Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Unia chce wprowadzić opłaty za emisje CO2 dla transportu i budynków. Koszty spadną na przeciętnego Kowalskiego

Unia chce wprowadzić opłaty za emisje CO2 dla transportu i budynków. Koszty spadną na przeciętnego Kowalskiego Radek Kołakowski/flickr.com

Unia Europejska zainwestowała miliardy w ochronę środowiska, ale do tej pory nie było mechanizmów, które przekonywałyby obywateli do indywidualnego wybierania rozwiązań lepszych dla klimatu i środowiska. „Fit for 55” może to zmienić i już teraz musimy przygotować się do tego, żeby nasze państwo potrafiło wesprzeć wszystkich obywateli w przeprowadzeniu potrzebnych zmian. Jednym z największych wyzwań będzie termomodernizacja budynków, której wciąż nie potrafimy systemowo zaplanować. Maria Sobuniewska rozmawia z Joanną Maćkowiak-Panderą z think tanku Forum Energii.

Komisja Europejska, prezentując założenia Europejskiego Zielonego Ładu, wrzuciła piąty bieg w klimatycznej transformacji Europy. Jednym z kolejnych celów jest wprowadzenie unijnego systemu handlu emisjami (EU ETS) do transportu oraz mieszkalnictwa. Te plany nie zostały przyjęte w Polsce bezkrytycznie. Zgadza się Pani z tym, że mogą uderzyć mocno w kieszenie Polaków?

Ten temat budzi emocje nie tylko w Polsce, ale w każdym kraju UE. Niełatwo zakomunikować obywatelom, że będą płacić na emisje, stąd mamy to poczucie, że to jest bardzo trudny temat. Rzeczywiście, wprowadzenie takiego rozwiązania bez wizji wsparcia czy pomysłu, jak by to miało działać, będzie traktowane wyłącznie jako koszt. Ludzie muszą zobaczyć realne mechanizmy wdrażania i korzyści z tego programu.

W tej chwili jako mieszkańcy Polski ponosimy tylko część kosztów związanych z naszymi codziennymi wyborami. Na przykład płacimy za kupno auta, czyli ponosimy koszty inwestycyjne, płacimy za paliwo, za naprawę samochodu, ale nie ponosimy kosztów zanieczyszczenia środowiska. A one są przerzucone na całe społeczeństwo. Później już nie ma znaczenia, czy ktoś jeździ rowerem, elektrykiem czy dieslem. Komponent środowiskowy w ogóle nie podlega wycenie. Taki system powoduje, że technologie najbardziej emisyjne są po prostu najtańsze i najbardziej popularne.

W wielu obszarach gospodarki taki mechanizm opłat środowiskowych już funkcjonuje. Zgodnie z zasadą „zanieczyszczający płaci” wprowadzono go w przemyśle, mimo że to był kosztowny i bolesny proces. Wprowadziliśmy go też w energetyce i ciepłownictwie systemowym. Kwestia opłat za odpady jest również uregulowana. Zawsze pozostaje pytanie o adekwatność tych opłat. Natomiast kwestia zanieczyszczenia powietrza i emisji w obszarze budynków, transportu czy rolnictwa jest nieskutecznie uregulowana.

Nie jest tak, że nikt nie płaci za emisję z budynków. Opłata za emisję CO2 jest zawarta w cenie ciepła, jeśli ktoś podłączony jest do ogrzewania sieciowego. I powszechny jest mit, że to ubodzy energetycznie zanieczyszczają powietrze najbardziej. Ale często ubodzy mieszkają w małych mieszkaniach do 50 m kw., które są ogrzewane gazem albo ciepłem sieciowym.

Poza systemem są budynki ogrzewane indywidualnie. Część z nich, ogrzewana węglem, nie tylko emituje CO2, ale też pyły, związki siarki i inne szkodliwe substancje bez niemal żadnych konsekwencji. Koszty zdrowotne zanieczyszczenia ponosi całe społeczeństwo. Musimy wprowadzić mechanizm, który wyśle poprawne sygnały cenowe do zanieczyszczających. Krótko mówiąc – chodzi o to, żeby w sposób łagodny spowodować, że ten koszt zanieczyszczenia środowiska zostanie uwzględniony w koszcie ciepła.

Rozumiem logikę Komisji Europejskiej – system ETS sprawdził się w pewnych sektorach, więc wychodzi się z założenia, że można go rozszerzyć nie tylko na przemysł, ale również na indywidualnych obywateli. Tylko jakie musiałyby być spełnione warunki, żeby ten system działał sprawnie i bez szkody dla odbiorców? Czy już dzisiaj wiemy, o jakich wzrostach cen mówimy?

Jest dużo zastrzeżeń do tej propozycji Komisji Europejskiej. Przede wszystkim została wprowadzona jako propozycja ogólna, uniwersalna, bardzo prosta – ale w tym wypadku prostota działa na niekorzyść. Jeżeli mielibyśmy wprowadzić ją w Polsce, to musielibyśmy skonstruować ten mechanizm zupełnie inaczej. Po pierwsze, inny jest koszt redukcji emisji CO2 w transporcie, a inny w budynkach. Emisje kosztują w transporcie relatywnie mało, co oznacza, że koszt uprawnienia do emisji musiałby być wysoki, żeby zachęcał do zmiany środka transportu na mniej emisyjny. Tymczasem ten sam koszt emisji CO2 w budynkach ogrzewanych węglem wywoła szok. To jest związane z tym, że budynki w Polsce w porównaniu z budynkami w Unii Europejskiej są zdecydowanie bardziej emisyjne – bo są znacznie mniej energooszczędne, niedocieplone itd.

Komisja w tej chwili proponuje wprowadzenie jednej uniwersalnej ceny dla wszystkich budynków i transportu w Unii Europejskiej. To absolutnie nie powinno tak wyglądać. Mieszkaniec domu ogrzewanego gazem np. w Holandii zapłaci znacząco mniej za emisję CO2 w budynku niż ktoś w Polsce. Jednocześnie jego poziom dochodu jest znacznie wyższy. Polak będzie się ogrzewał węglem dlatego, że państwo nie zachęciło go lub niewystarczająco wsparło, żeby zainwestował w efektywność energetyczną i inne źródło ciepła. To są lata zaniedbań. Dlatego jeżeli ten mechanizm miałby zostać wprowadzony w Polsce, to cena powinna być niższa dla emisji budynków, a dla transportu wyższa.

To nie powinien być system, który podlega tylko i wyłącznie mechanizmom rynkowym, tak jak w innych sektorach. W skali Unii Europejskiej płynność tego rynku jest nie do przewidzenia, mogłoby dojść do naprawdę nieoczekiwanych efektów cenowych. Rynek wielu towarów jest mocno zdestabilizowany. Powinniśmy zaproponować cenę minimalną oraz korytarz wzrostu tej ceny w perspektywie następnych 10 lat.

Oznacza to, że odbiorca będzie miał świadomość, jak będzie wzrastała cena za paliwo czy węgiel i zorientuje się, że już za 5 lat będzie to dla niego za drogie – więc opłaca się zainwestować w nowe urządzenia – niskoemisyjne, które będą coraz bardziej popularne i coraz tańsze. Samochód elektryczny czy pompa ciepła będzie coraz bardziej osiągalna. Dlatego powinno się wprowadzić stabilny korytarz cenowy dla kosztów emisji w budynkach i transporcie na następne 10 lat: odbiorca wiedziałby, że koszt z każdym rokiem będzie wzrastał.

Na początku wycena emisji powinna być relatywnie niska i stopniowo rosnąć, aby ludzie mieli możliwość przygotowania się do zmiany, poszukania źródeł finansowania, wyboru urządzeń, znalezienia ekipy remontowej. Ale sygnał będzie jasny, że zmierzamy w stronę czystych źródeł ciepła i poprawy efektywności energetycznej w budynkach; że stare emisyjne urządzenia po prostu nie będą się opłacać

A program „Czyste powietrze” nie pełni dzisiaj podobnej funkcji?

Mam krytyczne zdanie na temat tego programu, jest bardzo scentralizowany, gospodarstwom indywidualnym brakuje realnego technicznego wsparcia i norm efektywności energetycznej. Co prawda inwestujemy w poprawę efektywności energetycznej, ale na symbolicznym poziomie. Program „Czyste powietrze” jest realizowany zbyt wolno, do tego pieniądze inwestowane są w projekty, które nie przybliżą nas do celu neutralności klimatycznej. To na pewno jest jakiś system wsparcia, ale mało ambitne projekty nie tylko nie przybliżą nas do celu klimatycznego, ale wręcz od niego oddalą.

Kiedy przygotowaliśmy projekt Antysmogowej mapy drogowej dla Żywca, który jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast w Polsce z fatalną jakością powietrza, okazało się, że 70% budynków w tym mieście przeszło termomodernizację. Ale była na tak słabym poziomie, że to po prostu nie daje żadnych efektów. To jest bardzo zła sytuacja dlatego, że jeżeli ktoś już raz zainwestował dziesiątki tysięcy złotych w poprawę standardu budynku, to nie zrobi tego ponownie przez kolejne 20 lat. Dlatego tak ważne, żebyśmy tę efektywność energetyczną i termomodernizację kolejnych budynków podnieśli do naprawdę wysokiego standardu.

Znajdujemy się w ważnym momencie, bo bezprecedensowo wysokie fundusze unijne mogą popłynąć na termomodernizację. Wiemy, jak ją skutecznie przeprowadzić?

Niestety wciąż nie mamy strategii dotyczącej poprawy efektywności w budynkach. Na początku lat 90., kiedy Polska weszła w okres głębokiej transformacji, ceny różnych surowców energetycznych paliw zaczęły szybko rosnąć. Wtedy dużo ludzi zaczęło samemu inwestować w poprawę efektywności budynków, ale były to procesy bardzo chaotyczne. Jak spojrzymy na konsumpcję energii elektrycznej i cieplnej w budynkach to widać, że wtedy jakaś poprawa nastąpiła, a później się zatrzymaliśmy w miejscu. Są pewne programy finansowe np. Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, ale one są niewystarczające i przynoszą za małe korzyści.

Od czego powinniśmy zacząć w tworzeniu strategii termomodernizacji?

Od porządnej certyfikacji budynków, przeprowadzanej przez kompetentnych audytorów, taki system musi podlegać kontroli podobnie jak kontrola techniczna pojazdów. Dziś kupujący domy z rynku wtórnego nie mają żadnej informacji o tym, jaki jest koszt ciepła i jaki jest standard tego budynku. Kupując dom lub mieszkanie często kupujemy kota w worku. Potrzebna jest więc rzetelna informacja, rzetelny certyfikat. Choć to oczywiście może być problem, bo taki certyfikat wpływałby na wycenę budynku. Na razie mamy certyfikację jedynie nowych budynków. Toczą się prace nad Strategią Renowacji Budynków, ale one gdzieś utknęły w Ministerstwie Rozwoju.

Jak powinna wyglądać poprawnie przeprowadzona termomodernizacja? Jakie są jej priorytety? Jaki cel finalny chcemy osiągnąć?

Punktem wyjściowym do udanej termomodernizacji jest dobra diagnoza stanu istniejącego, która powinna obejmować ogólny stan budynku. Kluczem do sukcesu jest przeprowadzenie kompleksowych prac termomodernizacyjnych. Do takich prac należą: ocieplenie ścian, podłogi, stropu i dachu, wymiana okien i drzwi, modernizacja instalacji ciepłowniczej i montaż wentylacji z odzyskiem ciepła. Przeprowadzenie tych działań równolegle nazywamy głęboką termomodernizacją.

W efekcie możemy ograniczyć zużycie ciepła nawet czterokrotnie. Mniejsze zużycie ciepła to odpowiednio niższe rachunki dla mieszkańców, mniej zanieczyszczeń powietrza i redukcja emisji dwutlenku węgla. Kluczowa jest kompleksowość tych działań.  Ocieplając sam budynek, bez wymiany instalacji ciepłowniczych, blokujemy możliwość stosowania rozwiązań zeroemisyjnych zarówno w sieciach ciepłowniczych, jak i indywidualnych budynkach. Głęboka termomodernizacja jest warunkiem koniecznym do transformacji technologicznej i akceptowalnych cen ciepła.

I teraz temat rzeka, w jaki sposób to zrobić? W jaki sposób wpisują się w to działania rządu?

W działaniach rządu przede wszystkim widać brak długofalowej wizji strategicznej i determinacji w jej realizacji. Tam, gdzie dokumenty strategiczne się pojawiły, ich treść jest spóźniona i nieadekwatna do wyzwań. W wielu innych przypadkach tych dokumentów nie ma. Do dzisiaj nie doczekaliśmy się strategii ciepłownictwa i renowacji budynków. W efekcie działania, które obserwujemy, są doraźne i niespójne. Tworzy to niepewność zarówno po stronie popytu (dostawców technologii), jak i podaży (gospodarstw domowych).

Jeśli chcemy to zmienić – przede wszystkim potrzebna jest wizja tej zmiany. Jasny sygnał ze strony rządu: co i kiedy oraz jakimi środkami chcemy osiągnąć. To jest pierwszy krok. Następnie trzeba stworzyć warunki dla dobrej koordynacji i komunikacji z uczestnikami tego procesu. Masowa termomodernizacja przynosi korzyści wszystkim stronom. Zarówno dla państwa (walka z ubóstwem energetycznym, zanieczyszczeniem powietrza), społeczeństwa (komfort cieplny, niższe ceny ciepła) jak i producentów wraz z wykonawcami (stabilny popyt). Bardzo ważne jest stworzenie warunków, które zaangażują wszystkie strony do regularnego dialogu. Uczestnicy transformacji muszą zobaczyć długofalową wizję transformacji, która będzie stabilna, regularnie aktualizowana i dyskutowana wraz z ich udziałem.

I jeżeli mówimy o kosztach dla gospodarstw domowych, to czy są jakieś mechanizmy, które sprawiają, że ten proces transformacji będzie trochę lżejszy?

Czyste ciepło może stać się potężną machiną rozwoju polskiej gospodarki. Jednak Polska od lat nie ma strategii dla ciepłownictwa. Nie wiemy tak naprawdę, w jakie technologie chcemy inwestować. Dlatego potrzebujemy strategii rozwoju elektryfikacji ciepłownictwa. Teraz to brzmi jak science fiction, bo energia elektryczna jest droga, ale w budynkach indywidualnych największy potencjał ma ogrzewanie elektryczne w połączeniu z własnymi źródłami OZE, np. fotowoltaiką. Absolutnie trzeba wyeliminować dofinansowanie z budżetu państwa wymiany kotłów węglowych na inne węglowe. Ministerstwo podjęło takie decyzje, ale do końca roku nadal można uzyskać dofinansowanie do kotła węglowego.

Musimy zbudować zaplecze ekspertów i ekspertek, którzy będą doradzać ludziom, tworzyć standardy, kontrolować jakość procesu. Mamy bardzo dużo pieniędzy dostępnych z funduszy unijnych – na energię i klimat najwięcej w historii swojego członkostwa w Unii Europejskiej. Żeby wydać te fundusze sensownie, musimy mieć instytucje, które będą wspierać administrację w tworzeniu mechanizmów wdrożeniowych czy zwolnień podatkowych. Trzeba przeprowadzić potężną akcję komunikacyjną i edukacyjną.

Jak powinny takie mechanizmy wsparcia wyglądać?

Przede wszystkim powinny być skierowane do ubogich energetycznie. Samotny emeryt w domu pod lasem nie będzie wiedział, jak przeprowadzić termomodernizację czy wymianę źródła ciepła, bo to nie jest prosty proces. Do takich osób powinno się dotrzeć z kompleksową informacją na temat całego procesu: od audytu energetycznego, przez wskazanie technologii możliwych do zastosowania po informacje o tym, gdzie i w jaki sposób można na to uzyskać dofinansowanie.

Proces nie jest ani prosty, ani tani. Czy ludzie na pewno tak chętnie będą w nim uczestniczyć?

Chyba największa obawa jest wśród wielu ekspertów czy polityków, że to wywoła niepokój społeczny. A rzeczywiście może się tak stać. Jeśli system opłat będzie wprowadzany na zasadzie takiej narracji, że Bruksela nas do tego zmusza, a my nie mamy żadnego pomysłu, jak to zrobić i traktujemy to jak atak, to trudno z tego zrobić historię sukcesu. Jestem przekonana, że można zmiany wprowadzać tak, że koszty ogrzewania znacząco spadną, a jakość powietrza i wpływ na klimat się zmniejszy.

W problem czystego powietrza powinny być zaangażowane samorządy. NFOŚiGW, który obecnie koordynuje program „Czyste powietrze” jest dla ludzi abstrakcyjną instytucją zlokalizowaną w Warszawie. Dziś i tak z tego programu korzystają ci, którzy mają najwięcej pieniędzy. Z czasem będzie coraz trudniej zachęcić ludzi do zmian. Trzeba będzie więcej zainwestować w edukację i wsparcie techniczne gospodarstw domowych, żeby sobie poradziły. Wymiana źródła ciepła to jest stosunkowo najmniejszy problem, ale wiele budynków naprawdę wymaga radykalnej poprawy standardu cieplnego, bo inaczej każda wymiana źródła ciepła będzie prowadziła do wyższych kosztów. Jest też wiele budynków, w które nie opłaca się inwestować, bo ich stan jest zły.

Jak to sfinansować? Unia ma duże fundusze a my będziemy największym beneficjentem, ale i tak czy będzie to wystarczająco dużo? A przecież i tak niedoceniany jest bardzo poważny czynnik polityczny. W dobie trudnych negocjacji z Brukselą na temat praworządności te rozmowy o finansowaniu są bardzo niewygodne.

To zależy, co to znaczy „wystarczająco duże finansowanie”. Jeśli w tej logice „wystarczająco duże” to znaczy 100% dofinansowania, to na pewno tyle nie dostaniemy. Zmiany są potrzebne nie tylko ze względu na klimat, ale głównie dlatego, że musimy modernizować gospodarkę na różnych poziomach. Zanieczyszczenie powietrza to nasz realny, krajowy problem. To są lata naszych zapóźnieni i zaniedbań. Więc to oczywiste, że my też musimy ponosić koszty. A rolą państwa jest wspierać w tym procesie przede wszystkim najuboższych. Jeśli nie sięgniemy po pieniądze unijne – trzeba będzie i tak wydawać własne pieniądze z budżetu państwa na wsparcie coraz liczniejszych grup obywateli, bo ceny energii i ciepła, obarczone ciężarem rosnących emisji, staną się nie do udźwignięcia.

Działanie sfinansowane ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.