Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Jesteś swoją aktywnością seksualną. Jak lewicowa popkultura wciska nam infantylny ideał człowieka

Pozornie niewinne opowieści o autentyczności bądź indywidualizmie okazują się nową koncepcją budowania naszej tożsamości. Zazwyczaj jednak indywidualne „ja” zostaje sprowadzone do płciowości, której wyraźne określenie powinno rozwiązać wszelkie egzystencjalne problemy człowieka. Niestety środowiska lewicowo-liberalne nie posiadają żadnej spójnej wizji tożsamości płciowej, która nie prowadzi ani do sprzeczności, ani do uproszczeń, gdzie kolejny raz powtarza się te same stereotypy. Widać to wyraźnie w kulturze masowej obiecującej dostarczenie wiążących odpowiedzi w tym temacie, a tak naprawdę pozostawiającej człowieka samemu sobie.

W marcu zawieszamy zbiórkę na działalność Klubu Jagiellońskiego. W miejsce przelewu, który chciałeś nam przekazać – prześlij pieniądze ukraińskiej armii w ramach oficjalnej zbiórki organizowanej przez Narodowy Bank Ukrainy! Tu znajdziesz instrukcję jak to zrobić i wyjaśnienie, dlaczego zachęcamy do takiej formy zaangażowania.

Dawno temu seriale o relacjach międzyludzkich skupiały się na naprawdę wielu sprawach. Z jednej strony starały nam się przekazać jakąś prawdę na temat dramatów miłosnych. Z drugiej strony nie stroniły od wyśmiewania najbardziej absurdalnych zachowań w tej sferze. Seks był nie tylko czymś niezwykle ważnym, lecz także stanowił świetną okazję do drwin, a także miał skłonić do refleksji nad pewnymi schematami zachowań, wedle których mieliśmy postępować.

Nie był świętością, lecz częścią składową życia, czymś, co również mogło zostać poddane stosownej krytyce. Idealny przykład stanowią słynni Przyjaciele. W serialu po równo dostawało się wszystkim: heteroseksualistom, homoseksualistom i transseksualistom. Przy okazji twórcy potrafili przemycić w tej komediowej otoczce ważne społeczne tematy, np. kwestię surogacji. Niestety obecnie seriale nie zachęcają już do myślenia, raczej pokazują, w jaki sposób mamy myśleć. Co gorsza, udają, że posiadają gotową odpowiedź na wszystkie pytania z zakresu tożsamości płciowej.

Seks w centrum uwagi

Serwowana nam przez popkulturę opowieść o seksie jest pełna dziur, sprzeczności i niedopowiedzeń. Jedynie na pierwszy rzut oka wydaje się spójna i rzetelna. Im głębiej ją poznajemy, tym bardziej nie potrafimy zrozumieć, w jaki sposób może stanowić wskazówkę dla naszego codziennego funkcjonowania. Oczywiście nie chodzi teraz o to, aby nawoływać o większy realizm. Fabuła rządzi się swoimi prawami. Coś musi zostać wyostrzone, a innym razem wypaczone, żeby przykuć naszą uwagę.

Niemniej w dzisiejszych czasach sama opowieść często jest mniej ważna od światopoglądowych treści. Nie ma żadnego starcia wartości, konfliktów na tle moralno-obyczajowym. Istnieje jedna określona odpowiedź i wszyscy powinniśmy ją przyjąć bez żadnych wątpliwości, zwłaszcza w materii dotyczącej seksualności, skoro aktualnie uważa się ją za prymarny składnik naszej tożsamości.

Dlaczego ugruntowana na liberalno-lewicowej wrażliwości opowieść o seksie, którą przekazują seriale i filmy z wielkich platform streamingowych, jest aż tak ciężkostrawna? Przede wszystkim opiera się na całkowicie nieprzemyślanych założeniach. Na pierwszy rzut oka wydają się one sensowne, jednak po bliższym przyjrzeniu okazuje się, że nie mają właściwie niczego ciekawego do powiedzenia. Operują w wysoce ogólnych rejestrach i rozpadają się na poziomie szczegółów. Jeżeli kryje się za nimi coś więcej, to w rzeczywistości ich deklarowana empatia oraz chęć zaprowadzenia nowego ładu społecznego są wyłącznie przypudrowaniem skrajnego indywidualizmu, paternalizmu oraz dbania o własną przyjemność. Dbanie o różnorodność to de facto troska o to, co już uznano za obowiązujące we współczesnym schemacie zachowań, w którym dalej większość dyktuje mniejszości, jak ma kształtować swoje życie.

A w tym aspekcie seks jest niezwykle ważny, gdyż wierzy się w to, że zaprogramowanie nas w tej materii przełoży się na łatwiejsze przyjęcie szeregu innych poglądów. Ogólnie rzecz biorąc, nasze życie seksualne powinno być swobodne, wolne od lęku i wstydu, otwarte na nieustanne poszukiwania, a jednocześnie niepozbawione szacunku do drugiego człowieka. Już dwa ostatnie postulaty wydają się trudne do połączenia. Zachęta do szukania nowych doznań erotycznych, jeśli skupiamy się tylko na nich, pomijając kontekst więzi między ludźmi, musi prędzej czy później doprowadzić do traktowania drugiego jak zabawki. Mimo to seks ma być po prostu przyjemnością i remedium na wiele dolegliwości. Wmawia się nam, że o ile mamy problem w tej dziedzinie, o tyle nasze życie musi być nieszczęśliwie. Wyzwolenie z tej sytuacji (i przy okazji z każdej innej trudnej sprawy) doprowadzi nas do niczym nieskrępowanej przyjemności, czyli radości z tego, kim jesteśmy.

Na razie wszystko wygląda dobrze. W końcu kto nie chciałby się cieszyć seksem i dobrym życiem? Podświadomie chyba jednak czujemy, że nie wystarczy popracować nad seksualnymi traumami, aby prowadzić dobre życie. Dlatego też tę prawdę z seriali traktujemy trochę z przymrużeniem oka. Pozwalamy sobie na eksperymenty, ale w granicach rozsądku. Inny zestaw wartości przyjmujemy już śmiertelnie poważnie.

Chociażby kwestię reprezentacji. Budowanie współczesnej, pozytywnej tożsamości seksualnej musi opierać się na akceptowaniu obecności osób LGBTQ+ w możliwie jak największej liczbie fikcyjnych uniwersów, nawet jeśli ich występowanie na ekranie nie ma żadnego związku z fabułą. Dzięki temu zostają spełnione dwie kolejne potrzeby naszego „ja”. Z jednej strony czujemy się dobrze jako osoby wrażliwe i tolerancyjne. Z drugiej strony zaspokajamy naszą ciekawość obserwowania tego, co nietypowe i marginalne. Spełniliśmy swój społeczny obowiązek, patrząc na wszystko z bezpiecznej odległości.

Co ciekawe, nie zauważamy zupełnie innych standardów obowiązujących przy portretowaniu hetero- i homoseksualistów. Ci pierwsi mogą reprezentować niebezpieczne zachowania seksualne, powinni zmieniać partnerów jak rękawiczki (w ramach poszukiwania siebie), często podchodzi się do nich krytycznie. Natomiast drudzy jawią się jako zupełnie nowy typ człowieka. Silni mimo krzywd doznanych od społeczeństwa. Wrażliwi na drugiego człowieka, marzący jedynie o jednej stałej relacji i adopcji dzieci. Niemożliwym jest, aby odznaczali się jakimiś negatywnymi cechami.

Reasumując, można stwierdzić, że powtarzają schemat idealnego związku z kina lat 50., choć tworzonego na partnerskich zasadach. Nie może być inaczej, kiedy nawoływanie o reprezentację nie opiera się wyłącznie na przekonaniu o konieczności pokazywania innych typów relacji. Kryje się za tym pogląd, że taka obecność na ekranie może przełożyć się na rzeczywiste zmiany społeczne.

Wiara w moc popkultury jest na pewno piękna, niestety nie ma nic wspólnego z prawdą. Obowiązujący w latach 30. i 40. w amerykańskim kinie Kodeks Haysa zakazujący pokazywania niestosownych scen i zachowań wcale nie przeobraził Amerykanów. Nie stali się ani bardziej moralni, ani nie zmniejszyła się liczba homoseksualistów. Kultura nie jest maszyną, którą da się zaprogramować w taki sposób, aby wprowadziła nam do głów określony zestaw wartości. Na szczęście jest o wiele bardziej nieprzewidywalna.

Niestety tę nieprzewidywalność usiłuje się dziś zabić. Popkultura coraz częściej mówi nam, jak mamy myśleć. A w nowoczesności lubimy czuć się wybitnymi indywiduami o nieprzeciętnym stopniu oryginalności, którym jednocześnie niemożebnie zależy na zdobyciu akceptacji grupy (zazwyczaj w postaci poklasku w mediach społecznościowych).

Nic nie spełnia się w tej roli tak dobrze, jak podążanie za światopoglądem serialowym, szczególnie w sprawach tożsamości seksualnej. Nie tylko odpowiada on na naszą potrzebę kolekcjonowania coraz to nowych i przyjemnych doznań, lecz także pomaga w osiągnięciu szanowanej społecznej postawy. A nic nie sprzedaje się tak dobrze, jak seksualna otwartość przebrana w szaty uniwersalnej wrażliwości. Dochodzi do takich paradoksów, że ukazywane na ekranie intymne życie osób niepełnosprawnych wcale nie służy szlachetnym celom, lecz zostaje sprowadzone do kolejnego narzędzia służącego do wprawiania otwartego, liberalnego społeczeństwa w dobry nastrój. Wystarczy tylko wcisnąć przycisk play.

Tożsamość na seksie zbudowana

Jeszcze ciekawiej ta materia przedstawia się w serialach dla nastolatków, gdzie seks również gra pierwsze skrzypce. Naturalnie pojawiają się te same sprzeczności, co w produkcjach dla starszego odbiorcy. Aczkolwiek bywają też i inne wątki, a nacisk postawiony jest na poszukiwanie samego siebie. Szkoda, że ogranicza się on do spraw natury seksualnej, tak jakby nic więcej nie interesowało młodzieży. Owszem, pamiętam z młodych lat, że o seksie rozmawiano i myślano sporo, ale nie był to jedyny aspekt życia, który nas interesował.

Aktualnie promuje się taki stan rzeczy, w którym wszystko inne schodzi na drugi plan. Dojście ze sobą do ładu ma polegać w głównej mierze na określeniu swojej tożsamości płciowej. Tak jakby każdy był gotowy na taki krok, mając naście lat. Niemniej popkultura mówi wyraźnie: „nie możesz czekać, im później to zrobisz, tym gorzej dla ciebie, wszystkie inne sfery twojego życia automatycznie się posypią”.

Nie chodzi w tym momencie o gadanie starca w formie: „skupcie się na nauce, na seks przyjdzie czas”, lecz o potraktowanie nastolatków poważnie, jako młodych dorosłych, a nie osoby już od samego początku skrzywione na punkcie seksu. Skrzywione w tym sensie, że sugeruje się im, że każdy z nich posiada już jakiś problem w tej dziedzinie i dopiero serialowa terapia może im przynieść ulgę w tym zakresie. Nawet nie proponuje się im się pójścia do terapeuty, lecz mami szybkimi, skrojonymi pod jeden schemat odpowiedziami, które oczywiście mają się sprawdzić w każdym przypadku.

Niech za przykład posłuży nam niezwykle popularny serial Sex Education. Recenzenci już od pierwszego sezonu rozpływali się nad jego bezpruderyjnością i odwagą w opowiadaniu o seksualnych problemach nastolatków. Szczególnie w Polsce, gdzie mainstreamowi opiniotwórcy nadal są przekonani, że rewolucja seksualna minęła Polaków w drzwiach, gdyż nadal rumienią się oni na słowo penis, a na sex mówią cimcirimci albo bara-bara (tutaj warto zerknąć do naszej rodzimej produkcji Sexify, gdzie znajdziemy jeszcze więcej podobnych stereotypów).

Jeżeli mamy taką wizję rodaków, w której po słowach ministra o cnotach niewieścich cała Polska B się z nim zgadza, to nic dziwnego, że Sex Education może się nam wydawać rewolucją, która zaprowadza pod strzechy wiedzę i postęp. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Zaprezentowana w serialu wizja tożsamości opartej na rozprawieniu się ze swymi seksualnymi problemami jest z jednej strony pełna dziur i niespójności charakterystycznych dla lewicowo-progresywnego światopoglądu, podczas gdy z drugiej strony wiele ważnych zmartwień osób wchodzących w dorosłość maskuje pikantnymi opowiastkami i łudzi ich, że posiada prostą receptę na ich pokonanie.

Główny bohater, Otis, dzięki matce (seksualnej terapeutce) posiada rozległą wiedzę w zakresie ludzkiej intymności. Wraz z koleżanką Maeve zakłada nieformalną poradnię seksualną dla swoich rówieśników. Widzowie mogą stać się świadkami różnorodnych problemów, jakie młodzież miewa z seksem. Oczywiście niektóre przypadki zostały wyolbrzymione i przerysowane, ale seriale rządzą się swoimi prawami. Czasami nie da się przyciągnąć widza w inny sposób. Nie tutaj mamy największy zgrzyt. Przynajmniej większość problemów jest rozwiązywana za pomocą zachęcania do rozmowy z partnerem. Pojawia się nawet wątek powiązania seksu i miłości. Jednak, gdy przejrzymy się bardziej wnikliwie niektórym sytuacjom, możemy nieźle się zaskoczyć.

Pomimo tego, że serial miał spełniać funkcję edukacyjną, sportretowani w nim nastolatkowie niewiele różnią się od swoich odpowiedników z seriali z lat 90. Poza otwartością w kwestii seksu są do bólu stereotypowi, a ich problemy potraktowano z przymrużeniem oka. Naturalnie poza seksualnymi technikaliami. Przypomina to postawę dorosłego, który głaszcze po głowie dziecko i zafrasowany rzecze: „zobaczysz za parę lat, czym są prawdziwe troski, a nie te twoje pierwsze miłostki, usuwanie wiadomości z telefonu, wskakiwanie na stół i krzyczenie o sobie albo zazdrość o przyjaciółkę twojego chłopaka”. Typowa teen drama z seksem w tle.

Raz na jakiś czas na ekranie pojawi się coś poważniejszego, np. kwestia molestowania albo rozważanie konsekwencji pigułki po. Większe sprawy giną jednak w natłoku nastoletniego chichrania, tak jakby młodzież również miała świadomość, że ich sprawy w szerszej perspektywie nie mają zbyt wielkiego znaczenia. Widać to zwłaszcza w trzecim sezonie, gdy prym zaczynają wieść dorośli z ich życiowymi dramatami, a młodsi bohaterowie trafiają nagle do Jeziora Marzeń i nie wiedzą, jak wyznać komuś miłość.

W sprawie spójnej wizji seksualności i tożsamości płciowej także nie jest lepiej. Wszystko szyte grubymi nićmi, a my wiemy, że zaraz pojawią się żarty z viagry, furasów i BDSM. Nie zawsze będzie nam jednak do śmiechu. W jednym z odcinków bohater niespodziewanie dowie się, że został rozprawiczony, kiedy stracił świadomość z powodu przedawkowania alkoholu. I… nie ma sprawy, przechodzi nad tym do porządku dziennego. Wyobrażacie sobie, jakie oburzenie wywołałby taka scena z dziewczyną w roli głównej? No, ale mężczyzna jest zawsze chętny, nigdy nie jest ofiarą przemocy seksualnej, a seks niespodzianka to dla niego najlepsza nagroda, prawda? Już w pierwszym odcinku Maeve zostaje przedstawiona jako dziewczyna, która nie ma problemu z uprawianiem seksu bez zobowiązań, a jednak spogląda złym wzrokiem, kiedy jej kochanek rozmawia z innymi koleżankami. Dość klasycznie, prawda?

Większość problemów młodzieży rozgrywa się na tle seksualnych podbojów. Niekiedy kiepskie życie seksualne jest symptomem bolączek w innych sferach życia. Taki schemat można jeszcze powiązać z ogólną konstrukcją serialu. I w mniej oczywistych produkcjach tożsamość płciowa zaczyna sprawować funkcję wytrychu – zarówno od tego, co powinno napędzać akcję, jak i tego, na czym wszyscy powinniśmy się koncentrować. W przeciwnym wypadku pozostała część naszej egzystencji znacznie ucierpi. A ten obraz seksualnej swobody i radości zawsze jest grubymi nićmi szyty.

W przedostatnim sezonie Riverdale jeden z bohaterów, od samego początku portretowany jako homoseksualista, nagle oświadcza, że jest biseksualistą i niespodziewanie rozpoczyna związek z kobietą. Fabularnie wątek ten nie ma żadnego znaczenia ani sensu. Jednakże nawet w kontekście portretowania romantycznych relacji próżno szukać tutaj logiki. Żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazywały na istnienie między tymi postaciami jakichkolwiek cieplejszych uczuć lub chociażby seksualnego napięcia. Ot, zmiana tożsamości płciowej okazuje się tak prosta, jak ściągnięcie rękawiczek i założenie nowych.

Mimo różnorodnych związkowych konfiguracji, w które wpadają bohaterowie Riverdale, i tak ostatecznie marzą o stabilnym i trwałym związku. Oprócz jednego z nich, rezygnującego z monogamicznej relacji na rzecz jednorazowych uciech w otaczającym miasteczko lesie. Nie mylicie się – oczywiście jest on homoseksualistą. Trochę stereotypowo, jak z lat 90., prawda? Im bardziej popkultura chce przekuć progresywną wrażliwość na tożsamość płciową w jedną, spójną wizję, tym w większą przesadę wpada. Idealnym przykładem jest tutaj serial Q-Force. W założeniu opowiada o superszpiegach LGBTQ. Jego przesłanie sprowadza się do tego, że bycie gejem, lesbijką lub osobą niebinarną jest kwintesencją naszej osobowości. Naturalnie w internecie podniosło się larum na tak szkodliwe przedstawienie środowiska, które jest niczym więcej niż stereotypizacją.

Tożsamość uproszczona

Jednak czy takie oburzenie na pewno było słuszne? Nie chodziło właśnie o reprezentację mniejszości seksualnych bez względu na koszty? Jeżeli ktoś krytykuje współczesną popkulturę za dodawanie do seriali lub filmów nadliczbowych wątków związanych z tożsamością płciową, które w ogóle nie wpływają na konstrukcje świata przedstawionego, to zarzuty te odpiera się, mówiąc, że wcale takiego znaczenia mieć nie muszą. Mają po prostu być, ponieważ dzięki temu nasz świat stanie się lepszy i bardziej przyjazny. Zostawmy na marginesie naiwną wiarę w możliwości X muzy, choć trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób po zobaczeniu lesbijki w Na Wspólnej zwykła pani domu miałaby od razu zacząć spoglądać na świat przez pryzmat lewicowej tolerancji.

Reprezentacja sprawdzająca się do zwykłego pokazywania i obecności, nieopierająca się na żadnej spójnej wizji dąży właśnie do sprowadzenia osobowości człowieka do jednego wybranego aspektu (w tym wypadku seksualności). Na takiej redukcji zawsze cierpi cała reszta, która składa się na nasze „ja”, a koherentnej wizji tożsamości płciowej środowiska lewicowo-liberalne nie posiadają.

Grecka maksyma γνῶθι σεαυτόν – poznaj samego siebie – według Pauzaniasza umieszczona na frontonie świątyni Apollina w Delfach wcale nie zachęcała do wędrówki w głąb siebie. Stanowiła ostrzeżenie. Za wrotami czekała Pytia, której przepowiednie, o czym zaświadczają mity, wcale nie przynosiły pożytku, lecz zgubę. Grecy dobrze wiedzieli, że we własnym wnętrzu można znaleźć nie tylko same dobre i przyjemne rzeczy, lecz także te, o których wcale nie chcielibyśmy wiedzieć, dlatego też nie warto tam za wszelką cenę grzebać.

Współcześnie nasze „ja” często jest przedstawiane jako ostateczna miara wszystkiego, co tylko może podlegać ocenie. Stanowi również źródło opinii, wrażliwości, estetyki, sądów moralnych, nie wspominając już o byciu drogowskazem dla naszego postępowania. Niestety zazwyczaj odwołanie się do niego sprowadza się do próby podporządkowania rzeczywistości naszym pragnieniom, których dziedzina ogranicza się do poszukiwania i zbierania kolejnych przyjemności. Tak jakby nie było w nas żadnych sprzecznych dążeń, niczego, nad czym powinniśmy popracować, jakby wszystko było już od samego początku idealne. Gdy spotykają się takie idealne jednostki, niepodważalne kryteria dla rzeczywistości społecznej, to trudno zbudować z nich jakąkolwiek wspólnotę.

Dlatego też trzeba szukać sfer, które łatwo poddają się ujednoliceniu, chociażby pozornemu. Tożsamość płciowa wydaje się idealna dla tego celu. Relacje intymne są dla ludzi niezwykle ważne, więc wszelkie dotyczące ich zakazy fantastycznie nadają się do roli wspólnego wroga autentycznych jednostek. Niemniej i o seksie, i relacjach międzyludzkich trzeba opowiadać konsekwentnie. Nie wystarczy rzucić kilku frazesów o konieczności rozmowy, swobodzie w tej kwestii, szacunku do innych. Na takie ogólniki każdy się zgodzi. Jednak kiedy chcemy przejść do konkretnych wskazówek czy zaleceń, to całość opowieści o nowej tożsamości zaczyna się sypać, a zamiast nowego świata mamy powrót do starych stereotypów.

Ustalenie naszej tożsamości płciowej wcale nie załatwia wszystkich problemów z tożsamością osobową. Inaczej zostanie ona sprowadzona jedynie do sfery intymnej. Owszem, jesteśmy istotami społecznymi, ale składamy się również z innych aspektów. Zwracamy też uwagę na inne sprawy.

Pogodzenie się z własną seksualnością wcale nie musi niczego rozwiązać, szczególnie gdy indywidualna autentyczność tak naprawdę opiera się na czerpaniu korzyści od innych. Jak pogodzić związkową swobodę z niepowodowaniem krzywd? Czy za wszelką cenę muszę poszukiwać w tym temacie? Czy tożsamość płciowa tak łatwo podlega zmianom? Dlaczego koniecznie muszę się określać nawet jako osoba nieokreślona? Na takie poważne pytanie nie dostajemy żadnej odpowiedzi.

Popkultura stwarza iluzję posiadania jednoznacznych recept w zakresie tożsamości płciowej. Udaje, że potrafi wskazać, jak powinna wyglądać ta sfera, choć de facto kluczy i błądzi między różnymi stanowiskami. Kiedy nie potrafi ich pogodzić, popada w stereotypy. I ci wszyscy indywidualiści oglądają bądź czytają, jak swoboda seksualna prowadzi do odnalezienia jedynej i prawdziwej wielkiej miłości. Jak to się dzieje? Nie wiadomo. A diabeł tkwi w szczegółach.

Niby za wszystko odpowiada biologia, ale jeśli nam się tak podoba, to możemy zmienić zdanie. Musimy jednocześnie korzystać z dostępnych opcji i koncentrować się na własnej przyjemności, jednocześnie szanując innych. Niby nie ma żadnych zakazów, ale niepreferowanie danych osób kończy się oskarżeniami o kolejne fobie, prowadzi do nowej tabuizacji. Tak jakbyśmy chcieli zmienić wszystko, jednocześnie pozostając przy starych zasadach. I wielkiej miłości.

Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że te sprzeczności mają stanowić fundament naszego życia. Nie tylko upraszczają zagadnienie tożsamości, lecz także przedstawiają dbanie o siebie jako coś, co nie wymaga żadnego trudu. Tak jakby w naszym wnętrzu nie istniały żadne napięcia lub ciemne plamy. A nawet jeśli mielibyśmy co do tego jakieś wątpliwości, to możemy podeprzeć się serwowanymi przez popkulturę ogólnikami. Lewicowo-liberalna opowieść o tożsamości płciowej tak naprawdę nie istnieje, więc trudno, aby była dobrym zastępstwem dla naszej osobowości.

Niemniej zdajemy się święcie w to wierzyć, podobnie jak w to, że wszelka swoboda w tej kwestii doprowadzi do powszechnego dobrobytu, choć żadna wolność tak naprawdę nie istnieje, skoro dokładane są na nas kolejne obowiązujące zasady postępowania. Nasz indywidualizm musi stopniowo zwracać uwagę na coraz więcej spraw, korygować swoje ciągoty, a jednak nadal jesteśmy przekonani o jego prymacie. W końcu kto lepiej zna się na moralności, estetyce, tożsamości niż my sami? W razie kłopotów popkultura dostarczy nam kilku truizmów. I tak zostajemy ze wszystkim sami, nie przejmując się zasadnością naszych opinii i postaw. Najważniejsze, że jest nam ze sobą przyjemnie i dobrze.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.