Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Przełom czy zarządzanie kryzysowe? Po konferencji prezentującej raport komisji w sprawie dominikanina Pawła M.

Przełom czy zarządzanie kryzysowe? Po konferencji prezentującej raport komisji w sprawie dominikanina Pawła M. Autor grafiki: Marek Grąbczewski

Nadzieja, wątpliwość, wzruszenie, gniew. Taki kocioł emocji zagwarantował nam zarówno raport komisji w sprawie dominikanina Pawła M., jak i konferencja, na której go zaprezentowano. Odpowiedzialność moralna przelana na nieżyjącego ojca Macieja Ziębę, przekonanie członków komisji o swojej dziejowej roli i jedynie „polityczna odpowiedzialność” obecnego prowincjała ojca Pawła Kozackiego? Jeśli tak, to całe wydarzenie, a także duża praca Tomasza Terlikowskiego i zespołu ekspertów, mogą okazać się jedynie zarządzaniem kryzysowym wzniesionym na wyższy poziom. Obyśmy się mylili i zgodnie z intencjami komisji ten raport rozpoczął proces przemiany polskiego Kościoła.

Katolicka opinia publiczna od wczoraj żyje raportem stworzonym przez komisję w sprawie ojca Pawła M. oraz konferencją, która miała zaprezentować treść tego dokumentu. Sama komisja została powołana 30 marca tego roku po tym, jak światło dzienne ujrzała kolejna wstrząsająca historia, tym razem z dominikaninem w roli głównej. Zakonnik najpierw uzależnił od siebie duchowo, a następnie wielokrotnie gwałcił zakonnicę. Ta po wielu latach doznawanej krzywdy złożyła zawiadomienie do prokuratury oraz skargę do Prowincjała Ojców Dominikanów. Paweł M. usłyszał siedem zarzutów dotyczących gwałtów i zmuszania do innych czynności seksualnych. Dopiero sprawa nagłośniona przez media przelała czarę goryczy. Paweł M. od kilku miesięcy przebywa w areszcie, toczy się również przeciwko niemu proces kanoniczny.

Niezależna komisja pod przewodnictwem Tomasza Terlikowskiego powołana przez samych dominikanów, pełen dostęp do wszystkich zakonnych dokumentów, działanie w metodologii procesu karnego, wysłuchiwanie ofiar – to niewątpliwe potrzebny i ważny precedens.

I to nie tylko dla dominikanów, ale całego polskiego Kościoła. Podkreślanie przez przewodniczącego komisji, że kilkumiesięczna praca miała na celu przede wszystkim ukazanie prawdy i choć częściowe zadośćuczynienie ofiarom, zasługuje na docenienie. Wieloaspektowe potraktowanie sprawy obejmujące ustalenia faktograficzne, odnotowanie zaniechań prawnych, ukazanie aspektów teologicznych szkodliwego nauczania Pawła M., a także przedstawienie rekomendacji jak przeciwdziałać takim sytuacjom w przyszłości zasługują na słowa uznania. Została wykonana duża praca. Sprawie jednak daleko do zakończenia, a wczorajsze wydarzenie rodzi dziwną mieszankę wzruszenia, satysfakcji, wściekłości i niedosytu. Każda z tych emocji musi dziś wybrzmieć w całej okazałości. Sam proces rozliczenia nie wygląda zaś tak jednoznacznie, jak chcieliby tego sami dominikanie i członkowie komisji.

Skala popełnionego zła

Zacznijmy jednak od tego co najważniejsze – od ofiar. Ich relacje cytowane są na wielu stronach w raporcie i mrożą krew w żyłach. Opisywane przez pokrzywdzonych wydarzenia są po prostu demoniczne:

Jeśli nie mówiłam tego, co mi kazał, bił mnie, gdzie popadło swoimi pasami zakonnymi. Zmuszał mnie do współżycia (…). Współżył, gdzie mógł: w oczku, w kancelarii, przychodził w nocy i budziłam się, gdy już na mnie siedział, w domu swoich rodziców, w zakrystii, w kancelarii, zawsze przed mszą z modlitwą o uzdrowienie – bo moja wina, że ludzie nie wstają z wózków. (…) gwałcił, kiedy chciał, kazał całować „swojego dzidziusia” i długość stania jego członka wskazywała na ilość udręczeń do oddania. Często bił.

Uczestniczyłem w kilkunastu bardziej drastycznych modlitwach, podczas których ojciec bił „z miłością” jedną z dziewczyn po twarzy, tak że nazajutrz miała czerwone i sine pręgi, druga była bita po pośladkach (w tym przypadku uczestniczyłem czynnie), a innym razem w jedną z dziewczyn coś wstąpiło.

Podczas modlitwy w kaplicy św. Józefa on mnie ciągnął za włosy, wykręcał ręce i zgwałcił mnie na ołtarzu.

Dzięki między innymi reportażom Pauliny Guzik wiedzieliśmy już naprawdę dużo o mrocznym życiu Pawła M. Jednak dopiero raport, który całą tę wiedzę systematyzuje, najpełniej zdaje relację ze skali wyrządzonego zła, na które przez ponad 20 lat kolejni prowincjałowie dominikańscy, a także zwykli współbracia, przymykali oczy.

Krótka historii Pawła M.

Młody i charyzmatyczny zakonnik Paweł kieruje w latach 1996-2000 Wspólnotą św. Dominika we Wrocławiu. Szybko popularne duszpasterstwo akademickie zamienia się w coś w rodzaju sekty. Ojciec Paweł dopuszcza się licznych aktów przemocy fizycznej, seksualnej i duchowej. Wiosną 2000 r. dominikanin Marcin Mogielski przekazuje ojcu Maciejowi Ziębie, ówczesnemu prowincjałowi dominikanów, świadectwa członków tej wspólnoty. O. Zięba dowiaduje się o podejrzeniu wykorzystywania przez Pawła M, czterech kobiet i wielokrotnym zgwałceniu jednej z nich. Prowincjał zamiast rozpocząć proces kanoniczny i karny zadaje Pawłowi w formie dekretu administracyjnego pokutę: zakaz sprawowania sakramentów, pobyt u Kamedułów w Krakowie i roczną pracę w Hospicjum. Sam, po rozmowie z Pawłem M., z którym łączyła go bliska relacja, miał uznać, że nie doszło do gwałtów, a „jedynie” do złamania przez zakonnika szóstego przykazania. Jednocześnie ofiary zostają pozostawione same sobie. Choć jej oczekują, to nie uzyskują pomocy. W latach 2001-2006 Paweł M. wraca w zakonie niemal do pełnych łask, w tym prowadzenia duszpasterstw.

Następca Macieja Zięby, ojciec Krzysztof Popławski, dowiaduje się z archiwów o skali popełnionego zła, ale usłyszawszy opinie zakonnych prawników nie podejmuje stosownych działań. Prowincjał, jak stara się argumentować, dał wiarę wadliwej opinii prawnej, że nie można Pawła M. ukarać wydaleniem z zakonu, bo ten został już raz ukarany (a dwa razy karać za to samo nie wolno). To okaże się później bzdurą. Po kolejnych doniesieniach o. Popławski ponownie nakłada ograniczenia na o. Pawła, ale ostatecznie dopuszcza go do spowiadania czy wysyła jako kapelana do szpitala psychiatrycznego, co z uwagi na stan psychiczny Pawła M. jest decyzją absurdalną. Tam również dochodzi do krzywd i zaniechań.

W 2014 r. nowym prowincjałem zostaje ojciec Paweł Kozacki. Nowy zwierzchnik polskich dominikanów również powiela błędy poprzedników nie wszczynając ani procesu karnego, ani kanonicznego. Do tego w praktyce dopuszcza do dokonania kolejnych przestępstw przez Pawła M. Co więcej, w 2016 r. bazując na jednej pozytywnej opinii psychiatrycznej, o. Kozacki dopuszcza Pawła M. do samodzielnego sprawowania mszy świętych.

Do marca 2021 r. nie dzieje się niemalże nic. Dopiero wówczas do prokuratury i dominikanów trafiają oskarżenia wobec Pawła M. o liczne gwałty i przemoc duchową dokonane na zakonnicy. Z jej zeznań okazuje się, że znajomość z Pawłem M. trwa już 10 lat. Podczas tej dekady dochodziło do licznych przestępstw na tle seksualnym.

Raport szczegółowo opisuje każdy z wyżej opisanych wątków. Sam dokument jest jednak tylko częścią całego wydarzenia.

Czy Komisja to naprawdę przełom?

Czego dowiedzieliśmy się podczas wczorajszej prezentacji? Jaka jest główna opowieść współodpowiedzialnych za to zło, którzy siedzą przy jednym stole z autorami raportu? Prowincjał Paweł Kozacki deklaruje troskę o wszystkich pokrzywdzonych przez swojego współbrata i pełną gotowość do zadośćuczynienia, udzielenia wsparcia, a także poniesienia ewentualnych osobistych konsekwencji. Nie mówi jednak dwóch rzeczy.

Nie mówi: „Przepraszam, zaniedbałem tę sprawę, jestem w jakimś stopniu również współwinny tych krzywd, których mój brat się dopuścił, kiedy ja sprawowałem nad nim władzę. Nie przyłożyłem się, żeby dogłębnie zbadać wszystkie wątki i szukać możliwości wydalenia go z zakonu, nie rozumiałem powagi zagrożenia”.

Zamiast tego mówi: „Działałem zgodnie z tym, co mówili mi prawnicy. Gdybym usłyszał od nich, a Krzysztof może powiedzieć pewnie to samo – że istnieje sposób wydalenia Pawła M. z zakonu, to bym to zrobił. Jeżeli tego nie zrobiliśmy, to dlatego, że według naszej ówczesnej wiedzy było to niemożliwe”. Mówi, że przyjmuje „odpowiedzialność polityczną”, dodając „jestem gotowy ponieść karę. Powiedziałem to, kiedy została ujawniona ta sprawa i cały czas to podtrzymuję. Mam nadzieję, że mnie nie wyrzucą z zakonu”.

Odpowiedzialność polityczna jednak to ten specjalny rodzaj odpowiedzialności, którą trzeba ponosić nawet wówczas, gdy nie sposób ustalić osobistej winy moralnej. To odpowiedzialność wynikająca z piastowanego urzędu.

W takim ujęciu to nie tyle konkretny człowiek ponosi odpowiedzialność za swe winy, co z powodu jakichś nieprawidłowości odpowiedzialność tę ponosi właściwie jego urząd. To myślenie o sobie wyłącznie w kategoriach klerykalnego stołka, a nie osobistej winy. To paradoksalne krycie się za piastowanym stanowiskiem, nawet jeśli idzie za tym deklaracja zrezygnowania z niego.

To w tej sytuacji możliwie najwygodniejsza pozycja zarządzania kryzysem. Do tego dochodzi jeszcze narracja, że tak naprawdę każdy dominikanin był od 20 lat związany złymi i szkodliwy decyzjami Macieja Zięby.

Brakuje w słowach o. Kozackiego tego, co mówi choćby jego współbrat, poprzedni prowincjał, o. Popławski: „Mam poczucie odpowiedzialności moralnej. Ten raport jeszcze bardziej uświadomił mi skalę skrzywdzenia bardzo konkretnych osób. To jest coś, co przekracza moją wyobraźnię. (…) Nie ma jednej winnej osoby, ale żeby nie było niebezpieczeństwa rozmywania odpowiedzialności, trzeba powiedzieć wprost, że w sytuacji zakonu podstawowa odpowiedzialność spada na nas. Decyzje w sprawie Pawła M. od początku były złymi decyzjami, nawet jeśli jako prowincjałowie korzystaliśmy z opinii prawników oraz biegłych psychologów i psychiatrów”.

Brakuje tego przyznania się do zaniedbań także w kontekście tego, że ani raport, ani prowincjał nie uchyla się od jednoznacznego potępienia zaniechań o. Zięby. Nie zamierzamy go bronić. Tak, zrobił za mało, a jego decyzje w 2000 roku przynosiły negatywne konsekwencje przez następne 20 lat, według relacji świadków doszło również do powtórnej wiktymizacji ofiar. Prawdopodobnie też na błędną ocenę wydarzeń miała przyjacielska relacja o. Zięby z Pawłem M. Ale tym bardziej aktualny przełożony dominikanów powinien powiedzieć o swojej winie.

Autorzy raportu wskazują, że wina – a nie tylko polityczna odpowiedzialność – rozkłada się na trzech prowincjałów, którzy w latach 1996-2021 stali na czele polskich dominikanów.

Raport wylicza: bagatelizowanie problemu, niewłaściwe podejście do poszkodowanych, nieumiejętność identyfikacji niesprawiedliwości, brak kontroli, klerykalizację struktur. To coś dużo więcej niż polityczna odpowiedzialność. I to nawet jeśli litera prawa kanonicznego nie pozwala na to, aby ojcowie Kozacki i Popławski zostali wskutek swoich zaniedbań potraktowani surowiej.

Bardzo szanujemy apel Tomasza Terlikowskiego, żeby traktować pracę wykonaną przez komisję w ramach troski za ofiary, a nie pretekst do linczu na dominikanach czy Kościele jako takim. Co innego jednak lincz, a co innego uzasadniony gniew i wezwanie do bardziej bezkompromisowego stanięcia w prawdzie.

Będzie realne zadośćuczynienie?

Ale to, co może wyglądać jak próba zachowania twarzy, zarządzanie kryzysem własnego wizerunku czy reakcja obronna na druzgocącą prawdę i tak w gruncie nie jest najważniejsze. Trudno nie czuć, że wizerunek zakonu czy Kościoła jest drugorzędny wobec konieczności troski o pokrzywdzonych.

Od pierwszych słów wczorajszej konferencji podkreślano jednak, jak przełomowa jest komisja, jak przełomowy jest raport… Po prostu: jak wspaniali jesteśmy, że się tym zajęliśmy! A jednocześnie Zakon Kaznodziejski nie zdecydował się na rezygnację z przedawnienia i oddania sprawy odszkodowań do sądu, choć o takiej prawnej możliwości mówił we wczorajszej popołudniowej rozmowie RMF RM Tomasz Terlikowski. Mamy rzecz jasna deklarację troski i gotowości do wynagrodzenia za krzywdy, owszem. Ale jednocześnie trudno nie mieć wrażenia, że zakon chce panować nad sytuacją.

Chcielibyśmy się mylić, ale czytamy ten komunikat następująco: „Z punktu widzenia przepisów jesteśmy czyści, pamiętajcie o tym. Ale oczywiście w swojej wielkodusznej łaskawości okażemy wam miłość (jeszcze raz podkreślamy: zobaczcie wszyscy jakie to przełomowe)”.

Czy na pewno szczera miłość i oddanie sprawiedliwości tak powinny wyglądać? Czy właściwą postawą nie powinno być raczej oddanie wszystkiego do sądu i poddanie się w pokorze wyrokom? Prawdziwym przełomem nie jest ten raport. Takim przełomem byłaby postawa prawdziwie radykalna, prosząca ofiary o wybaczenia. Trudno chyba o nim marzyć, jeśli nie będzie odpowiedniego do skali krzywd zadośćuczynienia.

„Sąd zasądza milion odszkodowania? To my wypłacamy 1,5 miliona i finansujemy ponadto całą terapię. Jak mamy sprzedać łóżka w całym zakonie i spać na ziemi – tak robimy. Jeśli trzeba sprzedać klasztor – sprzedajemy. Nawet bez posłania czy dachu nad głową nie będziemy czuli tego upokorzenia, tego zniszczenia, którego doznaliście od naszego brata, ale bierzemy na siebie wszystko” – takiego wyznania nam na tej konferencji zabrakło.

A chyba można go było oczekiwać.

Jak to się mogło stać?

Na sam koniec pozostaje jeszcze jedna sprawa. Jak to możliwe, że człowiek, który stanowił dla Macieja Zięby przykład „duszpasterstwa sukcesu” i przyciągał tysiące młodych dorosłych do swojego duszpasterstwa, mógł nie tylko przez 20 lat mamić swoich przełożonych, ale i realizować swoją chorą duchowość i fantazje seksualne tak powszechnie i bezkarnie? Dlaczego tak długo udawało mu się łudzić, mamić i krzywdzić ofiary? Również i na te pytania raport stara się udzielać odpowiedzi.

Paweł M. wykorzystywał pewne elementy katolickiej teologii korzystając przede wszystkim z wypaczonych ideałów ruchów charyzmatycznych. Sądził, i potrafił do tego przekonać innych, że posiada umiejętność czytania w ludzkich sercach (kardiogenezy). Umiejętność ta, jak i inne charyzmaty, miała stanowić dowód, że Paweł M. został wybrany przez Ducha Świętego do specjalnego posłannictwa. Tworzył więc wokół siebie sektę, uzależniając młodych, często zagubionych ludzi. Przyciągał przede wszystkim kobiety. Sprawował nad nimi autorytarną władzę, kazał nazywać się królem, całować po stopach, modlić się w uniesieniu przez całe dnie i noce. Działał w silnym przekonaniu własnej wyjątkowości.

Wyjątkowość ta była dodatkowo potęgowana przez swoisty mit Zakonu Dominikańskiego – tych modnych, mądrych i uśmiechniętych księży, którzy przyciągają tłumy. Ten wizerunek w III RP współtworzył również o. Zięba, który uległ urokowi Pawła M.

Czytamy w raporcie relację jednego z braci: „Kiedy ktoś próbował o. Maciejowi coś krytycznie o Pawle M. powiedzieć, to ten odpowiadał: zgromadź trzy tysiące osób na modlitwie o uzdrowienie, to pogadamy”. Sukces duszpasterski stanowił dla samego Pawła M. potwierdzenie swojej misji.

Budował przekonanie wśród osób ze swojej sekty, że żyjemy w czasach ostatecznych, że cały świat przesiąknięty jest złem, a tylko jego „duszpasterstwo” stanowi ostatnią wyspę dobra. Zwracał szczególną uwagę na grzech czystości, czyniąc tym samym z tego pretekst do dokonywania seksualnych transgresji. Bardziej kontrowersyjne praktyki duchowe, połączone z psychomanipulacją, dawkował powoli, tak aby stopniowo uzależniać swoich podopiecznych od siebie i toksycznej relacji, którą stworzył. Opisany proces powielał się wielokrotnie, w różnych miejscach, na różną skalę, przez 20 lat.

Sama postać Pawła M., jak i niemoc w powstrzymaniu zła, które tworzył, wydaje się skupieniem jak w soczewce wszystkich największych zagrożeń i wad współczesnego Kościoła. Nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Klerykalizm, pentekostalizacja, mylenie posługi kapłańskiej z byciem gwiazdą pop, wykorzystywanie pozycji w hierarchii oraz wypaczonej teologii do realizacji potrzeby dominacji czy też chorych fantazji seksualnych – to główne z nich.

Celem raportu jest nie tylko troska o ofiary, ale też próba uniknięcia podobnych wydarzeń w przyszłości. Patrząc na skalę wyzwań, to naprawdę trudne zadanie. Pozostaje wierzyć, że wątpliwości opisane w tym artykule nie przykryją skutków dobrej pracy, jaka została przez komisję wykonana. Obyśmy się mylili. Bardzo byśmy chcieli, by zgodnie z intencjami komisji raport ten zaczął proces przemiany polskiego Kościoła.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.