Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Kobieta to czuła przewodniczka, mężczyzna – władca rzeczy? Katolicki gender między lewicową ideologią a pseudochrześcijańską mizoginią

Kobieta to czuła przewodniczka, mężczyzna – władca rzeczy? Katolicki gender między lewicową ideologią a pseudochrześcijańską mizoginią Peter Paul Rubens „Adam i Ewa”, źródło: Wikipedia

Mężczyzna to awanturnik, ryzykant odznaczający się fizyczną siłą, głodny uznania i chwały; to bohater, który musi sprostać wyzwaniu, aby zasłużyć na szczęście i miłość. Kobieta to czuła przewodniczka widząca dalej i intensywniej, łaknąca miłości, podejmująca decyzje za pośrednictwem własnej intuicji, łącząca w sobie „przebiegłość węża i łagodność gołębicy” (Mt 10,16-23). Takie wzorce kobiecości i męskości ukształtowała zachodnia kultura na przestrzeni tysięcy lat. Dziś wzorce te są dekonstruowane, płynne i wypierane, dlatego ugruntowana w teologii płeć kulturowa domaga się nowej opowieści. Wbrew powszechnej opinii chrześcijaństwo również ma swój gender.

Niniejszy tekst to zredagowany i dostosowany do wymogów publikacji internetowej esej „Komplementarność płci jako odpowiedź na chaos”, który otwiera numer czasopisma „Pressje” pt. „Katolicki gender”. Pismo w wersji papierowej zdobyć można WYŁĄCZNIE wspierając trwającą do 19 lutego zbiórkę crowdfundingową poświęconą VII Kongresowi Klubu Jagiellońskiego organizowanego pod hasłem „DOŚĆ fatalizmu!”.

Płeć jest tajemnicą, a zarazem fundamentalnym doświadczeniem każdego człowieka. Nie dysponujemy dziś jednak uniwersalnym językiem na temat płci, który byłby w stanie przekonać każdego z osobna. Dekonstrukcja tradycyjnych kategorii pojęciowych, rozmycie czy nawet wyparcie płciowości to procesy, z którymi mamy do czynienia na Zachodzie. Nie dzieją się one jednak w próżni, wyzwalają reakcję. Chaos generuje potrzebę przywrócenia porządku, dlatego dziś tak często powraca się do mitów stanowiących fundament kultury. Zanim więc przekroczymy mit i zaczniemy opisywać płeć w języku chrześcijańskim, musimy powrócić do tych fundamentalnych dla Zachodu opowieści.

Komplementarność agoniczna

  1. Mitologia

Jak stwierdza prawosławny teolog, Paul Evdokimov, „mit, za pośrednictwem symboli i archetypów, wychwytuje spod powierzchni wydarzeń historycznych to, co pozahistoryczne. Jakub Grimm mówi o tym wyjątkowo dobitnie: «mit krąży wokół tego, co źródłowe dla rodzaju ludzkiego»” . Założenie to, dziedziczone po Carlu Gustawie Jungu, wspólne jest również takim badaczom kultury, jak Erich Neumann czy Joseph Campbell.

Źródłowymi opowieściami dla Zachodu są mity greckie. Najłatwiej więc pokazać, jakie znaczenie nadaje się w naszej kulturze męskości i kobiecości właśnie na podstawie tych opowieści. Wdzięczną historią w tym kontekście są losy Tezeusza i Ariadny. Tezeusz odznaczał się niespotykaną siłą i atrakcyjnością fizyczną. Był synem ateńskiego władcy, Ajgeusa. Gdy jego ojciec był już stary i schorowany, Ateny trwały w żałobie. Musiały płacić okrutny haracz Minosowi, królowi kreteńskiemu. Władca Krety wymagał, aby rokrocznie siedem dziewcząt i siedmiu chłopców ateńskich było przywożonych na wyspę. Tam miał ich pożerać Minotaur.

Tezeusz postanowił, że podejmie się misji zabicia potwora. Gdy przybył na Kretę, wszyscy na dworze Minosa patrzyli na niego podejrzliwie. Wszyscy poza królewską córką, Ariadną. To właśnie jej gorące uczucie i intuicyjne rozpoznanie w Tezeuszu bohatera uchroniło go od śmierci. Zabić potwora to jedno, ale wydostanie się z diabelskiego labiryntu, w którym był trzymany, to drugie. Wszyscy wiemy, co działo się potem. Mądra córka Minosa obdarzyła walecznego Tezeusza nicią ratującą go z opresji.

Ten etap opowieści kończy się szczęśliwie. Gdy Tezeusz zabił Minotaura i wydostał się z labiryntu, odwzajemnił uczucie Ariadny. Razem odpłynęli statkiem. Jednak z tajemniczych powodów nasz szlachetny bohater porzucił swą wybrankę na wyspie Neksos, gdy ta zapadła w sen. Są różne wersje zakończenia tej historii. W jednej z nich córka Minosa została siłą wzięta za żonę przez Dionizosa, w innej to sama Ariadna wybrała boga zamiast Tezeusza. Ostatecznie ich płomienny związek tak szybko się zakończył, jak szybko się rozpoczął.

Mit ten przedstawia kulturowe archetypy kobiecości i męskości, multiplikowane w kulturze miliony razy od co najmniej dwóch i pół tysiąca lat. Mężczyzna to awanturnik, ryzykant odznaczający się fizyczną siłą, głodny uznania i chwały; to bohater, który musi sprostać wyzwaniu, aby zasłużyć na szczęście i miłość. Kobieta to Czuła Przewodniczka widząca dalej i intensywniej, łaknąca miłości, podejmująca decyzje za pośrednictwem własnej intuicji, łącząca w sobie „przebiegłość węża i łagodność gołębicy” (Mt 10,16-23).

Męskość i kobiecość są wobec siebie komplementarne, wzajemnie się uzupełniają, każda archetypiczna cecha mężczyzny znajduje odzwierciedlenie w konkretnej archetypicznej cesze kobiety. W planie mitycznym mężczyzna reprezentuje ekstensywną relację wobec świata, kobieta zaś relację intensywną. Oznacza to, że mężczyzna jest władcą rzeczy, kobieta zaś władczynią relacji i życia wewnętrznego. Komplementarność ma jednak swój rewers – wojenne oblicze, które w rzeczywistości mitycznej zwykle góruje nad ulotnym szczęściem. Mężczyzna zdradza tendencję do urzeczowienia wszystkiego, czego doświadcza, łącznie z kobietą, za co spotyka go kara i cierpienie; ta zaś albo wybiera kogoś innego, albo porzucona i zazdrosna popada w rozpacz z powodu straty.

Tak też kończą się losy Tezeusza i Ariadny. Odmienność, która początkowo przyciągała, ostatecznie stała się powodem konfliktu. Różnica zakończyła się wojną. Ateński bohater porzucił kreteńską księżniczkę, potraktował ją jak zbędny balast. Ostatecznie komplementarność mityczna zdominowana została przez konflikt, którego nie dało się przezwyciężyć.

  1. Psychologia

Mitologia przedstawia pewien model kulturowy. Nadaje męskości i kobiecości konkretne znaczenia. Rodzi się jednak pytanie, jak te starożytne wyobrażenia mają się do rzeczywistości XXI wieku. Co ciekawe, badania pokazują, że niektóre cechy archetypicznej kobiecości i męskości stanowią dziś pewną realność socjologiczną, by nie powiedzieć – dominantę. Antyczny wzorzec kulturowy albo więc oddziałuje na współczesnych, albo też, jak chcieliby tego zwolennicy Junga, oddaje pewną uniwersalną prawdę o różnicy płciowej (lub czyni jedno i drugie naraz).

Bogdan Wojciszke, profesor psychologii, przywołał kilka lat temu w czasopiśmie „Wszechświat” ilościowe wyniki badań dotyczące różnic płciowych. Uprzedzając zarzut, to nie żaden cherry picking (nieuczciwa strategia selektywnego dobierania danych, aby uzasadnić swój pogląd). Wojciszke komentuje wnioski, które dzięki metaanalizie oparte są o próbę czterech milionów osób pochodzącą z około stu różnych raportów badawczych lub innych publikacji naukowych.

Dane te pokazują, że różnice między mężczyznami i kobietami są realne, choć nie potwierdzają w dokładny sposób wszystkich tropów mitycznych. Największe dotyczą dużo większej skali agresji, większych możliwości motorycznych i libido wśród mężczyzn. Wojciszke tłumaczy te różnice za pomocą zmian ewolucyjnych i/lub biologii. Mężczyźni, jak wszystkie samce ssaków, od zawsze rywalizowali ze sobą o partnerki i pożywienie. Silniejszy i sprawniejszy myśliwy zapewniał sobie większe szanse reprodukcyjne. Statystycznie dużo lepszą orientację przestrzenną u mężczyzn na dużych obszarach tłumaczy się analogicznie. Co ciekawe, jeśli chodzi o pamięć do przedmiotów znajdujących się na małej przestrzeni, to kobiety nadal zdecydowanie dziś górują. Łączy się to ze zbieractwem, a więc rolą, którą w tradycyjnych społecznościach odgrywały kobiety.

Szczególnie młodzi mężczyźni statystycznie są dużo bardziej agresywni, mają też dużo większe skłonności do podejmowania ryzyka i zdecydowanie częściej łamią prawo. Prawdopodobnie i tutaj w grę wchodzą czynniki matrymonialne. Agresja, na przykład sublimowana w postaci intensywnej rywalizacji w pracy, przynosi wymierne korzyści materialne. To z kolei łączy się z seksualnością. O ile mężczyźni statystycznie zwracają uwagę przede wszystkim na urodę partnerki, o tyle kobiety dużą większą wagę przywiązują do zdolności akumulowania zasobów – inteligencji, ambicji i statusu.

Umiarkowane różnice dotyczą komunikacji i zachowań społecznych. Kobiety są dużo lepsze w odczytywaniu komunikatów niewerbalnych, posiadają większe umiejętności językowe i częściej mają tendencję do zwierzania się osobom bliskim – przyjaciółkom, rodzinie, małżonkom. Różnice dotyczące osobowości są niewielkie i statystycznie mają znaczenie tylko w dwóch aspektach – kobiety wykazują większą tendencję do neurotyzmu i zachowań lękowych, są także bardziej wrażliwe emocjonalnie – „te same bodźce wywołują u nich silniejsze reakcje niż u mężczyzn”.

Współczesne badania potwierdzają więc, że większość mężczyzn i kobiet mniej lub bardziej wpisuje się w mityczną komplementarność płci. Ekstensywność nadal statystycznie reprezentowana jest częściej przez mężczyzn, intensywność zaś przez kobiety. Męskość nadal powiązana jest z ryzykiem, agresją i potrzebą rywalizacji o zasoby, kobiecość zaś pozostaje bardziej skupiona na głębokości przeżywanych relacji, emocjach i poczuciu bezpieczeństwa. Czy jednak mamy do czynienia bardziej z komplementarnością opartą o harmonię lub raczej o konflikt?

  1. Popnauka

Popularne w debacie publicznej hasło wojny płci zdaje się sugerować to drugie. Nie jest ono bezpodstawne, choć oczywiście stanowi pewne publicystyczne wyostrzenie. Niemniej masowa liczba rozwodów, spadająca liczba małżeństw, wydłużający się wiek inicjacji seksualnej i malejący przyrost naturalny układają się w pewien spójny obrazek socjologiczny. Wszystkie te tendencje na pewno nie pokazują harmonii, lecz również nie dowodzą istnienia jakiegoś masowego konfliktu płci, czymkolwiek miałby on być.

Jeśli gdzieś wojna płci istnieje, to w popnaukowym dyskursie, który na wpół poważnie, na wpół coachingowo próbuje pokazać dziś mężczyznom i kobietom, jak mają żyć. W skali światowej takim popnaukowcem piszącym przede wszystkim dla mężczyzn jest Jordan Peterson. W skali polskiej analogiczną popintelektualistą, ale kierującą swój przekaz do kobiet, jest Natalia de Barbaro. Co ciekawe, zarówno w książce 12 życiowych zasad. Antidotum na chaos Petersona, jak i w Czułej przewodniczce de Barbaro kluczowym założeniem i perspektywą patrzenia na męskość i kobiecość są Jungowskie archetypy.

Promowany przez kanadyjskiego psychiatrę silny mężczyzna, który ma najpierw opanować chaos prywatny („wyprostuj plecy!”, „posprzątaj swój pokój!”, „nie porównuj się z innymi!”), a następnie podbić świat (lub przynajmniej zdobyć wykształcenie, pracę i kobietę), to nic innego jak realizacja postulatu dochodzenia do dojrzałości osobowościowej przez utożsamienie z mitycznym animusem (archetypem męskości, byciem jak bohaterski Tezeusz). Promowana zaś przez de Barbaro Czuła Przewodniczka to nic innego jak odnajdywanie w swoim wnętrzu cech mitycznej Ariadny reprezentującej animę (archetyp kobiecości).

Zarówno Peterson, jak i de Barbaro tworzą narracje antagonizujące obie płci. Peterson stara się dowodzić, że patriarchat, jeśli nawet istniał, to był konieczny, a wszystkie feministki to rozwrzeszczane neomarksistki reprezentujące de facto zbrodniczą ideologię, de Barbaro zaś za całe zło, którego doświadczają współczesne kobiety, obwinia Nadzorcę Akwenu. Na samym początku książki autorka dzieli się z czytelniczkami opisem makabrycznego snu, w którym jest zasznurowana gorsetem i razem z innymi kobietami pływa pod wodą, nie może się wynurzyć z obawy przed Nadzorcą, który tylko czyha, aby użyć dyscyplinującego kija. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że Nadzorca stanowi alegorię patriarchatu.

Obie narracje można uznać za wojenne, obie zajmują się poszukiwaniem wewnętrznej męskości/kobiecości, obie zwracają się wyłącznie ku własnemu ego. W końcu są bardzo świeże i niezwykle popularne, nabijają miliony (w przypadku Petersona) lub dziesiątki tysięcy (w przypadku de Barbaro) głów tanią polityką konfliktu płci.

Komplementarność chrześcijańska

Czytelnicy „Pressji” zapewne nie zdziwią się, jeśli stwierdzę teraz, że mityczna komplementarność oparta o nierozstrzygalny konflikt, która zdaje się przeżywać pewien renesans w ramach popnauki, może zostać przekroczona przez komplementarność chrześcijańską. Prawdopodobnie większe zaskoczenie będzie wynikać z faktu, że i na tym odcinku trzeba pewne sprawy przepracować.

1. Opcja protestancka

Chrześcijański dyskurs na temat męskości i kobiecości jest w Polsce zwulgaryzowany. Jak słusznie pokazuje w tym numerze „Pressji” Magdalena Kędzierska-Zaporowska, trudno sądzić, że tani esencjalizm przedstawia prawdę na temat płci. Takie stanowisko reprezentowane jest w Polsce chociażby przez Jacka Pulikowskiego, autora książek i licznych konferencji, który od wielu lat wykłada swoje poglądy na temat pożądanego jego zdaniem modelu relacji w katolickim małżeństwie.

Przez tani esencjalizm rozumiem stanowisko, które stara się dowodzić, że mężczyźni i kobiety nie tylko są różni i się uzupełniają, ale to mężczyzna stanowi niejako prawzór człowieka. Kobiecość (Adamowe żebro) jest więc wtórna wobec męskości (reszty ciała Adama). Kobieta, i owszem, jak stara się argumentować Pulikowski et consortes, stanowi wzniosły cel męskiego życia, lecz jako byt jest w pewnym sensie wybrakowana, jedynie uzupełnia jego istotę.

Moda na tego typu poglądy przywędrowała do nas ze Stanów Zjednoczonych. Od dawna powtarza się na ambonach i rekolekcjach poglądy małżeństwa Johna i Stasi Eldgredge’ów. Ci ewangelicy w typowej dla amerykańskich poradników formie przekonują, że odnaleźli receptę na szczęśliwy związek. Facet ma przeżyć przygodę, stoczyć bitwę i uratować Piękną, kobieta zaś ma urzekać swoją atrakcyjnością, stać się główną bohaterką wielkiego romansu, a dzięki temu zaspokoić największą potrzebę swojego serca. Aktywność stanowi domenę męskości, pasywność zaś kobiety. Nierzadko podkreśla się w tego typu stanowiskach, że mężczyzna i kobieta są równi na poziomie osobowym, politycznym i społecznym. Jednak w samej relacji wobec siebie stosunki są jasne – mężczyzna zawsze górą.

Popularna w polskim katolicyzmie komplementarność protestancka przełamuje więc konflikt wpisany w komplementarność mityczną. Czyni to jednak poprzez szkodliwe założenie, że „kobieta też człowiek”, a prawdziwie aktywnym podmiotem powinien być jedynie mężczyzna; to też koncepcja ryzykowna – może wychowywać facetów w przekonaniu, że związek z kobietą nie jest wzajemnym oddawaniem siebie drugiej osobie, lecz przypomina raczej Nietzscheańską relację Pana i Niewolnika.

Dobry patriarchat jest jednak możliwy, gdy po prostu wynika z wolnej woli obu stron i odnajdywania się w tradycyjnych rolach przypisywanych kobiecie i mężczyźnie. Byłbym nieuczciwy, gdybym sądził, że książki małżeństwa Eldredge’ów nie zawierają cennych obserwacji i porad. Jednak te oparte są niestety o fałszywe założenia.

  1. Opcja katolicka

Teologia ciała Jana Pawła II

Tak jak popularny dyskurs o płci w Polce zdominowany jest przez Jacka Pulikowskiego, epigona i wykoślawiacza Eldredge’owskich poradników, tak polskiego dyskursu teologicznego nie da się wyobrazić bez teologii ciała Jana Pawła II.

Jarosław Kupczak OP podaje cztery założenia tej koncepcji:

  • różnica płci zakłada równość osobową;
  • istnieje realna różnica płci, którą możemy starać się opisać filozoficznie i teologicznie;
  • tożsamość płciowa zakorzeniona jest w psychosomatycznych różnicach i budowie ciała męskiego i kobiecego;
  • męskość i kobiecość nawzajem się uzupełniają – są wobec siebie komplementarne.

Wszystkie te założenia zachowują swoją aktualność, wymagają jednak krótkiego komentarza. Może dziwić, dlaczego papież tak wielką wagę przywiązują do cielesności, a także zastanawiać, dlaczego to właśnie od cielesności zaczyna się Wojtyłowa refleksja na temat płci. Obie kwestie wynikają z orientacji filozoficznej, na której myśl ta jest oparta. Jan Paweł II łączył metodę charakterystyczną dla fenomenologii z klasyczną antropologią św. Tomasza. Stąd refleksja nad człowiekiem zaczyna się od analizy fenomenu męskiego i kobiecego ciała jako tych, które jawią się naszej świadomości. Przejście od analizy fenomenów męskości i kobiecości do płci psychicznej czy też duchowej jest możliwe dzięki założeniu, że człowiek jest istotą psycho-fizyczną, całością złożoną z jedności duszy i ciała. Zdaniem Wojtyły istnieją zatem trzy podstawowe znaczenia ludzkiego ciała.

  • Ciało osobowe – to poziom podstawowy, poziom samego istnienia. Człowiek postrzega siebie jako istniejący podmiot, a także przełamuje wrodzoną samotność w akcie spotkania z inną osobą. Tak jak Adam, który w Genesis budzi się ze snu i spostrzega, że Bóg stworzył Ewę, mówi: „ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała” (Rdz 2,23). Adam poznaje siebie niejako dzięki istnieniu Ewy. Na tym właśnie polega katolicka koncepcja, zgodnie z którą człowiek jest istotą relacyjną. Istnieje i dojrzewa dzięki innym. A nawet więcej – stanowi konieczny element w łańcuchu relacji, bo został dla tych relacji stworzony przez Boga. Każdy człowiek jest potrzebny i równowarty, powołany do przełamania wrodzonej mu jednostkowości.
  • Ciało miłosne – w trakcie swojego życia każdy człowiek przechodzi z etapu istnieć do etapu kochać. Chce oddawać siebie jako dar dla drugiego. Ludzkie ciało służy do miłości rozumianej seksualnie. Pociąg cielesny do drugiego jest naturalny i dobry, odsłania cały świat najbardziej intymnych wartości w osobie innego. Miłosne użycie ciała nie redukuje się jednak wyłącznie do aktu seksualnego. Każde złożenie ofiary z siebie, z własnego ciała, realizuje oblubieńczą funkcję ciała. Prawdziwa miłość poprzedzona musi być jednak osobową dojrzałością. Nie będzie potrafił oddać siebie ktoś, kto do siebie jeszcze nie należy. Należenie do siebie to cel, który osiągany jest poprzez świadome podążanie za Chrystusem i staje się możliwy do osiągnięcia dzięki sakramentowi chrztu.
  • Ciało rodzicielskie – ostatecznym celem rozwoju każdego człowieka jest przejście z etapu kochać do etapu (współ)tworzyć. Dojrzała miłość, dawanie siebie i swojego ciała drugiemu człowiekowi wzmaga potrzebę przekroczenia „ja”. To przekroczenie oznacza ostateczne oddanie i dojście do celu miłości – uczestniczenia w akcie subkreacji Boga i stworzenia nowego życia dzięki cudowi rodzicielstwa. Dzięki komplementarnym ciałom kobiety i mężczyzny, którzy są równi jako osoby i równi w miłości, tworzy się nowe życie. O ile więc można powiedzieć, że pogańską czy nawet ewangelicką komplementarność można oddać analogią matematyczną jako ½ + ½ = 1 (wybrakowana kobieta i wybrakowany mężczyzna tworzą całość), tak komplementarność rozumianą po katolicku można opisać jako 1 + 1 = 3. Dlaczego 3? Czy katolicy są antropologicznymi idiotami? Nie, trójka bierze się z tego, że dzięki połączeniu dwóch kochających się całości otrzymaliśmy jako ludzie możliwość uczestniczenia w akcie (sub)kreacji Boga – powołania nowego życia jako cudu. Tak jak trójka stanowi anomalię w podanym działaniu, tak bosko-ludzką anomalią jest powołanie do życia i urodzenie dziecka. (Współ)tworzyć innych dzięki miłości można jednak nie tylko na sposób biologiczny poprzez płodzenie dzieci. Każda praca wykonywana kochającym ciałem i przekraczająca siebie tworzy mniej lub bardziej metaforycznie rozumiane życie.

Zalety teologii ciała Jana Pawła II

Zaletą teologii JPII jest dowartościowanie cielesności i traktowanie jej jako bazy do refleksji nad płcią pojmowaną duchowo. Wspomniany na początku Paul Evdokimov pisze, że obawa przed ciałem to stały motyw wielu doktorów Kościoła, którzy związek kobiety i mężczyzny traktują jak podręczników do zoologii, pod kątem produkcji hodowlanej lub w kategoriach czysto socjologicznych. Takie poglądy, skupione wyłącznie na prokreacji, zdaniem prawosławnego teologa kastrują miłość.

Drugą zaletą jest dynamizm. Dojrzałość osobowa potrzebna do przyjęcia postawy oblubieńczej i ujmowanie jej jako niezbędnej w kierunku osiągania gotowości do przyjęcia postawy rodzicielskiej nadają kategorii męskości i kobiecości charakteru procesualnego. Ciągnąc refleksję Wojtyły dalej, można stwierdzić, że relacja między płciami określana mianem komplementarności nie jest dana, lecz zadana człowiekowi. Nie jest po prostu faktem, ale realnością wymagającą odkrycia, stanowi proces. Nie redukuje się też, co niezmiernie istotne, wyłącznie do rzeczywistości aktu seksualnego.

W tym aspekcie teologia JPII podobna jest do koncepcji kilkukrotnie już wspominanego Paula Evdokimova. Prawosławny teolog podtrzymuje za mitycznie rozumianą komplementarnością, że na płaszczyźnie duchowej męskość ma charakter ekstensywny, kobiecość za intensywny. Pisze on, że „męskość wypowiada się w działaniach, które kierują się ku temu, co zewnętrzne. Dziedzina użyteczności jest przedłużeniem ramienia człowieka-wytwórcy – homo facer – i cały świat staje się w ten sposób jego poszerzoną cielesnością. To wszystko jednak [wtrącenie KP] rozkwita dopiero pod ascetycznym i mistycznym wpływem tego, co duchowe, co góruje nad materią i przeobraża chaos w kosmos – rodzi piękno […]. Kobiecość wyraża się w poziomie struktury ontologicznej, nie jest Słowem, lecz byciem – esse – kolebką, łonem stworzenia”. Archetypem kobiecości będzie dla Evdokimova Maryja, matka Boga, archetypem męskości zaś Jan Chrzciciel.

Estetyka teologii Evdokimova pokazuje, że jest on prawosławny. Wszystko jest tam wzniosłe i patetyczne. Koncepcja ta okazuje się jednak wartościowa i dobrze oddaje ideę chrześcijańskiej komplementarności – dynamiczną równość kobiety i mężczyzny, która nie zabija różnicy. Poza kilkoma sformułowaniami wolna jest też od naleciałości patriarchatu.

Jednak największą zaletą teologii ciała Jana Pawła II jest paradoksalnie jej inkluzyjność. Paradoksalnie, bo często zarzuca się papieżowi, że poświęcanie tak olbrzymiej uwagi małżeństwu i traktowanie sakramentalnego związku kobiety i mężczyzny jako powołania naturalnego niejako faworyzuje tę życiową drogę wobec innych. Można byłoby wręcz sądzić, że stań kapłański czy po prostu wybranie samotności są gorsze, a wybór małżeństwa to niejako droga na skróty do nieba. Nic bardziej mylnego. Naturalność trzeba rozumieć jako pewien biologiczny cel posiadania potomstwa, który wpisany jest w sens naszych ciał. Ten zaś według etyki katolickiej bazującej na samej Biblii i Tradycji powinien być realizowany w małżeństwie. Jednak wybranie innej drogi jest nie tylko możliwe, ale i dla wielu osób po prostu wskazane. Miłość do drugiego i (współ)tworzenie życia dla innych są przecież możliwe również poza małżeństwem, co Wojtyła niejednokrotnie podkreśla. Dojrzałość osobowa osiągana jest na wiele sposobów, tak samo na wiele sposobów można kochać i (współ)tworzyć świat.

Autorka ilustracji: Magdalena Karpińska

Wady teologii ciała JPII

Po kilkudziesięciu latach od powstania teologii ciała JPII nie sposób nie zauważać jej wad. Tak jak Maryja stanowi przykład realnego działania i sprawstwa, tak u Jana Pawła II nadal pokutuje antyczny podział na aktywnego mężczyznę i pasywną kobietą.

Dziedziczony po Arystotelesie koncept i odczytywany przez czasy, w jakich wychowywał się Karol Wojtyła, trzeba odrzucić jako krzywdzący. Powinniśmy raz na zawsze zapomnieć o myśleniu o kobiecości w ramach tylko i wyłącznie pobożnego przyjmowania, uległości i bierności wobec woli Boga, a tym bardziej woli mężczyzny. Kobiecość jest wpisana w działanie, w ożywczą moc, w spełnienie i napełnianie życiem świata owładniętego męską pokusą totalnego urzeczowiania. Sam Wojtyła pisał przecież, że przyjęcie woli Boga przez Maryję jest tak naprawdę najwyższą formą aktywności i wolności na przekór ówczesnej kulturze i obyczajom. Maryja przekracza i unieważnia Arystotelesowskie kategorie bierności i aktywności. Nie ma więc potrzeby ich powtarzać.

Druga wada łączy się z pierwszą. Jeśli w opisie antropologicznym podkreśla się receptywność (bierność) kobiety, a jednocześnie nie rezygnuje się z myślenia o mężczyźnie jako aktywnym w świecie zewnętrznym podmiocie, to trudno uniknąć zarzutu, który był tu już przywoływany przy okazji krytyki koncepcji małżeństwa Eldredge’ów.

Czytając pisma Karola Wojtyły, można odnieść wrażenie, że nawet podkreślanie geniuszu kobiety stanowi tak naprawdę usprawiedliwienie wobec wcześniej stawianej tezy, że kobiecość to konieczne, ale jednak tylko uzupełnienie męskości. Choć papieżowi udało się pokazać na poziomie filozoficznym równość kobiety i mężczyzny, to jednak słusznie w tym numerze „Pressji” Monika Białkowska wskazuje, że na poziomie już nie filozofii, ale analiz społecznych kobieta to dla Jana Pawła II „też człowiek”, a nie człowiek na równi z mężczyzną.

Właściwa droga, czyli katolicki gender

Redukowanie zagadnienia płci do analiz poświęconych kobiecie i mężczyźnie splecionych w związku małżeńskim nie może dziś wystarczać. Zawarcie małżeństwa i płodzenie dzieci w ramach sakramentalnego związku, który jest uznawany przez Katechizm Kościoła Katolickiego za naturalne powołanie człowieka, wymaga dziś rozszerzenia pola refleksji o kilka genderowych zagadnień.

Wydaję się jednak, że i w tym kontekście przychodzi nam z pomocą dziedzictwo papieża z Polski. W Liście do kobiet Jan Paweł II używa bowiem takich kategorii, jak duchowe i kulturowe macierzyństwo. Jak słusznie zwraca uwagę Błażej Skrzypulec w tym numerze „Presji”, takie postawienie sprawy otwiera kilka możliwych ścieżek przed katolickim genderem. Płeć kulturowa i społeczna jest więc potrzebną refleksją dla katolicyzmu w takim sensie, że po prostu nie każdy człowiek może z obiektywnych lub subiektywnych względów realizować naturalne powołanie człowieka do małżeństwa.

Małżeństwo zaś również będzie przedmiotem analiz genderowych, bo przecież nie wszystko wynika z natury, a człowiek kieruje się w swoim życiu wolną wolą, a nie z góry narzuconym schematem. Sama Biblia i żywoty świętych przedstawiają przecież wiele przykładów transgresji wobec naturalnego powołania i/lub wykroczenia poza archetypy. Starotestamentowa Estera, Judyta i Rut oraz święci, tacy jak Joanna d’Arc lub św. Franciszek z Asyżu, przekraczają archetypiczną męskość i kobiecość. Warunkiem transgresji jest jednak osobowa dojrzałość.

Do kategorii osób, których refleksja genderowa dotyczy w najwyższym stopniu, należą osoby konsekrowane (księżą, siostry zakonne i zakonnicy), samotne, a także osoby LGBT. Wszyscy mieszczący się w tych kategoriach mogą osiągnąć dojrzałość osobową dzięki sakramentowi chrztu i naśladowaniu Chrystusa. Każda osoba należąca do tych kategorii jest również przez swój życiowy wybór lub obiektywną sytuację wezwana do realizacji postawy oblubieńczej i rodzicielskiej w inny niż naturalny sposób. Właśnie w takim sensie o duchowym macierzyństwie pisał JPII.

Księża, zakonnicy, zakonnice, osoby samotne, ale także osoby LGBT według zasad przyjętych przez katolicyzm mogą realizować miłość i rodzicielstwo w inny (niepowiązany z seksualnością) sposób niż małżonkowie. Są wezwane niejako do przekraczania swojej cielesności przez jej umiłowanie. Nieco prowokacyjnie można stwierdzić, że gej musi pokochać swoje „gejostwo”, swoje „obiektywne nieuporządkowanie”, a jednocześnie trwać we wstrzemięźliwości, aby móc w pełni dawać siebie innym i (współ)tworzyć chrześcijański świat. Ksiądz, zakonnik i zakonnica muszą umiłować swój celibat, by postępować podobnie – uczynić z siebie dar dla innych i (współ)tworzyć świat, a więc realizować nie biologiczne, lecz kulturowe i społeczne rodzicielstwo.

Oczywiście nie zrównuję tutaj doniosłości stanu duchownego z osobami zmagającymi się z nieheteroseksualnością. Chciałem jedynie podkreślić, że nigdzie nie znajdziemy w Magisterium tezy stanowiącej o tym, że dojrzałość osobowa jest dla osób LGBT zamkniętą ścieżką. A jeśli tak, to nieerotycznie rozumiana miłość, a wraz z nią (współ)tworzenie chrześcijańskiego świata, stoją przed tymi osobami otworem.

W pogrążonym w wartościach hedonistycznych świecie bardzo trudno pisze się o tych konfliktogennych kwestiach. I to również dlatego, że często osoby nieheteroseksualne są traktowane w chrześcijańskim świecie jak współcześni trędowaci. Nie można jednak refleksji o płci i gender redukować do seksualności, a tej ostatniej utożsamiać wyłącznie z przyjemnością. Przyjemność nie jest celem aktu seksualnego. Przyjemność ten akt współtworzy, jest potrzebna, dobra i ważna. Używając rozstrzygnięć Maxa Schelera, nie sposób jednak zgodzić się ze stwierdzeniem, że wartości hedonistyczne mogą zostać uznane za wyższe od wartości witalnych, psychicznych czy duchowych. Przyczyną aktu seksualnego powinna więc być miłość, jego trwanie odznaczać się przyjemnością, celem seksu zaś powinno być zawsze otwarcie na nowe życie.

Trzeba też podkreślić, że nie można sprowadzać sytuacji osób nieheteroseksualnych do ich seksualności. To intymna sfera, do której nie możemy redukować drugiego człowieka. Czy naprawdę w ramach katolickiej etyki seksualnej pozamałżeński seks kobiety i mężczyzny tak bardzo różni się od seksu osób tej samej płci? Przecież oba stanowią po prostu grzech ciężki.

Jak osoby nierealizujące naturalnego powołania do małżeństwa mogą pełnić funkcje duchowych kochanków i duchowych rodziców? Przez bycie dla innych, ofiarowywanie samych siebie i tworzenie Kościoła. Przez codzienne poświęcenie i przekraczania siebie, służbę potrzebującym, bycie duchowymi matkami i ojcami swoich podopiecznych w różnych placówkach oświatowych i opiekuńczych czy po prostu w swojej pracy, przez pokazywanie światu chrześcijańskiemu, że ich doświadczenie samotności lub/i nieheteroseksualności może dać Kościołowi unikalną wartość. Kościół potrzebuje osób samotnych i osób LGBT, tak jak osoby samotne i osoby LGBT potrzebują dziś Kościoła.

Katolicki gender będzie więc postawą podkreślającą, że komplementarność męskości i kobiecości istnieje oraz można tej koncepcji bronić na płaszczyźnie mitycznej, naukowej i teologicznej. Ta dynamiczna różnica oparta o równość oswobadza myślenie na temat płciowości ze szkodliwego stereotypu aktywnego mężczyzny i pasywnej kobiety. Jednocześnie trzeba podkreślić, że dzięki teologii ciała Jana Pawła II można żywić nadzieję na to, że wojnę płci da się przełamać dzięki katolickiej antropologii opartej na koncepcji daru z siebie dla innych. Zaś naturalność małżeństwa, do którego wezwana jest większość ludzkości, nie oznacza, że inne życiowe drogi są gorsze i mniej potrzebne. Co więcej, choć każdy człowiek wezwany jest do miłości wobec innych i (współ)tworzenia świata, to jednak można te powołania realizować również na inny niż stricte biologiczny sposób – można być dojrzałą kobietą lub dojrzałym mężczyzną, jeśli jest się osobą konsekrowaną, samotną lub LGBT.

***

Debata genderowa została dziś zdominowana przez dwie radykalne strony. Jedna używa argumentu z wolności do autoidentyfikacji, druga zaś stara się przekonywać, że tradycyjne normy społeczne nie stanowią konstruktu, lecz odpowiadają obiektywnej prawdzie. Przypomina to koncepcję stworzoną przez Zygmunta Freuda. Naszym życiem rządzą dwie zasady: zasada spełnienia i zasada zachowania lub, mówiąc inaczej, zasada przyjemności i zasada rzeczywistości. Dziecko pragnie na początku realizować wyłącznie pierwszą z tych zasad, jednak szybko spostrzega, że rzeczywistość nie będzie się do niego dostosowywać, że to ono musi przyjąć jej zasady.

Mam wrażenie, że współczesna lewica (co widać najbardziej w kontekście tematów dotyczących płci) przylgnęła do zasady spełnienia kosztem zasady zachowania, prawica zaś zupełnie na odwrót – zignorowała zasadę spełniania, poświęciła swoją uwagę jedynie zasadzie rzeczywistości. Szkopuł tkwi w tym, że przynajmniej dla Freuda dojrzałe życie stanowiło zawsze nieustanne balansowanie między obiema tymi skrajnościami. Jeśli w jednym zdaniu miałbym napisać, o czym jest katolicki gender, to właśnie o tym, żeby nie rezygnować z radości życia, jaką daje nam przeżywanie własnej płciowości, a jednocześnie nie zapominać o dobrych zasadach, które w tym świecie obowiązują, wprowadzają porządek i wskazują drogę do zbawienia.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.