Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

„Wstawanie z kolan” i „odzyskiwanie suwerenności” czy wyprowadzanie Polski z UE? Odpowiedź jest zupełnie inna i znacznie poważniejsza

„Wstawanie z kolan” i „odzyskiwanie suwerenności” czy wyprowadzanie Polski z UE? Odpowiedź jest zupełnie inna i znacznie poważniejsza Print screen from https://www.youtube.com/watch?v=vfQM_3-zd_o

Medialna dyskusja po czwartkowym wyroku Trybunału Konstytucyjnego i niedzielnych manifestacjach ogniskuje się wokół gorączkowych i pełnych patetyzmu deklaracji o pozostaniu Polski w Unii Europejskiej. To jasne, że nasze miejsce jest w europejskiej wspólnocie. Tyle że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana niż przedstawia to Maja Ostaszewska lub rugająca Roberta Bąkiewicza starsza weteranka Powstania Warszawskiego.

W gąszczu sieciowej władzy

Powody wydania w takim, a nie innym momencie takiego, a nie innego orzeczenia przez Trybunał Konstytucyjny, jak również jego skutki dla Polski oraz naszego członkostwa w UE w krótkim i długim okresie, są trudne do jednoznacznej oceny. Trzeba ją rozpocząć od poczynienia jednego, ale za to fundamentalnego założenia – współczesny świat charakteryzuje się sieciową strukturą władzy.

To zaś oznacza, że w systemie politycznym funkcjonuje bardzo wielu aktorów mających mniej lub bardziej istotny, a jednocześnie mniej lub bardziej uświadomiony wpływ na rzeczywistość. Ponadto każdy ze wspomnianych aktorów charakteryzuje się odmiennymi motywacjami i ma nieco inne cele, które chce zrealizować. Dodatkowo działania podejmowane przez poszczególnych aktorów, a zwłaszcza ich decyzje, mają raczej charakter ciągłych procesów, w ramach których tym punktowym (w sensie czasu) wyborom nadawane są określone znaczenia, tworzące szersze, polityczne narracje.

Co istotne, narracje te mogą ulegać zmianom w ramach kolejnych iteracji wspomnianego procesu – ta sama decyzja może oznaczać coś zupełnie innego i nieść za sobą kompletnie odmienne skutki w zależności od tego, w jaką opowieść zostanie ona wpleciona. Zresztą nadawanie, przeważnie post factum, znaczeń określonym wydarzeniom jest jednym z elementów polityki i sprawowania władzy – wygrywa ten, czyja opowieść będzie lepiej odpowiadać aktualnemu, społecznemu wyobrażeniu i oczekiwaniom. Taka jest swoją drogą także rola nas – analityków, ekspertów, publicystów: nieustannie próbujemy post factum opisać świat, nadając mu własne ramy interpretacyjne i próbując przekonać do nich innych. Z tą różnicą, że my musimy ubrać je w bardziej przekonujące fakty i argumenty.

Przyjęcie takiej sieciowo-narracyjnej perspektywy wydaje się konieczne zwłaszcza do opisu procesu integracji europejskiej, w której relatywnie mało kwestii rozgrywa się w obrębie „twardej” polityki, opartej o jednoznaczne, kazuistyczne prawo. W efekcie UE to przestrzeń nieustannego „dorozumiewania” – ról, kompetencji, znaczeń, etc.

Eurokraci szczerze troszczą się o praworządność w Polsce? Litości…

Naszą analizę zacznijmy od tego, że zarówno po stronie szeroko rozumianej „Brukseli”, jak i po stronie Warszawy, trudno zidentyfikować i zweryfikować jakąś długofalową, wielką strategię, realizowaną przez poszczególne podmioty. Podejmowane działania mają raczej charakter taktyczny, doraźny, uzależniony od aktualnych możliwości i ograniczeń wewnętrznych oraz zewnętrznych. Patrząc na UE, trzeba bowiem pamiętać, że poszczególne instytucje wspólnotowe (Komisja, Parlament, Trybunał Sprawiedliwości, etc.) współistnieją w twórczym napięciu między sobą oraz najważniejszymi stolicami państw członkowskich, które to napięcie nieraz przeradza się w rywalizację o to, kto jest ważniejszy.

Z drugiej strony warto mieć świadomość, że spoiwem łączącym wspomniane instytucje są unijne elity polityczne i urzędnicze, charakteryzujące się swoistym grupowym interesem. Fakt, że w sprawie Polski większość z nich gra do jednej bramki, nie wynika z żadnego ukrytego planu, co raczej emocjonalnej reakcji na uderzenie w przedstawicieli podobnego establishmentu w Polsce, i to jeszcze przez „narodowo-konserwatywny” rząd, czyli rząd z zasady podejrzany i brzydko pachnący populizmem. . Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, polecam przegląd europejskiej, mainstreamowej prasy, która wyraża opinię elit.

Wiara, że obrona praworządności nad Wisłą wynika z jakiejś szczególnej troski o los naszego kraju i spędza sen z powiek unijnych urzędników, wydaje mi się naiwna. Jeśli już, idzie raczej o solidarność grupową oraz o udowodnienie, która instytucja jest bardziej sprawcza. Te małe cele są jednak schowane pod wielką opowieścią o praworządności – nie umiem pozbyć się wrażenia, że „rule of law” od jakiegoś czasu stało się kluczem do interpretacji wielu zjawisk w UE. I to niezależnie od mojej negatywnej oceny zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości w ostatnich latach. Zresztą „rule of law” było bardzo wygodnym narzędziem nie tylko dla instytucji europejskich, ale także dla państw Północy i Południa – te ostatnie szukały sposobu na przejęcie środków z polityki spójności trafiających na Wschód, a te pierwsze chciały zaspokoić ich oczekiwania bez dosypywania dodatkowych euro do unijnego budżetu.

Analogicznie sytuacja wygląda w Warszawie – trudno mi uwierzyć, aby polityczna co do zasady decyzja o rozpatrzeniu wniosku premiera Morawieckiego akurat teraz była przejawem jakiejś długofalowej strategii. Po prostu ktoś w obozie władzy (w tym przypadku najpewniej prezes Kaczyński) uznał, że wydanie orzeczenia w tym momencie może się przydać z czysto wewnętrznych, taktycznych powodów.

Oczywiście, można tej decyzji nadawać post factum różne znaczenia, takie jak próba podjęcia dyskusji o niepożądanym kierunku procesu integracji europejskiej, względnie „wstawaniu z kolan i odzyskiwaniu suwerenności” (obóz rządzący), albo rozpoczęcie procesu wyprowadzenia Polski z UE (opozycja), ale w gruncie rzeczy wszystkie te opowieści najprawdopodobniej nie mają wiele wspólnego z realnymi motywami i intencjami. Opowieści te są jednak bardzo użyteczne w codziennej praktyce politycznej.

Bruksela strofuje niesfornego dzieciaka z Polski

Jaki zatem obraz świata wyłania się z taktycznych ruchów obydwu stron? W jakim kierunku mogą one determinować dalsze działania Brukseli i Warszawy? Wydaje mi się, że po kilku latach bezowocnych prób skutecznego ukarania niesfornego dziecka, unijne instytucje dostały wreszcie do ręki odpowiednie narzędzia. Mowa przede wszystkim o rozporządzeniu, które uzależnia wypłatę europejskich środków od spełniania niejasno określonych zasad praworządności, a zostało obwarowane znacznie słabszymi warunkami niż wcześniejsze mechanizmy. Ponadto brak przepisu o terminie, w którym Komisja powinna przekazać do zatwierdzenia przez Radę UE Krajowe Plany Odbudowy.

Pisałem już o tym w swoim tekście w sierpniu – naprawdę trudno oczekiwać, by unijni urzędnicy po tylu latach upokorzeń nie wykorzystali okazji, by wreszcie ugryźć tego żubra w wiadomo co. Ostatnie orzeczenie TK niewiele w tym kontekście zmienia. Co najwyżej daje Komisji kolejny pretekst, którym może uzupełnić swoją opowieść uzasadniającą czasowe wstrzymanie wypłaty środków. Trzeba mieć jednak świadomość, że taka decyzja może stać się elementem wzmacniającym inną opowieść – o UE, która poprzez niedemokratycznie wybrane instytucje podporządkowuje sobie peryferyjne państwa członkowskie.

W tym kontekście nie dziwi mnie tonujący emocje głos przewodniczącej Komisji Ursuli von der Leyen, która dzień po orzeczeniu naszego TK i jednocześnie opublikowaniu pierwszego, bardzo ostrego komunikatu Komisji, starała się łagodzić wydźwięk tego ostatniego. W tej wypowiedzi nie chodziło jednak w moim odczuciu tyle o Polskę, co bardziej o państwa Południa.

Warto jednak dodać, że już kilka godzin później na wspólnej konferencji wystąpili ministrowie spraw zagranicznych Niemiec i Francji, którzy w bardzo ostrych słowach odnieśli się do wyroku polskiego Trybunału, co z kolei można odczytać w następujący sposób – „oto teraz UE może być sprawcza i skuteczna, a ta sprawczość i skuteczność jest zasługą bardziej Berlina i Paryża niż unijnych instytucji”. To wszystko sprawia, że prawdopodobieństwo wstrzymania pieniędzy zarówno z unijnego Funduszu Odbudowy, jak i Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2021-2027, staje się coraz poważniejsze, choć już wcześniej takie prawdopodobieństwo według mnie było znaczne.

Oczywiście tych opowieści można wskazać o wiele więcej – umocnienie podziału centrum-peryferie, przestraszenie społeczeństw Południa przed wyborem bardziej eurosceptycznych sił politycznych (nota bene we Włoszech trzy wiodące w sondażach partii, prezentujące taką właśnie perspektywę, dobijają łącznie do 60% poparcia), etc. Celem tego tekstu nie jest jednak próba całościowego opisu „opowieści integracyjnych”, pora zatem przejść do perspektywy Warszawy i rządu PiS.

Polskę czeka członkostwo drugiej kategorii, i to nie z winy PiS-u

Choć z merytorycznego punktu widzenia ustne uzasadnienie wyroku, dla wielu kontrowersyjne, moim zdaniem nie jest pozbawione sensu, gdyż faktycznie mamy do czynienia z pozatraktatowym rozszerzaniem kompetencji unijnych instytucji względem państw członkowskich na drodze orzecznictwa TSUE, to jednak wszyscy zdają sobie doskonale sprawę, że wydanie orzeczenia w tym momencie ma jasno polityczny kontekst.

Nie wiem, czy chodziło wyłącznie o komunikat do części elektoratu partii rządzącej, która widząc kolejne ustępstwa wobec Brukseli mogła przedryfować bardziej na prawo, czy też ktoś w rządzie uznał, że użycie tej „broni” jest ostatnim sposobem, aby wymusić korzystne z polskiego punktu widzenia rozstrzygnięcie w sprawie uruchomienia środków z Funduszu Odbudowy. Nawet jeśli ten drugi cel był hipotetycznie możliwy, czego dowiódł list Erica Zemmoura, potencjalnego kontrkandydata Emmanuela Macrona w wyścigu o fotel prezydenta Francji, to wspomniany wspólny głos Francji i Niemiec zamyka temat.

Jednocześnie bez prawdopodobnego uzyskania korzyści finansowych, poniesiemy dodatkowe straty. Nie chodzi tu tylko o kwestie wizerunkowe, które nie są bez znaczenia, choć akurat osoby kontestujące politykę zagraniczną PiS zdecydowanie je przeceniają – polski „kapitał wizerunkowy” był na tyle niski, że realne pomniejszenie go przez „dobrą zmianę” nie stanowi istotnej zmiany naszej pozycji. Trzeba bowiem pamiętać, że orzeczenie TK dodatkowo pogłębia chaos i dualizm prawny, gdyż część sędziów sądów powszechnych będzie zgodnie z linią orzeczniczą TSUE ignorować werdykt polskiego Trybunału.

Nie można jednak uciec od spostrzeżenia, że ten chaos nawet przed orzeczeniem był ogromny i w gruncie rzeczy ubiegłotygodniowa decyzja niewiele zmienia. Tym bardziej, że rząd może ją stosować fakultatywnie – nic nie stoi na przeszkodzie, by PiS zlikwidował Izbę Dyscyplinarną, twierdząc, że jej konstrukcja jest niezgodna nie z prawem europejskim, ale naszą ustawą zasadniczą. Wszak prawo to tylko swego rodzaju konwencja, gdzie wszystko (lub prawie wszystko) jest kwestią interpretacji.

Jest jednak o wiele poważniejszy, długookresowy koszt, jaki przyjdzie nam zapłacić za tę decyzję. W przeciwieństwie do części komentatorów nie uważam, aby Polska miała w najbliższej przyszłości możliwość wskoczenia do europejskiej pierwszej ligi. I to nie dlatego, że PiS roztrwonił nasz skromny kapitał wizerunkowy/symboliczny, ale dlatego, że nie mamy ku temu ani potencjału gospodarczego, ani ludzkiego, ani militarnego. Nie jesteśmy bowiem Włochami – oni mimo systematycznego ubożenia i tracenia na znaczeniu wciąż pozostają członkiem-założycielem Wspólnoty i jedną z kolebek europejskiej kultury.

Wizja możliwego Italexitu była prawdopodobnie jednym z powodów, dla których kanclerz Merkel po wielu latach dała się przekonać do jakiejś formy uwspólnotowienia długu. Polska ze swoim postkomunistycznym, peryferyjnym dziedzictwem niczym podobnym pochwalić się nie może, nawet jeśli do władzy w Warszawie dojdzie najbardziej proeuropejski z proeuropejskich rządów. Wprowadzenie euro niczego w tym zakresie nie zmieni.

W świetle obecnych przemian Wspólnoty pozostaje nam jednak opcja członkostwa drugiej kategorii, która nawet mimo znacznie gorszych warunków niż obecnie wciąż będzie lepszym wyjściem niż Polexit. Mając na uwadze, że nasze członkostwo będzie coraz mniej opłacalne, wzmacnianie antyunijnych nastrojów w społeczeństwie, które za kilka/kilkanaście miesięcy za sprawą podwyżek cen energii spowodowanych m.in. europejską polityką klimatyczną i tak będą rosły, nie jest najlepszym pomysłem.

Uzasadnienie trwania we Wspólnocie będzie bowiem wymagać zmiany podejścia przez PiS (ale także przez opozycję, która prędzej czy później przejmie władzę) do pojęcia suwerenności i jego rozumienia przez przeciętnego Kowalskiego, a to nie będzie łatwe zadanie. Niestety ostatni wyrok TK prowadzi nas w dokładnie odwrotnym kierunku.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.