Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Koniec fenomenu skoków narciarskich? Adam Małysz był lekiem na polski „jakośtobędzizm” i kompleksy wobec Zachodu

Koniec fenomenu skoków narciarskich? Adam Małysz był lekiem na polski „jakośtobędzizm” i kompleksy wobec Zachodu Piotr Drabik/flickr.com

Adam Małysz nieprzekonująco tłumaczący polskich skoczków z nieudanych startów to obecnie widok równie częsty co niegdyś zwycięstwa tego wybitnego sportowca. Kryzys polskich skoków narciarskich skłania do refleksji nie tylko nad ich przyszłością, ale i przeszłością. Skąd wziął się sukces tej dyscypliny nad Wisłą, którego teraz tak mocno szukamy? Czy czas polskiego fenomenu dobiegł końca?


Wszystko zaczęło się w grudniu na progu nowego milenium, w które wchodziliśmy z chęcią przełamania naszych słabości, wielkimi kompleksami wobec Zachodu i bagażem niespełnionych aspiracji. Pierwsze jaskółki zwiastujące rewolucję docierały z Sankt Moritz, gdzie trenowała cała elita skoków narciarskich. Był tam też Adam Małysz, który wprawiał w osłupienie doświadczonych zawodników i ich sztaby szkoleniowe. Reprezentant Polski regularnie przeskakiwał skocznię nawet wtedy, gdy startował ze znacznie niższego rozbiegu niż reszta. Andreas Goldberg zadzwonił do swojego agenta Ediego Federera z prostym przekazem: „Przyjeżdżaj z kontraktem Red Bulla, bo Małysz wygra Turniej Czterech Skoczni”. Zapewnił w ten sposób Małyszowi lukratywny kontrakt, a całej Polsce rewolucję.

Polską duma narodowa zbudowana na zachodnich wzorcach

To nie jedynie talent Adama Małysza i sprawczość Apoloniusza Tajnera, ale także profesjonalizm menadżerski Ediego Federera zbudowały tak silną pozycję polskich skoków narciarskich. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie ostatni z wymienionych, to skoki nie urosłyby do rangi jednego z najpopularniejszych sportów w Polsce. Po krótkim okresie popularności spowodowanej świeżością tych zwycięstw odeszłyby w niepamięć, przypominały o sobie jedynie w trakcie Igrzysk Olimpijskich, jak wiele innych dyscyplin sportowych nad Wisłą.

Nie był to tylko oddolny i niespodziewany sukces wybitnych jednostek. Siłę polskich skoków narciarskich zbudowały zachodnie wzorce, które nad Wisłą nie były stosowane. Mimo że wówczas potrafiliśmy uprawiać jedynie „jakośtobędzizm” i nie umieliśmy wykorzystać naszych sportowych talentów, to zbudowaliśmy ewenement na skalę światową.

Do pierwszej współpracy między Polskim Związkiem Narciarskim a Federerem doszło w 1996 r., gdy ściągnął go do nas ówczesny trener naszej kadry – Pavel Mikeska. Dzięki temu polscy działacze i zawodnicy mogli zobaczyć, jak wygląda profesjonalizm. Zaczęło się niewinnie. „To nie była duża inwestycja. Pamiętam, że przekazaliśmy polskiej federacji dwa busy. I telefony komórkowe. Dzięki temu drużyna mogła jeździć na Puchary Świata, a Adam Małysz mógł rozwijać swoją karierę” – relacjonował Łukaszowi Jachimiakowi Hans Gschwendtner.

Jednak więcej o znaczeniu tej inicjatywy mówią słowa Jana Szturca: „Pamiętam, jakie było święto, jak PZN dostał te dwa auta. Stary volkswagen i jeszcze starszy ford to były auta dojeżdżone, z już bardzo dużym przebiegiem. Ale we dwóch z Jasiem Małyszem odbieraliśmy tego forda z lotniska w Innsbrucku i jechaliśmy nim do Polski niesamowicie dumni”.

Trudno ułożyć wypowiedź, która lepiej oddałaby ducha tamtych czasów. Przedstawiciele instytucji, która miała reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej, pękali z dumy, ponieważ zagraniczny menedżer załatwił im wysłużonego busa i dwa telefony komórkowe.

Po kilku latach Edi chciał zakończyć współpracę, ale po tym, jak zobaczył Małysza w Sankt Moritz, przygotował mu nowy kontrakt z Red Bullem. Jednak podarł go już kilka tygodni później po zwycięstwie w Insbrucku, twierdząc, że polski skoczek zasługuje na więcej. Kolejna umowa była dożywotnią, sportową emeryturą dla Małysza.

Firma Edi Federer Sportmarketing zarządzała wizerunkiem sportowca. Produkowała wszystkie gadżety, odpowiadała za umowy sponsorskie i marketing. Wytaczała też procesy za nieautoryzowane użycie wizerunku polskiej gwiazdy. Bez Ediego w skokach narciarskich prawdopodobnie obserwowalibyśmy marazm, który widzimy dziś w wielu innych dyscyplinach. Znaczenie tej współpracy dobitnie pokazał konflikt, jaki wybuchł w sezonie 2005/2006.

Adam Małysz ogłosił wówczas, że zakończy karierę, jeśli związek nie przedłuży współpracy z Edim Federerem. Chodziło o pieniądze. Widać było wyraźnie, kto zna się na zarządzaniu. Kombinezon skoczków był przestrzenią reklamową, z której 150 cm2 należało do Ediego, a 150 cm2 do związku. Małysz mówił wprost, że ta część, za którą odpowiadał Federer, zapewniała mu bezpieczeństwo finansowe, a za część związkową nie otrzymywał wynagrodzenia.

Co więcej, związek zalegał Małyszowi za jego współpracę z Pocztą Polską i nie wywiązywał się ze zobowiązań. Trener kadry wielokrotnie musiał opłacać koszty wyjazdów zagranicznych z własnych pieniędzy. Małysz bez ogródek wygarniał patologie związku na konferencjach prasowych i otwarcie bronił swojego menadżera. Tak wyglądałyby polskie skoki, gdyby nie pewien Austriak, który na zawsze odmienił marketing sportowy w Polsce.

Najlepiej podsumował to Apoloniusz Tajner: „Jeszcze wtedy żyłem ze sklepu. A już wkrótce z tego, co nam potrafił załatwić Federer. On w obliczu sukcesów przeskoczył na stawki w polskim marketingu sportowym niewyobrażalne. Federer z Goldbergerem już siedział na takiej półce, że jak występował do jakiejś firmy, to o 100 czy nawet 500 tysięcy, gdzie my byśmy się bali zapytać o 10 tysięcy. Nam włosy na głowach dęba stawały, jak słyszeliśmy te kwoty”.

Skoki narciarskie do dziś opierają się na modelu biznesowym, który stworzył Federer. O tym, jak mogłyby wyglądać bez niego, możemy się przekonać na przykładzie kondycji innych dyscyplin. Polski Związek Curlingu został wyrzucony ze struktur światowej federacji i zawodnicy nie mogą walczyć o Igrzyska Olimpijskie. Polski Związek Pływacki nie potrafi ułożyć listy startowej przed zawodami, na które przygotowywał się pięć lat. Nie pomagają nawet sukcesy sportowe. Leszek Blanik zdobył złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Pekinie i jak rozwinęło to dyscyplinę? Polski Związek Gimnastyki został zawieszony przez europejską centralę, co uniemożliwia Polakom start w zawodach. Jak wykorzystano sukcesy kolarstwa? Liczne afery w związku odstraszyły wszystkich sponsorów, a tor w Pruszkowie trafił na licytację.

Zresztą sam Związek Narciarski nie zajmuje się tylko skokami, ale także biegami narciarskimi, kombinacją norweską, narciarstwem alpejskim i snowboardem, który trafił do PZN po całkowitej kompromitacji zlikwidowanego już Związku Snowboardowego. Nawet w ramach jednego związku nie udało się przeszczepić modelu zarządzania skokami na inne konkurencje, choć sukcesów, chociażby w biegach narciarskich, nie brakowało.

Terapeutyczny wymiar skoków

Małysz spełniał ogólnonarodową potrzebę międzynarodowego uznania, bycia nie gorszym niż Zachód, przynależności do cywilizowanego świata. Deklasacja wszystkich rywali na niemiecko-austriackiej ziemi była dokładnie tym, czego wówczas oczekiwali Polacy.

Co więcej, Małysz trafił w niszę. Wówczas polski sport przeżywał raczej regres. Rozczarowań dostarczała zwłaszcza piłka nożna, a Polacy łaknęli uznania. Wydarzenia, które już nie są wielkim zaskoczeniem, jak np. nominacja do Oskarów czy wysoka pozycja w rankingu FIFA, wówczas wydawały się nieprawdopodobne. Każdy przykład na to, „że znów o Polakach jest głośno na świecie”, był powodem do narodowej dumy.

„Myślę, że Polacy potrzebowali wielkiego sukcesu. Jesteśmy wychowani w kulcie przegranych powstań, wojen. Szukaliśmy tego bohatera, a jego nie było. Na chwilę wybuchła Citkomania, ale to nie było to, on nie był najlepszy na świecie. I nagle wchodzi ktoś taki jak Adam. Nie chodzi tylko o to, że wygrywa, ale też o to, jak to robi. To była totalna dominacja” – oceniał Jerzy Kleszcz.

„Nie wiem, czy sytuacja ekonomiczna ma tu znaczenie. Może gdyby Adam pojawił się w latach 90., już wtedy ludzie zaczęliby za nim jeździć. Raczej chodziło o dominację. W końcu byliśmy w czymś najlepsi na świecie” – dodawał Sebastian Szczęsny.

Wybuchła euforia. Adam Małysz nie mógł nigdzie pokazać się publicznie, bo natychmiast oblepiały go tłumy fanów. Kibice stawali pod Wielką Krokwią w nocy przed zawodami, a ci, którzy się nie zmieścili, zajmowali pozycje na okolicznych drzewach. Konkursy zagraniczne wiązały się z oblężeniem na granicy, a pod dom teściów Małysza wędrowały pielgrzymki.

Sukcesy tego sportowca były dla nas czymś jeszcze. Skoki pomogły uregulować trudne relacje z Niemcami. Małysz rywalizował z nimi z uśmiechem i szacunkiem. Skoczkowie zawsze okazywali sobie masę serdecznych gestów.

„W czasach, w których nie ma wojen, sport pozwala poczuć dumę narodową. Taki charakter ma sport, wypełnia lukę po wojnach, pozwala się mierzyć, walczyć. W przypadku Małysza był silny kontekst rywalizacji polsko-niemieckiej. Dzisiaj on już trochę wyblakł. I to też pokazuje wpływ skoków na ludzi i ewolucję spojrzenia. Za czasów Adama rywalizacja miała nieco inny charakter. Ktoś rzucał w Niemców śnieżkami, pojawiały się niezdrowe emocje. Przerobiliśmy tę lekcję, Niemcy są po prostu naszymi sąsiadami i raz wygrywają oni, raz my, po prostu. To pokazuje, jak zmieniły się nastroje” – wyjaśniał Radosław Kossakowskirozmowie z Onetem.

Skoki dały również alternatywę dla „kiboli”. Przed pierwszymi sukcesami Małysza kibic często kojarzył się z chuligańskimi bojówkami klubów piłkarskich, które regularnie urządzały burdy na stadionach. Skoki pokazały, że można inaczej. Stworzyły biesiadowy styl kibicowania, w którym oklaskuje się rywali, mogą uczestniczyć w nim całe rodziny, a w przyśpiewkach i na flagach próżno szukać pejoratywnych zwrotów. Skoki w Polsce oglądali wszyscy, a każdy z dostępem do komputera grał w Deluxe Ski Jump 2.

Wymiernym efektem „małyszomanii” był również wysyp młodzieży chętnej do uprawiania tej dyscypliny. Skoki nie traciły na popularności, nawet gdy sukcesów brakowało. Jest to jeden z niewielu przykładów udanej wymiany pokoleniowej w tym kraju, której nie udało się zapewnić w innych dyscyplinach, a także w wielu instytucjach i przedsiębiorstwach.

Skuteczna sukcesja i niepewna przyszłość

Małysza zawdzięczamy austriackiemu menadżerowi, ale jeszcze większe sukcesy Kamila Stocha i obecnej kadry to przykład na umiejętne i długoterminowe działanie instytucji. Już w 2004 r. Grupa Lotos przy wsparciu Polskiego Związku Narciarskiego uruchomiła programSzukamy następców Mistrza!”, który miał nam zapewnić ciągłość dominacji w skokach narciarskich.

Jak możemy przeczytać na portalu inicjatywy, „jest to największe sportowo-społeczne przedsięwzięcie w historii polskiego narciarstwa. W program zaangażowane są wszystkie liczące się kluby w Polsce z sekcją skoków narciarskich i kombinacji norweskiej. Nasze działania sponsoringowe skupiają się nie tylko na Kadrach Narodowych, ale idą dalej. Służą sportowej edukacji dzieci i młodzieży”. Wychowankami programu są zawodnicy i zawodniczki, którzy stanowią podstawę polskiej kadry. Popularność skoków nie słabła nawet wtedy, gdy sukcesów sportowych brakowało. Wychowaliśmy nie tylko nowe pokolenia zawodników, ale także kibiców.

Mamy swój sport narodowy. Problem polega na tym, że uprawia go zaledwie kilkaset osób w kraju, a inwestycje instytucji publicznych i spółek Skarbu Państwa w sport powinny służyć popularyzacji kultury fizycznej. Warto pamiętać, że skoki nie zawsze były tak ekskluzywne. W przeszłości skocznie narciarskie można było oglądać w Warszawie, a w Trójmieście było ich kiedyś kilka, m.in. w Sopocie, na wzgórzach Kalwarii Wejherowskiej czy w Gdańsku Oliwie. W Polsce funkcjonuje obecnie piętnaście czynnych skoczni, w tym świeżo zmodernizowana Średnia Krokiew.

„Kompleks Średniej Skoczni to od dzisiaj jeden z najnowocześniejszych na świecie tego typu obiektów, na którym nasi zawodnicy będą mogli trenować tak zimą, jak i w okresie letnim” – informował minister kultury, dziedzictwa narodowego i sportu, Piotr Gliński, podczas otwarcia obiektu. Może zamiast monumentalnych obiektów i kultu bicia rekordów odległości warto wrócić do idei małych, rozproszonych po całym kraju skoczni, z których skorzystać mogłoby więcej aspirujących zawodników?

Skoki narciarskie to sport, który zmierza w stronę zapomnienia. Dyscyplina traci na popularności w krajach, w których niedawno była na piedestale, i następuje regres profesjonalizacji skoków.

Zawodnicy coraz częściej muszą samodzielnie zapewniać sobie sprzęt lub dokładać do startów. Natomiast ze względu na monstrualną infrastrukturę niezbędną do organizacji konkursów i wymogi dotyczące warunków pogodowych skoków nie da się zaszczepić i wypromować w nowych regionach. Problemem jest też horrendalnie długa transmisja z konkursów głównych, w której zmusza się nas do oglądania wielu przeciętnych występów.

W czasach wielkiej sportowej posuchy stalibyśmy się fanami każdego sportu, ważne, aby były w nim sukcesy. Dziś konkurencja o uwagę widza jest ogromna. Robert Lewandowski po raz kolejny został wybrany na najlepszego piłkarza świata w plebiscycie FIFA The Best. Na popularności zyskują też niecodzienne konkurencje skupione w ramach World Games, a także e-sport. Potrzeba międzynarodowego uznania jest dziś znacznie mniejsza. Nikt już nie będzie czekał na skok jednego zawodnika, by poczuć się lepiej dzięki jego sukcesom.

Tekst powstał m.in. na podstawie artykułów Marka Wawrzynowskiego dla Sportowefakty.wp.pl i Łukasza Jachimiaka dla Sport.pl.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.