Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Krystian Łukasik  23 października 2021

Kupisz sobie oryginalnego mema? Technologia tokenów NFT to nic więcej niż pseudoinnowacja dla spekulantów [POLEMIKA]

Krystian Łukasik  23 października 2021
przeczytanie zajmie 8 min

Wyznawcy blockchain znów w natarciu! Tym razem to NFT ma być zarzewiem rewolucji w świecie sztuki, finansów i prawa. W rzeczywistości NFT jest pseudoinnowacją dla spekulantów. Zawodzi zarówno jako certyfikat autentyczności cyfrowego dzieła, jak i metoda wynagradzania twórców. Za to świetnie radzi sobie w produkcji CO2.

Słodkie obietnice

NFT jest czymś podobnym do bitcoina. Różnica polega na tym, że każdy bitcoin jest identyczny, dzięki czemu możemy swobodnie wymieniać jeden na drugi. Możemy go też podzielić i sprzedać połowę. W tym sensie bitcoin przypomina tradycyjny pieniądz. W odróżnieniu od tej waluty cyfrowej każde NFT jest unikalne. Nie możemy wymienić jednego NFT na drugie ani podzielić go na mniejsze części, stąd nazwa Non-Fungible Token – niewymienialny token.

Najczęściej przywoływanym zastosowaniem NFT jest przyznanie certyfikatu oryginalności internetowym dziełom. To znaczy, że zdjęcie czy mem w sieci możemy skopiować dowolną ilość razy w taki sposób, że nie da się odróżnić kopii od oryginału. „NFT jest certyfikatem, że dany plik to oryginał istniejący tylko w jednej kopii” – czytamy na Spider’s Web. Jest zatem czymś w rodzaju podpisu autora na cyfrowym utworze. Ma to upodobnić cyfrowe dzieła sztuki do fizycznych oraz umożliwić ich handel. Tak przynajmniej twierdzą zwolennicy NFT.

Gorzka prawda

Niestety podobnie jak w wypadku blockchaina problem z NFT polega na tym, że trudną do zrozumienia technologię objaśnia się w prosty, ale błędny sposób. Zwolennicy NFT sugerują, że dzięki tej technologii zdjęcie lub mem, np. dziewczynka na tle płonącego domu, opatrzony zostaje cyfrowym podpisem autora lub autorki, co potwierdza, że mamy do czynienia z oryginalnym plikiem. Teoretycznie dzięki temu możemy sobie kupić mem jak przedmiot kolekcjonerski lub dzieło sztuki.

W rzeczywistości NFT ma się nijak do pliku, którego unikalność ma potwierdzać. Właśnie dlatego polska influencerka Marta Rentel, mogła za pomocą NFT sprzedać za 250 tys. dolarów swoją „cyfrową miłość”. Mogła to zrobić, ponieważ to, co naprawdę jest sprzedawane za pomocą NFT, to nie zdjęcie, mem, utwór czy miłość, ale wygenerowany na blockchainie Ethereum hash, czyli zestaw znaków identyfikujący określony zbiór danych. Mówiąc prościej, kupujemy zbiór cyfr i liter zapisany w bazie danych. To prawda, jest on unikalny i niepodrabialny, ale nie jest ani cyfrowym utworem per se, ani prawami do niego.

NFT zawiera po prostu link do oryginalnego pliku, który każdy sobie może pobrać i skopiować. Co więcej, NFT można wygenerować wielokrotnie od tego samego dzieła. Można je też utworzyć od pliku, którego nie jest się autorem. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebym stworzył NFT obrazów wiszących w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zresztą nie wpadłem na to pierwszy. W marcu tego roku kolektyw Global Art Museum bez niczyjej zgody wystawił na giełdzie NFT zdjęcia obrazów znajdujących się w holenderskim Muzeum Narodowym w Amsterdamie. NFT nie chroni twórców i zawodzi jako certyfikat autorstwa, bo jest niezależne od prawa autorskiego, które tę kwestię reguluje.

Błazeńskie dziecko technologii blockchain

Wbrew składanym od lat obietnicom technologia blockchain jeszcze nie zrewolucjonizowała świata. Mimo wszystko niektóre jej wytwory jakąś wartość użytkową posiadają. Za bitcoin można kupić pizzę lub broń w darknecie.

Co można zrobić z NFT? Kupić i liczyć, że się je sprzeda po wyższej cenie. Kupujący oczekuje dokładnie tego samego. To zwykła spekulacja, która zdecydowanie nie zmienia świata na lepsze.

Rozumiem, że w sztuce konceptualnej wartość może być oderwana od obiektu. Przykładowo, Salvatore Garau sprzedał „niewidzialną rzeźbę” za 15 tys. dolarów. Jaką wartość estetyczną lub konceptualną wnosi do dzieła ciąg cyfr i liter (bo tym jest przecież NFT)? Gdzie dokładnie jest tu gra konwencją charakterystyczna dla sztuki współczesnej? Albo nabywcom NFT chodzi o spekulację, albo zwyczajnie nie zdają sobie sprawy z tego, że kupują hash, a nie dzieło sztuki.

Tak wygląda NFT Weird Whales. Prawda, że piękne? Źródło: https://weirdwhalesnft.com/

NFT nie jest kompletnie beznadziejne. To, w czym się świetnie sprawdza, to wytwarzanie sztucznej rzadkości. Celem NFT jest kreowanie wrażenia unikatowości. Choć trzeba przyznać, że jest to umiejętność pokroju firm odzieżowych palących niesprzedane ubrania w celu podtrzymania ekskluzywności marki. No dobrze, palenie ubrań emituje mniej kilogramów CO2 do atmosfery niż NFT.

Oczywiście, są też jasne strony tej technologii. Twórca World Wide Web – Tim Berners-Lee – sprzedał za 5,4 mln dolarów NFT oryginalny kod, na którym bazuje współczesny internet. Wcześniej udostępnił opracowany przez siebie standard na otwartej licencji, żeby każdy mógł z niego korzystać bez opłat. Zysk ze sprzedaży NFT był więc formą rekompensaty dla twórcy, który zrzekł się wynagrodzenia za dzieło, z którego wszyscy korzystamy. Niemniej istnieje wiele lepszych form wspierania artystów. Można na przykład kupić dzieło artystki zamiast NFT jej dzieła. To przynajmniej daje pewność, że środki rzeczywiście trafią do twórcy. W końcu jedno z najsłynniejszych NFT Weird Whales okazało się plagiatem.

Marny pomysł na przyszłość

NFT (podobnie jak blockchain) to „nie tylko beznadziejna technologia, ale także marny pomysł na przyszłość”. U podstaw obu leży szkodliwa filozofia, która próbuje przesunąć zaufanie z demokratycznie tworzonych instytucji, ustanowionych praw i zwyczajów w stronę pseudoobiektywnego kodu. W założeniu ma to eliminować pośredników, takich jak banki czy kancelarie prawne. W praktyce jednak środowisko zwolenników blockchaina często ucieka się do ich pomocy. Wizja świata, w którym zaufanie w społeczeństwie bazuje na kodzie komputerowym, jest zwyczajnie naiwna. Niech świadczy o tym to, że nawet domy aukcyjne obsługujące NFT korzystają z pomocy prawników do poświadczenia autentyczności dzieła.

Co więcej, dobra cyfrowe ze swojej natury są nierywalizujące. To znaczy, że konsumpcja nie zmniejsza ich ilości. Gdy zjem rybę, to mam o jedną rybę mniej, ale gdy obejrzę film na Netfliksie, to wciąż tyle samo osób może ten film obejrzeć. NFT jest toporną próbą odwrócenia tej wspaniałej właściwości cyfrowego świata.

Jest to próba kompletnie chybiona, bo o ile oryginał Mona Lisy jest wyjątkowy i różni się od swoich kopii, to zdjęcie „Mona_Lisa.jpg” zapisane na NFT niczym nie różni się od pliku „Mona_Lisa.jpg” na moim pulpicie. Co dokładnie wynika z tego, że twój plik jest zapisany w blockchainie (na marginesie warto zauważyć, że certyfikowanym NFT autorem Mona Lisy jest bloger technologiczny Terence Eden)?

NFT w gruncie rzeczy jest nastawione na własność i wykluczanie. Służy do wytwarzania wyłączności niematerialnych dóbr. Przypomina w tym inne zabezpieczenia własności intelektualnej, takie jak prawa patentowe czy licencje, choć deklaratywnie z nimi walczy. Środowisko start-upów blockchainowych próbuje się przedstawiać w świetle antysystemowości i awangardy. Niestety praktyka pokazuje coś innego. Rozpowszechnianie NFT stawia ich w jednym rzędzie z wydawcami publikującymi artykuły naukowe za paywallem czy przemysłem farmaceutycznym wykupującym patenty w celu zawyżania cen leków – to instytucje, które ograniczają rozwój gospodarki cyfrowej.

Na łamach Klubu Jagiellońskiego Mikołaj Dłubak pisał, że „konieczna jest popularyzacja tej technologii. W przeciwnym wypadku nic się nie zmieni”. Jest dokładnie na odwrót. Nic się nie zmieni, jeśli wciąż będziemy fascynować się papierowymi innowacjami dla spekulantów.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.