z powietrza – to wyższe raty płacone przez polskie rodziny. W praktyce sektor finansowy przerzuca na gospodarstwa domowe ryzyko zmiany stóp procentowych. Klienci indywidualni (w przeciwieństwie do banków) tak naprawdę nie mogą się w żaden sposób przed tym zabezpieczyć.

Większość kredytobiorców w Polsce zaciągała kredyty hipoteczne w czasach, kiedy te na stałą stopę procentową nie były jeszcze dostępne. Nawet w 2021 roku, gdy pod presją KNF zostały one w końcu wprowadzone do oferty banków, propozycje kredytów na stałą stopę procentową były tak nieatrakcyjne, że ich udział w sprzedaży wynosił mniej niż 5%.

Przed pandemią wartość WIBOR6M wynosiła ok. 1,7%. W pandemii spadła do ok. 0,2%. Obecnie wynosi 6,55%. Kontrakty terminowe przewidują wzrost stawki WIBOR6M do ok. 8%. Marże banków wynoszą ok. 2%. Zmiany WIBOR-u przekładają się z kilkumiesięcznym opóźnieniem na wyższe oprocentowanie i raty kredytów. Jesienią rodzina, która zaciągnęła 500 tys. zł kredytu na 25 lat, musiała płacić ratę w wysokości ok. 1900 zł. Dziś wysokość płaconej raty wzrośnie blisko dwukrotnie, do niemal 3 500 zł. Stopy procentowe i WIBOR będą zaś dalej rosły.

Na razie wzrost stawek WIBOR-u oznacza większe obciążenia dla gospodarstw domowych i wyższe zyski banków. Istnieje jednak próg, powyżej którego dalszy wzrost WIBOR-u nie będzie oznaczał dodatkowych zysków banków, a ich osłabienie poprzez obniżenie spłacalności kredytów i konieczność zwiększenia rezerw. Stopy procentowe mogą wzrosnąć tak bardzo, że część kredytobiorców, zamiast płacić wyższe raty, przestanie spłacać kredyt. Banki muszą zaś działać wyprzedzająco i tworzyć na taką okoliczność rezerwy, których wartość obejmuje nie tylko pogorszenie spłacalności dzisiaj, ale również dalszy jej spadek jutro.

Gdzie znajduje się ten próg? Według deklaracji szefów działów ryzyka w bankach zebranych przez PAP w grudniu 2021 roku pogorszenie spłacalności nastąpi, jeśli stopy procentowe NBP przekroczą 4%. Po majowej podwyżce bazowa stopa NBP (stopa referencyjna) wynosi już dziś 5,25%. Dziś ekonomiści sytuują „próg bólu”, powyżej którego wzrost stóp będzie miał negatywny wpływ na gospodarkę, na poziomie 5%-6%. Próg ten albo już osiągnęliśmy, albo wkrótce osiągniemy.

Możliwe rozwiązania

Państwo chroni obywateli przed skutkami ryzyka, przed którymi nie mogli się zabezpieczyć. W okresie pandemii ponad 300 mld zł zostało przekazanych na różne formy wsparcia przedsiębiorstw. Niedawno wprowadzono Tarczę Antyinflacyjną mającą chronić gospodarstwa domowe, zwłaszcza uboższe, przed kosztami inflacji. Kredytobiorcom również należy się wsparcie ze strony państwa. Jak wspomniałem, zdecydowana większość z nich nie miała możliwości wzięcia kredytów na stałą stopę procentową, a od 2021 roku nadal nie były one atrakcyjne dla klientów. Banki niewiele robiły, by je sprzedawać.

Nawet dziś prawdziwe kredyty na stałą stopę nie są dostępne. Banki w Polsce oferują je tylko na najbliższe 5 lat. W Stanach Zjednoczonych kredyt taki uchodzi za produkt dla klientów lubiących ryzyko, w Polsce sprzedaje się go jak ten dla klientów konserwatywnych.

Na początku lutego w opublikowanym przez OKO.press artykule zaproponowałem okresowe zamrożenie stawki WIBOR na poziomie przedpandemicznym (1,7%) dla ludzi, którzy zaciągnęli kredyt na zakup pierwszego mieszkania (z wyłączeniem zakupu pod inwestycje lub w celach spekulacyjnych). W dniu publikacji tamtego tekstu wartość wskaźnika WIBOR6M wynosiła 3,6%.

Ta propozycja wzbudziła spore zainteresowanie i żywe reakcje dziennikarzy, polityków i ekonomistów. Przewodniczący KNF, Jacek Jastrzębski, wcześniej pracownik największego banku w Polsce, skrytykował ten pomysł, stanął w obronie status quo. Złożenie projektu zamrażającego WIBOR zapowiedziała Lewica. Ostatecznie niewiele się wydarzyło aż do kwietniowej podwyżki stóp NBP o 100 punktów bazowych (czyli 1 punkt procentowy), co zaskoczyło jej skalą rynek.

Lewica złożyła projekt ustawy zamrażającej na 12 miesięcy stawkę WIBOR na poziomie z 1 grudnia 2019 roku dla tych kredytobiorców, którzy skorzystali z kredytu do zakupu pierwszego lokum przeznaczonego na własne cele mieszkaniowe. Chociaż w kwietniu Izabela Leszczyna z Koalicji Obywatelskiej skrytykowała propozycję zamrożenia WIBOR-u, Donald Tusk zapowiedział zamrożenie rat kredytów na poziomie z grudnia 2021 roku. Od zapowiedzi minął już miesiąc. Projektu wciąż nie złożono, choć postulat jest regularnie przywoływany przez polityków PO.

Pod koniec kwietnia program wsparcia dla kredytobiorców ogłosił premier Morawiecki. Składa się on z 3 filarów:

  1. Wakacji kredytowych, czyli możliwości przesunięcia spłaty 4 rat w bieżącym roku i 4 rat w 2023 roku na przyszłość bez dodatkowych odsetek;
  2. Wzmocnienia finansowego Funduszu Wsparcia Kredytobiorców (ale bez poluzowania kryteriów dostępu do wsparcia);
  3. Zastąpienia stawki WIBOR stawką overnight (stawka krótkoterminowa o nazwie POLONIA) od stycznia 2023 roku.

Wakacje kredytowe bez wątpienia pomogą kredytobiorcom, bo zmniejszą koszty związane ze spłatą kredytu w bieżącym i przyszłym roku o mniej więcej 1/3. Jest to jednak mechanizm tymczasowy. Nie rozwiązuje problemu, a jedynie przekłada część jego kosztów. Wymogi, których spełnienie jest konieczne do skorzystania z wsparcia Funduszu Wsparcia Kredytobiorców (bezrobocie, rata kredytu powyżej 50% dochodów, dochód po spłacie raty poniżej minimum zależnego od liczby osób w gospodarstwie domowym), wciąż pozostają rygorystyczne. Wraz ze wzrostem rat kredytów coraz więcej kredytobiorców będzie jednak je spełniać. Dobrze więc, że FWK zostanie dokapitalizowany.

Ze wszystkich propozycji premiera Morawieckiego zastąpienie WIBOR-u chyba najbardziej zaskoczyło komentatorów. Prawdopodobnie nową stawką będzie POLONIA, czyli wskaźnik odzwierciedlający oprocentowanie depozytów międzybankowych overnight. Dzisiaj wartość stawki POLONIA jest zdecydowanie niższa niż wartość WIBOR6M (4,46% vs 6,55%). Różnica ta wynika przede wszystkim z różnego horyzontu czasowego wskaźników. POLONIA to „oprocentowanie dzisiaj”, WIBOR6M to „oprocentowanie w horyzoncie pół roku”. Z tego względu WIBOR uwzględnia także przyszłe wzrosty podwyżek stóp procentowych NBP.

Kiedy cykl podwyżek stóp procentowych się zakończy, różnica wartości POLONII i WIBOR-u zdecydowanie się zmniejszy. Przewagą POLONII nad WIBOR-em jest oparcie o realne dane transakcyjne. Takich transakcji nie jest tak dużo jak kiedyś, ale wciąż regularnie występują. Wadą POLONII jest większa zmienność. W ostatecznym rozrachunku, kiedy skończy się cykl podwyżek stóp procentowych, przejście z WIBOR-u na POLONIĘ nie będzie miało prawdopodobnie większych konsekwencji dla kredytobiorców.

Dobrze, że rząd dostrzega problemy rynku kredytów hipotecznych w Polsce. Proponowane rozwiązania nie są jednak wystarczające. Z trzech filarów najważniejszym są chyba wakacje kredytowe, które będą oznaczać realny spadek kosztów kredytu w bieżącym i następnym roku. Cały pakiet można jednak porównać do leku przeciwbólowego podanego pacjentowi, który potrzebuje operacji. Przyniesie on chwilową ulgę, ale nie rozwiąże podstawowego problemu, jakim jest transfer ryzyka stopy procentowej na klientów zaciągających kredyty hipoteczne.

Przed nami dalszy wzrost inflacji, kolejne podwyżki stóp procentowych i galopujący wzrost wysokości rat. Można zatem się spodziewać, że zarówno rząd, jak i politycy opozycji nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Publikacja powstała w ramach projektu „Nowa gospodarka po pandemii", nad którym patronat objął i udzielił finansowego wsparcia Polski Fundusz Rozwoju S.A.

Tym utworem dzielimy się otwarcie. Utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony oraz przedrukowanie niniejszej informacji.