Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Jeszcze chrześcijaństwo czy już może coaching? Teologia sukcesu jest ukrytym nihilizmem

przeczytanie zajmie 8 min
Jeszcze chrześcijaństwo czy już może coaching? Teologia sukcesu jest ukrytym nihilizmem Źródło: New City Church - flickr.com

„Z Chrystusem żyjesz mocniej” – tak według Michela Houellebecqa miało się  reklamować chrześcijaństwo tuż przed swoim upadkiem. Niektóre współczesne „oferty” duszpasterskie w sposób niepokojący przypominają retorykę opisaną przez francuskiego pisarza. Obietnice psychofizycznego dobrostanu, sukcesów w życiu rodzinnym i biznesie przywodzą na myśl  popularne dziś  coachingowe oferty samorozwoju. Dobrostan życiowy jest oczywiście jak najbardziej dobry i pożądany. Jednak wiara zredukowana tylko do niego jest wiarą wypaczoną. Duchowość nastawiona na wymierne korzyści jest tak naprawdę  ukrytą formą nihilizmu.

Katolicki coaching czy coaching z katolicką pieczątką?

Około roku 2016 – kiedy gwiazda ks. Jacka Stryczka, głównego pomysłodawcy Szlachetnej Paczki, lśniła jeszcze w pełni – pod wpływem wywiadu, którego ów ksiądz udzielił portalowi money.pl –  ukułem na swój własny użytek określenie Amweystianity. Jakiś czas temu przypomniałem sobie o tym terminie, oglądając zwiastun pewnego internetowego kursu duchowości. Nie podaję nazwy owej inicjatywy, by jej nie dezawuować  – jest ona jak najbardziej prawowierna i pożyteczna. Sytuację,  którą chcę opisać, uważam zaś za wypadek przy pracy. Niemniej wpadka ta może nam coś ciekawego powiedzieć o tym, co jest obecne w społecznej świadomości.

Materiał zamieszczony na Youtube, zachęcający do uczestnictwa w kursie, trwał niespełna dwie minuty. Po krótkim wyjaśnieniu, czego będzie dotyczył kurs, pojawiła się część, nazwijmy to, marketingowa. Otóż okazuje się, że z metody, o której mowa, korzystać miał pewien sprzedawca w banku Morgan. Co więcej, uczył jej swoich podwładnych, co miało mu  pozwolić w dojściu do stanowiska dyrektora wykonawczego. Podsumowując przesłanie tego krótkiego filmiku, prowadzący mówi: „pomagała mu ona w życiu osobistym, biznesie oraz przede wszystkim w relacji ze sobą samym i Bogiem”.

Na pierwszy rzut oka nie widać nic nadzwyczajnego – ot, kolejna inicjatywa wpisująca się w nurt katolickiego coachingu. Rozwój osobisty połączony z życiem duchowym. Teoretycznie mamy tutaj integralny rozwój człowieka oparty na jego holistycznej wizji. Etyka cnót w czystej postaci, doskonalenie się człowieka poprzez pracę nad sobą. Można przecież znaleźć więcej takich inicjatyw, są całe wydawnictwa, które łączą samorozwój z duchowością, wiele duszpasterstw wplata wszak wątki samorozwojowe do swoich programów. Najbardziej znany polski katolicki youtuber , o. Adam Szustak, również nie jest wolny od tego typu wątków.

Wszystko, co problematyczne w tego typu „duchowości”, sprowadza się jednak do dwóch rzeczy: motywacji oraz proporcji. Czasem doprawdy trudno rozróżnić, czy jeszcze mówimy o duszpasterstwie wspieranym przez samorozwój, czy już o samorozwoju z „katolicką pieczątką”.

Mam silne przekonanie, że „duchowość przydatna w życiu biznesowym” jest jedynie bardziej wysublimowaną wersją znanych z pewnego katolickiego portalu „skutecznych” i „niezawodnych” modlitw, których się „bali nawet sami kardynałowie”.

Czym jest teologia sukcesu?

Wsłuchując się w krytyczne dyskusje na temat tzw. ruchów charyzmatycznych, czy to wewnątrz Kościoła Katolickiego, czy tych związanych z nurtami ewangelikalnymi (takimi jak kościoły zielonoświątkowe), można się natknąć na termin teologia sukcesu. Ciężko ją w sposób jasny zdefiniować, ponieważ nie stanowi ona jakiegoś zwartego nurtu teologicznego. Rozumieć ją należy jako zespół pewnych przekonań, będących swojego rodzaju nakładką lub filtrem stosowanym niezależnie w różnych nurtach chrześcijaństwa.

Dość precyzyjnie za to można zidentyfikować genezę tego typu myślenia:  pochodzi ono z dziewiętnastowiecznych Stanów Zjednoczonych, w których po Wojnie Secesyjnej następowały gwałtowne procesy modernizacji i industrializacji. Źródeł teologii sukcesu poszukiwać należy m.in. z ruchu tzw. Nowej Myśli, nauczaniu Esseka Williama Kenyona oraz pierwszych zgromadzeniach zielonoświątkowych. W skrócie oznacza ona dostrzeganie bezpośredniego związku przyczynowego pomiędzy relacją z Bogiem a doczesnym szczęściem materialnym oraz zdrowiem psychicznym i fizycznym.

Dla naszych dalszych rozważań istotne będzie występujące w ruchach zielonoświątkowych nastawienie na widoczny efekt. W tym sposobie myślenia działanie Boga jest zawsze bezpośrednio widoczne. Glosolalia (czyli tzw. mówienie językami), uzdrowienia, upadanie w Duchu Świętym i inne nadzwyczajne i gwałtowne wydarzenia będące w centrum pentekostalnych nabożeństw odpowiadają właśnie na tę potrzebę widzenia bezpośredniego skutku. Jak w automacie, wrzucam pieniążek z wiarą i modlitwą, a Duch Święty wyrzuca uzdrowienie.

Jak już pisałem, teologia sukcesu rozwinęła się w szybko modernizujących się Stanach Zjednoczonych, obecnie zaś kościoły zawierające jej przesłanie gwałtownie rozwijają się nie tylko w biednych państwach Afryki i Ameryki Łacińskiej, ale i w rozwiniętych i bogatych państwach Azji, takich jak Korea Południowa czy Chińska Republika Ludowa. Dzieje się to  w XXI wieku, który zdaje się być odczarowanym z wszelkiej transcendencji, w czasach powszechnego dostępu do wiedzy, edukacji i rozwoju techniki. Paradoksalnie bowiem kariera teologii sukcesu może mieć wiele wspólnego z rewolucją naukowo-techniczną.

Rozum instrumentalny

Współcześnie dominujący sposób myślenia o świecie określany bywa terminem „rozumu praktycznego” czy też „rozumu instrumentalnego”. Nie wnikając w szczegóły, w ostatnich kilku wiekach dokonała się redukcja postrzegania racjonalności. Zdaniem Maxa Horkheimera zawężono ją do „klasyfikowania, wnioskowania oraz dedukowania w całkowitym oderwaniu od specyfiki treści”. Rozum instrumentalny zajmować się może wyłącznie rzeczywistością dostępną empirycznie, mierzalną i możliwą do zapisania w języku matematyki. Wszystko więc, co tyczy się etyki, moralności, filozofii, teologii i innych „spraw wyższych”, ląduje poza obszarem rozumu.

Jedną z konsekwencji tych zmian jest zepchnięcie wielu tych „irracjonalnych” tematów do sfery prywatnej – nie mogą one być argumentami w sporze na forum publicznym. Ma to również swoje dalsze reperkusje – zmienił się nasz sposób patrzenia na życie i jego cel. Przyzwyczajony do myślenia w kategoriach wymiernych rozum podpowiada, że szczęście oznacza minimalizację cierpienia i maksymalizację przyjemności. W sposób niezauważalny przeliczamy wszystko na wymierne wskaźniki, nawet wtedy, gdy wydaje się nam, że mówimy o sprawach ponadmaterialnych.

Spójrzmy np. na dyskusje wokół work-life balance. Na pierwszy rzut oka dotyczą one przywrócenia ludziom takich wartości jak relacje, samorozwój, rodzina, artystyczna ekspresja itp. Jednak zawsze na końcu – jako argument ostateczny – pojawia się jakieś badanie wydajności. Mówimy o tym, jak ważne są relacje, ale interesuje nas to, jak wpływają na  poziom zadowolenia z życia (a jakże! są na to badania zawierające skalę owego zadowolenia).

Podobnie karykaturalne wydają się rozmowy wierzących z niewierzącymi. W zetknięciu z ateistą lub agnostykiem staramy się uzasadnić swoją wiarę instrumentalnie. Ponieważ świat zadaje pytanie „po co ty to robisz? Jaka jest tego użyteczność?”, to  my sami przed sobą  szukamy dla wiary  praktycznych uzasadnień. Kardynalnym argumentem za wiarą jest moralność – ile razy słyszeliśmy, że świat bez Boga pozbawiony byłby etyki?

Religijność ma sprawiać, że jesteśmy dobrymi ludźmi. Za tym idą kolejne wskaźniki, że wierzący częściej głosują czy angażują się społecznie. I nawet pierwsi chrześcijanie rozrywani na arenach przez lwy są tłumaczeni przez współczesną racjonalność wizją życia wiecznego, swoistą inwestycją w przyszłość. Absurd. A gdzie miłość i relacja z Panem Bogiem?

Co więc łączy tych, których do kursu duchowego przekona sukces bankiera z ewangelikalnymi biznesmenami czy członkami klasy średniej zapisującymi się na jogę? Cel –  wymierny i materialny. Maksymalizacja przyjemności przy minimalizacji cierpienia lub jak woli homo oeconomicus  – maksymalizacja zysku. Pytanie, co na to „ucho igielne” (Mt 19,24)?

Teologia sukcesu jest ukrytym nihilizmem

Giovanni Reale, włoski historyk filozofii,  nie pozostawia nam żadnych złudzeń – powyższą postawę definiuje jako praksizm (czyli jednostronne i przesadne podkreślanie wartości ludzkiego działania i sprowadzanie wszelkiej wartości do wymiaru praktycznego), który to z kolei stanowi jeden z dziesięciu błędów nihilizmu. Tak! Jesteśmy nihilistami. Fryderyk Nietzsche już w XIX wieku przewidywał rozwój społeczeństwa, z którym mamy obecnie do czynienia. Jakkolwiek jego motywy należałoby skrytykować, o tyle jego przewidywania okazują się w skali społecznej niestety sprawdzać.

Zdaniem niemieckiego filozofa nihilizm jest skutkiem „odwartościowania najwyższych wartości”. To odwartościowanie Nietzsche nazywa „śmiercią Boga”. Tradycyjny świat hierarchicznych wartości mających swoje źródło w Bogu został przez ludzi odrzucony. Porządek świata został zastąpiony przez nicość i chaos. Jako społeczeństwo zatraciliśmy zdolność do myślenia w kategoriach wartości samych w sobie. Człowiek ze swoimi zdolnościami, rozumem, a przede wszystkim pracą, zastąpił Boga.

Stało się tak dlatego, że wszystkie wartości autoteliczne (czyli będące celem samym w sobie) w sposób oczywisty umiejscowione były poza światem – po prostu nad nim górowały. Sprawa zaczęła się zmieniać, kiedy „rozum instrumentalny” zawęził nam świat do tego, co da się zmierzyć i doświadczyć. Wszystko więc, co znajduje się poza światem albo nie istnieje, albo jest wątpliwe. Stąd wiele ze spraw najwyższych zostało zepchniętych do sfery emocji, czyli prywatnego doświadczenia. Zatraciły swój obiektywny i racjonalny charakter, ponieważ nie da się ich zmierzyć i skatalogować.

Czym jest np. miłość w takim wymiarze? Czymś namacalnym, motylami w brzuchu czy po prostu stosunkiem seksualnym? Z jednej strony jest więc  traktowana jako wszechogarniające uczucie, a z drugiej jako merkantylny kontrakt dwojga (bądź większej ilości) osób, na którym każdy zyskuje. Nie mówiąc już o interpretacjach psychologów ewolucyjnych wpisujących miłość w grę o przekazanie genów.

W świecie rozumu instrumentalnego nie ma miejsca na bezinteresowny dar z siebie. Nawet, kiedy wydaje się nam inaczej, to podświadomie realizujemy wewnętrzne potrzeby. W nauce nawet zachowania altruistyczne są tłumaczone przez wspieranie swoich genów w rywalizacji ewolucyjnej (sic!). Jednym słowem jedna z tych cech, która ma  odróżniać człowieka od świata zwierząt, czyli zdolność do poświęcenia, musi zostać wpisana w tabelkę strat i zysków.

Jako społeczeństwo nie doszliśmy jeszcze do stanu całkowitego nihilizmu, jak pragnąłby Nietzsche, ponieważ nadal utrzymujemy swoistego rodzaju protezy. Coś, co niemiecki filozof nazywa autorytetami zastępczymi. Kantowski imperatyw kategoryczny, prawa człowieka, ogólnoludzki rozum, prawa historii itp. Nie możemy całkiem odrzucić wartości, więc się w naszym nihilizmie znieczulamy.

Wierzymy w Boga, dlatego to, czego potrzebujemy, chcemy zdobyć modlitwą lub w ramach grup posiadających „katolicką pieczątkę”. To co, że tak naprawdę świat jest dla nas odczarowanym chaosem walki wszystkich ze wszystkimi. Bóg staje się dla wielu jedynie martwym ornamentem, leczącym wyrzuty sumienia.

To, że Kościół nie ma szans na zwycięstwo w wyścigu po lepsze, świeckie i wewnątrzświatowe „zbawienie” pokazał świetnie Michel Houellebecq w swojej książce Możliwośc Wyspy, gdzie rywalem dla tradycyjnych religii stała się tam sekta łącząca dążenie do przyjemności i nieśmiertelności z modyfikacjami DNA i ulepszaniem ludzkości. Efektem byli neoludzie równie doskonali, co niepodobni do człowieka. Jak pisze Francuz: «„Z Chrystusem żyjesz mocniej” tak mniej więcej brzmiał powtarzający się temat kampanii reklamowych organizowanych przez Kościół katolicki bezpośrednio przed jego zniknięciem». W ten sposób zdeklarowany ateista przypomina nam prawdę, którą przekazywał nam sam Jezus „Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości” (Łk 16, 8).

Złymi chęciami piekło wybrukowane

Celem niniejszego artykułu nie jest oczywiście negowanie potrzeby pracy nad sobą czy robienie wyrzutów inicjatywom skupiającym się na integralnym rozwoju człowieka. Idąc tą logiką, należałoby również potępić modlitwę w wykonaniu zwolenników teologii sukcesu.

Problemem nie jest w tym wypadku, co się robi, ale z jakich pobudek. Należy sobie odpowiedzieć na jedno bardzo ważne pytanie. Dlaczego coś robię? Co mnie motywuje do czytania książek w wolnym czasie, kontemplacji, modlitwy czy innej pracy nad sobą? Wizja materialnego szczęścia, poszukiwanie partnera życiowego, pieniądze, brak bólu? Czy chęć stania się lepszym człowiekiem, wypełnienie swojego życiowego powołania czy wreszcie relacja z Bogiem?

Za tą kwestią idzie kolejna. Łatwo jest łączyć w swojej głowie poświęcenie się najwyższym wartościom ze szczęściem materialnym, co jednak kiedy staniemy przed rozłącznym wyborem jednej z tych wartości? Jak często zastanawiamy się nad tym, czy robić to, co należy, czy może jednak to, co przyniesie nam wymierną korzyść? Bogaty młodzieniec z Ewangelii wg Mateusza i Marka (Mk 10, 17-22; Mt 19, 16-22) był pobożny, bogobojny, posłuszny przykazaniom i jednocześnie bardzo bogaty. Nie poszedł za Jezusem nie dlatego, że posiadanie jest złe, ale dlatego, że nie potrafił się wyrzec dostatku. To przywiązanie do dóbr, do praktycznego celu trzymało go przy ziemi. Podobnie rzecz się ma z kobietą z Betanii, która namaściła włosy Jezusowi (Mk 14, 3-10). Ten akt „marnotrawstwa” poprzedził przecież podjęcie przez Judasza decyzji o wydaniu Chrystusa. Chrześcijaństwo przekracza logikę wymiernych efektów. Szczytem wiary jest bezinteresowny dar z samego siebie złożony Bogu i bliźniemu – miłość, która „nie szuka swego”(1 Kor 13,5).

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.