Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Janusz Janowski nowym dyrektorem Zachęty. Historia tej nominacji pokazuje zasadniczy błąd konserwatystów wobec sztuki współczesnej

Przez polskie środowisko związane ze sztuką współczesną przetoczyła się fala krytycznych komentarzy i protestów przeciwko nominacji na stanowisko dyrektora Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki – Janusza Janowskiego, prezesa Związku Polskich Artystów Plastyków, filozofa i artysty. Część zaangażowanych wskazywała nawet, że adekwatną odpowiedzią na nominację powinna być okupacja Zachęty. Liczni eksperci negatywnie opiniowali tę kandydaturę, a w całym kraju odbyły się happeningi protestacyjne wokół lokalnych instytucji kultury.

Pomimo protestów wicepremier Piotr Gliński ostatecznie powołał Janowskiego na to stanowisko. Nowy dyrektor Zachęty 3 stycznia 2022 roku w towarzystwie podsekretarz stanu w MKiDN, Wandy Zwinogrodzkiej, i dyrektora generalnego ministerstwa, Jarosława Czuby, odbył pierwsze spotkanie z zespołem galerii.

Znane są już jego założenia programowe. Najbliższy rok ma upłynąć pod znakiem kontynuacji dotychczasowych planów wystawienniczych. Na kolejne lata zaplanowano bogaty zestaw wydarzeń artystycznych w formacie wystaw indywidualnych i zbiorowych wraz z serią sympozjów naukowych. Program dopełniają plany licznych wystaw tematycznych, akcentujących świat tradycyjnych wartości i bardziej konserwatywną wizję sztuki.

W czym zatem leży problem i dlaczego ta nominacja wzbudza tyle kontrowersji? Dlaczego także część konserwatystów ma z nią kłopot? Środowisko artystów, krytyków, kuratorów i administratorów instytucji kultury obawia się o losy tej prestiżowej instytucji, mającej ważne miejsce w polityce kulturalnej państwa. Władze Zachęty odgrywają bowiem rolę nie tylko w dystrybucji publicznych funduszy przeznaczanych na kulturę, lecz także wywierają wpływ np. na to, co znajdzie się w polskim pawilonie na kluczowej międzynarodowej imprezie artystycznej, czyli na Biennale w Wenecji. Formacja, której w znakomitej większości bliższa jest wrażliwość lewicowa, martwi się oczywiście o kondycję Zachęty, ale też o swoje miejsce w zmieniającym się krajowym obiegu sztuki, będącym od 2015 roku polem konserwatywnej rekonkwisty prowadzonej przez artystów i działaczy powiązanych z PiS-em.

Zatem ci artyści i odbiorcy sztuki, którzy przez lewicowo-liberalny establishment byli przed 2015 rokiem bezprawnie rugowani z publicznego obiegu artystycznego za swoje przywiązanie do tzw. wartości uniwersalnych, teoretycznie powinni cieszyć się z decyzji wicepremiera Glińskiego względem Zachęty. Niestety jest to wysoce problematyczne. Casus Janusza Janowskiego może posłużyć do wykazania zasadniczego błędu, jaki popełnia obecny obóz konserwatywny w stosunku do kultury i sztuki współczesnej. Szczególnie wyraźnie widać ten problem w jego wypowiedziach i tekstach, w których wykłada on swoją filozofię sztuki.

Janowski wychodzi od na swój sposób spójnej diagnozy zjawisk historycznych, które doprowadziły do dzisiejszego stanu sztuki, zwraca uwagę m.in. na to, jak poglądy Williama Ockhama, rewolucja protestancka Lutra czy filozofia Kanta przyczyniały się do demontażu spuścizny kultury klasycznej, co prowadzić ma do stopniowej dewaluacji sztuki przedstawiającej, odwołującej się do natury, ale i przesyconej metafizyką. Trudno odmówić mu tutaj części racji. Sztuka najnowsza jest często nawet nie tyle hermetyczna, o ile zieje pustką, nieszczerze markuje mówienie o ideach, a nade wszystko jest pozbawiona emocjonalnego ciepła, które płynie z klasycznej estetyki.

Błąd w myśleniu Janowskiego dotyczy jednak uproszczonej oceny współczesności i utopijnej niezgody wobec faktu, że nie żyjemy już w kulturze klasycznej. Towarzyszy temu krytyka wszystkiego, co w sztuce wydarzyło się przecież w korelacji z ogólnymi przemianami cywilizacyjnymi. Potępia on XIX-wieczne fizykalne podejście do wizualności i mimesis, wyrosłe w kontekście odkrycia fotografii, odrzuca zarówno realizm, jak i tendencje impresjonistyczne.

Janowski atakuje także te zjawiska artystyczne, które na tle epoki jawią się jako ostoja wątków metafizycznych. Wskazuje na teozoficzne (co rozumie jako heretyckie) podłoże sztuki abstrakcyjnej, mówi o ikonoklazmie abstrakcji, który zarzuca Mondrianowi, Kandinskyemu, Malewiczowi i późniejszym abstrakcjonistom amerykańskim z Adem Reinhardtem na czele. Nieufnie podchodzi również do sztuki nowych mediów, chociaż wyrosłej w kontekście narracji lewicowo-liberalnych, to posiadającej przecież ogromny potencjał opowiadania o sprawach duchowych, czego dowodem może być chociażby twórczość wideo Billa Violi czy Dominika Lejmana.

W efekcie redukcjonistycznego podejścia Janowskiego otrzymujemy skrajnie zawężoną definicję dobrej sztuki, mającej wielbić piękno rozumiane tylko tak jak w starożytności, a jedyną akceptowalną postawą artysty ma być zachwyt nad otaczającym go światem i przekazywanie tego zachwytu widzom w jedynie słusznej formie tradycyjnego dzieła sztuki. Nawet ta tradycja stanowi zaledwie wąski wycinek tego, czym w ogóle jest tradycja artystyczna. Janowski zdaje się dopuszczać jedynie twórczość pokrewną formalnie tej, jaką sam uprawia – figuratywną, z domieszką malarskiego ekspresjonizmu.

Nowy dyrektor Zachęty, głosząc swoje postulaty „emulacji”, chce, aby dzisiejsi twórcy odrzucili nie tylko najnowsze strategie artystyczne i dziedzictwo historycznej awangardy, lecz także zdobycze malarstwa XIX wieku. Chce, żebyśmy symulowali dzisiaj sztukę wieków dawnych, co w kontekście naszej obecnej wrażliwości wizualnej, ukształtowanej też przez kino, fotografię i narzędzia cyfrowe, jest groteskową retroutopią. Taka taktyka skazuje sztukę konserwatywną na dalszy dryf w kierunku anachronizmu i wyobcowania na tle dzisiejszej kultury.

W wypowiedziach Janowskiego nie brak odniesień religijnych, jednak już chociażby to traktowanie en bloc wszystkiego, co działo się w historii kultury ostatnich wieków jako jednego wielkiego spisku przeciw katolicyzmowi, zakrawa na faktyczny brak wiary w transcendencję. Ujawnia niedowierzanie we wpływ Opatrzności na procesy dziejowe i w to, że dostępne dzisiaj bogactwo środków artystycznych jest raczej darem niż przekleństwem.

Proponowany przez niego sposób myślenia wydaje się więc w pewnym sensie zateizowany, co każe z kolei zapytać o prawdziwą relację całej formacji kulturowej związanej z PiS-em z ideą chrześcijańską. Jeśli Ewangelia, do której przywiązanie jest tutaj deklarowane, to „Dobra Nowina”, to należałoby zadbać nie tylko o dobro, lecz także o nowość rozumianą jako odpowiednia do czasów aktualizacja sposobów przejawiania się tego dobra. Na gruncie artystycznym oznaczałoby to dbałość zarówno o treści, jak i o współczesność i komunikatywność promowanej sztuki. Komunikatywność także w odniesieniu do młodszego pokolenia, dla którego teoria sztuki lansowana przez nowego dyrektora Zachęty jest równie hermetyczna, co ta promowana przez lewicowy art world.

Paradoks Janowskiego polega też i na tym, że krytykuje on sztukę zaangażowaną politycznie. Atakuje ideę Soziale Plastik Josepha Beuysa, w myśl której sztuka jest narzędziem polityki i dźwignią przemian społecznych. Wyrzuca dzisiejszym twórcom, że są w istocie jedynie aktywistami, którzy od czasu do czasu bywają „konsekrowani” na artystów przez ważne muzea lub galerie, co nadaje im i ich dziełom nominalną rangę sztuki. Dzieje się tak w istocie często i trudno odmówić racji temu argumentowi. Czy jednak powołanie na dyrektora Zachęty działacza społeczno-politycznego, którym przede wszystkim jest prezes ZPAP-u, to kwestia istotnie różniąca się? Wartości, którymi epatuje nominat, tracą wiarygodność wobec takiej realpolitic.

Sprawa Janowskiego po raz kolejny pokazuje, że hasła chrześcijańskie i narodowe, którymi szafuje obóz władzy, skrywają w praktyce coś zupełnie innego. PiS w błędny sposób podjął i kontynuuje rozpoczętą przez lewicę wojnę plemion w kulturze. Mimo że formacja ta deklaruje przywiązanie do kategorii narodu i chce umacniać polską kulturę, w istocie obsługuje nie cały naród czy – na polu sztuki – wszystkich polskich widzów i artystów, ale wzorem lewicy jedynie tych, których uważa za „swoich”. Jest to obłędna gra na zasadach ufundowanych przez neomarksizm, z którym rzekomo Prawo i Sprawiedliwość miało walczyć.

Brakuje tutaj prawdziwie chrześcijańskiej i jakościowo patriotycznej zmiany w traktowaniu społeczeństwa. Gdy przez lata bezprawnie dyskryminowana w dostępie do instytucji kultury przez lewicę była jedna część obywateli, tak teraz przez PiS dyskryminowana jest druga.

Tymczasem prawdziwym zwycięstwem nad niesprawiedliwościami naszego świata sztuki byłoby wprowadzenie rzeczywiście pluralistycznego programu instytucji kultury. Powinien on łączyć podejmowanie najistotniejszych tematów z mnogością różnorodnych postaw światopoglądowych i artystycznych. Dopiero wtedy moglibyśmy mówić o pro wspólnotowym działaniu władz i o prawdziwej dbałości o „narodowy” wymiar kultury. To, czy PiS jest w stanie skorygować swoją politykę kulturalną, czy też będziemy musieli poczekać z tym na zupełnie inną, nową chadecję, pozostaje pytaniem otwartym.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.