Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Miasta „Polski B” to ofiary Unii Europejskiej i transformacji ustrojowej

Miasta „Polski B” to ofiary Unii Europejskiej i transformacji ustrojowej Tomek Wiazowski/flickr.com. Kalisz, 2009

Bez młodych, bez instytucji, bez przemysłu, bez pracy, bez przyszłości. Taki jest Włocławek. To jedno z miast, o których głośno robi się jedynie wtedy, kiedy dojdzie do jakiegoś tragicznego w skutkach wypadku lub oburzającego przestępstwa. Jeżeli jednak wybuch gazu nie wyrwie żelbetowej płyty w jednym z bloków albo potężny karambol nie zablokuje przelotowej trasy, na co dzień właściwie nie możemy o Włocławku usłyszeć. Chyba że od ich dawnych mieszkańców. Jednym z nich jest Piotr Witwicki, redaktor naczelny Interii i dziennikarz Polsatu. W swojej najnowszej książce pt. Znikająca Polska postanowił opowiedzieć, dlaczego ani on, ani nikt z tysięcy pozostałych osób, o które zmniejszyła się populacja miasta od 1999 roku, nie mogło uznać Włocławka za dobre miejsce do życia.

Od deindustrializacji do deglomeracji

Książka Witwickiego to nie pierwszy głos, który wskazuje na trudną sytuację, w jakiej znalazły się małe i średnie miasta w Polsce. Niedawno podobny temat poruszała m.in. Zapaść Marka Szymaniaka, której recenzję można znaleźć na naszym portalu.

Czytelnik, który miał już w rękach książkę na podobny temat, zauważy, że historia opisana w Znikającej Polsce wpisuje się w schemat znany z wielu innych miejsc. W tle zawsze jest wielki zakład przemysłowy, wokół którego kręci się życie miasta, następnie nadchodzi transformacja gospodarcza, a wraz z nią przekształcenia własnościowe. Po niedługim czasie pojawiają się problemy ze sprzedażą i zatrudnieniem, co w końcu prowadzi do upadłości i masowych zwolnień. Długotrwałe bezrobocie rodzi problemy społeczne. Gdy miasto przestaje zapewniać perspektywy na przyszłość nowym pokoleniom mieszkańców, następuje masowa emigracja. To z kolei utrudnia działanie nielicznym instytucjom, które przetrwały do tej pory. Zerwaniu ulegają w końcu więzi między mieszkańcami, nadwątlone przez brak pracy i nałogi.

Książka nie poprzestaje jednak na opisie przygnębiającej rzeczywistości, ale stara się odpowiadać na pytanie, jak poprawić sytuację Włocławka, a przynajmniej zahamować jego postępującą degradację. Naczelny Interii powołuje się w tym kontekście na jeden z kluczowych postulatów naszego środowiska – deglomerację. Raport prof. Przemysława Śleszyńskiego, wspomniany w książce Witwickiego, opisuje ciężką sytuację, w jakiej w ciągu ostatnich 30 lat znalazły się mniejsze ośrodki w naszym kraju. Ekspert, a za nim Piotr Witwicki, postuluje zmiany w polityce państwa, takie jak np. przenoszenie różnych instytucji (uczelni, urzędów) z metropolii do mniejszych miast.

Autor Znikającej Polski nie stara się dowodzić, że historia Włocławka w jakiś szczególny sposób wyróżnia go spośród pozostałych 122 ośrodków, których upadek opisuje prof. Śleszyński. Przeciwnie – pokazuje, że jego rodzinne miasto to właściwie tylko przykład jednego z fragmentów tytułowej ,,znikającej Polski”. W innym miejscu powołuje się również zresztą na Szymaniaka, pisząc o wyludniających się ośrodkach jako o ,,miastach zapaści”.

Przypomnienie poważnych problemów, z jakimi boryka się wiele miejsc w Polsce, a także propozycji ich rozwiązania to na pewno cenna inicjatywa. Nie jest to jednak główny element, który decyduje o wartości książki Witwickiego i jej oryginalności względem Zapaści. Znikającą Polskę wyróżnia przede wszystkim bezpośredni i osobisty stosunek do opisywanego tematu. Szymaniak, choć przyznaje, że pochodzi z jednego z miast ,,zapaści”, oddaje głos głównie swoim bohaterom, pochodzącym z różnych miast w całej Polsce. Sam świadomie schodzi na drugi plan. Witwicki odwrotnie – cały pomysł opiera na powrocie do swojego rodzinnego miasta, z którym łączy go bagaż doświadczeń i wspomnień.

Słoiki i lokalsi

Osobiste obserwacje Witwickiego, jego stosunek do ludzi, których tam spotyka i miejsc, które odwiedza, wypełniają lukę w polskiej debacie na temat kondycji małych i średnich miast. Ciekawie w tym kontekście wygląda porównanie z nieco inną, choć również bardzo dobrą Ziemią Jałową. Opowieścią o Zagłębiu Magdaleny Okraski (jej fragment można przeczytać na naszym portalu).

Mimo tego, że tematyka obydwu reportaży jest podobna, z łatwością można dostrzec, jak różne podejścia prezentuje ta dwójka autorów. Okraska, która przedstawia siebie samą jako ,,zwykłą dziewczynę z prowincji”, jest mieszkanką Zawiercia, które opisuje. Nie jest jednak z tego powodu smutna. Na każdej stronie widać irytację i gniew, głównie z powodu zewnętrznych okoliczności, które spowodowały, że jej region wygląda dziś tak, jak wygląda. Tam, gdzie Witwicki dostrzega przykłady ostatecznego upadku i apatii, Okraska stara się skupiać na najskromniejszej nawet aktywności i oporze przeciw trudnej rzeczywistości.

Witwicki opisuje mieszkańców Włocławka – bezrobotnych, złomiarzy, przestępców – ze zrozumieniem dla ich sytuacji, ale bez specjalnej sympatii. Jak najdalej autorowi również od tez w rodzaju ,,sami są sobie winni”, czy ,,powinni się dostosować do przemian rynkowych”. ,,Najlepszą polityką przemysłową jest jej brak”, cytat, który otwiera książkę, pozwala się domyślić, że Witwicki dostrzega wszystkie cienie i niesprawiedliwości transformacji.

To, że Włocławian dotyka krzywda, nie oznacza, że są to ludzie dobrzy. Długie, nieraz turpistyczne opisy krajobrazów, stosunków społecznych, a nawet konkretnych osób, pokazują w jak nieprzyjaznym środowisku znalazł się autor. Wraca do siebie, ale nie jest u siebie – poczucie wyobcowania jest wyraźne.

U Okraski widzimy zupełnie inny obraz Zagłębia: jest to miejsce biedne, zaniedbane, na pozór opuszczone; w cieniu upadłych zakładów w dalszym ciągu tętni jednak życie. Dla zewnętrznego obserwatora może być ono prymitywne, a nawet odpychające. Okraska na każdym kroku pokazuje jednak, że sama jest jego częścią: przemieszcza się z miejsca na miejsce zapuszczoną komunikacją zbiorową, na bazarze kupuje stanik od Ukrainki, w budzie w zaułku hamburgera za 5 zł, złorzeczy Balcerowiczowi i wyzyskiwaczom-właścicielom upadających fabryk, uczestniczy w pracowniczych strajkach.

Różnicę pomiędzy obydwoma podejściami najlepiej obrazuje stosunek do sprawy fundamentalnej dla życia prowincjonalnego ośrodka: alkoholu. Witwicki opisuje pijących mieszkańców swojego miasta, żeby wstrząsnąć czytelnikiem. Książkę rozpoczyna tragiczna historia morderstwa dokonanego pod wpływem alkoholu. Drastyczne obrazy od samego początku mają nam, uprzywilejowanym odbiorcom, uzmysłowić, w jak głębokiej otchłani znalazł się Włocławek. Książka Okraski to natomiast momentami właściwie przewodnik po atrakcjach dla niezamożnych mieszkańców Zagłębia, takich jak puby z piwem w rozsądnych cenach. Co więcej, wydaje się prawdopodobne, że autorka, odwiedzając wszystkie te lokale, nie tylko zapoznała się z ich ofertą, ale rzeczywiście to piwo tam wypiła.

,,Niebieskie ptaki”

Nie należy robić zarzutu z dystansu Witwickiego wobec mieszkańców Włocławka. Jak pisałem, główną wartością jego książki jest właśnie osobiste podejście. Ta książka posiada bowiem także pozytywnych bohaterów.

Do takich należy dwóch artystów, którzy ubarwiali codzienne życie Włocławka. Autor nazywa ich ,,lokalną wersją niebieskich ptaków PRL”. Jednym z nich jest Eugeniusz Gajewski, włocławski aktor, znany z epizodycznej roli w Rejsie Marka Piwowskiego. Autor pisze o nim tak:

„Eugeniusz był oczywiście artystą, ale nie takim, który tworzy wielkie dzieła, tylko takim, który celebruje każdą chwilę. Z jego punktu widzenia socjalizm miał ludzką twarz. Jako aktor był powszechnie szanowany, a i pieniądze zawsze się znalazły. Nie trzeba było ich zresztą za dużo, bo i tak z grubsza wszyscy mieli tyle samo. I nagle świat przyspieszył, a o pieniądze trzeba było się bić. Bycie artystą nie dawało mandatu do niczego”.

Drugim jest natomiast rzeźbiarz Stanisław Zagajewski, tworzący w stylu Art Brut i nazywany ,,Włocławskim Nikiforem”.

Pozytywnymi bohaterami są także lokalny społecznik, który nie poddaje się beznadziei najgorszego osiedla we Włocławku i sędziwy rzemieślnik – ostatni parasolnik, który wbrew rachunkowi ekonomicznemu i zalewowi chińskiej tandety w dalszym ciągu prowadzi swój zakład. Lokalne elity, a raczej to, co z nich zostało – to ich obraz w sposób najbardziej pogłębiony pokazuje Witwicki.

Takie podejście upodabnia Znikającą Polskę do książki Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, światowego bestsellera autorstwa Charliego LeDuffa, który opowiada historię powrotu głównego bohatera, znanego dziennikarza, do rodzinnego miasta. ,,Wyjechałem z miasta dwadzieścia lat temu. Chciałem zapewnić sobie życie, w którym nie byłoby miejsca na powolne umieranie, jakie oznaczała praca w fabryce chemikaliów czy sklepie monopolowym. Miało być w nim miejsce na wszystko prócz tego” – pisze LeDuff. Witwicki mógłby się pod tym zdaniem właściwie podpisać.

Na V Kongresie Klubu Jagiellońskiego, na którym autor Znikającej Polski zapowiadał wydanie swojej książki, wystąpienie zakończył słowami: ,,Zostanie słoikiem, podróż do Warszawy, czy innego dużego ośrodka, to nie jest tak naprawdę podróż, tylko ucieczka”.

Nadzieja transformacji, beznadzieja Europy

Symbolem tych zawiedzionych nadziei jest lokalne Radio W, które zaczęło nadawać na początku lat 90. Witwicki przyznaje, że to właśnie praca w tym radiu była zawsze jego wielkim marzeniem.

W tym kontekście autor dzieli się ciekawą obserwacją. Transformacja nie była jednorazowym kataklizmem, ale procesem rozłożonym w czasie, który przez długi okres i na wielu płaszczyznach oddziaływał na tkankę miasta. Jak pisze: ,,jeśli transformacja rozprawiała się z Włocławkiem, była to wojna hybrydowa”.

Różnicę pomiędzy początkowym, pełnym niesprawiedliwości, ale też nadziei kapitalizmem, a późniejszym, brutalnym i zdominowanym przez zachodni kapitał, obrazuje właśnie historia Radia W. ,,W 1993 roku Radio W było jednocześnie swojskie i nowoczesne. Amatorskie, ale z ambicjami. To był jeden z tych krótkich momentów, gdy lokalność wydawała się atrakcyjna” – zauważa. Analogicznie opisuje pierwsze delikatesy z prawdziwego zdarzenia, czy też losy miejskiego targowiska. Wszystkie one odpowiadały na głód Zachodu, lecz były to odpowiedzi na wskroś lokalne – poza nazwą i ogólną tendencją pozostawiały pole do interpretacji.

W końcu jednak wszystkie te projekty modernizacji na naszych warunkach musiały ustąpić przed oryginałami, które zostały przeniesione z metropolii dokładnie według norm i wzorników, bez żadnych lokalnych udziwnień. Targowisko ulega więc supermarketowi, a Radio W – RMF-owi. Ulega wreszcie sam Włocławek – reforma administracyjna pozbawia go statusu miasta wojewódzkiego, a tym samym odbiera wszelkie nadzieje na podmiotowość. Reforma, której głównym celem było umożliwienie efektywnego pozyskiwania środków unijnych przez nowe, większe województwa. To Europa sprawia, że miasto się poddaje. Kiedy Polska wchodzi do Unii Europejskiej, zmęczeni i pozbawieni nadziei mieszkańcy wybierają emigrację – albo na Zachód, albo do rodzimych metropolii.

***

Znikająca Polska to więc opowieść słoika, ale szczególnego. Takiego, który w dalszym ciągu czuje związek ze swoim miastem. To dużo więcej, niż zwyczajna historia o tym, jak trudno było wyjechać, żeby osiągnąć sukces i szczęście. Witwicki pokazuje, że wyjazd z rodzinnego miasta to konieczność zerwania ze swoimi marzeniami, a nie ich realizacja. Praca w ,,Wydarzeniach” Polsatu niekoniecznie jest większym osiągnięciem od audycji w lokalnym Radiu W.

Nie tylko wyłamuje się z klasowej solidarności tych, których, jak pisze Okraska, ,,kolorowy pociąg z napisem »Transformacja« powiózł wesoło daleko w przód”. Swoją opowieścią podważa najgłębszy sens drogi, którą przebyły setki tysięcy nowych Warszawiaków i Krakowiaków. ,,Emigracja do metropolii często jest przedstawiana jako ,»słoikowy sen« – wyjeżdżamy do wielkiego miasta je podbić. Doświadczenie niemal wszystkich osób, które znam, jest jednak takie, że chciały w tych swoich małych miastach zostać” – mówił Witwicki w przywoływanym wcześniej wystąpieniu.

Działanie sfinansowane ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.