Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Czy to merytokracja stworzyła antyszczepionkowców? Historia o tym jak COVID-19 przechytrzył liberalną demokrację

Dyskusja nad sposobem poradzenia sobie z pandemią koronawirusa trwa od jej początku. Gdy okazało się, że społeczeństwa nie chcą się szczepić, politykom przyszedł do głowy pomysł, żeby do szczepień zmusić. To napotkało opór. Widzimy konflikt między państwem, które chce realizować swoje zadania a opinią publiczną, która ma wrażenie, że czegoś się ją pozbawia, i nie chce dać rządzącym zgody na działanie. Winowajcą jest liberalna demokracja, tradycyjnie bezradna wobec stanu wyjątkowego, którym tym razem jest pandemia COVID-19.

Walka z pandemią: rządy chcą siłą, ludzie tylko dobrowolnie

Dyskusja nad wprowadzeniem paszportów covidowych lub przymusowych szczepień cały czas się tliła. Listopad, który przyniósł ze sobą czwartą falę COVID-19, rozpalił jej płomień na nowo. Pogarszająca się sytuacja epidemiczna w Europie skłoniła rządy niektórych państw do sięgnięcia po bardziej zdecydowane środki walki z pandemią.

14 listopada w Austrii ciągu minionej doby liczba nowych zachorowań wyniosła 13152, a 48 osób zmarło. Z tego powodu w piątek 19 listopada władze ustami kanclerza Alexandra Schallenberga zapowiedziały lockdown. Jak podaje portal money.pl, w wyniku wprowadzonych restrykcji ograniczono swobodę opuszczania domów. Od tej pory mieszkańcy mogli wychodzić jedynie do lekarza, na zakupy lub w celu uprawiania sportu. Jednocześnie zapowiedziano, że od lutego 2022 szczepienia będą obowiązkowe. Na reakcję społeczeństwa nie trzeba było długo czekać. W sobotę 20 listopada dziesiątki tysięcy osób zgromadziły się na ulicach Wiednia, żeby protestować przeciwko nowym restrykcjom i przymusowi szczepień.

Austria nie była odizolowanym przypadkiem, gdzie rząd spróbował siłą, a społeczeństwo odpowiedziało protestem. Dwa miesiące wcześniej we wrześniu powtarzały się co tygodniowe manifestacje we Francji przeciwko wprowadzonym paszportom covidowym i obowiązkowi szczepień. Jak podaje polsatnews.pl, wzięło w nich udział ogółem 60-80 tys. osób. Jednak do najgwałtowniejszych wystąpień doszło w Holandii. 19 listopada w Rotterdamie manifestacja przeciwko wprowadzonym ograniczeniom przerodziła się w zamieszki. Policjanci użyli broni. Były doniesienia o rannych.

Powyższa panorama pokazuje, że mamy do czynienia z konfliktem między rządami, które chcą wreszcie uporać się z epidemią a ludźmi, którzy mają poczucie, że istotnie ogranicza się ich wolność, nie pytając ich o zdanie. Charakterystyczny przy tym jest język, w którym protestujący wyrażają swój sprzeciw. Podczas manifestacji w Belgii jeden z jej uczestników powiedział: „Wiemy, że wirus istnieje, ale powinniśmy zostawić to do decyzji ludzi, czy chcą się zaszczepić czy też nie”. W podobnym tonie wypowiadała się inna uczestniczka manifestacji: „Przyszłam tutaj, aby wyrazić moje zdanie na temat wolności wypowiedzi i osobistego wyboru i tego, abyśmy szanowali wybory wszystkich”. Nie inaczej było w pozostałych europejskich stolicach. We Francji jedna z uczestniczek paryskiej demonstracji pod ambasadą Austrii, która odbyła się 18 listopada, powiedziała: „Po pierwsze, musimy wspierać Austriaków. Myślę, że to, co jest proponowane, to zanurzenie się w odmętach horroru, zanurzenie się w odmętach dyskryminacji. Obawiamy się, że to samo stanie się we Francji”.

Przykłady można by mnożyć. Za każdym razem jednak dominuje w nich podobny zestaw zwrotów: dyskryminacja, prawo do decydowania, szacunek dla osobistego wyboru, prawo do decydowania o własnym ciele. Protestujący wyrażają swój sprzeciw w słowniku liberalnej demokracji, w której zostali wychowani. Jest to sposób myślenia o polityce, który był im znany od zawsze, do którego zostali przyzwyczajeni i za pomocą którego oceniają działania rządów swoich krajów. Tym zaś, czego władze absolutnie nie mogą robić, jest podjęcie działań, których charakter będzie sprzeczny z logiką liberalnego słownika.

Obecny kryzys polega na tym, że rządy czują się przymuszone do reagowania w sposób nieliberalny, a mimo posiadanych przez nie argumentów i danych oraz rosnącego licznika ludzkich tragedii – tymi ostatnimi są przecież zgony na COVID-19 – nie znajdują legitymizacji społecznej. Koronawirus pokazał, że demokracja liberalna nie jest w stanie poradzić sobie z sytuacją będącą de facto stanem wyjątkowym.

Rządy nie mają bowiem ku temu dostatecznego poparcia, a próba zadziałania przymusem – zakładając, że w ogóle będzie skuteczna – może mieć istotny koszt polityczny. Politycy obawiają się fali protestów, a także dalszej radykalizacji ruchów skrajnych, które w największym stopniu są odpowiedzialne za postawy niechętne szczepieniom i obostrzeniom oraz wykazują największy sceptycyzm co do skali zagrożenia, jakie niesie ze sobą COVID-19.

Państwo to nie firma

Obserwowane napięcie między obietnicą podmiotowego udziału obywateli w rządach a dobrem wspólnym i przymusowym charakterem państwa ma swoje przyczyny, które w leżą sojuszu demokracji liberalnej z merytokracją. Przez tę ostatnią rozumiem system, w którym pozycja społeczna, a zwłaszcza moralne prawo do uczestniczenia w podejmowaniu ważnych decyzji politycznych jest ściśle związane z posiadanymi kompetencjami. Teoretycznie pomysł, aby rządzili nami najlepiej wykształceni, decyzje zaś były podejmowane oparciu o ekspertyzy naukowców, brzmi jak przepis na murowany sukces. W praktyce jednak, co postaram się wykazać, ma istotne ograniczenia.

Rządzenie państwem nie jest rządzeniem firmą, gdyż jest znacznie bardziej złożone. Przede wszystkim legitymizacja władzy firmie bierze się z własności prywatnej i kontraktualnej zgody między pracownikiem a pracodawcą. Co natomiast legitymizuję władzę w państwie? Czy ktoś z nas jakąś umowę z państwem podpisał? Dla potrzeb tej analizy zgodzę się z Machiavellim, który uważał, że źródłem prawa rządzącego do wydawania rozkazów są przekonania rządzonych co do tego, kto może prawomocnie wydawać rozkazy. W demokracji liberalnej tym kimś jest lud, który od czasu kryzysu finansowego w 2008 r. był systematycznie i ostentacyjnie lekceważony, jak miało to miejsce m.in. w trakcie referendum w Grecji w 2011 r

Obietnica, którą niesie ze sobą ustrój polityczny

Polityka zawiera w sobie obietnicę, a każda doktryna polityczna jest jej konkretną postacią. Liberalizm przyniósł ze sobą wizję państwa, które ma jedynie pilnować, aby jednostki współpracowały ze sobą bez kolizji i utarczek. Gdy zaś dojdzie do konfliktu, wkroczy jako rozjemca, do czego ma prawo, gdyż samo istnieje za zgodą tych jednostek i ze względu na obowiązek obrony ich uprawnień (a to nie to samo co „dla ich dobra”).

Liberalna wizja jest niezwykle pociągająca. Oto bowiem jednostka ma absolutne prawo do samostanowienia, jest wolna od przymusu, a państwo musi ją traktować w sposób podmiotowy. XX-wieczne dyskusje o demokracji deliberatywnej jeszcze wzmocniły siłę przyciągającą tej wizji. Liberalizm łatwo może paść ofiarą oskarżenia, że jest to doktryna polityczna, będąca jedynie doraźnym modus vivendi, gdyż ogranicza zadania państwo do minimum, dając w ten sposób szansę na pokojowe współżycie ludzi o różnych poglądach. Dopóki istnieje pluralizm światopoglądowy, dopóty liberał ma rację politycznego bytu.

Tymczasem projekt demokracji deliberatywnej, w szczególności w wydaniu Habermasa, dawał nadzieję na uniknięcie tego zarzutu. W jego założeniu maksymalizacja równości i wolności jest możliwa poprzez stworzenie takiej formy ładu społecznego, która sprawi w możliwie największym stopniu, że „komunikacja między ludźmi przybierze postać powszechnego, wolnego od przymusu i stosunków panowania dialogu”.

Kluczowe tym kontekście jest habermasowskie pojęcie idealnej sytuacji komunikacyjnej, która zakłada komunikację niezakłóconą przez jakiekolwiek procesy zewnętrzne, przypadkowe oddziaływanie lub przymus. Innymi słowy, musi zachodzić pełna symetryczność uczestników dyskursu. Jest to oczywiście pewna idealizacja, niemniej stanowi ona normatywny punkt odniesienia dla sposobu, w jaki powinna przebiegać debata opinii publicznej. Ta ostatnia bowiem jest źródłem legitymizacji władzy, gdyż prawo w wizji Habermasa jest finalnym wynikiem deliberacji równych i wolnych jednostek, których dyskurs tworzy opinię publiczną.

Co to ma wspólnego z protestami przeciwko obostrzeniom i merytokracją? Odpowiedź na to pytanie przyjdzie szybko, gdy tylko wyobrazimy sobie, że wedle takiej obietnicy – respektowania opinii publicznej, tworzonej przez wolnych i równych – miało przebiegać życie w Europie Zachodniej. Przecież debata jest sednem demokracji, gdyż to ona i ciśnienie, które wywiera na polityków, ma dawać każdemu obywatelowi poczucie partycypacji i bycia wysłuchanym. To ona jest czynnikiem kontrolującym poczynania władzy. Czy zatem rząd ma w tym systemie prawo do zrobienia czegoś, co jest radykalnie wbrew opinii publicznej, na przykład wprowadzić przymus szczepień? Nie, nie ma, chyba że jest gotów ponieść polityczne koszty takiego działania.

Merytokratyczne scedowanie ciężaru decyzji na ekspertów też nie jest rozwiązaniem. Odwołanie się do opinii specjalistów nie jest bowiem argumentem merytorycznym. Jest odwołaniem się do autorytetu kompetencyjnego, co koliduje z wyobrażeniem idealnej sytuacji komunikacyjnej. Zdefiniowany powyżej liberalny model debaty publicznej zakłada uczestnictwo w publicznym dyskursie wolnych i równych jednostek, które toczą ze sobą dialog pozbawiony jakiekolwiek hierarchii lub stosunków przemocy.

Podczas takiej rozmowy rozstrzygać ma rozum jako taki oraz argument jako taki. Wprowadzenie racji z autorytetu, niezależnie czy kompetencyjnego czy moralnego, zaburza egalitarny charakter liberalnej komunikacji. Z autorytetem bowiem się nie dyskutuje. Autorytetu się słucha. Ale znów – liberalizm nie obiecał niemego posłuchu wobec jakiejkolwiek elity. Obiecał podmiotowość.

Czy liberalna merytokracja stworzyła antyszczepionkowców?

Nie ulega wątpliwości, że wiedza jest niezbędna do wydawania dobrych decyzji. Ocenienie stanu faktycznego samo w sobie często jest trudne, jeśli jednak nie poprzedza go zgoda co do samych faktów – wówczas jest to przedsięwzięcie skazane na porażkę. Dlatego korzystanie przez polityków z opinii ekspertów jest samo w sobie jak najbardziej rozsądne. Moim zdaniem jednak błąd polegał na tym, że w miarę postępującej profesjonalizacji rządzenia państwem zatrzymano się na samym odwołaniu do autorytetu i zaniechano perswazji politycznej, o czym pisał Michael Sandel w Tyranii merytokracji.

Współczesna wiedza naukowa jest coraz bardziej złożona. Specjalizacja stała się koniecznością, gdyż żaden badacz nie jest w stanie w zupełności opanować dziedziny, którą się zajmuje. Dla zwykłego człowieka natomiast świat wiedzy eksperckiej jest zupełnie nieprzejrzysty. Wiedza bowiem nie jest demokratyczna, specjalistyczne wykształcenie z definicji nie jest egalitarne, a świat, w którym wszyscy obywatele posiadają kompetencje na poziomie przewidywanym wykształceniem uniwersyteckim, jest utopią. Stąd perswazja i retoryka polityczna są koniecznością, gdyż tworzą pas transmisyjny wiedzy między technicznym językiem nauki a opiniami szerokich rzesz obywateli.

Sztuka przekonywania jest potrzebna również z jeszcze jednego powodu. Liberalny model debaty projektuje idealną i niezakłóconą czynnikami zewnętrznymi komunikację. Programowo zatem wyklucza się wpływ emocji na proces dochodzenia do konsensusu. Uczucia bowiem nie są argumentem. Skoro debata ma być racjonalna i rozstrzygać ma argument, to czy można prawomocnie podjąć decyzję w oparciu o jakąkolwiek dozę emocji? Jednak uczuciowy aspekt natury ludzkiej jest faktem, a system polityczny, który go nie dostrzega, jest po prostu ślepy na jedno oko.

Liberalny model dyskusji publicznej z jego abstrakcyjnym racjonalizmem dziedziczy stare przekonanie, które wyznawał jeszcze Platon w Gorgiaszu, że wszelka retoryka i odwołanie się do emocji są zbędne. Prawda przekonuje swoją własną mocą. Najlepiej do troski o własne zdrowie przekona lekarz. Najlepiej błąd rachunkowy wytłumaczy matematyk. Nic bardziej mylnego.

Najprawdziwsze i najbardziej pedantyczne argumenty naukowe przegrają z doświadczeniem bezpośredniego zagrożenia. Co jest bardziej przekonujące (w sensie psychologicznym): rzetelne i szczegółowe dane potwierdzające bezpieczeństwo szczepionki Pfizera czy to, że sąsiadka po jednej dawce poczuła się bardzo źle i trafiła do szpitala?

Dociekanie przyczyn coraz bardziej powszechnego kryzysu zaufania wobec nauki jest pewnie zadaniem co najmniej na rozprawę habilitacyjną. Wydaje mi się jednak, że najzupełniej trafna jest uwaga Aleksandra Temkina, który wskazał, że jeśli politykom marzy się doskonała współpraca z uniwersytetami, które mają być dla nich zapleczem intelektualnym, to ostatecznie koszty tego poniosą same akademie.

W wyniku tej symbiozy naukowcy zaczęli być postrzegani jako część rządu. Mówiący abstrakcyjnym, technicznym językiem swoich dziedzin i postawieni w roli autorytetów eksperci mają dostarczać politykom gotowe rozwiązania. Ci zaś przychodzą do obywateli, którym – powtarzam – obiecano podmiotowość i szacunek, przynoszą im teczkach autorytatywne rozstrzygnięcia i oświadczają w piątek: „Z uwagi na dostępne dane o sytuacji epidemicznej i opinie ekspertów od najbliższego poniedziałku możecie wychodzić z domu tylko do sklepu lub na krótki spacer, pracować musicie zdalnie, a w ciągu najbliższych trzech miesięcy macie obowiązek przyjąć szczepionkę pod groźbą kary grzywny”. Czy to nie tłumaczy, skąd się wzięły protesty? Nie zdziwiłbym się, gdyby prowadzone w następnych latach badania wskazały, że za powstanie antyszczepionkowców odpowiada między innymi liberalna merytokracja.

Państwo straciło prawo do stanu wyjątkowego

Nie ma bardziej podstawowego zadania państwa niż obrona życia swoich obywateli. Bywa jednak tak, że tego zadania państwo nie może wypełnić zwykłymi środkami, które ma do dyspozycji. Wtedy mowa o stanie wyjątkowym.

Od prawie dwóch lat jesteśmy w stanie permanentnego kryzysu zdrowia publicznego. Liczba nadmiarowych zgonów od początku pandemii od końca czerwca 2021 r. wyniosła 139 024. Gdy pojawiła się szczepionka, będąca do tej pory jedynym skutecznym środkiem zapobiegającym zakażeniu i ciężkiemu przebiegowi choroby, połowa polskiego społeczeństwa odmówiła skorzystania z niej. Obecnie mamy czwartą falę epidemii. W ciągu kilku ostatnich tygodni liczba zakażeń oscylowała między 20 a 25 tys., a liczba zgonów między 400 a 500 osób. Co robi rząd? Wprowadza limity osób w kinach, restauracjach, teatrach i klubach fitness. Innymi słowy, robi niewiele, a dzieje się tak z powodu, który podałem powyżej. Nie ma ku temu legitymizacji politycznej.

Trzeba przy tym pamiętać, że nie chodzi po prostu o narażenie się na krytykę. Ekipa Zjednoczonej Prawicy mogła przeprowadzić szereg kontrowersyjnych i merytorycznie wątpliwych reform w sądownictwie, ponieważ był to atak na wąską grupę ludzi. Tymczasem elektorat partii rządzącej w dużej mierze został przekonany, że wymiana elity prawniczej, przedstawionej w propagandzie jako „kasta”, jest najzupełniej słuszna. Dlatego mimo regularnych awantur i protestów PiS ponownie wygrał wybory w 2019 r., zachowując większość w Sejmie.

Teraz jednak sytuacja jest inna. Koronawirus sprawił, że rząd polski, podobnie jak rządy państw Europy Zachodniej, stanął w obliczu podobnej sytuacji. Z perspektywy państwowej sięgnięcie po przymus, żeby zakończyć pandemię, jest wydaje się niezbędne. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, która jako fakt powinna zostać zaklasyfikowana do kategorii „stan wyjątkowy” (nie mylić z instrumentem prawnym!). Ta sytuacja trwa już prawie od dwóch lat. Początkowy zapał władz i społeczeństwa szybko jednak zmizerniał. Niewykluczone, że zbudowany w marcu 2020 r. kapitał oporu przeciwko pandemii został roztrwoniony szeregiem przesadnych obostrzeń, takimi jak zamykanie lasów. Od tego czasu bowiem rośnie coraz większe zniecierpliwienie i znużenie pandemią, które sprawia, że niektórych żadne dane o zakażeniach i zgonach nie są w stanie poruszyć. Mentalnie pandemia skończyła się w maju 2020 r. Teraz pozostało jedynie zobojętnienie na nieustannie rosnący wskaźnik zgonów.

Tymczasem ludzie wciąż umierają, a zwykłe środki walki z pandemią nie wystarczają do rozwiązania problemu, dlatego z punktu widzenia rządu wydaje się, że sięgnięcie po instrument stanu wyjątkowego i zastosowanie przymusu szczepień jest ze wszech miar uzasadnione. Jednak władza tego nie zrobi, gdyż tym razem byłoby to działanie obejmujące swoimi skutkami nie tylko wąską grupę ludzi, której elektorat i tak nie lubi, lecz całość społeczeństwa, w tym wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Przeciwko przymusowi szczepień jest bowiem 60% Polaków, a wewnątrz elektoratu partii rządzącej opór wobec tego pomysłu sięga 70%. Brak legitymizacji opinii publicznej dla ostrzejszych środków walki z pandemią jest zbyt wysoki, aby rząd podjął zdecydowane działania.

Jak wskazywał Carl Schmitt, nie da się rzeczywistości w zupełności opisać prawem pozytywnym, gdyż mogą zaistnieć sytuacje, które wymykają się temu opisowi. Innymi słowy, może zaistnieć stan wyjątkowy, czyli sytuacja z definicji wymykająca się obowiązującym unormowaniom i praktyce politycznej. Per analogiam to samo zachodzi w odniesieniu do liberalnej demokracji legitymizowanej deliberacją opinii publicznej. Z uwagi na konieczność realizowania swoich podstawowych zadań, jeśli zajdzie sytuacja stanu wyjątkowego, państwo musi sięgnąć po stan wyjątkowy – doraźne, punktowe działanie z użyciem siły – nawet jeśli nie ma ku temu legitymizacji.

Uprawnienie państwa do sięgnięcia po ten instrument wynika ze wspomnianych podstawowych zadań organizacji państwowej. Faktyczna niemożność sięgnięcia po stan wyjątkowy w walce z pandemią, z którą zmaga się demoliberalny świat zachodni, w tym Polska, wynika z braku zgody ze strony obywateli. Brak tej zgody zaś jest wynikiem zdradzenia liberalnej obietnicy politycznej poprzez wejście liberalnej demokracji w sojusz z merytokracją. W rezultacie tego procesu zostaliśmy ostatecznie postawieni w kontekście przeciwdziałania pandemii wobec alternatywy: albo podmiotowe traktowanie obywateli, albo państwo i dobro wspólne.

Fala protestów przeciwko restrykcjom pandemicznym i przymusowi szczepień, która przetoczyła się przez Europę, znajduje swojej wyjaśnienie w opisanym powyżej napięciu. Państwo chce realizować swoje zadania, jednak społeczeństwo wychowane w liberalnych demokracjach nie daje mu na to zgody. Gdybym miał opowiedzieć się za jedną z tych perspektyw, to prywatnie bliższy byłby mi państwowy punkt widzenia i przedsięwzięcie zdecydowanych środków przeciwdziałania epidemii. Niemniej z punktu widzenia osoby, która usiłuje zrozumieć proces rozgrywający się na naszych oczach, nie zdziwię się, jeśli z powodu konfliktu tych dwóch sposobów postrzegania pandemii koronawirusa do żadnych zdecydowanych działań nie dojdzie. Koniec końców liberalizm wielokrotnie był krytykowany za projektowanie uproszczonej wizji polityki. Pandemia COVID-19 wykazuje ponadto, że istnieją sytuacje, w których jest on także antypaństwowy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.