Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Mesjasz Neo zyskuje świadomość klasową, aby wygrać z kapitalistycznym uciskiem? W „Matrix Zmartwychwstania” żadnej rewolucji nie będzie

Czwarta część kultowej serii Matrixa stanowiła dla wszystkich nie lada zaskoczenie. Zamiast wypełnionej akcją przygody podszytej rozważaniami o sensowności rewolucji, otrzymaliśmy metarefleksję nad samą trylogią. Nic dziwnego, że wielu miało poczucie bycia oszukanym i zawiedzionym. Jednakże czy ta zmiana narracji jest symptomatyczna? Czyżby twórcy przestali wierzyć w możliwość przekształcenia świata za pomocą medium filmowego czy też po prostu w świecie nowych mediów bardziej atrakcyjne wydają nam się już zupełnie inne treści?

Przemoc w słusznej sprawie to nic złego

Chociaż po latach twórcy przyznali, że pierwotna trylogia Matrixa stanowiła metaforę transseksualizmu, nie wyczerpuje to jednak wszystkich możliwych interpretacji tego dzieła. Pierwszą metaforą, jaką możemy w nim znaleźć, jest krytyka XX-wiecznego kapitalizmu. Ludzie zamknięci w iluzji, pracujący na rzecz systemu, mamieni konsumpcją i skupieni na pracy. Na straży systemu stoją wszechobecni agenci zdeterminowani do usunięcia siłą wszelkich odstępstw od normy.

Naprzeciw tej machinie staje garstka ideowych buntowników niebrzydzących się przemocą, mających na celu uwolnienie ludzkości i zniszczenie systemu. To podkręcona wizja stosunków z przełomu wieków, kiedy wielki kapitał miał na swoich usługach media, polityków i służby porządkowe, a opór systemowi stawiały grupy zdecydowane do prowadzenia akcji bezpośredniej (vide zamieszki w Seattle w 1999 r.) .

Syjon i stanowiąca część jego zaplecza militarnego załoga okrętu Nabuchodonozor stanowią de facto rewolucyjną organizację terrorystyczną, porównywalną do Czerwonych Brygad czy Frakcji Czerwonej Armii. W końcu podobnie jak ta druga grupa prawdziwą siłę rewolucyjną dostrzegli nie w robotniczych masach, a w uświadomionych jednostkach rekrutowanych spośród lumpenproletariatu.

Gdy Morfeusz wprowadzał Neo do organizacji, nie pozostawiał mu żadnych złudzeń: biznesmeni, nauczyciele, prawnicy, stolarze, jakich widzimy w Matrixie, to uwięzione umysły, elementy systemu, który jest wrogiem. „Niektórzy są związani z nim tak mocno, że są w stanie go bronić” – stwierdził. Temat zabijania ludzi wewnątrz iluzji, czyli de facto i poza nią (jak się dowiadujemy, ciało nie może żyć bez umysłu), pojawia się ten jeden raz i nigdy więcej nie wraca. Żadnych wątpliwości ani pytań, wszyscy ochroniarze, policjanci i przypadkowe ofiary brawurowych akcji stanowią jedynie collateral damage. Opresja i bezwzględność systemu stają się dla rewolucjonistów wystarczającym uzasadnieniem dla przemocy.

Ten rewolucjonizm ściśle łączy się ze specyficzną religią i określonymi formami sprawowania kultu. W Syjonie poza pragmatykami istnieje jeszcze frakcja mistyczna. Morfeusz odgrywa rolę proroka. Wyrocznia pomaga członkom wspólnoty odkryć ich przeznaczenie, natomiast Neo to figura mesjasza. Przedstawione w drugiej części sceny z modlitwy w jaskiniach stylistycznie odwołują się do zachodniej fascynacji religiami Wschodu i estetyki teledysków New Age z lat 90. XX w.

Amulety, dredy, długie zwiewne szaty rodem z Indii, tatuaże i ekstatyczna muzyka – wszystko to w ramach międzykulturowej jedności i miłości. Rewolucjonista Neo przypisany do funkcji mesjasza (w którą tak naprawdę nigdy nie uwierzył) przebywa stosowną drogę: poszukuje prawdy, dokonuje emancypacji i zyskuje świadomość klasową, aby ostatecznie wygrać z uciskiem. W walce traci przyjaciół, wzrok, a nawet i ukochaną Trinity, jednak ostatecznie doprowadza do uwolnienia choć części ludzkości i dzięki niemu nastaje pokój.

Inwazja barbarzyńców, czyli naśmiewanie się z młodzieńczych ideałów

Czwarta część kultowego Matrixa spotkała się z chłodnym przyjęciem fanów, czemu trudno się dziwić. Zamiast spodziewanej celebracji marki otrzymali oni dekonstruujący performance operujący na wielu meta poziomach. Matrix Ressurections szydzi bezwstydnie z fanów, z ich uwielbienia dla franczyzy i z samych jej elementów.

Już sam początek filmu zaciera różnicę między widzem a postaciami na ekranie. W otwarciu filmu bohaterowie są niejako widzami scen odtwarzających początek pierwszego Matrixa. Podobnie sekwencja, w której Neo ponownie wybiera czerwoną tabletkę, odbywa się na scenie teatru/kina, gdzie w tle wyświetlany jest pierwotny wybór protagonisty z pierwszej części. To tak, jakby dać widzowi do zrozumienia, że grupa dzieciaków wyzwalająca Neo to fani serii chcący przeżyć jeszcze raz to samo.

Twórcy posuwają się wręcz do wyśmiania samej idei powstania czwartej części. Na początku filmu uwięziony w Matrixie Thomas A. Anderson (aka Neo) jest projektantem gier komputerowych, który zasłynął wydaną w 1999 r. trylogią Matrix. Po latach przychodzi do niego studio Warner Bros i zmusza go do stworzenia kontynuacji, którą on uważa za zbędną. Następująca po tym burza mózgów wydaje się parodią realnych narad dotyczących samego Ressurections. Nawet ikoniczna scena wyboru dwóch tabletek zostaje obśmiana poprzez fakt przyjmowania przez głównego bohatera niebieskich pastylek. W pewnym momencie on zasypuje nimi zlew.

Wyśmiane zostają też koncepcja mesjasza i główny bohater, który tę figurę uosabiał w pierwszych trzech częściach. Istniejący poza Matrixem NEOlodzy (znawcy historii Neo) to bardziej fanboje niż naukowcy. Wydaje się, że stanowią aluzję wielbicieli marki poświęcających czas na zgłębianie najmniejszych szczegółów ze świata Matrixa oraz prowadzących internetowe dyskusje na ich temat.

Sam „zbawca” jest zmęczonym życiem człowiekiem, któremu daleko do „supermena” z pierwszej części. Nawet latać nie potrafi… Karuzela śmiechu na tym oczywiście się nie zatrzymuje. Inny przykład? Swoistym rywalem Thomasa Andersona w Matrixie jest mąż Trinity (zwanej Tiffany). Ma na imię Chad.

W najnowszej części nie ma również Syjonu – upadł pod rządami Morfeusza żyjącego mitem Neo. Na jego gruzach powstało Io, miasto dobrobytu ludzi i maszyn, rządzone przez podstarzałą Niobe. Niewiele zostało już z rewolucyjnego zapału zarówno przywódczyni, jak i miasta. Dzięki technologii uzyskanej od maszyn-renegatów udało się np. stworzyć uprawę truskawek smakujących tak samo jak w Matrixie. Najważniejsze nie jest już wyzwolenie czy prawda (nawet ta dotycząca smaku jedzenia), ale dobrobyt i spokój. Wyzwalanie ludzi z Matrixa mogłoby oznaczać wojnę.

Zmianie uległ oczywiście i sam Matrix. Zamiast wszechwiedzącego i pociągającego za wszystkie sznurki Architekta, mamy nadzorującego przepływy danych Analityka. Systemu w większej części niż agenci i „uwięzione umysły” bronią wszechobecne boty. To one mają odwracać uwagę uwięzionych. Taką funkcję spełniają np. mąż i dzieci Trinity. Smith nie ma już twarzy smutnego pana zadającego niepokojące pytania, a raczej leadera młodego i dynamiczne rozwijającego się zespołu.

W całym tym entourage zmianie ulega też przesłanie całego filmu. Nie ma już mowy o zbawieniu ludzkości. Wszystko jest zdecydowanie bardziej przyziemne, niejako odwrotnie niż w pierwotnej trylogii: to nie wielka misja, przeznaczenie i przepowiednia pchają głównego bohatera, a wizja odzyskania Trinity. To zaś sprawia, że scena zamykająca film jest zarówno pompatyczna, jak i pusta.

Neo i Trinity przylatują do Analityka, pomiatają nim, pokazują, że maja pełną kontrolę, nie chcą jednak nikogo uwalniać, ale… zmienić Matrixa, m.in. poprzez malowanie tęczy na niebie. Następnie odlatują, razem odgrywają scenę zamykającą pierwszą część, jednak tam symbolizowała ona swoisty początek uwolnienia ludzkości, tutaj właściwie nie wiadomo, co ma oznaczać, może poza tanim: „To dopiero początek”.

Człowiek jednowymiarowy i pogodzony ze swoją wewnętrzną pustką

Na pierwszy rzut oka trudno byłoby znaleźć połączenie idei rewolucyjnej, zawartej w pierwotnej trylogii z tym, co się dzieje w kontynuacji. Jednak tutaj pomóc nam może złe licho prawicy, czyli złowrogi i zalatujący siarką neomarksizm, a dokładniej teoria krytyczna będąca dziełem szkoły frankfurckiej. Herbert Marcuse w swoim Człowieku jednowymiarowym opisuje, jak społeczeństwo technologiczne wpływa na sztukę.

Dla społeczeństw tradycyjnych sztuka była wrotami do świata szczęścia i wyższych wartości. Stanowiła niejako zwierciadło, w którym można było oglądać codzienność i jednocześnie się z niej wyzwalać. W odczarowanym świecie praca i technologia dają narzędzia do poprawy swojego bytu, więc baśń okazuje się trywialną opowiastką dla dzieci. Jeżeli istotne i warte zainteresowania jest jedynie to, co realne i przyziemne, sztuka może jedynie odgrywać rolę rozrywki lub reklamy.

„To wchłonięcie jest usprawiedliwione postępem technicznym; negacja jest zanegowana przez złagodzenie nędzy w rozwiniętym społeczeństwie przemysłowym. Likwidacja wyższej kultury jest ubocznym produktem podboju przyrody i postępującego zwycięstwa nad niedostatkiem” – pisze Marcuse.

Proces ten nie dokonał się w pełni. Sztuka zachowała swoją zdolność do wyrywania nas ze świata, jednak jej potencjał buntu został znacząco zmniejszony z racji osłabienia wpływu odrealnionych obrazów na nasz zinstrumentalizowany rozum. W większym stopniu stała się ona produktem skierowanym na rozrywkę lub będącym po prostu reklamą. I właśnie to stara się nam pokazać najnowszy Matrix. Pierwotna trylogia nie jest żadnym manifestem rewolucyjnym, a jedynie franczyzą, idealnym produktem dostarczającym przyjemność i monetyzowanym przez system.

Jednak w swojej dekonstrukcji Matrix Ressurections wpada w dwie pułapki. Z jednej strony poprzez eksperymentowanie z formą (całkowicie kładąc przy tym strukturę opowieści) ma ten sam problem co artyści awangardowi, którzy próbowali ratować transcendencję sztuki przez radykalne odrealnienie środków przekazu. Osłabia intersubiektywność dzieła, a co za tym idzie, możliwość przekazu dla szerokiego odbiorcy. Nie jest to jednak najgorszy problem.

Rozkładając na oczach widza poszczególne toposy, figurę zbawcy, rewolucję czy iluzoryczność oporu, de facto sama przykłada rękę do procesu odbierania kulturze ostrza oporu. Zdzierając zasłonę i pokazując, że król jest nagi, odbiera mu boski charakter. Neo nie jest żadnym zbawcą, tylko słabym człowiekiem, a podążający za nim to ślepi na rzeczywistość naiwniacy. W ten sposób najnowszy Matrix wpisuje się w całą plejadę utworów demaskatorskich. Pokazuje, że nie ma nadziei. Królowie to zadufani w sobie chciwi lubieżnicy, rycerze to zwyrodniali mordercy i hipokryci, a „zbawcy” są szaleńcami lub oszustami.

Wszystkim chodzi tylko o pieniądze lub własne szczęście. Wyższe idee to opakowanie dla frajerów, którzy wierząc w nie, dają się wykorzystywać. Co można więc zrobić w takiej sytuacji? Zająć się własnym szczęściem, ewentualnie wyzwolić swój umysł, chronić swoją prywatności jak twierdzę. W tak zdekonstruowanej i nieznośnie przyziemnej rzeczywistości nie ma już miejsca na marzenia o lepszym świecie. Wielkie korporacje mogą bezkarnie produkować i zarabiać na utworach pokazujących hipokryzję tego świata, ponieważ nic nie można z nią zrobić, kometa i tak zniszczy ziemię. Wizja zmiany czy rewolucji to tylko bajanie szaleńców.

Klasyczną trylogię Matrixa można uznać za późne dziecko rewolucji 1968 r., a więc i pośrednio samego Marcusego, który stanowił ikonę dla młodzieży tamtych lat. Z jednej strony mamy duszny i policyjny kapitalizm drugiej połowy XX w. z korporacyjnym biurem bardziej przypominającym logikę fabryki niż open space. Z drugiej strony przeciw niemu stają wyzwoleni z iluzji wolnomyśliciele, którzy bardziej niż rozumem kierują się emocjami i wewnętrznym Erosem, a wszystko to w newage’owskim (czytaj posthipisowskim) przebraniu.

Kapitalizm się jednak zmienił, zaadaptował do nowych warunków. Na przemianę hierarchicznego i przeracjonalizowanego systemu wpłynął rozwój technologiczny i społeczny. Ów system „zrozumiał”, że homo oeconomicus nie istnieje, zamiast metody kija i marchewki lepiej sprawdza się zarządzanie emocjami. W Ressurections tłumaczy to sam Analityk. Pokazuje, że łatwiej można kontrolować ludzi, gdy zawiesi się ich między pragnieniem a strachem o utratę tego, co się już posiadają. W ten sposób człowiek będzie gonił za kolejnymi smakołykami, a nawet jeśli zwątpi, to nie ucieknie, bo będzie bał się porzucenia tego, „na co tak ciężko pracował”.

Podobnie rzecz ma się z pozostałościami hierarchicznego systemu. W gospodarce opartej na wiedzy zamiast zdyscyplinowanej siły roboczej bardziej się liczy klasa kreatywna. Absolutnie elastyczna i mobilna, tak inna od przywiązanego do maszyny robotnika. W tym ujęciu postmodernistyczna kontrkultura nie tyle dekonstruuje narzędzia opresji systemu, co pozwala jego następnej fazie rozwojowej uwolnić się ze starego pancerzyka.

Na tym tle najnowsza część serii Matrixa okazuje się aktem artystycznym bez większego znaczenia. Współczesny kapitalizm dawno się uodpornił na stosowane tutaj narzędzia, a nawet je zinternalizował i zaczął wykorzystywać. Wyśmianie i dekonstrukcja wielkich idei już dawno nie służą walce z systemem, a wręcz go umacniają. W całej swojej przewrotności film stanowi raczej wyraz prywatnej uczciwości twórcy i formę uspokojenia jego sumienia niż dzieło mające na celu coś zmienić w rzeczywistości. Jedyną formą sprzeciwu może tutaj być słaby wynik w box office i wtopienie przez Warner Bros pieniędzy. Twórcy tak jak bohaterowie filmu zyskali wolność umysłu i pozostawili system bez większych zmian.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.