Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Wszyscy kochają seks na ekranie… Tymczasem Hollywood wchodzi w erę nowego purytanizmu

Wszyscy kochają seks na ekranie... Tymczasem Hollywood wchodzi w erę nowego purytanizmu Print screen z https://www.youtube.com/watch?v=CxMlN26GZu0

Krytykowanie nagości oraz scen erotycznych w filmach i serialach często postrzegane jest jako przejaw zaściankowości, moralnego zamordyzmu bądź religijnej fiksacji. Tymczasem w wysokobudżetowym kinie amerykańskim, po latach dominacji erotycznych thrillerów i filmów akcji, gdzie napakowany bohater musiał posiąść kilka blond piękności w ciągu 90 minut filmu, mamy coraz częściej do czynienia z pochodem całkowicie sterylnych produkcji, gdzie nikt nie myśli o „takich rzeczach”.

Zgodnie z przeprowadzonymi w 2019 roku przez Kate Hagen badaniami tylko 1,21 % filmów po 2010 roku zawierało sceny erotyczne, co stanowi najniższy wynik procentowy od lat 60. Oczywiście, zawsze będą powstawać filmy, które nie będą wzbraniać się przed bezpruderyjnym przedstawianiem seksu. Niemniej ogólna tendencja jest zgoła odmienna. Hollywood wzdryga się na samą myśl o wprowadzeniu erotyki do swych kasowych produkcji. Powołując się na wyżej wspomniane badania, Christina Newland w artykule dla BBC Culture starała się do dotrzeć do przyczyn takiego stanu rzeczy.

Naturalnie powody tego zwrotu w kierunku niewinności oraz czystości nie są jednoznaczne. Co ciekawe, nie możemy za to obwiniać przemysłu pornograficznego, gdyż i w latach 90. (kiedy swoje najsłynniejsze dzieła – Nagi instynkt, Showgirls – tworzył choćby Paul Verhoeven) dostęp do porno był łatwy i szybki. Winni nie są nawet Netflix czy HBO GO, których seriale mogły pokazać zdecydowanie więcej, niż wielkoekranowe filmy. Jednakże jakiś gigant musi być w końcu za to odpowiedzialny.

Okazuje się, że najwięcej za uszami mają Disney, Marvel Studios oraz DC Universes. Pierwszy z nich zbił majątek na produkcjach familijnych, czyli tematach miłych, łatwych i przyjemnych, propagujących na tyle ogólne wartości, że każdy się z nimi zgodzi. I taka forma zaczęła się najlepiej sprzedawać. Wielu reżyserów nie chciało, aby ich dzieła dostały zbyt wysoką kategorię wiekową, ponieważ nierzadko wróżyło to finansową klapę.

Reszta z wymienionych, odpowiedzialna za hegemonię kina superbohaterskiego, zaserwowała nam nowy typ głównego bohatera. Silnego, pięknego, o doskonałym ciele oraz niezłomnym duchu, mogącego mierzyć się z wewnętrznymi demonami, ale na pewno nie myślącego o tak przyziemnych (i w domyśle – nieczystych) sprawach jak seks. Superbohaterowie nie są istotami seksualnymi – to neutralne bożyszcza myślące o sprawach najważniejszych, o które walczyłby każdy z nas. Niemniej kiedy już taka scena się pojawi (Eternals), to trzeba zrobić wokół niej odpowiedni szum, żeby jednocześnie przypodobać się bardziej liberalnej widowni. Nawet jeśli jest ona na tyle zwięzła i grzeczna, że właściwie nie ma o czym mówić.

Widzowie również mają swoje za uszami. Z jednej strony są już tak przyzwyczajeni do seksu na wielkim ekranie, że nie robi na nich wrażenia (tak bardzo, że nie zauważają jego braku podczas projekcji), podczas gdy z drugiej strony domagają się jego odpowiedniej wizji. Powinien być odpowiednie spreparowany – w zgodzie ze stosowną polityką tożsamości, z obecnością mniejszości seksualnych, z naciskiem na przyjemność doznawaną przez kobietę itd. Reasumując, w takiej postaci, która nikogo nie urazi. Erotyka nie tyle stała się trudniejsza w przedstawianiu, o ile nie może już nikogo zadowolić, a nikt nie chce narazić się niepotrzebną burzę na Twitterze. O wiele łatwiej seks po prostu pominąć.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na jeden intrygujący wątek. Mimo wszystko Hollywood wyciągnęło wnioski z afery #metoo. Obecnie przy większości produkcji pracują specjaliści dbający o dobre samopoczucie oraz bezpieczeństwo aktorów biorących udział w scenach, gdzie w grę wchodzi nagość czy erotyka. Jednak czy to rzeczywiście załatwia sprawę? Kiedy tak bardzo dbamy o kwestie związane z seksualnością, nadal wymagamy, aby aktorzy traktowali swoje ciała jak przedmioty dostarczające nam samozadowolenia. I to nie jako obiekty zapewniające zmysłową przyjemność, lecz potwierdzające naszą obyczajową swobodę.

Jeżeli w kinie seks i nagość nie mogą stanowić tabu, to ktoś będzie musiał te sceny odegrać. Nawet wbrew własnej woli, ponieważ inaczej nie zrobi kariery. Przynajmniej w Europie, gdyż tutaj mało kto myśli o zatrudnianiu specjalistów od scen erotycznych, skoro nawet o seksualnego dublera proszą tylko największe gwiazdy. W tym aspekcie dość łatwo ferujemy wyroki o tym, że dana osoba mogła wybrać inny zawód. Widzowie muszą na ekranie potwierdzić swoją liberalną moralność, której nie straszne najbardziej wyuzdane sceny. A po zobaczeniu konkretnego aktora lub aktorki w całej okazałości, w najdrobniejszych detalach, mogą znów mówić piękne zdania o tym, że każdy ma prawo do decydowania o własnym ciele. Widocznie nie każdy jest objęty ochronnym parasolem polityki tożsamości.

Materiał opracowała Daria Chibner.