Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Żadne wielkie projekty i wieczny spór o Banderę, lecz codzienna, żmudna współpraca

Żadne wielkie projekty i wieczny spór o Banderę, lecz codzienna, żmudna współpraca Ministry of Foreign Affairs of the Republic of Poland/flickr.com

Niekończące się próby poszukiwania realnego wymiaru polsko-ukraińskiego partnerstwa strategicznego nakręcają spiralę wzajemnego rozczarowania i frustracji. Czas na nowo zdefiniować stosunki polsko-ukraińskie i zamiast zaprzątać głowę marzeniami o wielkich projektach, skupmy się na budowie poprawnych relacji dobrosąsiedzkich, dążąc przy tym do ograniczenia negatywnych skutków sporu w kwestiach historycznych.

Już byliśmy w ogródku i witaliśmy się z prezydentem Zełenskim – a może nawet bardziej żegnaliśmy się z prezydentem Poroszenką, którego, skądinąd na wyrost, uznano w pewnym momencie nad Wisłą za głównego hamulcowego dwustronnego dialogu. Z nowym przywódcą państwa ukraińskiego szybko związano w Polsce niemałe nadzieje, licząc choćby na jego pragmatyczne podejście do kwestii historycznych. Mimo to równie szybko, jeśli nie jeszcze szybciej, te oczekiwania przerodziły się w „spiralę rozczarowania”, którą Łukasz Adamski trafnie opisał w tekście na łamach Klubu Jagiellońskiego. Przyświeca mi pytanie: dlaczego tak często pojawia się w Polsce rozczarowanie stosunkami z Ukrainą?

Aksjomat strategicznego partnerstwa

Dyskusje na temat Ukrainy i stosunków polsko-ukraińskich obarczone są w Polsce ogromnym bagażem emocji, czy to ze względów historycznych, czy z uwagi na liczne osobiste kontakty i sympatie (ale także antypatie). Oba te czynniki, chociaż nie jako jedyne, w sposób istotny determinują postrzeganie w Warszawie relacji z Ukrainą jako szczególnych na tle stosunków Polski z innymi sąsiadami.

Konsekwencją aksjomatu szczególnych relacji jest przychylność wobec Ukrainy dużej części polskich elit politycznych i środowisk eksperckich, zwłaszcza – słuszne w moim przekonaniu, aczkolwiek kierują mną powody niekoniecznie ideowe – wsparcie jej europejskich i wolnościowych aspiracji, włączając w to obronę przed rosyjską agresją.

Towarzyszy temu jednakże równie częsta w polskich kręgach polityczno-eksperckich projekcja na ukraińskich interlokutorów własnego, pożądanego wyobrażenia stosunków polsko-ukraińskich. Z nią natomiast nieodłącznie wiąże się niechęć do zrozumienia i pogodzenia się z tym, że strona ukraińska zazwyczaj nie docenia polskiego zaangażowania na jej rzecz, ani go nie odwzajemnia, a co gorsza – wcale robić tego nie musi.

W rzeczy samej, rozczarowanie, a nierzadko również frustracja polskich elit podejściem Kijowa do wzajemnej współpracy jest w pierwszej kolejności pochodną własnych wyobrażeń o szczególnych relacjach polsko-ukraińskich, których to wyobrażeń nasi ukraińscy koledzy zwyczajnie nie podzielają. Zdajemy się niekiedy przypominać Bladaczkę z Ferdydurke Gombrowicza, po tysiąckroć tłumaczącego ukraińskiemu Gałkiewiczowi, że Polska go zachwyca, kiedy w rzeczywistości wcale go nie zachwyca.

Tymczasem zarówno ukraińska strategia bezpieczeństwa narodowego, jak i strategia polityki zagranicznej plasują Polskę w gronie partnerów strategicznych, ale drugiego rzędu. Nie bez przyczyny zresztą – Warszawa nie rozdaje kart w negocjacjach w sprawie uregulowania sytuacji w Donbasie, a jej zaangażowanie na rzecz rozbudowy ukraińskiego potencjału obronnego, choć wymierne, nie dorównuje działaniom Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Z ukraińskiej perspektywy nie ma zatem złudzeń – Warszawa nie jest kluczowym partnerem politycznym dla Kijowa dziś, ani nie będzie nim jutro.

Równocześnie w polskiej debacie publicznej wyolbrzymiane bywa samo znaczenie Ukrainy dla polityki zagranicznej RP. Polsko-ukraińskie partnerstwo strategiczne ogniskuje się bowiem przede wszystkim wokół kwestii bezpieczeństwa, zważywszy że oba państwa oraz ich elity polityczne i kręgi eksperckie mają wspólną percepcję zagrożeń i zajmują jednoznaczne stanowisko odnośnie do rosyjskiego rewanżyzmu. Natomiast ze względu na członkostwo Polski w strukturach euroatlantyckich, Ukraina rzadko wysuwa się na pierwszy plan na mapie polskich interesów politycznych, a gospodarczo – gdzie w dodatku coraz częściej jawi się również jako konkurent – zajmuje wręcz miejsce drugorzędne.

Od wielkiego projektu do małych kroków

Pochodną tejże asymetrii oczekiwań jest pojawiający się regularnie od niemal dekady w polskiej dyskusji eksperckiej „mit wielkiego projektu” – postulat wspólnej realizacji z Ukrainą szeroko zakrojonego przedsięwzięcia o charakterze gospodarczym na wzór Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 r., które zbliżyłoby oba państwa i napełniło polsko-ukraińskie partnerstwo strategiczne realną treścią. Co ciekawe, postulat ten coraz częściej pojawia się również w ukraińskiej debacie publicznej, chociaż ze zgoła odmiennych powodów – jako pragmatyczny sposób na zmarginalizowanie sporu wokół kwestii historycznych.

Abstrahując już od – błędnego skądinąd – założenia, że rozwój stosunków gospodarczych może choćby w niewielkim stopniu rekompensować problemy nabrzmiałe w stosunkach politycznych, ów „mit wielkiego projektu” zasadza się na daleko wyidealizowanej percepcji wspólnej organizacji Euro 2012 przez wąski pryzmat jego sukcesu wizerunkowego (którym niewątpliwie było). Z tego też powodu wiedzie na manowce.

Euro 2012 nigdy nie zbliżyło politycznie Polski i Ukrainy – Wiktor Janukowycz z okien prezydenckiej administracji na ulicy Bankowej w pierwszej kolejności dostrzegał Berlin, nie Warszawę, podobnie jak później Poroszenko i (w trochę mniejszym stopniu, ale nadal) Zełenski. W wymiarze gospodarczym Euro 2012 nie było nawet projektem wspólnym, bo budującym drogi i stadiony ukraińskim oligarchom nie przyświecała idea współpracy polsko-ukraińskiej (i vice versa). Tam, gdzie rzeczywiście można było osiągnąć wzajemne korzyści gospodarcze, rozbudowując i modernizując infrastrukturę graniczną, szanse zaprzepaszczono, a konsekwencje tego zaniechania mieszkańcy obu państw odczuwają do dziś.

Umyka nam przy tym, że Euro 2012 niosło ze sobą wartość dodaną przede wszystkim w wymiarze społecznym – otworzyło na siebie oba społeczeństwa, intensyfikując kontakty międzyludzkie. W tym sensie poszukiwanie nowego, wielkiego projektu jest o tyle bezcelowe, że ów wielki projekt obie strony już od dawna nieświadomie realizują – to ukraińska migracja ekonomiczna do Polski, której znaczenie wykracza dalece poza wymiar społeczny, coraz mocniej obejmując sferę polityczną i gospodarczą w obu państwach.

Prowadzi mnie to do konkluzji, że w pogoni za wielkimi projektami tracimy z pola widzenia ogrom mniejszych, nie aż tak widowiskowych, ale wcale nie mniej ważnych przykładów udanej współpracy polsko-ukraińskiej, podczas gdy to właśnie one tworzą solidny fundament dla realnego partnerstwa między Polską i Ukrainą.

Kooperacja w sferze bezpieczeństwa i obrony, w tym wspólne projekty przedsiębiorstw z sektora przemysłu zbrojeniowego, czy coraz większe polskie zaangażowanie w ukraińskim sektorze energetycznym rzadko trafiają na czołówki mediów. Tymczasem pomoc, jakiej Polska udzieliła Ukrainie wiosną 2018 r., uruchamiając awaryjne dostawy gazu w obliczu wolty rosyjskiego Gazpromu, miała – śmiem twierdzić – nieporównywalnie większe znaczenie dla budowy wzajemnego zaufania niż kolejna garść zapewnień o partnerstwie strategicznym.

Przykłady można zresztą mnożyć –  począwszy od ekspansji LOT-u na ukraińskim rynku lotniczym, przez cieszące się niesłabnącą popularnością połączenie kolejowe z Przemyśla do Kijowa, skończywszy na kształceniu w Polsce dziesiątek tysięcy ukraińskich studentów. A nawet show-biznes, jak choćby współpraca robiącej zawrotną karierę ukraińskiej raperki Alyony Alyony z polską wytwórnią muzyczną.

Obecny impas w sporze wokół kwestii historycznych to paradoksalnie dobry czas, by na nowo zdefiniować stosunki polsko-ukraińskie. Zamiast na wywołujących rozgoryczenie, niemożliwych do realizacji górnolotnych ideach, skupić się na codziennej, może nudnej i żmudnej, lecz niezbędnej budowie poprawnych relacji dobrosąsiedzkich.

Zwłaszcza, że nowa ukraińska elita polityczna, nieobarczona dotąd bagażem wzajemnych sporów, coraz żywiej jest zainteresowana nawiązaniem kontaktów w polskich kręgach polityczno-eksperckich. Słudzy Ludu nie są jednorazowym zjawiskiem na ukraińskiej scenie politycznej – wielu z nich stoi u progu długiej, politycznej kariery i za jakiś czas może być zaangażowanych w dialog polsko-ukraiński. Już dziś warto budować z nimi relacje, które zaprocentują w przyszłości.

Partnerzy też się kłócą

Gwoli ścisłości, w ten sposób nie opowiadam się za marginalizacją kwestii spornych w stosunkach polsko-ukraińskich, lecz raczej na takim wyłączeniu ich z całości relacji dwustronnych, by ograniczyć ich destruktywny wpływ na inne obszary współpracy – zwłaszcza kluczową z polskiego punktu widzenia sferę bezpieczeństwa. Konsekwentnie uważam bowiem, że polsko-ukraiński spór wokół kwestii historycznych, ze względu na jego uwarunkowania, nie jest możliwy do rozwiązania raz na zawsze.

Wskażę na jeden tylko paradoks. Kontynuacja sporu osłabia legitymizację społeczną prowadzonej przez polskie władze polityki wsparcia Ukrainy na arenie międzynarodowej, co powinno skłaniać Kijów do jego szybkiego zakończenia. Z drugiej jednak strony polskie postulaty jego rozwiązania największą dezaprobatą na Ukrainie cieszą się wśród środowisk zarazem najbardziej Polsce przychylnych, gdyż do tradycji OUN/UPA odwołują się najczęściej mieszkańcy zachodniej części kraju, a ostatnio coraz chętniej również młodzież. To nie przypadek, że eskalacji sporu w latach 2017-2018 towarzyszył spadek pozytywnego nastawienia Ukraińców do Polski, który jednocześnie pociągał za sobą stopniowe usztywnienie ukraińskiego stanowiska.

Obie strony powinny przy tym zdawać sobie sprawę z ryzyka. Kijów musi liczyć się z tym, że kontynuacja sporu generuje dla polskiego rządu koszty polityczne, które w pewnym momencie mogą okazać się wyższe niż potencjalne korzyści z aktywnego zaangażowania na rzecz Ukrainy.

Wbrew obiegowym opiniom wsparcie Warszawy dla Kijowa, mimo że leży w polskim interesie, nigdy nie było przecież bezwarunkowe. Ukrainie trzeba o nie zabiegać tak, jak zabiega o wsparcie Niemiec i Francji, o czym – przy mojej ogólnie pozytywnej ocenie jego prezydentury – Poroszenko zapominał.

Alternatywą nie jest rzecz jasna działanie Polski wymierzone przeciw Ukrainie, lecz właśnie pragmatyzm ala Niemcy, bądź po prostu bierność w sprawach ukraińskich. Z kolei Warszawa musi zrozumieć, że rosnąca asertywność Ukrainy w polityce zagranicznej nie była zjawiskiem typowym jedynie dla ery schyłkowego, walczącego o reelekcję Poroszenki, lecz jest nową stałą, którą trzeba każdorazowo uwzględniać w swoich decyzjach politycznych. Kijów nie waha się dziś działać bezpardonowo, o czym co jakiś czas przekonują się – najczęściej na własne życzenie – Węgry.

Paradygmat przeciętności

Partnerskie stosunki nie polegają zresztą na tym, że nigdy nie toczymy między sobą sporu, lecz na tym, że po kolejnej tego sporu odsłonie gotowi jesteśmy znów wspólnie zasiąść za stołem. Szczera rozmowa niemożliwa jest jednak bez wzajemnego zaufania, którego obecnie w relacjach polsko-ukraińskich nie wystarcza z uwagi na obopólne rozczarowanie.

Budowie atmosfery zaufania bardziej niż doraźne przełomy sprzyja codzienne, rutynowe współdziałanie – w tym kontekście postrzegam właśnie Trójkąt Lubelski. Tylko że na dłuższą metę wymaga to porzucenia przekonania o wyjątkowości relacji polsko-ukraińskich i zastąpienia go zwykłym paradygmatem dobrosąsiedzkich stosunków.

To z kolei nie będzie możliwe bez pozbycia się wygórowanych oczekiwań i nagromadzonego przez lata bagażu emocji. Paradygmat dobrosąsiedzkich stosunków to bowiem paradygmat dobrej przeciętności – a do przeciętności nikt nie lubi się przyznawać.

Powyższy artykuł to efekt wrześniowego wydarzenia Klubu Jagiellońskiego, „Polsko-ukraiński okrągły stół”, które było platformą wymiany opinii pomiędzy polskimi i ukraińskimi ekspertami. Zachęcamy do lektury poprzedniego tekstu z serii, „Ukraina w Unii Europejskiej? Na drodze stoi Europa Zachodnia i rosyjskie wpływy”, a także innych analiz o tematyce polsko-ukraińskiej, które już wkrótce zostaną opublikowane na naszym portalu.

Artykuł powstał w rezultacie projektu Polsko-ukraiński stół 2021. Zadanie publiczne zostało zrealizowane ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.