Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

„Kiedy testowaliśmy działający już egzemplarz naszego robota, Cambridge Medical Robotics miała dopiero drewniany prototyp”

„Kiedy testowaliśmy działający już egzemplarz naszego robota, Cambridge Medical Robotics miała dopiero drewniany prototyp” Piron Guillaume/unsplash.com

Roboty medyczne to potężny biznes. Na całym świecie rocznie sprzedaje się kilkadziesiąt tysięcy takich urządzeń. W latach 2021-2026 wartość tego rynku w samej tylko Polsce osiągnie kwotę ponad 500 milionów złotych. Nasz robot Robin Heart od początku ukierunkowany był na kardiochirurgię, w tej dziedzinie Polska przoduje. Przez cały dwudziestoletni okres rozwoju naszego projektu państwo i sponsorzy wspomogli nas funduszami, które łącznie nie stanowiły nawet połowy kwoty potrzebnej do zakupu robota amerykańskiego. Deprymująca jest ta niezdolność do wykorzystania w Polsce naszego potencjału. Na bazie moich doświadczeń mogę powiedzieć, że główną przyczyną jest niechęć decydentów w Polsce do podejmowania ryzyka. Zamiast inwestować w projekty, które przyniosą profity za kilka lat, wolą kierować pieniądze na coś, co już teraz mogą pokazać w telewizji. Z prof. Zbigniewem Nawratem rozmawia Radosław Dutczak.

Uczestniczył pan w swoistym boomie, który stał się udziałem polskiej kardiochirurgii pod koniec ubiegłego wieku – w latach 80. dołączył pan do kierowanego przez prof. Zbigniewa Religę zespołu, który wydatnie rozwinął transplantologię serca. Miał Pan swój osobisty wkład w pracę nad polskim sztucznym sercem, które pozwala pacjentowi przeczekać do przeszczepu. Z kolei około 2000 r. zaangażował się pan w stworzenie Robin Heart, pierwszego robota kardiochirurgicznego w Europie. Dlaczego zainteresował się Pan tym projektem?

Wszystko zaczęło się w latach 80. i 90. Pojawiało się wtedy dużo pacjentów do wykonania by-passów, a zabieg taki nie był możliwy techniką laparoskopową. W kilku miejscach na świecie stwierdzono, że dobrym rozwiązaniem mógłby być robot. Wkrótce wzrosło zainteresowanie armii Stanów Zjednoczonych robotami chirurgicznymi, co spowodowane było „gwiezdnymi wojnami” Reagana. Amerykanie szykowali się do sytuacji, w której żołnierzowi trzeba będzie pomóc zdalnie, na bardzo dużą odległość, na przykład w kosmosie.

Kiedy zimna wojna dobiegła końca, Kongres USA przestał finansować budowę takich wojskowych robotów. Amerykanie stwierdzili, że skoro zainwestowano już tyle środków w projekt, powinny go kontynuować prywatne firmy. Dzięki temu w USA opracowano pierwszy na świecie robot chirurgiczny – model da Vinci, który do dziś dominuje na rynku robotyki chirurgicznej. Gdy Amerykanie zaczęli wprowadzać swojego robota do klinik, zaczęliśmy w Polsce myśleć nad rodzimym robotem kardiochirurgicznym.

Nasz robot od początku miał nieco inny cel niż model da Vinci. Jakkolwiek temat robotów chirurgicznych pojawił się po raz pierwszy w kontekście operacji serca, Amerykanie zbudowali urządzenie, które w skali globalnej przeprowadza wprawdzie ponad milion zabiegów rocznie, ale operacje na sercu stanowią około promil tej liczby. Tymczasem nasz Robin Heart od początku ukierunkowany był na kardiochirurgię. W tej dziedzinie Polska przoduje – organizujemy w Zabrzu najstarszą na świecie cykliczną konferencję poświęconą robotom medycznym, założyliśmy też stowarzyszenie i czasopismo.

Roboty chirurgiczne są niezwykle precyzyjne, co ma olbrzymie znaczenie przy operacjach, choćby w urologii. Na przykład zabieg usunięcia prostaty klasyczną operacją wiąże się z dużym ryzykiem uszkodzenia nerwów w obrębie miednicy mniejszej, co może wiązać się z nieprzyjemnymi powikłaniami dla pacjenta. Operacja z użyciem robota chirurgicznego znacznie niweluje to ryzyko. Inną ważną zaletą jest możliwość wykonania zabiegu przez jednego operatora. Operacja laparoskopowa wymaga obecności operatora i co najmniej jednego asystenta, często również wykwalifikowanego chirurga, który operuje kamerą. Robot chirurgiczny może przejąć tę funkcję i automatycznie ustawiać kamerę w najlepszy możliwy sposób. Dzięki temu w tym samym czasie dostępnych pozostaje dwóch specjalistów, z których każdy może przeprowadzać osobny zabieg.

Wspomniał pan, że to Amerykanie zdominowali rynek robotów chirurgicznych, wart obecnie ok. 6,4 mld dol. i rosnący ok. 17% rocznie. W Polsce, pomimo że projekt robota Robin Heart jest praktycznie ukończony, inwestuje się w amerykańskie da Vinci, drogie i trudne w utrzymaniu. Dlaczego? Polski robot mógłby stanowić rodzimą, tańszą alternatywę, z potencjałem eksportowym – szczególnie że wypełnia pewną niszę w dziedzinie robotyki chirurgicznej – kardiochirurgię.

Przez cały dwudziestoletni okres rozwoju naszego projektu państwo i sponsorzy wspomogli nas funduszami, które łącznie nie stanowiły nawet połowy kwoty potrzebnej do zakupu robota amerykańskiego. Obecnie mamy w Polsce 15 autoryzowanych robotów da Vinci, każdy o wartości 15 milionów złotych. Problemem są nie tylko pieniądze, ale również przepisy – aby uzyskać grant w wysokości miliona złotych na rozwój robota i wprowadzenie go do produkcji, potrzeba wkładu własnego w kwocie, którą nie dysponujemy.

Deprymująca jest ta niezdolność do wykorzystania w Polsce naszego potencjału. W 2009 r., kiedy testowaliśmy w Zabrzu działający już egzemplarz naszego robota, firma Cambridge Medical Robotics z Wielkiej Brytanii miała dopiero drewniany prototyp. Od tamtej pory uzyskała jednak miliard euro dofinansowania, a jej roboty pracują już w kilku krajach. Mam przykre wrażenie marnowania przez Polskę okazji, zwłaszcza że nie mówimy o dużej kwocie. Na wprowadzenie robota do produkcji potrzebowalibyśmy mniej więcej tyle, ile kosztuje postawienie średniej wielkości fabryki makaronu.

Roboty medyczne to potężny biznes. Na całym świecie rocznie sprzedaje się kilkadziesiąt tysięcy takich urządzeń. Jak wyliczyła grupa PMR, w latach 2021-2026 wartość tego rynku w samej tylko Polsce osiągnie kwotę ponad 500 milionów złotych. Polskę stać na produkcję robotów, nie tylko chirurgicznych, ale również rehabilitacyjnych czy dezynfekujących. Pandemia koronawirusa i związane z nią oddalenie jednego człowieka od drugiego dowiodły, że stopień wykorzystania robotów w medycynie będzie rósł.

Dlaczego tak trudno znaleźć nam pieniądze? Na bazie moich doświadczeń mogę powiedzieć, że główną przyczyną jest niechęć decydentów w Polsce do podejmowania ryzyka, w myśl zasady „nic nie robię, to nic mi nie grozi”. Proszę zauważyć, jak mało mamy polskich produktów eksportowych, polskich firm o znaczącym wpływie na światową gospodarkę. To jest problem, który ciągnie się już lata. Wielokrotnie Polacy opracowywali przełomowe wynalazki, ale nie mogli znaleźć wsparcia w kraju.

A jak wyglądał poziom finansowania za czasów profesora Religi? Czy medialne sukcesy profesora przekładały się na realne wsparcie ze strony państwa?

Profesor Religa stał się niejako zakładnikiem udanej transplantacji serca. Wielu polityków chciało się z nim pokazać, a on potrafił wykorzystać to do poprawienia sytuacji polskiego systemu ochrony zdrowia. Przy okazji wizyt na politycznych salonach udawało mu się małymi kroczkami przekonywać do konkretnego wsparcia dla polskich szpitali.

Generalnie poziom oficjalnego finansowania badań nie uległ od czasów Religi diametralnej zmianie. Bez czaru profesora ciężko pozyskać dodatkowe fundusze, a decydenci, zamiast inwestować w projekty, które przyniosą profity za kilka lat, wolą kierować pieniądze na coś, co już teraz mogą pokazać w telewizji. Szkoda, bo u nas w Zabrzu stoi niemal gotowy robot, który z pomocą państwa lub prywatnego inwestora mógłby zawojować światowy rynek i przynieść wymierny zysk Polsce.

Na świecie wykonuje się ponad milion operacji z użyciem robotów chirurgicznych rocznie. Zabiegi takie powoli stają się standardem, ale w Polsce NFZ nadal nie pokrywa kosztów operacji z użyciem robota. Czy przy okazji zapowiadanego zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia jest szansa, że zabiegi z użyciem robotów otrzymają publiczne finansowanie?

Sytuacja w Polsce jest obecnie niezwykła. Nie chodzi o samą liczbę robotów – wprawdzie zawsze mieliśmy ich mniej niż choćby Czesi czy Słowacy, ale w ostatnim czasie zwiększyliśmy stan posiadania. Niestety, NFZ nie pokrywa kosztów zakupu i eksploatacji robota, zatem 15 urządzeń, które są obecnie w użyciu w Polsce, zakupiły głównie prywatne placówki, a za operację z ich wykorzystaniem musi zapłacić pacjent. Osób, które są w stanie zapłacić 30 czy 40 tysięcy złotych za opiekę medyczną najwyższej jakości, jest w Polsce niemało, ale przecież nadal nie jest to dostępne dla każdego.

Robot nie jest koniecznie wymagany przy każdej operacji. Najnowsze badania pokazują, że choć maleje liczba operacji laparoskopowych na rzecz operacji z użyciem robotów, nie oznacza to wcale większej skuteczności, szczególnie przy prostszych zabiegach. Są jednak grupy pacjentów, dla których robot stanowi najlepszą i najbezpieczniejszą opcję, na przykład pacjenci otyli. Co więcej, przy uwzględnieniu ponadto kosztów rehabilitacji koniecznej po klasycznej operacji, użycie robota okazuje się opcją opłacalną również z ekonomicznego punktu widzenia.

NFZ od dłuższego czasu dysponuje dokumentami poświadczającymi szereg zalet wynikających z użycia robotów medycznych, również pod względem finansowym. Patrząc na postępujący wzrost liczby robotów, wydaje się, że szansa na przekonanie decydentów, iż operacja z użyciem robota jest ekonomicznie uzasadniona, jest duża. Niestety, obecnie Fundusz Zdrowia nie finansuje zrobotyzowanych operacji i w najbliższej przyszłości nic nie zapowiada zmiany.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.