Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Eugeniusz Chimiczuk  8 grudnia 2021

Potężne, nowoczesne i… nieprzydatne? Czy czołgi Abrams rzeczywiście wzmocnią nasze bezpieczeństwo?

Eugeniusz Chimiczuk  8 grudnia 2021
przeczytanie zajmie 12 min
Potężne, nowoczesne i... nieprzydatne? Czy czołgi Abrams rzeczywiście wzmocnią nasze bezpieczeństwo? M1A2 Abrams [za:] Wikipedia

Jakkolwiek abramsy to jedne z najlepszych czołgów na świecie, ich zakup wzbudza szereg wątpliwości. Brak integracji łączności i wspólnych standardów amunicji może doprowadzić Siły Zbrojne RP do „syndromu państw arabskich” – posiadania sprzętu nowoczesnego, ale działającego jako osobne jednostki uzbrojenia, a nie spójne elementy jednego systemu. Brak też obecnie w Polsce zaplecza przemysłowo-naukowego zdolnego do utrzymania i modernizacji abramsów. Doświadczenia innych państw uświadamiają ponadto, że w razie politycznego skonfliktowania z rządem sojuszniczym, będącym zarazem sprzedawcą uzbrojenia, czołgi mogą zostać pozbawione wsparcia technicznego – na przykład w chwili, gdy będą najbardziej potrzebne.

Decyzja o zakupie czołgów Abrams zaskoczyła wielu ekspertów, mimo krążących od lat pogłosek na ten temat. Przeciwników takiego zakupu przez dłuższy czas było więcej niż zwolenników. Polska już posiada bardzo dużą liczbę różnych typów czołgów, które można generalnie podzielić na dwie rodziny: T-72M (w tym ich głęboko zmodernizowaną przez Polskę w latach 90. wersję, PT-91) i Leopard 2, w wersjach 2A4 (której modernizacja do standardu 2PL jest obecnie realizowana) i 2A5. Ta różnorodność tworzy duże problemy natury logistycznej, jako że każda rodzina czołgów posiada bardzo dużo modyfikacji.

Od pewnego czasu docierały nieoficjalnymi kanałami informacje, że program modyfikacji i przywrócenia z rezerwy do służby dużej części czołgów T-72M skończy się fiaskiem – do czołgów T-72 brakuje wielu kluczowych komponentów, w tym silników, produkowanych kiedyś w warszawskich Zakładach Mechanicznych PZL-Wola. W takim właśnie kontekście pojawiły się informacje o prowadzonych rozmowach o zakupie czołgów Abrams – i to właśnie one mają zastąpić T-72. Zakup budzi jednak szereg kontrowersji – nie ze względu na sam czołg i jego walory taktyczne, lecz szerszą perspektywę strategiczną.

Silnik, armata, radiostacja…

Warto rozpocząć od tego, że abrams jest bardzo dobrym, o ile nie najlepszym czołgiem na świecie. Ogólnie udany układ konstrukcyjny z odizolowanymi magazynami do bezpiecznego przechowywania amunicji, mała powierzchnia osłabionych obszarów, grube przedziały pancerza specjalnego, zaś w wersji M1A2 SEP v.3, którą chce pozyskać Polska, także najnowocześniejsze rozwiązania w dziedzinie pancerzy (pancerz kompozytowy NGAP), ulepszony system kierowania ogniem (SKO) i pomocniczy system zasilania – te i inne zalety można by wymieniać długo. Jak każda konstrukcja, abrams nie jest jednak pozbawiony wad – na tyle poważnych w wymiarze strategicznym, że wśród eksportowych użytkowników abramsów jedynym państwem, które można by zaliczyć do grona podmiotowych, jest Australia.

Kluczowym problemem jest jednostka napędowa – silnik turbowałowy, znany przede wszystkim jako napęd śmigłowców. Wbrew obiegowym opiniom turbina gazowa może być napędzana różnymi paliwami, w tym zwykłym olejem napędowym; jest też nadzwyczajnie skuteczna i nie mniej trwała niż silniki tłokowe. Silnik turbowałowy musi jednak podtrzymywać wysokie obroty jałowe, aby nie zgasnąć. Biorąc pod uwagę, że czołgi często poruszają się w zmiennym tempie – w tym wolno i z przerwami – względne zapotrzebowanie silnika turbowałowego na paliwo jest wyższe niż w wysokoprężnych odpowiednikach. Amerykanie zauważyli ten problem i pracują nad następcą turbiny – silnikami wysokoprężnymi rodziny Achates, z przeciwbieżnym układem tłoków w cylindrze. Obecna wersja, o którą ubiega się Polska, jest jednak napędzana silnikiem turbowałowym – a to tylko początek wątpliwości.

O sile ognia „polskich” abramsów zdecyduje wybór podkalibrowej amunicji przeciwpancernej. Wciąż nie wiemy, czy będzie to amerykańska M829 ze zubożonym uranem, której stosowanie może budzić racjonalne obawy środowiskowe, czy jej eksportowa wersja wolframowa, czy też nowoczesna niemiecka amunicja DM63, zakupiona niedawno dla czołgów Leopard. Chociaż armata M256 jest zbudowana zgodnie ze wspólnym natowskim standardem amunicji czołgowej 120×570, to o ile MON nie zdecyduje się na amunicję amerykańską, niezbędne stanie się wgrywanie odpowiedniego oprogramowania do systemu kierowania ogniem, a następnie seria prób. Otwarta pozostaje kwestia dalszego rozwoju rokującej nadzieje polskiej amunicji podkalibrowej rodziny Pz.531 Mk. II i jej integracji z armatą i SKO abramsa.

Równolegle nasuwa się pytanie o łączność. Doświadczenia z leopardami pokazują, że choć Polska jest producentem nowoczesnych radiostacji, to nawet półtora dekady eksploatacji leopardów nie wystarczyło, by wymienić przestarzałe niemieckie radiostacje z lat 80., nawet przy okazji modernizacji wersji 2A4 do 2PL.

Uniknąć losu Arabii Saudyjskiej

Każdy system uzbrojenia jest jedynie elementem większego systemu obronnego państwa. Brak integracji łączności i wspólnych standardów amunicji może prowadzić do „syndromu państw arabskich”, którego świetną egzemplifikacją jest armia Arabii Saudyjskiej, uzbrojona w najnowocześniejszy sprzęt produkcji amerykańskiej i europejskiej i ośmieszająca się wręcz w konflikcie z Jemenem, w którym bojownicy Huti, uzbrojeni w starszej generacji sprzęt irański i chiński, byli w stanie przemóc sprzęt Saudyjczyków – zdecydowanie nowocześniejszy, ale działający jako osobne jednostki uzbrojenia, a nie spójne elementy jednego systemu.

Kolejna wątpliwość co do trafności decyzji o zakupie abramsów dotyczy zdolności zaplecza przemysłowo-naukowego państwa do utrzymania, napraw i modernizacji systemu uzbrojenia w trakcie całego cyklu życia czołgu.

Turbinę gazową, obok wspomnianych wad taktycznych, obciąża duży problem natury technologicznej: utrzymania silnika turbowałowego w należytym stanie. W polskich jednostkach Wojsk Lądowych zdolne do obsługi tego typu silników są tylko zespoły serwisujące śmigłowce, ale potencjał tych zespołów ogranicza się do obsługi starszych silników proweniencji sowieckiej. Trudno ponadto przyjąć, że polskie zakłady są przygotowane do obsługi turbin 250 czołgów, skoro mają problemy z terminową naprawą silników mniejszej liczby śmigłowców.

Inna kontrowersja dotyczy pancerza czołgów Abrams – najlepszego pancerza specjalnego na świecie, ale, jak każdy pancerz, ulegającego przecież uszkodzeniom w trakcie działań wojennych. Nowoczesne pancerze kompozytowe składają się z pojedynczych płyt ułożonych w komorach czołowych wieży i kadłuba, co ułatwia modernizację i umożliwia relatywnie szybką wymianę uszkodzonych płyt na nowe – pod warunkiem, że się nimi dysponuje. Szczegóły technologii produkcji płyt, jak i same płyty, są zaś objęte ścisłą tajemnicą państwową, tak że przesłanie do Polski w razie konfliktu samych płyt, bez towarzyszącej delegacji producenta, będzie niemożliwe.

Dobrym przykładem tego, jak ważna jest szybka i samodzielna naprawa uszkodzonych czołgów, jest konflikt w Donbasie, podczas którego w ciągu zaledwie kilku miesięcy ukraińscy specjaliści przywrócili sprawność większości sprzętu ciężkiego. Ze względu na brak rozwoju, a wręcz regres rodzimego przemysłu zbrojeniowego, jest to obecnie nierealne w Polsce.

Sprzedaj i uzależnij

Kwestia napraw uzbrojenia jest zagadnieniem silnie nacechowanym czynnikiem politycznym. Po kilku trafieniach, nawet niepenetrujących pancerza w pełni, czołg wymaga wymiany płyt pancernych lub części słabiej chronionego osprzętu (na przykład celowników optycznych). Tym samym bez zaplecza naprawczo-modernizacyjnego drogie nowoczesne czołgi w ciągu kilku dni walk z symetrycznym przeciwnikiem zamieniają się w złom. Na rynku uzbrojenia rządzi zaś sprzedawca, nie klient, a to ma swoje konsekwencje dla polityki bezpieczeństwa.

Zbigniew Brzeziński czy Edward Luttwak, doradcy prezydentów Stanów Zjednoczonych ds. bezpieczeństwa, sugerowali sprzedaż nowoczesnego uzbrojenia jako narzędzie kontroli państw sojuszniczych. Przykładów stosowania tego typu zaleceń w działaniu nie brakuje, a jeden z ostatnich pochodzi z 2017 roku, gdy serwisowania czołgów Abrams odmówiono armii irackiej po pojawieniu się informacji o przekazaniu kilku sztuk Siłom Mobilizacji Ludowej, organizacji walczącej z Państwem Islamskim nie tylko po stronie rządu irackiego, ale i syryjskiego.

Kontekst decyzji Amerykanów jest wielowątkowy i skomplikowany, jak zresztą cały obraz sojuszy na Bliskim Wschodzie, niemniej pozostaje faktem, że walczący z Państwem Islamskim Irak został pozbawiony wsparcia technicznego czołgów. Zmusiło to Irakijczyków do pilnego zakupu rosyjskich T-90, prostszych w obsłudze i nieobciążonych takim politycznym ryzykiem (w przypadku Iraku).

Polityka wewnętrzna każdego państwa, zwłaszcza zaś demokratycznego, jest zmienna – coś, co było akceptowalne i godne wsparcia przed kilkoma laty, raptem może okazać się politycznym ryzykiem, którego poniesieniu przywództwo kraju sojuszniczego będzie niechętne. Z tego też powodu na duży poziom uniezależnienia od jakichkolwiek dostawców z zagranicy stawiają takie państwa jak Izrael, Republika Chińska (Tajwan), Francja czy Korea Południowa, gdyż w sojuszach rozczarowały się wielokrotnie, zwłaszcza pod względem technologicznym. Potrzebujemy w Polsce całkowitej zmiany myślenia o sprzęcie wojskowym jak o samochodzie, do którego części zamienne można bezproblemowo i bez specjalnego pozwolenia kupić w każdym momencie.

Jak pokazują niedawne wydarzenia, polski rząd, słusznie czy nie, może wejść w spory z rządami-nadawcami sprzętu, a te nie zawahają się użyć „wyłącznika” polityczno-logistycznego do sprzedanego Polsce uzbrojenia, przekonane, że nadwiślańscy decydenci nie zaryzykują bezpieczeństwa Polski dla potrzeb wewnętrznej polityki. Problemem w takiej próbie sił jest czas – moment sporu może wykorzystać przeciwnik, zaś w chwili, gdy państwo sojusznicze zdecyduje się okazać pomoc, może być już za późno. Polska niepodległość i suwerenność nie mogą być zakładnikami partyjnych sporów politycznych, niezależnie od tego, kto i w którym kraju ma rację.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.