Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Le Pen i Macron jak ogień i woda? Łączy ich znacznie więcej, niż myślicie

Wielu sądzi, że wynik francuskich wyborów ma dla Polski i Unii Europejskiej fundamentalne znaczenie. Czy tak jest na pewno? Tradycyjnie z polskiej perspektywy interesują nas przede wszystkim cztery kwestie. Mowa tu o stosunku Francji do USA, Rosji, UE i wreszcie Polski. Przyjrzyjmy się bliżej poglądom madame Le Pen i monsieur Macrona. Oceńmy kandydatów z perspektywy tych czterech obszarów. Wynik może być zaskakujący.

Jeśli możesz przekaż nam 1% podatku. Nasz numer KRS: 0000128315.
Wspierasz podatkiem inny cel? Przekaż nam darowiznę tutaj!

Pomimo wielu spekulacji sugerujących, że niedzielny wieczór może przynieść niespodzianki, do II tury francuskich wyborów prezydenckich przeszli zgodnie z planem Emmanuel Macron i Marine Le Pen. W gruncie rzeczy prawdziwa gra dopiero się rozpoczyna, a wielu z nas będzie ją śledzić z wypiekami na twarzy pewnie do samego końca. Tradycyjnie z polskiej perspektywy interesują nas przede wszystkim cztery kwestie i przez ich pryzmat oceniamy kandydatów – mowa tu o stosunku Francji do USA, Rosji, UE i wreszcie Polski.

W takim właśnie kluczu spróbuję autorsko ocenić kandydatów – na ile ich poglądy i postulaty są zbieżne z interesem Polski, a na ile od niego odbiegają. Co warte podkreślenia, ocena przedstawiona w niniejszym tekście będzie mieć charakter wariantowy – sprzed wojny i po jej wybuchu. To istotne, bo wojna na Ukrainie ma ogromny wpływ zarówno na międzynarodowy ład, jak i jego percepcję.

Metoda oceny jest prosta – w każdym obszarze mamy do rozdysponowania 1 pkt. Jeśli jeden z kandydatów zdecydowanie lepiej „realizuje” polskie interesy, dostaje go (odpowiednio kontrkandydat otrzymuje 0). Jeśli nie ma między kandydatami różnicy, oboje dostają po 0,5 pkt. Jeśli są jakieś niuanse i trudno jednoznacznie nagrodzić jednego z kandydatów lub obdzielić ich równym wynikiem, punkty dzielone są na 0,75 i 0,25 pkt na korzyść tego, który po prostu jest dla nas lepszy.

Gotowi? Zaczynamy!

Relacje z USA – Macron 0,5:0,5 Le Pen

Na początek weźmy na warsztat najprostszy wymiar, czyli relacje transatlantyckie. Trzeba powiedzieć wprost – francuska polityka jest tradycyjnie antyamerykańska. Nie ma tu wielkich różnic pomiędzy kandydatami. Emmanuel Macron nie tak dawno mówił o śmierci mózgowej NATO, a jednocześnie rozwijał koncepcję europejskiej autonomii strategicznej, która miała uniezależnić Unię zarówno od Chin, jak i od USA. Jednocześnie Francja od dawna postuluje stworzenie europejskiej tożsamości w wymiarze bezpieczeństwa, niezależnej od NATO. Na tym tle Marine Le Pen mówiąca o wystąpieniu Francji ze struktur wojskowych NATO brzmi może z naszej perspektywy kosmicznie, ale niespecjalnie różni się od francuskiego mainstreamu.

Francja była zadowolona z amerykańskiego piwotu na Pacyfik i wycofywania się USA z Europy, bo to zwiększało jej znaczenie w polityce bezpieczeństwa – tu najlepszym przykładem jest format normandzki/miński, w którym Amerykanów zabrakło. Wiemy, czym to się skończyło dla Ukrainy.

W rzeczywistości przedwojennej można było jednak argumentować, że Macron w przeciwieństwie do Le Pen mimo budowania relacji z Putinem nie pójdzie na jakieś szalone ustępstwa i będzie lepszym strażnikiem transatlantyckiej jedności, dlatego w tym starciu trzeba byłoby przyznać obecnemu prezydentowi 0,75 pkt, a jego konkurentce – 0,25 pkt.

Wojna jednak wiele zmieniła. Z jednej strony pokazała mentalną trudność Francji dotyczącą jasnego opowiedzenia się po stronie wspólnoty transatlantyckiej pomimo większego chociażby od Niemiec wsparcia dla Ukrainy w zakresie dostarczania broni. Kolejne telefony prezydenta Macrona do Putina, wyłamujące się z jednolitego zachodniego frontu izolacji rosyjskiego przywódcy, są coraz bardziej groteskowe. Z drugiej strony w obecnej sytuacji wachlarz potencjalnych prorosyjskich działań Le Pen raczej nie wykracza poza to, co może zafundować Macron. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której liderka Zjednoczenia Narodowego po swoim zwycięstwie ogłosi wystąpienie Francji ze struktur wojskowych NATO.

W obecnej sytuacji na obszarze transatlantyckim bez wielkiego przekonania, ale jednak zaryzykowałbym przyznanie obojgu kandydatom po 0,5 pkt. W praktyce dla relacji transatlantyckich nie ma znaczenia, kto wygra. Paryż tak czy inaczej będzie się coraz bardziej oddalać od Waszyngtonu, co jest z polskiej perspektywy zjawiskiem negatywnym, bo w interesie Warszawy jest bliska współpraca między USA i UE.

Relacje z Rosją – Macron 0,75:0,25 Le Pen

Tu sytuacja jest analogiczna na odcinku transatlantyckim – francuskie elity politycznie, kulturowe i biznesowe (niezależnie od proweniencji) historycznie mają jakąś niezrozumiałą dla nas prorosyjską szajbę. Jej symbolem może być uporczywe trwanie na rosyjskim rynku francuskich firm czy próby racjonalizowania działań Kremla przez kolejnych francuskich celebrytów. Trudno nawet wyznaczyć jakąś granice żenady, której Francuzi na tym odcinku by nie przekroczyli.

Dlatego najchętniej dałbym każdemu z kandydatów po 0 pkt. Z jednej strony Marine Le Pen niekryjąca się ze swoimi proputinowskimi sympatiami, a z drugiej Macron sprzedający Rosjanom sprzęt wojskowy mimo embarga nałożonego po aneksji Krymu. Wybór trochę jak między dżumą a cholerą.

Mimo to przyjęliśmy zasady punktacji i jeśli ktoś przed wojną zasłużył na przewagę nad konkurentem w postaci 1 pkt, to jest nim Emmanuel Macron, bo jednak ostentacyjna prokremlowskość Le Pen symbolicznie podważała fundamenty Zachodu, który mimo swych słabości pozostaje dla nas podstawową wspólnotą odniesienia.

Ale znów wojna tu trochę namieszała. Trudno mi sobie bowiem wyobrazić, aby Le Pen mogła sobie pozwolić na tak koncyliacyjne wobec Rosji wypowiedzi po Mariupolu i Buczy. Nie wierzę w powrót do business as usual nawet w przypadku wygranej Le Pen. Mogą pojawić się z jej strony nieudolne próby łagodzenia sankcji, ale niewiele więcej – nie ma szans na jakieś wielkie, nowe otwarcie europejsko-rosyjskie. W kwestii samych sankcji Macron jest niewątpliwie bardziej zdecydowany, ale wbrew pozorom różnica między nim a Le Pen nie jest znacząca.

W gruncie rzeczy bowiem kluczową sankcją jest dziś embargo na rosyjski gaz, które jest Francji na rękę, bo osłabia Niemcy i wzmacnia na Starym Kontynencie promowaną od dawna przez Paryż energetykę atomową. Spodziewam się, że Macron zagra tą kartą po wyborach, a Le Pen już nie. Dlatego ostatecznie tę rozgrywkę Macron wygrywa, ale raczej 0,75 do 0,25 pkt. Powód znów jest dość prosty – Rosja na własną rękę mocno ograniczyła swoim europejskim przyjaciołom możliwość popełniania prorosyjskich głupstw, przez co żaden z dwójki konkurentów nie ma jak w pełni „wykazać się” w swoim stosunku wobec Kremla.

Relacje z UE – Macron 0,5:0,5 Le Pen

Ocena tego obszaru jest nieco trudniejsza i będzie do niej potrzebne dłuższe wprowadzenie, bez którego trudno zrozumieć istotę ich stanowisk. Zacznijmy od tego, że Francja zbudowała w XX wieku sprawne państwo. Choć, uściślając, tak naprawdę to zbudowała je dużo wcześniej, głównie dzięki swojej imperialno-kolonialnej przeszłości. Państwo, które z jednej strony potrafiło zarabiać dzięki postępującej od końca II wojny światowej globalizacji, a z drugiej strony za pośrednictwem sprawnego systemu usług publicznych umiało owoce tego wzrostu sensownie dystrybuować. W efekcie każdemu kolejnemu powojennemu pokoleniu żyło się lepiej. Może nawet za dobrze. Globalizacja w jakimś sensie zastąpiła wcześniejszą kolonizację.

Niestety wraz z wyczerpaniem się korzyści wielkiego rozszerzenia UE w 2004 r. oraz tąpnięcia, które przyniósł wielki kryzys finansowy w 2008 r., możliwości kolonizacyjno-globalizacyjne zaczęły się zmniejszać. W efekcie istniejące nadal sprawne francuskie państwo nie ma wystarczająco dużo zasobów do dystrybuowania. Na dodatek w ostatnich dekadach na skutek fali neoliberalnej rewolucji gospodarczej wyłoniła się nowa kasta oligarchiczna, a jednocześnie na drugim końcu dochodowego kontinuum pojawiło się sporo potomków migrantów, robotników z zamykanych fabryk i innych „żółtych kamizelek”.

Skoro nie ma wystarczających zasobów, a nowa finansowo-technologiczna kasta oligarchiczna nie jest szczególnie zainteresowana tym, aby się podzielić z ubożejącą klasą pracowniczą, politykom zabiegającym o społeczne poparcie pozostaje szukanie winnych. Nie ma kolonializmu, jest resentyment. Winni mogą być muzułmańscy imigranci, polscy hydraulicy, rumuńscy budowlańcy, a najlepiej wszyscy naraz. Dlatego spora część francuskiej sceny politycznej przesuwa się na prawo, po prostu takie postulaty dobrze się tam sytuują.

Zresztą także francuska lewica spod znaku trzeciego w I turze Jean-Luca Melenchona nie ucieka od tych antyśrodkowoeuropejskich resentymentów. Autoryzowana wypowiedź prezydenta Macrona o antysemityzmie premiera Morawieckiego to nie przypadek, ale wyraz głęboko zakorzenionej i racjonalnej politycznie kalkulacji. Dodajmy, kalkulacji właściwej dla niemal całej francuskiej sceny politycznej.

To niesie ze sobą dwie podstawowe konsekwencje w wymiarze polityki europejskiej. Po pierwsze, jeśli jakiś Francuz myśli o UE, to myśli o niej raczej bez złodziei i darmozjadów ze Wschodu. Nie widać dziś nad Sekwaną żadnej politycznej siły, która chciałaby umierać za Unię nie tylko z Warszawą i Budapesztem, ale nawet mniej „problematycznymi” Pragą, Bratysławą, Wilnem czy Tallinnem. Prezydent Macron się zresztą z tym nie kryje – w ciągu pięciu lat swojej prezydentury kilkukrotnie rysował wizję europejskiej integracji, gdzie nasz region był poza pierwszym kręgiem wtajemniczenia.

Po drugie, jeśli jakiś Francuz myśli o UE, to tylko jako o szowinistycznym narzędziu umożliwiającym Paryżowi dalszą kolonizację. To nie przypadek, że Macron rywalizował z kanclerz Merkel o miano lidera Europy w rozmowach z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem, a jadąc do Pekinu, występował nie tylko na tle francuskiej, ale i unijnej flagi, choć nie miał ku temu żadnego mandatu.

W efekcie wizje UE Macrona i Le Pen aż tak bardzo się od siebie nie różnią, tyle że Macron bardziej akcentuje element kolonialny, a Le Pen szowinistyczno-resentymentowy. Z polskiej perspektywy nie ma to jednak większego znaczenia, tak czy siak Polska i reszta naszego regionu postrzegane są jako twór obcy, a nawet wrogi. Kilka francuskich firm zarobiło solidnie na kolonizacji Europy Środkowej, czego dowodem jest chociażby „okazyjna” prywatyzacja Telekomunikacji Polskiej, ale więcej z tego regionu za bardzo już nie da się wyciągnąć.

Jeśli kupilibyśmy elektrownie atomowe, wtedy byłaby szansa na utrzymanie nas w rdzeniu. Tak chyba, niegłupio dodajmy, kombinował polski rząd. W tym sensie kolonizacyjne akcenty Macrona były dla nas w rzeczywistości przedwojennej nieco lepsze niż euroszowinizm Le Pen, dlatego dałbym urzędującemu prezydentowi 0,75 pkt, a jego kontrkandydatce 0,25 pkt.

Sęk w tym, że obecnie wobec zagrożenia ze Wschodu i amerykańskiego parasola militarnego nad Wisłą nie ma tematu kupna technologii jądrowej czy uzbrojenia od kogokolwiek innego niż Amerykanie. W połączeniu z faktem, że w ogóle Polska stanie się amerykańskim koniem trojańskim w Europie, nasze relacje z Berlinem, a zwłaszcza Paryżem, będą musiały się pogorszyć. Chyba że Francuzi i Niemcy przekroczą swój antyamerykanizm. W przypadku Niemców to bardzo mało prawdopodobne, a dla Francuzów to już mission impossible.

Tak, mam świadomość kontrowersyjności tej tezy, ale w obecnej powojennej sytuacji wynik wyborów prezydenckich we Francji nie ma większego wpływu na sytuację Polski w UE. Wspominam o tym, bo jeszcze przed wojną było widać wyraźnie, że wiele decyzji Brukseli jest dyktowanych z Paryża i Berlina.

Po 24 lutego sytuacja się jednak stopniowo zmienia – Komisja Europejska buduje dziś swoją podmiotowość w kontrze do kompromitujących się co krok Niemców i Francuzów. Może się okazać, że i bez wygranej Le Pen UE czeka solidne tąpnięcie. Jest to zresztą temat na oddzielną analizę, którą warto za jakiś czas napisać. Na dziś, biorąc pod uwagę całą powyższą argumentację, stwierdzam, że każdy z kandydatów dostaje w tym wymiarze po 0,5 pkt.

Relacje z Polską – Macron 0,5:0,5 Le Pen

Na deser pozostają napoczęte już nieco w poprzedniej części relacje z Polską. Tu w moim odczuciu mamy constans od lat, przynajmniej od kiedy prezydent Jacques Chirac ubolewał w 2003 r., że Polacy stracili okazję, aby siedzieć cicho. Wybaczcie pewien hermetyzm porównania, którego za chwilę użyję, ale wydaje mi się on adekwatny do opisu relacji między Francuzami a Polakami.

Francuz jest jak potomek krakowskiej rodziny, mieszkający w obrębie Alei Trzech Wieszczów, żyjący z wynajmu kamienicy. Nawet jeśli nie jest zbyt ogarnięty i pół dnia spędza na ławce na „krakoskich” Plantach, a drugie pół dnia w łóżku, to i tak będzie patrzeć z wyższością na pochodzącego z Rzeszowa prezesa krakowskiej firmy IT, który zasuwa od rana do wieczora. Ten ostatni może nawet kupić sobie kamienicę w centrum, puścić dzieci do najlepszych krakowskich liceów, bywać na krakowskich salonach, finansować odbudowę krakowskich zabytków, ale jednego nie przeskoczy – nie ma dziadków pochowanych na Salwatorze czy Rakowicach. W oczach krakusa ten przyjezdny rzeszowianin zawsze będzie gorszy, obcy, nie-swój. Parweniusz. Muszą minąć dwa, a może trzy pokolenia, aby zaczął go traktować jak równego sobie. Wracam z tego krakowianistycznej wycieczki.

Nie chcę powiedzieć, że jako Polska nie mamy się starać. Tak, reformy wymiaru sprawiedliwości brzydko pachną. Trudno się dziwić, że nie wpuszczają nas na salony. Obawiam się jednak, że nawet gdybyśmy byli oblani Diorami czy Channelami No 5, niewiele by to zmieniło. Muszą upłynąć dwa, a może trzy pokolenia, zanim zostaniemy uznani za obywateli Zachodu.

Niezależnie, czy to będzie Chirac, Sarkozy, Hollande, Macron czy Le Pen, i tak jesteśmy dla nich wszystkich pół-Europejczykami i pół-Azjatami. W tym sensie ani przed wojną, ani jeszcze długo po niej wynik wyborów prezydenckich w Paryżu nie będzie miał istotnego znaczenia dla charakteru relacji między naszymi krajami, dlatego zarówno Macron, jak i Le Pen dostają 0,5 pkt.

Podsumowanie

Pora podliczyć punkty. Przed wybuchem wojny Macron wygrywał 3 do 1. Solidne zwycięstwo. Tak, przed 24 lutego Macron był dla Polski zdecydowanie lepszym kandydatem. Jednak wojna przestawiła wiele akcentów i choć Macron nadal wygrywa, to tylko w stosunku 2,25 do 1,75. Dla jasności – ten wynik wcale nie oznacza, że Le Pen stała się lepszą z polskiej perspektywy kandydatką. Oznacza on bardziej to, że wynik tych wyborów nie ma aż tak wielkiego znaczenia dla Polski, jak się może wielu wydawać, bo po prostu Francja jest dziś w innym miejscu niż dwa miesiące temu.

Tak, moim zdaniem wciąż lepiej, aby wygrał Macron, także z powodów metapolitycznych – kwestionowanie idei Zachodu nie jest nam dziś do niczego potrzebne. Dlatego, wzorem nieobiektywnej nauczycielki, która dodaje „+” przed czwórką za ładne pismo ulubionej uczennicy, można dodać Macronowi ćwierć pkt za wrażenia artystyczne, wtedy przewaga zrobi się nieco większa. Ale ogólnego obrazu to nie zmienia.

Post scriptum

Na koniec pozwólcie mi podzielić się jedną refleksją, której autorem jest kolega z naszej redakcji, a która dobrze, jak mniemam, wpisuje się w przedstawioną w niniejszym tekście argumentację. Począwszy od początku XXI wieku, kolejni prezydenci V Republiki musieli mierzyć się z pytaniem, jak zreformować sprawne dotąd państwo, które nie potrafi funkcjonować w optymalny sposób w momencie kurczenia się zasobów przy jednoczesnym utrzymaniu się poziomu społecznych aspiracji. Próbował Sarkozy, próbował Hollande, próbował Macron. Efekty są raczej mizerne.

Nie ma na dziś żadnych racjonalnych przesłanek, aby miało się to udać następnemu prezydentowi, ktokolwiek nim zostanie. Zasobów więcej nie będzie, a oczekiwania raczej tak szybko nie zmaleją. Podobnie jak nie zmaleje liczba sfrustrowanych młodych, bo tych dzięki relatywnie dobrym wskaźnikom demograficznym we Francji akurat nie brakuje.

To jednak prowadzi mnie do dwóch konkluzji. Po pierwsze, Francja z każdym rokiem będzie się coraz szybciej zbliżać do politycznej rewolucji, a my jeszcze zatęsknimy za takim nudnym kandydatem jak Macron. Po drugie, Francja będzie z roku na rok coraz bardziej wsobna. Jeśli projekt europejski ma się gdzieś ożywić, zmiana ta nie przyjdzie raczej znad Sekwany.