Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Adopcja to nie tylko miłość, ale też żałoba. Wokół reportażu „Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce”

przeczytanie zajmie 12 min
Adopcja to nie tylko miłość, ale też żałoba. Wokół reportażu „Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce” https://unsplash.com/photos/fgmLRBlUIpc

Adopcja to nie tylko miłość, ale też żałoba. Żałoba dziecka, które zyskuje nowy dom i nowych rodziców (to przecież na początku obcy ludzie). Dziecko traci tych biologicznych, jacy by nie byli – pijani, uzależnieni od narkotyków, doświadczający lub stosujący przemoc, niezdolni do opieki, chorzy psychicznie, mający kłopoty z prawem. To często też żałoba ludzi, którzy muszą pogodzić się z faktem, że własnych, biologicznych dzieci mieć nie będą.

Rodzina? Nie tak szybko

Choć nie wszystkie pary adoptujące dzieci w Polsce są bezdzietne, to tych właśnie jest najwięcej. W ośrodkach adopcyjnych zyskują zresztą pierwszeństwo. Nie każdy wie, że w Polsce na adopcję czeka się latami (średnio ok. 2 lata, gdy wliczymy w to czas oczekiwania i zakwalifikowania na szkolenie, okres ten wydłuża się nawet do 4 lat), a to dużo za dużo. Nie wystarczy jedynie złożyć odpowiednie dokumenty i być gotowym, otwartym na miłość. Proces adopcyjny to wielka machina składająca się z urzędników, sądów, pracowników ośrodków adopcyjnych i psychologów, którzy mają orzec, czy potencjalni kandydaci są gotowi na przysposobienie dziecka.

Zgodnie z ogólnymi informacjami podanymi na stronie rządowej osoby, które starają się o adopcję, powinny być pełnoletnie i nieubezwłasnowolnione, ich stan zdrowia i warunki materialne pozwalać na wychowanie dziecka. Ponadto muszą pozytywnie przejść rekrutację ośrodka adopcyjnego. By ta się udała, należy przedstawić świadectwo o niekaralności, być w odpowiednim wieku (przyjmuje się zwykle, że to maksymalnie 40 lat), złożyć odpowiednie dokumenty, uzyskać pozytywną ocenę na pierwszym spotkaniu związanym z „kwalifikacjami osobistymi oraz motywacjami do adopcji”. Co to oznacza w praktyce? Przykładowo osoby chcące adoptować dziecko nie mogą tego robić ze względu na chęć wypełnienia pustki po nienarodzonym lub zmarłym dziecku.

Należy również przejść przez indywidualne spotkania, diagnozę pedagogiczną i psychologiczną (obejmują rozmowy i testy), wywiad adopcyjny (przeprowadzany w miejscu zamieszkania przyszłych rodziców). Jeśli wszystkie te formalności zostaną ocenione pozytywnie, osoby chcące adoptować dziecko zostają zaproszone na szkolenie, które, jak podaje gov.pl, „ma pomóc także w kształtowaniu kompetencji rodzicielskich w zakresie pielęgnacji dziecka, umiejętności rozpoznawania jego potrzeb na poszczególnych etapach życia, budowania jego poczucia wartości oraz rozwijania prawidłowych postaw wychowawczych”. Jeśli i ten etap kończy się sukcesem i pozytywną opinią ośrodka adopcyjnego, to rozpoczyna się długi proces oczekiwania na dziecko, a dopiero potem proces sądowy – sporządzenie wniosku, rozprawy, wyrok.

Dlaczego proces jest tak skomplikowany? Po pierwsze, pełni funkcję swego rodzaju sita, które wychwytuje tych, którzy na rodziców adopcyjnych się nie nadają. Po drugie, ma chronić przede wszystkim dzieci, które i tak już wiele przeszły. Czy to działa? Niekoniecznie. Z reportażu Marty Wroniszewskiej Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce wyłania się jasna teza: proces adopcyjny trwa zbyt długo, nie przygotowuje do życia z adoptowanym dzieckiem i problemami, z którymi muszą mierzyć się przyszli rodzice.

Zgodnie z badaniami NIK-u największą przeszkodą w całym procesie adopcyjnym jest jednak nieuregulowana sytuacja prawna dzieci, która uniemożliwia adopcję. Co to oznacza w praktyce? Na przykład fakt, że dziecko zostało odebrane rodzicom i nie przebywa w domu, ale w ośrodku, jednak prawa rodzicielskie nadal pozostają zachowane. Dlaczego? Nierzadko daje się rodzicom biologicznym czas na to, by mogli poprawić swoją sytuację, wyjść z nałogu i ponownie starać się o to, by dziecko do nich wróciło. Takie wytłumaczenie jest dosyć zrozumiałe, wydaje się racjonalne i oparte na empatii, dawaniu drugiej szansy. Nie każdy jednak potrafi lub chce z niej skorzystać. Można zadać bowiem pytanie: Czy tym, którym odebrano już wcześniej dzieci, ponownie takiej pomocy udzielać?

NIK zwraca uwagę na jeszcze jeden problem – dezinformację i chaos w działaniu ośrodków adopcyjnych. Stwierdzono bowiem, że „kandydaci starający się o dziecko nie mają dostępu nawet do ogólnych informacji dotyczących […] działalności [ośrodków adopcyjnych], np. ile osób oczekuje na adopcję w danym ośrodku, czy liczby przeprowadzonych adopcji w poprzednich latach albo aktualnej liczby zgłoszonych do ośrodka dzieci itp. Brak jest także zasad wglądu kandydatów na rodziców adopcyjnych do dokumentacji prowadzonej przez ośrodek. Zdaniem Izby podstawowe dane statystyczne dotyczące działalności ośrodków adopcyjnych powinny być zamieszczane na ich stronach internetowych”.

Najważniejsze postulaty NIK-u, które miałby usprawnić proces adopcyjny i uczynić go bardziej sprawiedliwym, to m.in. wypracowanie jednolitych standardów prowadzenia procesów adopcyjnych (to należy podeprzeć odpowiednimi przepisami, których niestety dziś brakuje), uruchomienie ogólnopolskiego systemu teleinformatycznego do obsługi procedur adopcyjnych, a także podjęcie działań antykorupcyjnych.

Czekam, więc jestem

Kilkulatki słodkie, grzeczne i wdzięczne losowi za swoją szansę na prawdziwy dom to mit. Podobnie jak wyobrażenie, że na adopcję czekają zdrowe i urocze dzieci młodych studentek, które zrezygnowały z macierzyństwa na rzecz dalszej edukacji, lub kobiet zbyt ubogich, by wychować kolejne dziecko. W reportażu jak mantra powtarzane jest stwierdzenie, że bieda jest zawsze czymś wtórnym, a powody oddania (lub częściej: odebrania dziecka) są zgoła inne. Ubóstwo raczej jest wynikiem patologii społecznych, a nie ich przyczyną.

Jakie są zatem dzieci przyjęte do adopcji? Naznaczone odrzuceniem. Okaleczone emocjonalnie. W większości to bowiem sieroty społeczne (których rodzice żyją), a nie biologiczne (czyli takie, które straciły rodziców w wyniku śmierci). To dzieci niepełnosprawne fizycznie, z licznymi chorobami utrudniającymi normalne funkcjonowanie. Dzieci, których ciężaru pokochania nikt nie jest w stanie udźwignąć.

To także dzieci z FAS (ang. fetal alcohol syndrom), czyli alkoholowym zespołem płodowym (nieuleczalnym), wpływającym na wygląd dziecka (m.in. opóźnienie wzrostu, małogłowie, małe oczy, spłaszczone obszary środkowej części twarzy), zdrowotne (m.in. uszkodzenia układu nerwowego, wady serca, problemy ze wzrokiem i słuchem, nieprawidłowe napięcie mięśniowe), intelektualne i edukacyjne (niepełnosprawność intelektualna, zaburzenia uczenia się, kłopoty z koncentracją i zapamiętywaniem, problemy z przetwarzaniem informacji).

Cierpiące na RAD (ang. reactive attachment disorder) – reaktywne zaburzenie więzi objawiające się trudnościami w kontaktach społecznych, brakiem umiejętności tworzenia głębszych relacje i wchodzenia w nie. Jak bowiem oddać miłość dziecku, które przytula się do każdej napotkanej „cioci” – znajomej, przyjaciółki, krewnej, pani doktor czy psycholog, które zaoferowały coś miłego, ładnego lub ciekawego? Jak w takiej sytuacji twierdząco odpowiedzieć na pytanie: Czy moje dziecko mnie kocha?

I wreszcie PTSD (ang. posttraumatic stress disorder) – zespół stresu pourazowego. Choć większość z nas kojarzy ten syndrom z żołnierzami powracającymi z misji, to jak się okazuje, mogą cierpieć i cierpią na niego również dzieci. Najczęściej te, które doświadczyły gwałtu, molestowania seksualnego lub innych, traumatycznych przeżyć.

Właśnie takie dzieci zapełniają szeregi czekających na adopcję. Jeśli się uda, wejdą do nowego domu z ogromnym bagażem doświadczeń, do którego zostaną dołożone dodatkowe kłopoty i problemy naturalnie pojawiające się wraz z wiekiem, pójściem do przedszkola lub szkoły.

Jak pokazuje reportaż Wroniszewskiej, nie każda adopcja (mimo ogromnych starań i chęci) się udaje. Sporo jest takich, które zostają rozwiązane. Jak podaje Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej w I połowie 2019 roku wpłynęły aż 42 wnioski o rozwiązanie adopcji, orzeczenie o rozwiązaniu przysposobienia zapadło wówczas 4 razy. Powód zwykle jest ten sam – problemy dziecka po prostu przerastają, nawet tych najbardziej wytrwałych.

Bohaterowie reportażu zaznaczają: szukaliśmy pomocy w ośrodkach adopcyjnych, ale jej nie znaleźliśmy, lub zrobiliśmy wszystko, co się dało (tłumaczyliśmy, kochaliśmy, chodziliśmy do specjalistów i na terapie), ale nic nie pomogło. Szybko przychodzi nam ocenianie – to dorośli ludzie, powinni wziąć odpowiedzialność nie tylko za swoje decyzje, ale też za dziecko, które przyjmują pod swój dach. Łatwo wydać wyrok. Co jednak robić, gdy to dziecko staje się agresywne, zagraża bezpieczeństwu innych domowników, w tym dzieci, ucieka, kradnie, wdaje się w przygodne kontakty seksualne, zaczyna brać narkotyki, a terapie i rozmowy ze specjalistami nie pomagają?

Adopcja – nowa tożsamość

Adopcja daje szansę na lepsze życie, ale nigdy nie będzie to życie w pełni normalne. Zawsze są i będą przegrani. Przykłady rozmów z rodzinami adoptującymi dzieci, przedstawione w reportażu, pokazują (choć też nie zawsze), że przysposobione (adoptowane) dzieci traktuje się jak swoje własne, ale kocha trochę inaczej. Nie ma tu miejsca na cukierkową miłość. Potrzebne są ogromne pokłady cierpliwości, zrozumienia i pracy.

Trzeba walczyć, czasem trochę z wiatrakami – przeszłością, przyzwyczajeniami, biologią, FAS czy RAD. Czasem z pamięcią o biologicznych rodzicach (choć to raczej trzeba zaakceptować i zmierzyć się z tym). Jak zaznacza psycholożka, bohaterka jednej z opowieści, a zarazem matka adopcyjna, w wywiadzie udzielonym Wroniszewskiej i zamieszczonym w reportażu, „nie da się w chwilę wymazać komuś z głowy, że miał innych rodziców, że pochodzi z innego środowiska. Równocześnie wychowanie dziecka w rodzinie adopcyjnej czy zastępczej jest dla dziecka porzuconego być może jedyną szansą na rozwój najbardziej zbliżony do zdrowego. Sto razy lepsze niż jakakolwiek placówka”.

Psycholożka zaznacza również, że „aktualny poziom wiedzy pozwala stwierdzić, że nawet środowisko ciążowe moduluje nasze geny. Dziecko dbającej o ciążę matki dostaje z układu nerwowego informacje o tym, że są rytm, stałość, porządek życia, spokój. A dziecko z konkretnym genotypem, pochodzące z zaburzonej ciąży, pełnej stresu, a potem oddane do adopcji będzie zachowywało się zupełnie inaczej […]”. Co z tego wynika? Można zrobić wiele, ale nie da się przeskoczyć pewnych barier dziecka, które trafia do adopcji. Niektóre sprawy trzeba po prostu zaakceptować, złagodzić, wypracować, ale nie da się ich usunąć.

Trzeba też pamiętać o tym, że adopcja to nie tylko nowy dom i nowa rodzina dziecka lub nastolatka, ale też nowa tożsamość – imię, nazwisko, pesel, akt urodzenia, adres. Czasem są w niej dziury, które nie każdy chce i jest w stanie wypełnić.

Na czym miałyby one polegać? Zgodnie z teorią Erika Eriksona w życiu człowieka można wyróżnić kilka faz. W każdej pojawia się kryzys (tu wartościowany pozytywnie, potrzebny do przejścia do kolejnego etapu rozwoju). W okresie dorastania nastolatek próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie: Kim jestem? To konieczne, by następnie móc poradzić sobie z kolejnymi wyzwaniami młodości. Stawką jest tu zbudowanie lub rozproszenie tożsamości. Jak pisze Wroniszewska, „wiedza o pochodzeniu umożliwia [jej] kształtowanie […]. To na niej, [tożsamości], jak na żyznej glebie, wyrasta poczucie własnej wartości. Niestety adoptowane dzieci nie otrzymują kompletu informacji na swój temat, a ten niedostatek nazywany jest dziurą w tożsamości”. Dobra wiadomość jest taka, że powstaje coraz więcej stron internetowych i organizacji, które pomagają te luki wypełnić, np. Fundacja Zerwane Więzi lub Stowarzyszenie Nasz Bocian.

Gorzki happy end

Historie opowiadane przez osoby dorosłe, które były adoptowanymi dziećmi, zaczynają się w reportażu na dwa sposoby. Albo coś na kształt: „dwa lata codziennie modlił się o śmierć matki”, albo: „jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie”. Choć we wszystkich pojawia się cień smutku, to wiele z nich kończy się szczęśliwie. Wprawdzie nie da się wymazać wszystkich problemów, z którymi borykają się zarówno adoptujący, jak i adoptowani, ale trzeba pamiętać o tym, że wychowanie dziecka w rodzinie, a nie placówce opiekuńczo-wychowawczej (domu dziecka), jest bezcenne dla jego dalszego rozwoju. Nowy dom to szansa na w miarę normalne życie, bezpieczeństwo i bycie kochanym.

Temat adopcji w Polsce nie kończy się jedynie na rodzinach adopcyjnych, ale też tych, które stanowią rodzinę zastępczą lub prowadzą rodzinny dom dziecka. Często są niedofinansowane, nie do końca odnowione lub wyremontowane, nie stanowią rozwiązania idealnego. Jednak są bezcenne, bo zapewniają życie podobne do tego w rodzinie, odpowiednią socjalizację, uczą wartościowego życia, a nie tylko przetrwania. I najważniejsze: jak wielkich pokładów miłości potrzeba, by przyjąć pod swój dach czwórkę, a czasem nawet i dziesiątkę dzieci?

Reportaż Wroniszewskiej odziera temat adopcji ze wszystkich mitów. Można się zastanawiać, czy coś jeszcze z tej adopcji zostaje, skoro zgodnie z wyobrażeniami społecznymi miała być wielką szansą, lekiem na całe zło, początkiem nowego, pozbawionego trosk i problemów życia. Te nie kończą się w momencie, w którym dziecko przekracza próg nowego domu, wręcz dopiero się zaczynają. Ale w tym momencie zaczyna się też miłość. I to jest w tym wszystkim najważniejsze. Odpowiedzialność za drugiego człowieka musi opierać się na solidnym fundamencie realizmu, a popkulturowe mity o adopcji włóżmy między bajki. Właśnie dlatego reportaż Wroniszewskiej jest dobry. To nie tylko przejmująca literatura faktu, ale książka – w dobrym znaczeniu tego słowa – po prostu użyteczna.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.