Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Łukaszenka planował atak na Polskę od wielu lat. UE powinna odsyłać migrantów ekonomicznych do krajów pochodzenia, nawet na własny koszt

Łukaszenka planował atak na Polskę od wielu lat. UE powinna odsyłać migrantów ekonomicznych do krajów pochodzenia, nawet na własny koszt Kancelaria Premiera/flickr.com

Przeważająca część osób koczujących na granicy to migranci ekonomiczni. Od dłuższego czasu firmy powiązane z prezydentem nawiązywały kontakty z irackimi biurami podróży i oferowały „wycieczki” na Białoruś w cenie 600-1000 dolarów. Z czasem otwarto nowe połączenia lotnicze z Iraku na Białoruś i podniesiono ich liczbę do czterech tygodniowo. Biznesowe zacięcie prezydenta Białorusi skłoniło go także do podniesienia cen za wizytę w kraju do nawet 10 000 dolarów.


Pod koniec czerwca po zatrzymaniu przez reżim Łukaszenki Ramana Protasiewicza, Unia Europejska, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Kanada podjęły skoordynowane działania sankcyjne wobec Mińska. W odpowiedzi prezydent Białorusi zapowiedział, że przestanie powstrzymywać migrantów chcących przekroczyć granicę Unii Europejskiej. Łukaszenka zliberalizował przepisy wizowe i zaprosił do swojego kraju tysiące migrantów ekonomicznych i uciekinierów z zapalnych regionów świata. Umożliwił im tym samym łatwe dotarcie na granicę z Polską, Litwą i Łotwą. W efekcie tych wydarzeń rozpoczął się nowy, kreowany przez Białoruś kryzys migracyjny, w środku którego znalazła się Polska.

„Białoruś to jeden dzień z życia”

Przeważająca część osób koczujących na granicy to migranci ekonomiczni, którzy przylecieli na Białoruś z takich krajów, jak Irak czy Nigeria. Liczą na znalezienie lepszych warunków życia. Od lat istnieje wiele szlaków migracyjnych, ale większość z nich wiąże się z trudną i wieloetapową podróżą przez Bałkany czy Morze Śródziemne. Przemytnicy zdołali opracować bezpieczniejszy system oparty o przerzucanie migrantów na Białoruś, a następnie bezpośrednio na granicę z Polską, Litwą lub Łotwą. Dla potencjalnych chętnych przygotowywano cały system obsługi podróży, odpowiednie dokumenty i precyzyjne wskazówki. Często okazuje się jednak, tak jak przy obecnym kryzysie, że obietnica szybkiego dotarcia na zachód Europy jest oszustwem i wyłudzaniem pieniędzy, z czego niektórzy migranci nie zdają sobie sprawy. Wielu z nich wraca z Mińska po kilku lub kilkunastu dniach do kraju pochodzenia.

Według doniesień Tadeusza Giczana, białoruskiego opozycyjnego dziennikarza, mechanizm przerzucania migrantów na granicę UE przez rząd w Mińsku został opracowany już 10 lat temu w ramach „Operacji Śluza”. Wtedy chodziło o wymuszenie na Unii Europejskiej przekazania znacznych pakietów pomocy finansowej, dzisiaj wykorzystuje się ten sam proceder jako odwet za sankcje nałożone przez Unię po sfałszowanych wyborach prezydenckich w 2020 r. i zatrzymaniu Ramana Pratasiewicza. Zmieniła się tylko skala.

Łukaszenka ma nadzieję nie tylko na zniesienie sankcji lub pomoc finansową w zamian za zatrzymanie strumienia migrantów, ale też na legitymizację przez zachodnie kraje jego autorytarnych rządów. Wzoruje się na działaniach tureckiego prezydenta, Recepa Tayyipa Erdogana sprzed kilku lat.

Od dłuższego czasu firmy powiązane z prezydentem, przede wszystkim CentrKurort, nawiązywały kontakty z irackimi biurami podróży i oferowały „wycieczki” na Białoruś w cenie 600-1000 dolarów. Raz w tygodniu samoloty Iraqi Airways przerzucały obywateli Iraku do Mińska, a na pasażerów czekała wiza turystyczna. Łukaszenka reklamujący turystykę na Białoruś oraz obietnica otrzymania pomocy i wizy turystycznej uwiarygodniły ofertę i wzbudziły zaufanie potencjalnych migrantów. Część osób po tygodniu wracała do kraju, ale większość traktowała wizytę na Białorusi jako możliwość dostania się na Zachód Europy. W mediach społecznościowych istniało wiele grup, które przekazywały dokładne wskazówki jak i gdzie przekroczyć granicę UE.

Z czasem otwarto nowe połączenia lotnicze z Iraku na Białoruś, podniesiono ich liczbę do czterech tygodniowo. Do Iraqi Airways dołączyły Fly Baghdad i Belavia. Samoloty do Mińska zaczęły latać m.in. z Bagdadu, Irbilu, Basry i As-Sulajmanijji. Zmieniono także małe boeingi 737 na znacznie pojemniejsze B777 i B747. Popyt na wycieczki nie spadł, na co przełożyło się bezpośrednie zaangażowanie Łukaszenki, który osobiście reklamował „wycieczki” w irackiej telewizji, i duża liczba uciekinierów z Afganistanu. Biznesowe zacięcie prezydenta Białorusi skłoniło go także do podniesienia cen za wizytę w kraju do nawet 10 000 dolarów.

Oficjalnie wycieczki mają charakter turystyczny, ale w praktyce nikt nawet nie stara się ukryć, że chodzi przede wszystkim o emigrację ekonomiczną. Na plakatach reklamujących wyjazdy można nawet znaleźć hasło: „Białoruś to jeden dzień z życia”, wskazujące na prawdziwy cel turystyki. W praktyce jeden dzień może zamienić się w kilka tygodni lub, jeśli uda się dostać na Zachód Europy, wiele lat.

Pay&forget

Początkowy strumień migrantów skierowany był przede wszystkim w stronę Litwy. Na początku sierpnia Komisja Europejska na prośbę rządu Litwy zainterweniowała w Bagdadzie i zażądała zatrzymania lotów na Białoruś, a Irak się ugiął i zawiesił je wszystkie.

Zakończona sukcesem interwencja UE nie zmieniła wiele. Migrantów zaczęto przerzucać m.in. do Stambułu, Damaszku, Bejrutu i Dubaju, a stamtąd na Białoruś. Wydaje się, że próby odgórnego zamykania lotów nie są skutecznym rozwiązaniem aktualnego kryzysu. Łukaszenka zawsze może znaleźć sposób na obejście przeszkody, a UE nie wszędzie ma możliwość nacisku i interwencji. Prezydent Białorusi zabezpiecza się zresztą na przyszłość. Według doniesień „Politico” Łukaszenka prowadzi rozmowy z Wenezuelą o otwarciu bezpośrednich połączeń na Białoruś.

Nawet gdyby interwencje Unii przyniosły doraźny skutek, to i tak należy krytycznie spojrzeć na dotychczasowe metody rozwiązywania problemu masowej migracji. Przyjęty przez Unię Europejską model pay&forget, w którym płaci się autorytarnym państwom za powstrzymywanie migrantów, nie zdaje egzaminu. Łapówki w postaci pakietów pomocy finansowej, tak jak w przypadku Białorusi, mogą działać krótkoterminowo, ale zawsze wiążą się z ryzykiem wykorzystania szantażu w przyszłości. Unia Europejska powinna wyciągnąć lekcję z obecnego kryzysu i wytworzyć skuteczne metody ochrony granic przed podobnymi sytuacjami w przyszłości.

Sytuacja bez wyjścia?

Jak zatem zakończyć kryzys? Paradoksalnie z punktu widzenia polityki realnej najlepszym sposobem może być po prostu dalsze uszczelnianie granicy połączone z nowymi sankcjami nakładanymi na Łukaszenkę. Restrykcyjnie kontrolowane i szczelne granice Litwy i Polski spowodowały zastój migrantów na Białorusi i nic nie zapowiada zmiany tej sytuacji. Być może Łukaszenka się przeliczył. Miał nadzieję na to, że nacisk wewnętrzny zmusi wschodnie kraje UE do otworzenia swoich granic. Prawda jest taka, że obecnie to sama Białoruś ma największy problem z migrantami, którzy ochoczo ściągnęli do Mińska, pewni dalszej emigracji na zachód Europy.

Lotnisko w Mińsku zamieniło się w prawdziwe koczowisko, w którym mieszkają setki migrantów. Przybysze, którzy znajdują się w pobliżu granicy polsko-białoruskiej, zaczęli nawet zajmować niezamieszkane domy. Sytuacja zrobiła się na tyle niebezpieczna, że Łukaszenka na początku października musiał nawet zawiesić na krótki czas niektóre loty i odesłać część osób do domu. Kryzys migracyjny to miecz obosieczny, od którego cierpi również Białoruś.

Nie bez znaczenia jest także szum medialny, który wytworzył się wokół sytuacji na granicy. Informacje o problemach z przekroczeniem granicy Unii Europejskiej dotarły już do części osób zainteresowanych „wycieczkami” na Białoruś, co w połączeniu ze zbliżająca się zimą i perspektywą spędzenia tygodni w lesie na granicy może zmniejszyć popyt na loty do tego kraju. Najskuteczniejszym sposobem na radzenie sobie z gwałtownym napływem migrantów może być właśnie zintensyfikowanie wysiłków na rzecz skutecznego i dobrze stargetowanego informowania potencjalnych przybyszów o aktualnej sytuacji na granicy. Należy pamiętać, że spora część z nich to migranci ekonomiczni, którzy są przekonani, że zapłacenie kilku tysięcy dolarów zagwarantuje im bezpieczny i bezproblemowy transport do Unii Europejskiej.

Frontex na granicy

Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej (Frontex) zaproponowała, aby biorąc pod uwagę przepisy prawa i aktualnie trwający kryzys, sukcesywnie przepuszczać migrantów na terytorium Polski, a następnie zgodnie z prawem albo przyznawać im azyl, albo odsyłać z powrotem. Łukaszenka oczywiście ich nie przyjmie, dlatego Frontex wstępnie zaoferował uruchomienie lotów powrotnych do krajów trzecich dla osób, którym odmówiono azylu. Premier Mateusz Morawiecki poinformował, że Polska zrealizowała już kilka lotów powrotnych dla migrantów we własnym zakresie, ale zakrojone na szerszą skalę działania będą wymagały kooperacji z Unią Europejską.

Polska powinna również poprosić Frontex o wsparcie w ochronie granicy. Taki ruch nie tylko w pewnym stopniu odciąży polskich funkcjonariuszy, ale także przeniesie część odpowiedzialności za wydarzenia na granicy na europejską agencję. Na podobny krok zdecydował się już rząd Litwy, dlatego krytyka części przedstawicieli UE za niehumanitarne traktowanie migrantów spada głównie na Polskę.

Najrozsądniejsze wydaje się zatem dalsze uszczelnianie granicy i zaproszenie agencji Frontex do pomocy. W najbardziej zapalanych punktach, czyli tam, gdzie grupy migrantów utknęły między polską i białoruską strażą graniczną, można rozważyć sukcesywne i powolne przepuszczanie osób ubiegających się o azyl. Migrantów ekonomicznych, którzy nie kwalifikują się do otrzymania schronienia w krajach unijnych, można z pomocą agencji Frontex odesłać do domu. Takie działania nie ograniczą problemu Łukaszenki z nadmiarem migrantów na Białorusi, ale pozwolą w humanitarny sposób pomóc osobom koczującym na granicy.

Owszem, UE poniesie koszty tego transportu, jednak może liczyć na spadek intensywności napływu migrantów. Informacje o odsyłaniu migrantów do domu szybko dotrą do państw trzecich, więc wiele osób, które rozważają wyjazd na Zachód Europy, może zrezygnować z płacenia kilku tysięcy dolarów za wielodniowy pobyt w lesie na granicy polsko-białoruskiej. Opowieści naocznych świadków impasu na granicy potwierdzą, że oferta Łukaszenki jest oszustwem i mogą okazać się o wiele bardziej demotywujące niż zlewające się w niejasny szum medialny komunikaty i propaganda białoruskich mediów.

Angielska wersja tekstu dostępna tutaj.

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zezwala się na dowolne wykorzystanie artykułu, pod warunkiem zachowania informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Dyplomacja publiczna 2021”. Prosimy o podanie linku do naszej strony.

Zadanie publiczne finansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Dyplomacja publiczna 2021”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.