Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Przepisy ostrzejsze niż RODO, granie w gry komputerowe 3 h tygodniowo. Chiny uderzają we własny BigTech, aby wygrać z Zachodem

Przepisy ostrzejsze niż RODO, granie w gry komputerowe 3 h tygodniowo. Chiny uderzają we własny BigTech, aby wygrać z Zachodem j-are ruiz/flickr.com

Przyjęte przez Chiny nowe regulacje w kwestii prywatności są w niektórych punktach ostrzejsze niż RODO. Wydaje się to bardzo zaskakującym ruchem w kraju, w którym ochrona prywatności do tej pory właściwie nie istniała. A jednak! Na chińskie spółki technologiczne sypią się kary ze strony tamtejszego urzędu ochrony konkurencji. Władze chcą także, aby firmy produkujące cyfrowe gry ograniczyły możliwość grania nastolatków do trzech godzin w tygodniu. Czy Partia robi to w imię ochrony prywatności obywateli? Czy też uderzając w sektor rozrywki chce zrealizować wizję technologicznej supremacji nad Zachodem?

Pekin coraz bardziej reguluje

Minął niemal rok, od kiedy Partia zabrała się za publiczną krytykę sfery technologicznej. Dziś oglądamy już konkretne rezultaty kolejnych regulacji chińskich rynków technologicznych. Niedawno instytucja odpowiedzialna za regulację rynków zabrała się za walkę z nieprawidłową konkurencją – na przykład zabraniając firmom tworzenia fikcyjnych ocen ich produktów w sieci. Przypomnijmy też, że w lipcu chińska administracja cyberbezpieczeństwa zablokowała możliwość rejestracji nowych klientów Didi, chińskiego odpowiednika Ubera, a ostatnio władze Chin nakazały firmom produkującym gry wideo ograniczenie dostępu do cyfrowej rozrywki dla nastolatków do zaledwie trzech godzin w tygodniu.

W ostatnich tygodniach oglądamy wejście w życie dwóch ważnych regulacji, mających na nowo poukładać klocki cyfrowego rynku w Chinach. 20 sierpnia przyjęto Personal Information Protection Law (w skrócie PIPL), które wejdzie w życie pierwszego listopada. Z kolei już 1 września w życie weszła inna ustawa – Data Security Law (DSL).

PIPL to regulacja dotycząca danych osobowych bardzo mocno wzorowana na znanym nam doskonale RODO. Z kolei DSL ustanawia dla firm ramy klasyfikacji danych w oparciu o ich wartość gospodarczą i powiązanie z cyberbezpieczeństwem. Zmusza tym samym chińskie przedsiębiorstwa do rewaluacji tego, co robią z danymi – i przede wszystkim, gdzie je przechowują. A mówiąc wprost – znaczne  kategorie danych będą musiały spoczywać na chińskiej  ziemi i nie będą mogły opuszczać Państwa Środka. PIPL wprowadza także kilka obowiązków bardzo podobnych do tych znanych z RODO – inspektora danych osobowych wewnątrz firm, konieczność otrzymania zgody użytkownika na przetwarzanie danych w konkretnym celu, zasadę ograniczenia kategorii zbieranych danych do niezbędnego minimum.

Nie będę zanudzał tutaj bardzo konkretnymi szczegółami prawnymi. Istotne jest to, że państwo będące do tej pory synonimem braku dbania o prywatność obywateli nagle wprowadza legislacje w niektórych punktach ostrzejsze niż te stosowane w Europie. Skąd ta nagła zmiana? Czy Chiny staną się nagle prymusem ochrony prywatności?

Po co zabijać kurę znoszącą złote jaja

Według raportu „South China Morning Post” zatytułowanego „China Internet Report 2021” są przynajmniej dwa główne powody:  po pierwsze – to element ruchów antymonopolowych. My na zachodzie narzekamy na BigTech, przerzucając się przykładami zachowań firm z Doliny Krzemowej. Równocześnie problemy monopolistyczne w Chinach są pod wieloma względami o wiele większe.

W USA czterech największych graczy w sferze e-commerce odpowiada za 51% całego rynku. W Chinach cztery największe firmy mają aż 84%. A co z aplikacjami dostarczającymi jedzenie? Tam zaledwie dwie firmy kontrolują 98% rynku. Aplikacje taksówkarskie? Cztery firmy mają 92% udziału, w tym samo Didi 85%. To wspomniana wcześniej firma, która po wejściu na giełdę w USA została przez chińską administrację usunięta ze sklepów z aplikacjami.

Firmy, rozzuchwalone swoją dominującą pozycją na rynku, sięgają po coraz mniej wymyślne zasady walki z konkurencją. Na przykład należąca to Tencentu aplikacja do komunikacji WeChat zablokowała możliwość wysyłania linków z e-commercowego portalu Taobao, należącego do konkurencyjnej Alibaby. Alibaba z kolei też nie jest niewinna – chiński gigant e-commerce wymusza na sprzedawcach na swojej platformie, aby nie mogli własnych produktów oferować w innych sklepach. Natomiast Didi został przyłapany na tym, że pokazywał różne ceny różnym klientom na tej samej trasie i w tym samym czasie – po prostu używając przeróżnych danych do oszacowania grubości portfela bogaczy. Jeśli w przypadku zachodniego BigTechu mówimy o „grodzeniu podwórek”, to firmy z Państwa Środka raczej od razu zbudowały betonowy płot z prefabrykatów i wstawiły ciężką bramę.

Chińska administracja ruszyła więc do regulacyjnej walki z monopolistami. Części praktyk zakazał urząd kontroli rynku, ale wprowadzane regulacje mają ograniczyć możliwość zbierania danych przez gigantów i ich przewagę technologiczną. Giełda już wyraźnie odnotowuje te działania – akcje gigantów w trwającym roku od swoich szczytów spadły nawet o 30-40%.

Kredytowa studnia bez dna

Drugą przyczyną jest rosnąca popularność fintechów, szczególnie tych udzielających pożyczek. Do tej pory firmy technologiczne w Chinach praktycznie nie musiały odpowiadać kapitałem – pożyczki w większości finansowały banki. Nowo wprowadzane regulacje wymagają wzięcia części odpowiedzialności za pożyczany kapitał przez same firmy technologiczne, a także ograniczają maksymalne oprocentowanie zaciągniętej pożyczki.

Dlaczego to dla Chin istotne? Tamtejszy wskaźnik długu do dochodów gospodarstw domowych wzrósł w 2020 roku do 139%. Dla porównania – w szczycie kredytowo-hipotecznej bańki w USA w 2007 roku ten wskaźnik dla amerykańskich gospodarstw był niższy – 133%. Chińska administracja próbuje więc zatrzymać fintechowy szał pożyczkowy, który jedynie dolewa oliwy do ognia.

Ale chęć ograniczenia monopoli nie tłumaczy jeszcze, dlaczego nagle Partii zaczęło zależeć na prywatności jej obywateli. Tutaj pewnym tropem może być fakt, że wspomniane wyżej PIPL wprowadza dosyć restrykcyjne ograniczenia w kwestii gromadzenia danych, ale jedynie dla firm, a nie dla państwa. Jeśli więc ktoś liczył na to, że chińska administracja przestanie używać technologii na przykład do śledzenia Ujgurów, to raczej się przeliczy. Kontrola nad danymi gromadzonymi przez państwo nadal będzie iluzoryczna. Co więcej, wymaganie przechowywania danych wewnątrz Chin raczej ułatwi chińskim służbom dostęp do nich w razie potrzeby. Szczególnie, że przecież szereg zachodnich firm, takich jak Microsoft czy Apple, które w ostatnich latach prężnie działały na rynku chińskim, przechowuje część danych swoich chińskich klientów na tamtejszej ziemi.

Usprawnienie rynków czy droga do zwycięstwa z Zachodem?

Z jednej strony, Chiny wprowadzają szereg ambitnych reform internetowego rynku. Reform, z których część stanowi być może odpowiedź na problemy prywatności i braku konkurencji, stojące nie tylko przed Chinami, ale również Europą czy USA. Z drugiej, delikatnie uchylają szerzej drzwi kategorii „cyberbezpieczeństwo państwa”, co w przyszłości może tylko wzmocnić wykorzystanie danych przez służby przeciwko obywatelom.

Co ciekawe, równocześnie widać wyraźnie, że z bardzo różnych powodów na szczytach wielkich chińskich spółek technologicznych dochodzi do wymiany prezesów-wspózałożycieli. Jack Ma z Alibaby zniknął, aby uczyć się kaligrafii – i od tego czasu przestał buńczucznie rzucać wyzwania Partii. Prezes JD.com zrezygnował ze względu na skandal seksualny, współzałożyciel Pinduoduo z kolei odszedł, aby zająć się biotechnologią. Współzałożyciel firmy-matki stojącej za TikTokiem również zrezygnował. Prawie każdy z nich ma swoje niezależne powody do odejścia, niemniej zastanawia istnienie wciąż rosnącej grupy założycieli firm, którzy zdecydowali się odejść od swoich biznesowych dzieci.

Być może pewnym wytłumaczeniem jest to, że poza regulacjami Chiny o wiele brutalniej „musztrują” swoje firmy. Jednym przykładem jest praktyka wszczynania śledztw wobec firm, które, podobnie jak Didi, też chcą wejść na amerykańską giełdę. Inny przykład to podjęta przez władze w Pekinie walka z uzależnieniem od komputera. W jej ramach rząd rozkazał, aby firmy pozwalały nastolatkom grać jedynie przez trzy godziny w tygodniu – w piątki, soboty i niedziele pomiędzy 20 a 21.

Czy Chiny nie zabijają powoli swojej z takim trudem stworzonej technologicznej przedsiębiorczości? Żaden rozwinięty kraj nie stworzył innowacyjnej gospodarki bez gwarancji prawa własności, a dziś w chińskim internecie bardziej niż kiedykolwiek tamtejszy rząd pokazuje, że mówienie o „gwarancjach” w państwie jednopartyjnym jest pustosłowiem.

Być może rząd w Pekinie chce przesterować cyfrową gospodarkę na zupełnie inne tory? W końcu Xi Jinping chce osiągnąć supremację technologiczną do 2025 roku. Być może więc te wszystkie rynkowe zabawki, choć dochodowe, w rozumieniu Partii jedynie odciągają chiński talent technologiczny od skupienia na twardych technologiach, takich jak komputery kwantowe? Być może to uderzenie we własną internetową gospodarkę, które ma ma na celu przesterowanie jej na bardziej militarystyczne tory?

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.