Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Dziennikarz na Białorusi musi pracować jak w konspiracji. Rozmowa z Arletą Bojke, współautorką książki pt. „Partyzanci”

Dziennikarz na Białorusi musi pracować jak w konspiracji. Rozmowa z Arletą Bojke, współautorką książki pt. „Partyzanci” Źródło: Marco Fieber - flickr.com

Zatrzymania, inwigilacja, zastraszenia, groźby pobicia lub uwięzienia. Bycie dziennikarzem na Białorusi przypomina działalność konspiracyjną. Łukaszenka wie, że jego poparcie społeczne jest dramatycznie niskie, dlatego próbuje się utrzymać przy władzy za wszelką cenę, korzystając z pomocy Rosji i stosując represje. A jednak mimo ograniczeń w realizacji swojej misji wciąż istnieją niezależni dziennikarze na Białorusi. O tym, jak wyglądają warunki ich pracy i z czym przychodzi im się mierzyć, rozmawia Radosław Dutczak z Arletą Bojke, dziennikarką i reporterką. 

Jak wygląda dzisiaj z perspektywy osób, które o Białorusi piszą od wielu lat, rzeczywistość dziennikarzy niezależnych mediów w tym kraju?

Jest kiepsko, szczególnie, że dziennikarzy jest po prostu coraz mniej. Albo musieli wyjechać, albo są zamknięci w aresztach. Jest jeszcze jakieś grono dziennikarzy, którzy są aktywni, ale ich praca wygląda obecnie prawie jak konspiracja, stąd też tytuł książki – „Partyzanci”. Największe redakcje zostały w zasadzie rozbite. Oczywiście dziennikarze białoruscy są bardzo kreatywni i lata „współpracy” z Aleksandrem Łukaszenką wiele ich nauczyły. Akurat ja podczas pracy na Białorusi zawsze mogłam podeprzeć się akredytacją i w najgorszym wypadku groziło mi to, że następnym razem nie wjadę albo mnie deportują. Jednak sytuacja białoruskich dziennikarzy i aktywistów wyglądała inaczej. Lata pracy nauczyły ich, że lepiej mieć dwa telefony (inny, gdy np. pracuje się na demonstracji) lub trzeba zabezpieczać swoje dane na różne sposoby, żeby nawet przy zatrzymaniu przez milicję nie tracić wszystkiego.

Teraz to zabezpieczanie się zostało doprowadzone do perfekcji, a może raczej do granic absurdu. Dziennikarze z naszej książki, którzy jeszcze są na Białorusi, mają ograniczone możliwości pracy. Trudno nawet mówić o rzeczywistości pracy, bo takie osoby przez Łukaszenkę nie są uznawane za przedstawicieli mediów. Ich praca jest nielegalna. Np. Euroradio, które zostało na Białorusi zdelegalizowane, nadaje w tej chwili z Warszawy. Niezależni dziennikarze działają obecnie pod przykrywką albo w podziemiu.

Większość bohaterów książki wspomina, że spodziewało się represji ze wzlędu na swoją pracę. Na tym tle wyróżnia się historia Andreja Aleksandraua, który oficjalnie nie wspierał protestujących, sam nigdy nie uczestniczył w demonstracjach. Podobno wyznawał zasadę, że dziennikarz powinien rzetelnie relacjonować wydarzenia, ale nie może się w nie angażować, by zachować obiektywność. 12 stycznia 2021 został zatrzymany, postawiono mu szereg sfałszowanych zarzutów, a 30 czerwca usłyszał, że dopuścił się zdrady stanu. Obecnie nie trzeba nawet specjalnie sympatyzować z niezależnymi mediami, żeby zostać zatrzymanym przez białoruskie służby?

Nikt nie jest bezpieczny. Każdy dziennikarz niewygodny dla rządu może skończyć w więzieniu. Pojawiają się nawet żarty, że jeśli do godziny dziesiątej rano nie było rewizji w mieszkaniu, to można zacząć dzień. Ci ludzie zabezpieczają się na różne sposoby, nawet przed nami. Sama mam dużo znajomych wśród dziennikarzy albo nawet wspólnych znajomych w mediach społecznościowych, co mnie uwiarygadnia. Nie wszystkie osoby, które pisały książkę, zajmowały się do tej pory regularnie Białorusią. Im było dużo trudniej nawiązywać kontakty i za każdym razem potrzebowały jednej lub dwóch zaprzyjaźnionych osób, kogoś, kto je uwiarygodni. Białoruscy dziennikarze wszędzie dopatrują się niebezpieczeństwa.

My też autoryzowaliśmy każde słowo, do ostatniej chwili skreślaliśmy niektóre nazwiska po to, żeby nikomu nie zaszkodzić. Każde słowo może być wykorzystane przeciwko Białorusinom, nawet wypowiedziane w prywatnej rozmowie. Jeszcze przed pracą nad książką przy zupełnie innym projekcie rozmawiałam z jedną z bohaterek naszego reportażu, Nadią Bużan. Przekonywała mnie, że chce zostać na Białorusi i nie wyobraża sobie wyjazdu z kraju. Cały czas podkreślała, że nic nielegalnego nie robi, więc nie ma powodu wyjeżdżać. To samo mówiła Biance Zalewskiej w rozmowie, która miała pojawić się w książce, tuż przed oddaniem jej do druku. Nagle Nadia poprosiła, żeby się z nią nie kontaktować ze względów bezpieczeństwa, a potem okazało się, że już jej na Białorusi nie ma. Mimo że nie zrobiła nic niezgodnego z prawem, uznała, że niebezpieczeństwo jest już zbyt duże.

Oczywiście w czasie prac nad książką byliśmy bardzo ostrożni. Nie kontaktowaliśmy się za pomocą sieci telefonicznej, bo to jest zbyt proste do namierzenia. Telegram, który Łukaszenka uznał za źródło wszelkiego zła, na pewno też już jest opanowany przez białoruskie służby. Służby, które przecież cały czas się doskonalą i specjalizują w tym, żeby swoich ludzi w różnych grupach, szczególnie zamkniętych, umieszczać. Staraliśmy się stosować jak najbezpieczniejsze dla dziennikarzy metody komunikacji.

Nasi rozmówcy też mieli różne podejście. Niektórzy bali się i prosili, żeby nie podawać ich nazwisk, a inni uznawali, że nie mają nic do stracenia, więc mogą równie dobrze wystąpić oficjalnie w polskich mediach. Mówię tutaj o takich ludziach, jak Pawieł Mażejka, który został skazany jeszcze w 2001 roku, odsiedział karę, ale teraz znowu grozi mu 12 lat więzienia. Pawieł przebywa cały czas w Grodnie, ma zakaz opuszczania kraju i wiele razy pytaliśmy go, czy czuje się bezpiecznie, bo nie chcieliśmy go narażać. Odpowiadał, że służby nic gorszego niż do tej pory już mu nie mogą zarzucić.

Wasza książka nagłaśnia zatem sytuację białoruskich dziennikarzy. Co chcecie dzięki temu osiągnąć?

Chcemy osiągnąć to, co próbowali i nadal próbują osiągnąć bohaterzy naszej książki. Nie chodziło nam tylko o opisanie wybranych osób, ale w ogóle o środowisko dziennikarskie na Białorusi. Po pierwsze, chcemy, żeby mówiło się o tym kraju. Bardzo dużo dyskutowaliśmy już wtedy, gdy odbywały się brutalne zatrzymania na ulicach. Jestem dziennikarką telewizyjną i wiem, że jeśli nie ma zdjęć z zatrzymań lub przeszukań, to nie ma tematu. A osób, które takie materiały mogłyby dostarczyć, jest przecież coraz mniej. Nagrywanie i robienie zdjęć jest dla Białorusinów bardzo ryzykowne.

Trzeba robić wszystko, żeby ludziom uzmysłowić, co się dzieje na Białorusi. Tylko w ten sposób możemy mieć jakiś wpływ na reżim Aleksandra Łukaszenki. Im więcej Białorusi w mediach europejskich i światowych, tym częściej mówią też o tym politycy i tym więcej pojawia się elementów nacisku na Łukaszenkę i Władimira Putina. To zespół naczyń połączonych, a praca u podstaw i uświadamianie społeczeństwa są niezwykle istotne. Prawda jest taka, że chociaż Polska graniczy z Białorusią, nasza wiedza na jej temat nie jest duża. Zawsze mówiło się przede wszystkim o Rosji. Chcieliśmy naszą książką uświadomić, że jeśli nikt nie będzie starał się relacjonować tego, co się dzieje, to będziemy mieli informacyjną czarną dziurę tuż obok nas, a Łukaszenka będzie mógł się czuć absolutnie bezkarny.

Chcemy moralnie wesprzeć naszych kolegów na Białorusi, bo oni sami mówią, że to dla nich niezwykle ważne, że ktoś się nimi interesuje. Mamy nadzieję, że nawet ci, którzy siedzą w więzieniach, dowiedzą się od swoich adwokatów o książce. Dla tych, którzy jeszcze piszą, jest to z kolei sygnał, że ich praca ma sens, że jest ktoś, kto informacje przekaże dalej. Książka stanowi też hołd dla ich pracy i ryzyka, które podejmują. Jest to też próba wsparcia finansowego. Cały dochód ze sprzedaży wydawnictwo przekaże Biuru Informacyjnemu Belarus in Focus. Pieniądze zostaną wykorzystane na pomoc dziennikarzom białoruskim. Ktoś będzie potrzebował pieniędzy na mieszkanie, ktoś inny na zarekwirowany sprzęt lub adwokata. Prawnicy, którzy zajmują się takimi sprawami, a jest ich jest bardzo niewielu, też dużo ryzykują. Niektórzy mają poczucie misji i pracują pro bono, ale często tacy obrońcy są po prostu drodzy.

Mamy nadzieję, że uda nam się przetłumaczyć książkę i będziemy mówić o tych dziennikarzach również na Zachodzie Europy. Dostajemy zapytania, czy przetłumaczymy ją na białoruski. Być może, ale Białorusini te historie dobrze znają, w przeciwieństwie do Niemców czy Hiszpanów. Dla nich Białoruś jest daleko.

Jedna z bohaterek książki opisuje swój pobyt w więzieniu, gdzie jedyną rozrywką był telewizor nastawiony na programy informacyjne rządu. Podobno po kilku dniach takiej indoktrynacji nawet niezależnej dziennikarce trudno było odróżnić prawdę od fikcji. Jak wygląda odbiór rzeczywistości przez Białorusinów, kiedy zaczyna brakować niezależnych mediów?

Myślę, że Łukaszenka jest w stanie utrzymywać się u władzy tylko i wyłącznie dzięki ogromnym represjom. Te, z którymi teraz mamy do czynienia, są najsilniejsze w historii nowoczesnej Białorusi. Trudno tego nie zauważyć. Rok temu ludzie zobaczyli, że nie wszyscy kochają Łukaszenkę. Stało się tak dzięki mediom społecznościowym, dzięki im samym, nie tylko dzięki dziennikarzom. Białorusini spostrzegli, że nie tylko Mińsk protestuje. Robiły to też zakłady pracy, robotnicy, intelektualiści, cały przekrój społeczny, wiekowy i geograficzny kraju. Muszę przyznać, że takiego poziomu nienawiści wobec Łukaszenki jak obecnie nigdy wcześniej nie widziałam.

Mamy też do czynienia z przymusowymi wyjazdami na dużą skalę. Według ostatnich danych tylko Polska od sierpnia ubiegłego roku wydała ponad 150 tys. wiz, w tym ponad 10 tys. humanitarnych dla osób prześladowanych politycznie. Białoruś to 10-milionowy kraj, więc ta liczba nie jest niebagatelna. A przecież pomaga nie tylko Polska, jest jeszcze m.in. Litwa, Ukraina, a część wyjechała do Rosji ze względu na środowisko językowe.

Nie jest jednak tak, że nie ma na Białorusi osób, które popierają Łukaszenkę. Media państwowe ciężko nad tym pracują, ale chyba każdy ma świadomość tego, że w tej chwili na Białorusi to poparcie spadło i że Łukaszenka utrzymuje się u władzy tylko dzięki wsparciu Rosji i ogromnym represjom. Wydaje się, że kreatywność w przekazywaniu informacji i zdjęć, której Białorusini nauczyli się po wyborach w zeszłym roku, spowoduje, że nie będą całkiem odcięci od niezależnych informacji. Oczywiście nie otrzymają do nich swobodnego dostępu na takim poziomie, jak wcześniej. Portale typu Tut.by czy Karta 97, które obecnie uznane są za eksternistyczne, dawniej pozwalały na swobodne wejście na stronę i dowolne przeglądanie treści. Władze próbowały je inwigilować, ale można jeszcze było z nich legalnie korzystać. Obecnie ekstremistyczne może być podanie dalej posta Biełsatu. Celem jest to, by ludzie zaczęli bać się korzystania z niezależnych mediów, ale ma to ograniczoną skuteczność. Wydaje mi się, że w dobie dzisiejszych technologii nie da się całkowicie zamknąć tej przestrzeni informacyjnej. Można jednak zastraszyć, to na pewno.

Czy jako autorzy książki mieliście chwile zawahania, zwątpienia? Czy pojawiła się myśl, że może lepiej zrezygnować, bo chcąc pomóc kolegom zza granicy, można im bardzo poważnie zaszkodzić?

Cały czas o tym myśleliśmy, przypominaliśmy sobie nawzajem, że najważniejsze jest bezpieczeństwo opisywanych dziennikarzy. Do tej pory nie dostaliśmy żadnej informacji na temat tego, żeby komuś ta książkę zaszkodziła. Wręcz przeciwnie, wiemy, że służyła jako dokument poświadczający przeszłość dziennikarzy. Chodzi o sytuacje, w których redaktor naczelny jest w więzieniu i nie może potwierdzić, że ktoś pracował jako dziennikarz w jego redakcji. Uzyskanie azylu politycznego i wizy humanitarnej wiąże się z pewną biurokracją. W takich sytuacjach książka może być dokumentem, który potwierdza konkretne działalność i uwiarygadnia.

Mamy świadomość, że z reportażem zapoznały się białoruskie służby. Mieliśmy sytuację, że w dzień premiery ze strony wydawnictwa nie dało się zamawiać książek. Wydawnictwo pierwszy raz w 30-letniej historii miało do czynienia z takim problemem. Podobno stwierdzono, że był to atak hakerski.

W książce pojawiają się też relacje przyjaciół i rodzin dziennikarzy. Czy byli skorzy do rozmowy z dziennikarzami z Polski?

Niektórzy otwierali się chętnie, inni byli bardziej nieufni. Część z nich na początku odmawiała, a potem do nas wracała, bo po namyśle dochodziła do wniosku, że trzeba o tym mówić. Niektórych osób nawet nie szukaliśmy, bo wiedzieliśmy, że nigdy nie pokazywały się publicznie i nie chcieliśmy ich narażać, zmuszać do podjęcia wyboru: mówić czy nie mówić. Jeśli ktoś wypowiadał się już wcześniej w niezależnych białoruskich lub zagranicznych mediach, to zakładaliśmy, że będzie chciał rozmawiać.

Wiele osób chętnie się wypowiadało. Białorusini mają świadomość tego, że im mniej Białorusi w przestrzeni medialnej, tym bardziej są pozostawieni samym sobie. Nam chodziło o to, żeby każdy mógł zrozumieć aktualną sytuację i dramat tych ludzi, żeby to nie była rozmowa o sankcjach sektorowych, bo to tematy, które ludziom trudno jest przełożyć na własne życie. Dlatego właśnie historie opowiedzieliśmy słowami dziennikarzy. To zmusza do chwili zastanowienia. Czy gdyby za moją pracę groziło mi 12 lat więzienia, to dalej robiłabym to, co robię, narażając moją rodzinę, dzieci?

Kiedy opisujemy coś z perspektywy jednego człowieka, wygląda to zupełnie inaczej niż ciągłe powtarzanie, że Białorusini wyjechali, walczą, że dziesiątki tysięcy ludzi wyszły na ulice.

Czy pani zdaniem są jakieś konkretne działania, które władze Polski albo Unii Europejskiej mogą podjąć, żeby pomóc bohaterom książki?

Na pewno wspominanie tych osób. Wiele z nich zostało laureatami licznych nagród dziennikarskich, które teoretycznie wydają się błahe, ale tutaj znowu chodzi o ciągłe przypominanie konkretnych nazwisk, a zatrzymanym dziennikarzom daje poczucie, że nie są bezimienni. Otrzymują pewną ochronę. Reżim musi mieć świadomość, że będą się o nich z imienia i nazwiska upominać zagraniczni dziennikarze, politycy.

Na poziomie Unii Europejskiej trzeba zabiegać o precyzyjne sankcje wycelowane w osoby związane z reżimem: panią prokurator, panią sędzię czy tzw. portfele Łukaszenki. Dużo mówimy o rosyjskich lub ukraińskich oligarchach, a o białoruskich już zdecydowanie mniej. Trzeba uderzać jak najbardziej w nich, a jak najmniej w społeczeństwo, które już i tak odczuwa całą sytuację, chociażby w cenach zwykłych produktów żywnościowych.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.