Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Nike dla „Kajś” Zbigniewa Rokity. Prawica musi się obudzić, a tożsamość śląska to nie jest tylko Szczepan Twardoch

Nike dla „Kajś” Zbigniewa Rokity. Prawica musi się obudzić, a tożsamość śląska to nie jest tylko Szczepan Twardoch Zbigniew Rokita, prinscreen z kanału MBP Wrocław, spotkanie 06.07.2018 w Mediatece

Polska prawica wobec tożsamościowej emancypacji Górnoślązaków jest jak mały chłopiec, któremu nie podoba się rzeczywistość: wydaje się jej, że jak zamknie oczy i zatka uszy, to problem zniknie. W efekcie ton współczesnej opowieści o Śląsku dyktuje lewica i liberałowie. Najnowszym przykładem indolencji prawicy jest zlekceważenie tegorocznej nagrody Nike, przyznanej za znakomity reportaż o Górnym Śląsku.

Książka nosi tytuł Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku, a napisał ją Zbigniew Rokita (rocznik 1989), dziennikarz i reportażysta rodem z Gliwic. Co? Nigdy nie słyszeliście? Nic dziwnego, tegoroczna gala Nike, zamiast pobudzić do dyskusji o literaturze, po raz kolejny stała się przyczynkiem w wojnie polsko-polskiej.

Nie bez winy są sami organizatorzy, którzy, a jakżeby inaczej, zrobili z niej happening polityczny wymierzony w partię rządzącą. Gwiazdą wieczoru został jeden z nominowanych, który wyraził nadzieję, że „to całe faszystowskie gówno kiedyś się skończy”. Bon mot wywołał gorący aplauz zaproszonych i jęk oburzenia tych, którzy zaproszeni nie zostali, czyli prawicowego komentariatu.

Intelektualna miałkość tych komentarzy choć nie zaskakuje, to jednak martwi. Z dziesiątek utrzymanych w tym samym tonie wypowiedzi wystarczy może zacytować jednego z polityków Solidarnej Polski: „Ostatnie rozdanie Nagród Nike to kolejny »tupolew« polskiego celebryctwa. Ciemna masa rechoczących lemingów wyzbytych kultury i szacunku do wartości, która sama siebie uważa za elitę kraju”. I to wszystko. Ani grama zainteresowania tym, kto i za co wygrał.

Nie byłoby sensu zajmować się tym tweeterowym refluksem, gdyby nie to, że obrazuje nam bolesną prawdę: polska prawica książki Rokity nie czytała i czytać nie zamierza. I jest z tego dumna. Redaktor Witold Gadowski oświadczył: „Nagroda Nike jest dla mnie bardzo cenna. Wyznacza »to« od czego mam się trzymać z daleka”. Sprawdziłem w internetowych archiwach: pomimo tego, że książka jest dostępna na rynku od ponad roku, to w wiodących prawicowych tygodnikach opinii do dzisiaj nie ukazała się żadna jej recenzja.

Czy rzeczywiście warto

Zapewne ktoś wzruszy ramionami i powie: „No i co? Oni nie czytają nas, a my nie czytamy ich”. Może to i prawda, że kultura polska już dawno rozpadła się na dwa, coraz mniej przenikające się światy, ale panów z tej prawej bańki chciałbym przekonać, że dla Kajś warto zrobić wyjątek. Klub Jagielloński może się pochwalić, że „odkrył” Rokitę już dawno. W lipcu tego roku miałem przyjemność przeprowadzić z nim rozmowę w katowickim oddziale Klubu.

Dlaczego więc warto przeczytać Kajś? Jest to po prostu bardzo dobrze napisana książka o odkrywaniu swoich korzeni. Pewnie wielu na hasło „śląski pisarz” kojarzy się Szczepan Twardoch, zawiedziona miłość konserwatywnej prawicy. Teraz jednak objawił się nam Rokita, który jest, toutes proportions gardées, anty-Twardochem.

Szczepan Twardoch publicysta uwielbia być ostry i jednoznaczny, nigdy nie prowadzi dialogu, zawsze polemikę. Wystarczy przejrzeć którąś z jego niezliczonych internetowych „inb”, w których miesza swoich adwersarzy z błotem. Przy okazji ostatniego spisu powszechnego deklarował twardo, że jest „Ślązakiem bezprzymiotnikowym, ani polskim, ani niemieckim, ani czeskim”. Wychował się (i mieszka nadal) w podgliwickiej wsi, w rodzinie, w której śląskość była taką samą oczywistością jak oddychanie. Swój stosunek do hajmatu opisuje jako quasi-religijny, a jego opus magnum, Drach, to w dużej mierze zbeletryzowana historia własnej rodziny.

Tymczasem Rokita jest, jak to się u nas mówi, krojcokiem – pochodzi z rodziny mieszanej i przez większość życia utożsamiał się ze swoimi lwowskimi przodkami. Studiował i przez wiele lat mieszkał w Krakowie. Swoją śląskość odkrył niedawno i współdzieli ją z tożsamością polską. W Kajś Rokita pozornie wpisuje się w konwencję rodzinnej sagi, ale na koniec poddaje ją niespodziewanej dekonstrukcji. Dekonstrukcja ta staje się wielką, ekumeniczną metaforą: śląskość to nie jest rasa, ani doznanie mistyczne, jest otwarta i dostępna dla wszystkich, którzy chcą ją przyjąć. Rokita nikogo nie wyklucza i nie ocenia: ani „Ślązaków polskiego ducha”, ani tych „bezprzymiotnikowych”, ani ostatnich Mohikanów śląskości niemieckiej, bo i tym poświęca wiele uwagi.

Polskim elitom, nie tylko na prawicy, przyda się przeczytać Kajś, bo ich świadomość historyczna na temat Górnego Śląska często tkwi w głębokiej PRL. Po co w kółko międlić powiastki o piastowskim Śląsku i powstańczym czynie? Miało to sens może jeszcze pół wieku temu, ale teraz?

Przecież nikt od Pragi po Berlin na polski Śląsk nie dybie. Górnośląscy historycy, łącznie z miejscowym IPN, od 30 lat wyjaśniają, jak to możliwe, że można było mówić dialektem polskiego i nie czuć się Polakiem, dlaczego bycie folksdojczem znaczyło tutaj coś innego niż w Generalnym Gubernatorstwie, dlaczego setki tysiące Ślązaków, łącznie z byłymi powstańcami śląskimi, kiedy tylko mogło, uciekło z PRL do Rajchu. Jeśli nie chce się komuś czytać historycznych cegieł, to samo znajdzie w pigułce u Rokity.

Lektura Kajś rozwieje także irracjonalne lęki, jakoby na Górnym Śląsku szalał jakiś groźny separatyzm. Odczarowany zostaje osławiony Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska, przezwany kiedyś na łamach „Do Rzeczy” RAŚ-Fürherem (sic!). Okazuje się, że to typ poczciwego intelektualisty, tyle że z wiecowym temperamentem. Rokita dociera także do śląskiej ekstremy, czyli zadeklarowanych (i kanapowych) separatystów. I co? Okazuje się, że nawet ci, owszem, chcieliby niepodległego Górnego Śląska, ale wiedzą, że jest to nierealne bez geopolitycznego wstrząsu na miarę wojny światowej, a sami Ślązacy nie są ani Szkotami, ani Katalończykami i na żadną niepodległość nie są gotowi.

Ignorancja to zła strategia

Dlaczego takie „korki” ze Śląska są dla prawicy potrzebne? Przy poprzednim spisie powszechnym prawie 850 tys. osób zadeklarowało narodowość śląską, w tym niecałe 400 tys. podało ją jako jedyną. Oczywiście, nawet w skali samego Górnego Śląska to grupa mniejszościowa. Niemniej, okazało się, że blisko milion polskich obywateli wcale nie kupuje opowieści o monoetnicznym narodzie, którą karmi się ich od 100 lat. I co z tym robi polska prawica? Udaje, że nie widzi, jakby w nadziei, że problem sam zniknie. Nie proponuje żadnej ideowej alternatywy. Tę ideową pustkę skutecznie zagospodarowuje za to przeciwległy kraniec spektrum politycznego.

Europoseł lewicy Łukasz Kohut od roku wytrwale rozdaje egzemplarze Kajś napotykanym politykom, od Leszka Millera do Marka Suskiego. Ten pierwszy już dawno się pochwalił, że ta lektura otworzyła mu oczy na wiele spraw; o wrażeniach tego drugiego nic na razie nie wiadomo… Tenże Kohut, przeprowadził niedawno „dowód” na język śląski: w europarlamencie przeszedł nagle na ślōnsko godka, czym skonfundował translatorów. Na tę okoliczność niezawodny Rafał Ziemkiewicz „wyjaśnił” lewaka, że to żaden argument, bo… sepleniącego też by tłumacz nie zrozumiał i dodał jeszcze, że „dla językoznawcy »język śląski« to bzdura równie oczywista, jak dla seksuologa «niebinarność«.

RAZ pewnie nawet nie wie, że w ten sposób tylko żyruje narrację lewicowo-liberalną. A brzmi ona mniej więcej tak: „Hanysy, jadymy na jednym wózku. Dyskryminacja Ślązaków, tj. odmawianie im statusu mniejszości i negowanie języka, to przecież element tego samego mechanizmu narodowej/katolickiej/patriarchalnej opresji, którego ofiarą padają kobiety i osoby nieheteronormatywne, a przyznanie się do bycia Ślązakiem to taki sam akt odwagi, jak queerowy coming out”.

Wielu, zwłaszcza młodych, kupuje tę opowieść, łącząc śląski nacjonalizm z tęczowym progresywizmem i antyklerykalizmem. To ostatnie jest tym łatwiejsze, że katolicyzm na Górnym Śląsku tylko powtarza ogólnonarodową narrację i nie ma dla „tożsamościowych” Ślązaków żadnej oferty. W rozmowie z Rokitą zapytałem go, dlaczego w jego książce nie ma nic o śląskim Kościele. Jego całkowite zaskoczenie tym pytaniem starczyło za odpowiedź.

Śląska elita

Za parę miesięcy poznamy wyniki tegorocznego spisu powszechnego. Jeśli liczba śląskich deklaracji wzrośnie lub chociażby utrzyma się na zbliżonym poziomie, będzie to dowód na to, że rezultaty sprzed 10 lat nie były socjologiczną anomalią, ale trwałą tendencją. Istotny ich spadek zapewne utwierdzi rządzących w błogim przekonaniu, że taktyka na przeczekanie jest słuszna. Postawa taka nie uwzględnia jednak jednego: nie liczy się tylko ilość, ale także jakość.

Nike dla Rokity nie jest bowiem (tylko) przejawem incydentalnej fascynacji warszawskiego salonu dla śląskiej egzotyki. Po raz pierwszy w nowożytnej historii Górnego Śląska krystalizuje się jej autochtoniczna, świadoma siebie elita: naukowcy, pisarze i artyści, którzy mogą pchnąć śląski projekt na nowe tory. Zamiast negować jej istnienie, lepiej byłoby dla Polski, gdyby przedstawiła w końcu nową, inkluzyjną wizję partycypacji Ślązaków w państwie polskim. Przed kilkoma laty streścił ją hasłem gente Silesius, natione Polonus w jednym z tekstów Konstanty Pilawa. W takim przewartościowaniu może pomóc książka Rokity. Można się z nią zgadzać, można z nią polemizować. Żeby to zrobić, trzeba ją jednak najpierw przeczytać, a nie zbywać tweeterowym rechotem.

W pierwotnej wersji niniejszego tekstu ukazała się nieprawdziwa informacja, jakoby red. Piotr Semka nazwał Jerzego Gorzelika mianem „RAŚ-Führera”. W rzeczywistości określenia tego użyli na łamach „Do Rzeczy” we wspólnie prowadzonej rubryce redaktorzy P. Gociek i P. Gursztyn (nr 15/015, 6–12 maja 2013, s. 9).Za zaistniałą pomyłkę redaktora Piotra Semkę i wprowadzonych w błąd Czytelników serdecznie przepraszamy. Zbigniew Przybyłka i redakcja portalu klubjagiellonski.pl

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.