Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Projekt „dziecko”. Jak nie przesadzić z przygotowaniem się do rodzicielstwa?

Projekt „dziecko”. Jak nie przesadzić z przygotowaniem się do rodzicielstwa? https://unsplash.com/photos/S8BW-Wx9G8I

Na szczęście rodzenie po ludzku staje się standardem. Kobiety są coraz bardziej świadome, na czym polega ciąża oraz mają dostęp do fachowej wiedzy. Jednak nawet ten proces niesie ze sobą ryzyko. Szeroki dostęp do wiedzy nie zawsze pomaga w znalezieniu rzetelnych informacji, a macierzyństwo nie może zdominować relacji kobiety z partnerem. Z Lucyną Mirzyńską, położną rodzinną z trzydziestoletnim stażem, laureatką wielu nagród oraz autorką książki Pierwsza pomoc w nauce macierzyństwa rozmawia Magdalena Kędzierska-Zaporowska.

Może się wydawać, że w dzisiejszych czasach nie trzeba już zadawać tego pytania, ale okazuje się, że jednak musimy od niego zacząć. Kim jest położna rodzinna i jaką pełni funkcję w systemie opieki okołoporodowej?

To rzeczywiście jest zaskakujące, że wciąż wiele kobiet nie zna swoich praw, a jednym z nich jest właśnie prawo do skorzystania z opieki położnej rodzinnej, która zajmuje się kobietami właściwie od urodzenia do późnej starości, choć oczywiście szczególną rolę odgrywa w życiu ciężarnych i młodych matek. Jako położna rodzinna towarzyszę mamie od 21. tygodnia ciąży, przygotowując ją do nowej roli i sprawując opiekę nad jej stanem zdrowia. Po porodzie odwiedzam moje pacjentki w domu i pomagam im w pierwszych czynnościach higienicznych przy maluszku, wspieram je w laktacji, a także nadzoruję stan zdrowia noworodka. Do moich obowiązków należy też kontrola stanu położnicy – zarówno fizycznego, jak i psychicznego, bo standardowo sprawdzam, czy młoda mama nie popada na przykład w depresję.

I na to wszystko każda młoda matka może liczyć za darmo?

Tak, świadczenia położnej rodzinnej finansowane są przez Narodowy Fundusz Zdrowia, choć trzeba z przykrością przyznać, że nie wszystkie położne pracują tak samo i nie zawsze oferują kobietom pełen pakiet usług. Na szczęście pacjentki mogą wybrać sobie taką położną rodzinną, której profesjonalizm i zaangażowanie nie budzą u nich wątpliwości. Zachęcam wszystkie moje podopieczne, żeby mówiły o tym swoim siostrom, kuzynkom czy koleżankom, bo niestety wciąż wielu lekarzy ginekologów prowadzących ciążę nie informuje swoich pacjentek o tym, że przysługuje im opieka położnej rodzinnej. A to ich obowiązek.

Być może po prostu dziewczyny o to nie pytają, bo nie potrzebują takiego wsparcia? Mamy przecież szereg możliwości, w tym płatne szkoły rodzenia, mnóstwo informacji w internecie, wiele publikacji…

I to wszystko jest bardzo cenne. Sama napisałam książkę, żeby zebrać całą moją wiedzę i doświadczenie, które gromadziłam przez ostatnie 30 lat. Ze spotkań z moimi pacjentkami wiem jednak, że taka możliwość osobistego kontaktu z kimś, kto nie tylko doradzi, lecz także w praktyce pokaże różne rzeczy, jest bardzo potrzebna. Dawniej młode matki korzystały z wiedzy i pomocy swoich mam, sióstr i babć. Dzisiaj, mieszkając nierzadko kilkaset kilometrów od rodzinnego domu, są takiego wsparcia pozbawione. Zresztą kiedyś dziewczyny wychowywane w wielopokoleniowych i wielodzietnych rodzinach obserwowały inne kobiety w ciąży, potem w połogu. Wiedziały, z czym to się wiąże. Poza tym nieraz pomagały w opiece nad młodszym rodzeństwem czy kuzynostwem. Obecne młode matki nie mają takich doświadczeń.

Czy to jest ta najważniejsza różnica pomiędzy matkami kiedyś i dziś?

Tych różnic jest więcej. Na pewno opieka okołoporodowa w ostatnich dekadach przeszła prawdziwą rewolucję, która paradoksalnie polega na powrocie do korzeni. Kobieta na oddziale położniczym przestała być przedmiotem działań, a stała się podmiotem. Coraz mniej jest niepotrzebnych interwencji medycznych, a coraz więcej szacunku dla fizjologii. Oczywiście jeszcze nie w każdym szpitalu w Polsce jest idealnie – o czym świadczy chociażby rosnąca liczba nieuzasadnionych cesarskich cięć – ale zmiana w podejściu do kobiety rodzącej jest ogromna i zauważalna. Zawdzięczamy to zarówno akcjom społecznym, jak i pracy wielu położnych, które starają się podnosić swoje kwalifikacje i zmieniać wyuczone nawyki. Trzeba bowiem pamiętać, że także w naszym zawodzie większość stanowią obecnie panie, które swoją pracę zaczynały w czasach, kiedy o „rodzeniu po ludzku” nikt jeszcze w Polsce nie mówił na głos. Myślę, że trzeba docenić wiele z nich za to, że mimo braku systemowego wsparcia i bardzo niskich wynagrodzeń cały czas się kształcą, żeby być na bieżąco z wciąż zmieniającymi się wytycznymi i standardami.

Te dobre zmiany wymuszają też młode matki, które są coraz bardziej wyedukowane, chociażby w kwestii dbania o swój organizm w trakcie ciąży. Dziś powszechna jest świadomość szkodliwości nawet najmniejszej ilości alkoholu dla rozwijającego się dziecka, podczas gdy jeszcze kilkanaście lat temu często słyszałam rady, że kieliszek wina w ciąży nie zaszkodzi. Teraz, przynajmniej wśród ciężarnych z dużego miasta, kobiet dobrze wykształconych, abstynencja jest raczej normą. Być może są takie miejsca, w których te stare przyzwyczajenia wciąż pokutują, ale na pewno w tej akurat sprawie idzie ku lepszemu.

Co daje kobietom taka większa wiedza? Ich ciąże przebiegają bez powikłań? Czy jako matki są spokojniejsze?

Jestem wielką orędowniczką edukacji przedporodowej, bo z doświadczenia wiem, że kobieta dobrze przygotowana do macierzyństwa lepiej przeżywa poród i sprawniej radzi sobie z pierwszymi macierzyńskimi wyzwaniami, takimi jak karmienie piersią czy różnego rodzaju zjawiska adaptacyjne noworodka. Oczywiście wiedza nie jest gwarancją, że wszystko pójdzie tak, jak sobie zaplanowałyśmy. Dobre przygotowanie merytoryczne może pomóc, o ile nie przerodzi się w jakąś przesadę. Nadmiar wiedzy na pewno młodej mamy nie uspokoi, a może jej wręcz zaszkodzić.

Co masz na myśli, mówiąc, że może zaszkodzić? Kobiety, które zbyt dużo wiedzą, bardziej się stresują?

To także. Problemem jest jednak nie ilość wiedzy, lecz raczej jej jakość i rozproszenie. Pandemia spowodowała, że młode mamy mają w internecie znacznie więcej źródeł informacji, z których mogą korzystać. To generalnie jest bardzo pozytywne, bo sama też chętnie uczestniczę w szkoleniach online, by podnieść swoje kwalifikacje. Ostatnio wszelkiego rodzaju profesjonalne prelekcje są dużo bardziej dostępne. Mimo że moje pacjentki mogą u mnie liczyć na szerokie omówienie właściwie każdego zagadnienia związanego z ciążą, porodem, połogiem czy opieką nad noworodkiem, a także na osobistą i bezpośrednią opiekę, to również często decydują się na udział w różnego rodzaju webinarach.

Większość z tych propozycji jest wartościowa, bo coraz więcej mamy w sieci profesjonalnych treści. Młode matki nie są już skazane tylko na porady celebrytek, choć i z nich wciąż na nieszczęście korzystają. Niestety jakaś część informacji prezentowanych rzekomo przez profesjonalistów niezgodna jest z aktualną wiedzą medyczną, przedstawiana jest w sposób niezrozumiały lub w złym kontekście. Osoba niemająca fachowej wiedzy nie jest w stanie nie tylko zweryfikować tych informacji, lecz także chociażby zebrać ich w całość i zastosować w odpowiednim momencie. W takich sytuacjach potrzebny jest ktoś, kto z tych różnych skrawków poskłada spójny przekaz, a przy okazji odsieje rzeczy nieprawdziwe lub czasem wręcz szkodliwe. Taką osobą może być właśnie położna rodzinna.

Czy ta szkodliwość polega też na tym, że te młode dziewczyny nie mają bezpośredniego kontaktu z prowadzącymi takie profile czy szkolenia online? Że całymi dniami przesiadują przed ekranem?

Tu cię zaskoczę! Mnie brak kontaktu osobistego z moimi pacjentkami bardzo przeszkadza. Co prawda, niemal od samego początku pandemii przychodzę osobiście do tych rodzin, które sobie tego życzą, oczywiście z zachowaniem reżimu sanitarnego, a więc między innymi w maseczce. Mnie to denerwuje, bo wiem, że moje pacjentki nie mogą zobaczyć przez to mojego uśmiechu, który – co wiem z doświadczenia – naprawdę bywa w takich trudnych momentach bardzo pomocny. Bałam się, że pandemia bardzo źle wpłynie na kobiety, które – pozostawione bez wsparcia najbliższych i zmuszone do kontaktów przez internet – będą bardzo źle znosić poród i pierwsze dni macierzyństwa. Okazało się, że jest odwrotnie. Każdej mojej podopiecznej standardowo zadaję pytania z tzw. kwestionariusza edynburskiego, a więc robię takie wstępne badanie przesiewowe, by wykluczyć wystąpienie objawów depresji poporodowej. W czasie pandemii nie miałam chyba żadnej pacjentki, u której to badanie wskazałoby na konieczność konsultacji psychiatrycznej.

Przecież tyle się mówi o tym, że masowo popadliśmy w zaburzenia psychiczne… Co uchroniło przed nimi młode matki?

Paradoksalnie chyba właśnie internet i możliwość spotkań online. Do tej pory rzadko korzystaliśmy z tych wszystkich aplikacji. Pandemia niejako zachęciła nas do częstszych rozmów przez komunikatory chociażby z bliskimi czy znajomymi mieszkającymi daleko – z pozostawionymi w rodzinnej miejscowości matkami, siostrami, koleżankami, kuzynkami. Poza tym młode mamy zaczęły szukać wsparcia w mediach społecznościowych. Dopytują na przykład o aktualne obostrzenia obowiązujące w szpitalach, przez co są ze sobą w stałym kontakcie. Chyba nigdy wcześniej moje pacjentki nie budowały tak ożywionych relacji z innymi dziewczynami – i to z różnych stron Polski. Gromadzą się w grupy typu „Rodzę w styczniu 2022”. Nie mam pojęcia, jak wyglądać będzie ta nasza nowa normalność po pandemii, ale myślę, że wiele z tych rzeczy z nami pozostanie. Jakie będą tego skutki w przyszłości? Tego na razie jeszcze nie wiemy. Wydaje się jednak, że młodzi ludzie nauczyli się żyć w takiej wirtualnej rzeczywistości i to, co mnie wydaje się dziwne, dla moich pacjentek jest już normą.

To są jednak relacje wirtualne, które chyba nie zastąpią relacji na żywo, a te bywają przecież bardziej wymagające. Jak młode rodziny poradziły sobie z koniecznością bycia ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę?

To rzeczywiście była próba dla relacji rodzinnych, choć ja, jako doświadczona mama i przy okazji pedagog rodziny, patrzę na to wszystko z innej perspektywy. Myślę, że to był w gruncie rzeczy dobry czas, żeby spokojnie ze sobą pobyć. Chodzi mi tu na przykład o relacje z najmłodszymi dziećmi, które po prostu zostały z rodzicami w domu. Nie chciałabym generalizować, bo okoliczności życiowe i zawodowe są bardzo różne, ale myślę, że dla sporej liczby kobiet była to okazja, by przemyśleć, czy naprawdę ich kariera zawodowa ucierpi, jeśli zrobią sobie w niej krótką przerwę i spędzą z dziećmi nieco więcej czasu. Mam zresztą już sporo pacjentek, które właśnie w pandemii zdecydowały się na kolejne dziecko, bo uznały, że skoro i tak mogą pracować zdalnie, to ciąża nie będzie dla nich tak uciążliwa, jeśli chodzi o karierę zawodową. Mówię o rzeczywistości Krakowa, gdzie taka forma pracy wśród młodych kobiet jest teraz dosyć popularna, ale myślę, że w innych dużych miastach może być podobnie.

Czyli nie potwierdzasz kasandrycznych wizji, że w wyniku lockdownu rodziny masowo się rozpadną?

Tego nie wiem. Generalnie przez te ostatnie trzydzieści lat model rodziny bardzo się zmienił. Jeszcze kilkanaście lat temu pary żyjące bez ślubu stanowiły ułamek moich pacjentów. Dziś rzadkością są małżeństwa. To jest oczywiste, że związki nieformalne dużo łatwiej zakończyć, trochę tak jak projekt w korporacji. Zresztą zdarza mi się porównywać dzisiejsze rodziny właśnie do „projektu”. Wiele dziewczyn wchodzi w projekt „dziecko” jak w korporacji, krok po kroku realizując kolejne jego założenia. Odpowiedni partner, potem mieszkanie, na końcu ciąża. Oczywiście ów „projekt” musi być realizowany na najwyższym poziomie, nie ma miejsca na porażki czy potknięcia. Stąd pewnie to dążenie do zdobycia jak największej ilości informacji, a także szczegółowe planowanie i nadmierna ostrożność, żeby coś przypadkiem nie poszło nie tak, jak powinno.

W takim „projekcie” nie ma miejsca na żadną niepewność, a przecież ciąża to jest swego rodzaju czas niepewności. Nie wiemy chociażby tego, kiedy i jak się zakończy. Gdy pytam moje pacjentki o termin porodu, zazwyczaj słyszę informację, że „według USG jest to taki a taki dzień”. W tym zaufaniu aparaturze jest bardzo dużo nieuzasadnionej pewności, bo przecież badania USG wskazują zarówno datę porodu, jak i np. wielkość dziecka jedynie w przybliżeniu. A mimo to dzisiejsze mamy tak bardzo ufają technologii, że przestały wsłuchiwać się w swoją intuicję i obserwować własne ciało. Często nie znają odpowiedzi na najprostsze, wydawałoby się, pytanie, kiedy mogły zajść w ciążę, która może być całkiem trafną wskazówką daty porodu, nie gorszą niż wskazania aparatu USG. Mam wrażenie, że to ciągłe podglądanie dziecka nie ma już nic wspólnego z właściwą troską o przebieg ciąży, lecz raczej jest sposobem na sprawowanie kontroli nad całym „projektem dziecko”. Zdarza się zresztą, że jeśli jakiś uczestnik projektu się nie sprawdza, a tym niesprawdzającym się bywa zazwyczaj ojciec dziecka, po prostu się go z tego projektu wyrzuca…

Dlaczego mężczyzna się nie sprawdza?

Zabrzmi to może kontrowersyjnie, ale chyba dlatego, że po prostu nie ma szans się sprawdzić w projekcie, którego jedynym celem jest stanie się idealną matką i wychowanie idealnego dziecka, jak ze zdjęć z Instagrama. Nieraz obserwuję rodziny, w których ojciec dziecka jest kimś, kto ma tylko zarobić, by wszystkie etapy „projektu” mogły być realizowane na jak najwyższym poziomie. Jest bardzo wielu mężczyzn, którzy chcą zaangażować się w przygotowania do opieki nad noworodkiem i potem aktywnie w tej opiece uczestniczyć. Świadczy o tym chociażby bardzo duże zainteresowanie zajęciami „Tata da radę”, które prowadzę w ramach komercyjnej szkoły rodzenia. Niestety młodzi ojcowie nierzadko nie mają szansy tej swojej potrzeby kontaktu z dzieckiem zaspokoić, ponieważ zdarza się, że są od opieki nad nim odsuwani. A przecież poza karmieniem piersią nie ma czynności, której przy noworodku nie mógłby wykonać tata…

Jestem ogromną propagatorką karmienia piersią, i to jak najdłuższego, ale nigdy nie pochwalę tego, że roczny maluch wciąż zajmuje miejsce swojego ojca w łóżku mamy. Znam pary, w których mężczyzna przez pierwsze miesiące, a nawet lata życia dziecka musi spać na kanapie. Ponieważ w swoim zawodowym życiu widziałam już naprawdę wiele tego typu sytuacji, wszystkim moim pacjentom polecam zorganizowanie miesięcznicy porodu. Dokładnie opisuję to zresztą w książce. Chodzi o to, żeby młodzi rodzice pozwolili sobie na bycie parą i to już świętując ten symboliczny miesiąc po porodzie. Szczególnie opornych proszę o wysłanie mi selfie z takiej randki, żeby mieć pewność, że to zalecenie zrealizowali. To jest naprawdę bardzo ważne.

Czy w tym „projekcie” nie ma miejsca na kolejne dzieci? Wskaźniki demograficzne są alarmujące. Czy na podstawie swoich obserwacji mogłabyś powiedzieć, dlaczego w Polsce dzietność jest tak dramatycznie niska?

Moje obserwacje mogą nie być miarodajne, bo pracuję w dużym mieście, do którego przyjeżdża wielu młodych ludzi, więc ja akurat pracy mam sporo, a i porodówki w Krakowie raczej nie stoją puste. Na pewno jednak rzadkością są rodziny wielodzietne, choć i takie się zdarzają. Wbrew powszechnej opinii decyzja o kolejnych dzieciach zazwyczaj jest planowana i dobrze przemyślana, a już na pewno nie jest motywowana chęcią otrzymania dodatkowego „500+”. Nie chciałabym dyskredytować tego programu, ale wydaje mi się, że akurat takie wsparcie nie ma szczególnego wpływu na dzietność. Rodziny wielodzietne, które znam, wybrały taki model z różnych powodów, najczęściej po prostu było to ich marzenie bądź też mają pozytywne doświadczenie wielodzietności z własnych rodzin. I zazwyczaj te pary mają na tyle dobrą sytuację finansową, że kwestia dodatkowych pieniędzy od państwa nie jest kluczowa. Muszę jednak przyznać, że ostatnio coraz częściej spotykam się z mamami, które czekają na swoje trzecie dziecko. Nie wiem, jak to odnieść do statystyk ogólnopolskich. Pewnie w różnych miejscach w kraju różnie to wygląda. Być może sytuacja materialna rodzin w Krakowie jest na tyle dobra, że mogą sobie na to pozwolić?

Może też dlatego, że w Krakowie – dużym mieście z bogatą ofertą świadczeń medycznych, także prywatnych – czują się po prostu dobrze „zaopiekowane”? Mówi się czasem, że dziewczyny boją się kolejnych porodów ze względu na złe doświadczenia z opieką okołoporodową w szpitalach. Wspominałaś, że przeszliśmy rewolucję. Co jeszcze trzeba zmienić, żeby kobiety czuły się na wszystkich porodówkach bezpiecznie i komfortowo?

Przede wszystkim musimy przestrzegać standardów, które są już całkiem dobre. Problem nie leży w prawie, lecz w jego egzekwowaniu. W przestrzeganiu standardów na pewno pomoże rzetelna wiedza kobiet, a więc chociażby odpowiednia edukacja przedporodowa prowadzona przez przygotowane do tego położne. Takiej edukacji nie zastąpią żadne profile instagramowe czy webinary, bo tylko położna znająca dobrze i standardy, i realia oraz zwyczaje konkretnego miejsca jest w stanie tak przygotować pacjentkę, by ta nie czuła się rozczarowana czy wręcz zdruzgotana, gdy w szpitalu, do którego trafi, coś będzie wyglądać inaczej, niż opisano to na Instagramie. Nie chodzi mi o to, że szpital ma prawo nie przestrzegać standardów. Mówię tu raczej o tym, że podstawą opieki nad kobietą rodzącą zawsze musi być indywidualne podejście i czasem dla dobra pacjentki od najlepszego nawet standardu trzeba odejść, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. O części takich sytuacji wspominam chociażby w mojej książce, żeby uświadomić kobietom, że poród to zjawisko nie do końca przewidywalne, które po prostu może się nie wpisać w nawet najlepszy plan.

Z niepokojem patrzę raczej na zmiany, które są proponowane. Słusznie twierdzi się, że nad matką i dzieckiem powinien czuwać zespół specjalistów, uważam jednak, że nie ma powodu, by ten zespół składał się ze sztywnego zestawu osób, na którego wybór pacjentka nie ma żadnego wpływu. Położna rodzinna uprawia samodzielny zawód medyczny, więc może przejąć pełną odpowiedzialność za prowadzenie pacjentki w ciąży. To ona, jako osoba wybrana przez kobietę, której ta w pełni ufa, powinna w porozumieniu z nią dobrać takich specjalistów, którzy są w danym przypadku niezbędni. Mowa tu i o pielęgniarce, i o fizjoterapeucie, i o pediatrze czy neurologopedzie, który na przykład skonsultuje noworodka mającego problem ze ssaniem. W takiej koordynacji na pewno bardziej pomógłby porządny system komputerowy, który zbierałby wszystkie dane na temat pacjenta, tak by można było podobne zespoły tworzyć w miarę potrzeby. Odgórne tworzenie jakichś nowych bytów moim zdaniem popsuje całkiem niezły system, który mógłby działać jeszcze lepiej, gdyby tylko wprowadzono kilka udogodnień.

A jak covid i pandemia wpływają i wpłyną na opiekę okołoporodową?

Ostatnie kilkanaście miesięcy było dla nas wszystkich bardzo trudne. Na początku rzeczywiście było sporo niepewności, a dostęp do opieki zdrowotnej został znacznie utrudniony. Dowodem na to była chociażby nieco większa niż zwykle liczba poronień – w większości wypadków wynikało to zapewne z mniejszej dostępności do służby zdrowia i procedur podtrzymujących takie wczesne ciąże. Dzięki szczepieniom powoli wszystko wraca do znanej nam „normy”, choć wiemy już, że zachorowanie na covid może być szczególnie niebezpieczne dla kobiet ciężarnych lub będących w połogu. I właśnie ze względu na potencjalne ryzyko zachorowania przez matkę, a także groźny zespół pocovidowy, który może dotknąć nawet niemowlęta, zaleca się szczepienia kobiet planujących ciążę i ciężarnych. Na razie nie znamy innego sposobu na tę chorobę, której wszystkie konsekwencje dla przyszłego stanu zdrowia wciąż pozostają niewiadomą, choć mamy już dowody naukowe na to, że przechorowanie covidu wiąże się z szeregiem groźnych powikłań.

Rodziny oczekujące na narodziny dziecka – w tym przyszli babcie i dziadkowie – zdecydowanie powinny więc rozważyć zaszczepienie się, by stworzyć wokół matki i dziecka swoisty „kokon” ochronny. Wśród moich pacjentek około 70 proc. przyjęło szczepionkę. To poniekąd dowód na to, jak ważna i skuteczna jest rzetelna edukacja porodowa prowadzona przez położną rodzinną. Gdyby moje pacjentki ograniczyły się tylko do „wiedzy” z internetu, ten odsetek mógłby być znacznie niższy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.